12 marca 2018

[Recenzja] Captain Beefheart and His Magic Band - "Trout Mask Replica" (1969)



"Trout Mask Replica" to jeden z najdziwniejszych, ale i najbardziej genialnych albumów, jakie kiedykolwiek się ukazały. Równie interesująca, co zawarta na nim muzyka, jest sama historia jego powstania. Po problemach związanych z nagrywaniem poprzedniego albumu, "Strictly Personal", zespół pozostał bez wytwórni i producenta. Z pomocą przyszedł jednak Frank Zappa, który właśnie założył własną wytwórnię. Dzięki temu, muzycy otrzymali całkowitą wolność artystyczną. W drugiej połowie 1968 roku zamieszkali razem w wynajętym domu, w którym przez wiele miesięcy nie tylko tworzyli i szlifowali nowy materiał, ale także zorganizowali prowizoryczne studio nagraniowe. Początkowo longplay miał być w całości nagrany w takich warunkach, ale amatorska jakość nagrań pozostawiała wiele do życzenia. Muzycy mieli też poważniejsze problemy - funduszy ledwo wystarczało im na czynsz, więc żywili się głównie konserwami lub dokonywali kradzieży. Nie mogło się to dobrze skończyć - zostali w końcu przyłapani na obrabianiu sklepu i wylądowali w więzieniu. Ostatecznie nie ponieśli konsekwencji, ze względu na swój stan i okoliczności, w jakich się znaleźli.

W marcu 1969 roku postanowiono wynająć profesjonalne studio. Pieniędzy wystarczyło zaledwie na sześć godzin czasu nagraniowego. Zespół był jednak tak dobrze przygotowany, że zdążył w tym czasie zarejestrować około dwudziestu utworów (choć bez partii wokalnych). I to dwukrotnie - na nagranie drugiej wersji nalegał Zappa, który towarzyszył grupie jako producent, na wypadek, gdyby się okazało, że za pierwszym podejściem coś poszło nie tak (podobno w jego trakcie Frank zasnął za stołem mikserskim). Wokal został dograny w ciągu kilku kolejnych dni. Ostatecznie, na dwupłytowym albumie znalazły się zarówno utwory z marcowej sesji, kilka domowych nagrań, a także dwie kompozycje ("Moonlight on Vermont" i "Veteran's Day Poppy") zarejestrowane nieco wcześniej, w sierpniu 1968 roku, w trochę innym składzie. Podczas tej najstarszej sesji, Beefheartowi towarzyszył zespół złożony z gitarzystów Billa Harkleroada i Jeffa Cottona, perkusisty Johna Frencha, oraz basisty Gary'ego Markera. Wkrótce potem miejsce tego ostatniego zajął Mark Boston, ponadto dołączył Victor Hayden, grający na klarnecie basowym. Sam Beefheart, poza śpiewem i grą na harmonijce, zagrał także na różnych instrumentach dętych.

Muzyka zawarta na "Trout Mask Replica" to niezwykłe i bardzo oryginalne połączenie korzennego bluesa, bluesa chicagowskiego, oraz free jazzu. Utwory są totalnie nieprzewidywalne, z często zmieniającymi się melodiami, pozbawione wyraźnych struktur (brak refrenów) i powtarzających się motywów, przez co brzmią jak spontaniczne improwizacje. W rzeczywistości zostały jednak w całości skomponowane, z tymi wszystkimi polirytmicznymi, dysonansowymi i atonalnymi partiami, które często brzmią, jakby instrumentaliści nie potrafili się ze sobą zgrać. To jednak tylko pozory, w rzeczywistości wszystko jest tutaj dokładnie przemyślane. Może z wyjątkiem tekstów - te faktycznie były czasem wymyślane na bieżąco, podczas nagrywania. Warto w tym miejscu wspomnieć o często abstrakcyjnych i absurdalnych tekstach, które doskonale dopełniają się ze zwariowaną, pokręconą warstwą instrumentalną. Nie mniej istotnym elementem całości jest surowe, brudne brzmienie, podkreślające dzikość tej muzyki. W tym kontekście nie powinna przeszkadzać amatorska jakość niektórych nagrań z domowej sesji, jak śpiewane a capella "The Dust Blows Forward 'n the Dust Blows Back" i "Orange Claw Hammer", w których słychać odgłosy magnetofonu, czy brzmiący jak autentyczny blues z Delty Missisipi "China Pig". Choć już taki "Hair Pie: Bake 1", również zarejestrowany w domu, nie różni się mocno od nagrań z marcowej sesji studyjnej - wystarczy porównać z "Hair Pie: Bake 2". Za to w "Moonlight on Vermont" i "Veteran's Day Poppy" ewidentnie słychać, że powstały wcześniej - nie tylko ze względu na bardziej wygładzone brzmienie, ale również ich mniej szalony charakter. Obie są jednak świetnymi kompozycjami, w których słychać rozwój i dojrzałość zespołu.

"Trout Mask Replica" jest bez wątpienia albumem kontrowersyjnym, do dziś wywołującym u słuchaczy mieszane odczucia, choć trudno to porównywać z szokiem, jaki taka muzyka musiała budzić w chwili wydania. Nikt wcześniej tak nie grał, a przynajmniej nie zostało to zarejestrowane na taśmę. Później też nikomu nie udało się stworzyć niczego choćby trochę podobnego, choć wielu inspirowało się dokonaniami Captaina Beefhearta i tym albumem w szczególności. "Trout Mask Replica" to dzieło niepowtarzalne. Dziwne, nieprzewidywalne, trudne w odbiorze, ale zarazem wspaniałe i na swój sposób piękne. A do tego bardzo ważne i wpływowe. Wstyd nie znać.

Ocena: 10/10



Captain Beefheart and His Magic Band - "Trout Mask Replica" (1969)

LP1: 1. Frownland; 2. The Dust Blows Forward 'n the Dust Blows Back; 3. Dachau Blues; 4. Ella Guru; 5. Hair Pie: Bake 1; 6. Moonlight on Vermont; 7. Pachuco Cadaver; 8. Bills Corpse; 9. Sweet Sweet Bulbs; 10. Neon Meate Dream of a Octafish; 11. China Pig; 12. My Human Gets Me Blues; 13. Dali's Car
LP2: 1. Hair Pie: Bake 2; 2. Pena; 3. Well; 4. When Big Joan Sets Up; 5. Fallin' Ditch; 6. Sugar 'n Spikes; 7. Ant Man Bee; 8. Orange Claw Hammer; 9. Wild Life; 10. She's Too Much for My Mirror; 11. Hobo Chang Ba; 12. The Blimp (Mousetrapreplica); 13. Steal Softly thru Snow; 14. Old Fart at Play; 15. Veteran's Day Poppy

Skład: Captain Beefheart (Don Van Vliet) - wokal, saksofon, klarnet basowy, obój, shehnai, róg; Antennae Jimmy Semens (Jeff Cotton) - gitara, wokal; Zoot Horn Rollo (Bill Harkleroad) - gitara, flet; Rockette Morton (Mark Boston) - bass, narracja; Drumbo (John French) - perkusja i instr. perkusyjne; The Mascara Snake (Victor Hayden) - klarnet basowy, dodatkowy wokal
Gościnnie: Gary Marker - bass (LP1:6, LP2:15); Doug Moon - gitara (LP1:11); Frank Zappa - głos (LP2:2,12); Richard Kunc - głos (LP2:10); Roy Estrada - bass (LP2:12); Arthur Tripp III - perkusja i instr. perkusyjne (LP2:12); Don Preston - pianino (LP2:12); Ian Underwood - saksofon (LP2:12); Bunk Gardner - saksofon (LP2:12); Buzz Gardner - trąbka (LP2:12)
Producent: Frank Zappa i Captain Beefheart


10 komentarzy:

  1. Oooooo, jednak udało Ci się przebrnąć przez ten album, pamięta, że jeszcze nie tak dawno miałeś o nim nieco inne zdanie. Ale i trudno się dziwić, niełatwo jest to ugryźć.

    W ramach ciekawostki: Czytałem, że Beefheart nie używał słuchawek podczas nagrywania wokali (co chyba nie było zbyt często praktyką) i stąd w pewnym stopniu wynika "dziwność" jego śpiewu - po prostu nie nadążał za muzyką i linią melodyczną, a czasami praktycznie jej nie słyszał :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak jest z większością tych najbardziej wartościowych albumów - docenia się je dopiero po którymś przesłuchaniu, a przy kolejnych wciąż zyskują, bo odkrywa się na nich kolejne smaczki ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę, że im dziwniejsza muzyka, tym wyższa ocena (wcześniej np VU & Nico, Gentle Giant, Comus, różne dżezy, teraz ten Capitan), a jak płyta jest też ważna, ale miła i przyjemna, to nie może dostać wysokiej oceny (Pet Sounds).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież "Pet Sounds" nie ma niższej oceny dlatego, że nie jest dziwny (nawiasem mówiąc, w chwili wydania był nieco dziwny), tylko dlatego, że się bardzo zestarzał i brzmi bardzo naiwnie. A te "dziwne" albumy nie mają wysokich ocen dlatego, że są dziwne, a ponieważ z biegiem lat nic nie straciły ze swojej atrakcyjności.

      Usuń
  4. Z pewnością świetny album, nie spodziewałem się że tak panu podejdzie. Osobiście wolę nagrania do poprzedniej płyty (nie samą płytę), jednak i te utwory to po prostu arcydzieła!

    OdpowiedzUsuń
  5. ale co jest takiego wybitnego w tej muzyce ??
    rozumiem że utwory takie jak "Moonlight on Vermont" albo "Veteran's Day Poppy" to taki blues rock z odrobiną szaleństwa, ale dla mnie reszta muzyki jest kompletnie niestrawna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozostałe utwory to dokładnie to samo, tylko ze znacznie większą dawką szaleństwa (lub w ogóle bez szaleństwa - vide tradycyjnie bluesowy "China Pig" i kawałki śpiewane a capella, nawiązujące do spirituals, czyli pieśni czarnych niewolników). Właśnie to szaleństwo, nieprzewidywalność, sam pomysł połączenia bluesa i free jazzu, czyni "Trout Mask Replica" tak niepowtarzalnym i genialnym albumem. Trzeba jednak pamiętać, że pomimo wyraźnie bluesowych korzeni jest to awangarda.

      Usuń
    2. eh, dla mnie ta płyta to nadal w większości muzyka dla jakiś freaków, a szkoda bo pierwszy krążek i pierwszy singiel Beefharta były na prawdę w porządku
      a przy okazji: co sądzisz o albumach Captaina z lat 70

      Usuń
    3. W porządku, nie każdemu musi się taka muzyka podobać. A może w przyszłości się jednak do niej przekonasz.

      Następne albumy też będę recenzował, więc na razie nie chcę o nich nic pisać.

      Usuń
  6. osobiście uważam, że Beefheart swój szczyt jako artysta osiągnął na samym końcu, jego trzy ostatnie płyty to ogromne arcydzieła. połączył dziwaczność Trout Mask Replica i Lick My Decals Off... z przystępnością debiutu w tylko sobie znany sposób i efekty były dosyć niesamowite

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.