8 listopada 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Bitches Brew" (1970)



Zaledwie siedem miesięcy po premierze przełomowego "In a Silent Way", Miles Davis wydał kolejne arcydzieło, które zmieniło oblicze muzyki. O ile na poprzednim albumie zatarł granicę między jazzem i rockiem, tak na "Bitches Brew" wywrócił wszystko do góry nogami, tworząc zupełnie nowy gatunek. Łączący w sobie swobodę jazzowych improwizacji, rockową dynamikę, oraz elementy muzyki hindustańskiej i afrykańskiej. Wszystko to wymieszane w takich proporcjach, że album nie przypomina niczego, co wcześniej lub później zarejestrowano. Choć wielu próbowało nagrać coś podobnego - "Bitches Brew" bez wątpienia należy do najbardziej wpływowych i inspirujących albumów w dziejach. Jego wpływu na późniejszą muzykę - czy to jazzową, czy rockową - nie da się przecenić.

Materiał na ten podwójny longplay został zarejestrowany podczas trzydniowej sesji nagraniowej, mającej miejsce w dniach 19-21 sierpnia 1969 roku, w nowojorskim Columbia Studio B. Każdego dnia w studiu przebywało od jedenastu do trzynastu muzyków. Był to naprawdę niezwykły skład, przede wszystkim ze względu na rozbudowaną sekcję rytmiczną, obejmującą czterech perkusistów/perkusjonalistów (Jack DeJohnette, Lenny White, Don Alias, Juma Santos), kontrabasistę (Dave Holland) i gitarzystę basowego (Harvey Brooks). Poza tym, na albumie zagrało trzech muzyków grających na elektrycznych pianinach (Joe Zawinul, Chick Corea, Larry Young), gitarzysta (John McLaughlin) i rozszerzona sekcja dęta (Davis, Wayne Shorter, oraz grający na klarnecie basowym Bennie Maupin). Muzycy zarejestrowali kilka utworów już wcześniej skomponowanych i wykonywanych na koncertach ("Spanish Key", "Miles Runs the Voodoo Down", "Sanctuary"), a także kilka długich, bardzo spontanicznych jamów, przed którymi Miles udzielił pozostałym instrumentalistom minimum wskazówek (takich jak tempo, kilka akordów i zarys melodii). Następnie taśmy z nagraniami zostały ręcznie pocięte i posklejane przez Teo Macero, który nadał im zupełnie nowego kształtu. Producent poświęcił mnóstwo czasu na żmudną pracę, która dała jednak niesamowity efekt, będący zaskoczeniem także dla samych muzyków.

Album oryginalnie miał nosić tytuł "Listen to This", ale po kilku miesiącach Davis niespodziewanie zmienił go na "Pharaoh's Dance", a następnie na "Witches Brew", by w ostatniej chwili przerobić go na "Bitches Brew". Dlaczego kocioł czarownic stał się kotłem dziwek? Wiadomo tylko, że sugestia takiego tytułu wyszła od ówczesnej partnerki Milesa, Betty Mabry (tej samej, która poznała go z Jimim Hendrixem). Warto w tym miejscu wspomnieć też o nietypowej, surrealistycznej grafice zdobiącej album. Jej autorem jest niemiecki malarz Mati Klarwein, mający na koncie liczne okładki albumów (także m.in. "Abraxas" Santany i "Live-Evil" Davisa). "Bitches Brew" ukazał się 30 marca 1970 roku i okazał się zaskakującym - jak na tak ambitną i dość trudną w odbiorze muzykę - sukcesem komercyjnym. Jego sprzedaż zapewniła mu podwójną platynę w Stanach i złoto w Wielkiej Brytanii. Do dziś longplay obowiązkowo wymieniany jest we wszystkich zestawieniach najważniejszych i najlepszych muzycznych wydawnictw.

Pierwsza płyty winylowego wydania składa się tylko z dwóch utworów: dwudziestominutowego "Pharaoh's Dance" i dwudziestosześciominutowego "Bitches Brew". Niewiele krótsze są "Spanish Key" i "Miles Runs the Voodoo Down" z drugiej płyty, oba trwające po kilkanaście minut. Nie ma sensu szczegółowo opisywać tych czterech nagrań, ponieważ dzieje się w nich zbyt wiele. To granie o jamowym charakterze, bardzo intensywne i niesamowicie wciągające. Na pierwszym planie dominują ostre, agresywne solówki Davisa, Shortera i McLaughlina, oraz bardzo klimatyczne, trochę niepokojące partie klarnetu basowego. Akompaniament stanowią hipnotyzujące linie basowe Hollanda i Brooksa, a także przebogate, nieco egzotyczne brzmienia perkusyjne. Całość zaś zatopiona jest w psychodeliczno-narkotykowych dźwiękach klawiszy. Pierwszy kontakt z tą muzyką może być dla słuchacza zbyt przytłaczający, ale wystarczy się uważnie wsłuchać, by dać się jej porwać. Nieco odmienny charakter mają pozostałe dwa utwory z drugiej płyty. Wyjątkowo jak na ten album krótki, zaledwie czterominutowy "John McLaughlin", to przede wszystkim popis gitarzysty, którego zagrywki mają w sobie coś i z bluesa, i jazzu, i rocka. Co ciekawe, w nagraniu w ogóle nie wystąpili Davis i Shorter. Z kolei finałowy, dziesięciominutowy "Sanctuary" to ballada skomponowana przez Shortera jeszcze w czasach Drugiego Wielkiego Kwintetu. Nawet tutejsza wersja ma wiele wspólnego z ówczesnym stylem Davisa, choć brzmienie jest bogatsze, a nastrój nieco psychodeliczny, do tego dochodzi kilka agresywniejszych momentów, dzięki czemu wpasowuje się w ogólny charakter całości.

"Bitches Brew" nie jest albumem łatwym w odbiorze, potrzeba czasu i wielu przesłuchań, by go zrozumieć i się nim zachwycić. Warto jednak poświęcić ten czas, bo to jedno z największych arcydzieł muzyki wszelakiej. Album absolutnie niepowtarzalny, a zarazem po prostu świetny w każdym aspekcie. Wirtuozeria muzyków, ich wzajemna współpraca i wytwarzany przez nich klimat po prostu zwalają z nóg. Do tego wzorowe brzmienie, o jakim w dzisiejszych czasach można tylko pomarzyć. Ale to longplay nie tylko genialny, a także bardzo ważny. Dlatego wstyd go nie znać.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Bitches Brew" (1970)

LP1: 1. Pharaoh's Dance; 2. Bitches Brew
LP2: 1. Spanish Key; 2. John McLaughlin; 3. Miles Runs the Voodoo Down; 4. Sanctuary

Skład: Miles Davis - trąbka (oprócz LP2: 2); Wayne Shorter - saksofon (oprócz LP2: 2); Bennie Maupin - klarnet basowy (oprócz LP2: 4); Joe Zawinul - elektryczne pianino; Chick Corea - elektryczne pianino; Larry Young - elektryczne pianino (LP1: 1, LP2: 1); John McLaughlin - gitara; Dave Holland - kontrabas; Harvey Brooks - bass (oprócz LP2: 4); Jack DeJohnette - perkusja; Lenny White - perkusja (oprócz LP2: 3,4); Don Alias - instr. perkusyjne, perkusja (LP2: 3); Juma Santos - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


24 komentarze:

  1. Pamiętam, jak pierwszy raz puściłem sobie ten album, ależ to było doświadczenie! Czegoś takiego, jak utwór tytułowy nigdy już nie było mi dane słyszeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A "Pharaoh's Dance", "Spanish Key" i "Miles Runs the Voodoo Down"? To przecież równie niesamowita i niepowtarzalna muzyka.

      Usuń
    2. Nie żebym umniejszał innym utworom, broń boże, to takie czysto subiektywne odczucie :) Po prostu w tytułowym najwięcej słyszę tych niesamowitych dętych wiązanek i jazzowej psychodelii - tego, co czyni ten album niepowtarzalnym. Zresztą każde znane mi arcydzieło, czy to "Wish You Were Here" czy "Black Sabbath" ma jeden, dwa utwory, które wyniosę ponad resztę. Tu jest podobnie. W przypadku "Bitches Brew" do taki zestaw tworzą właśnie tytulak i "Pharaoh's Dance".

      Usuń
    3. To ja mam odwrotnie z takimi albumami - zwykle nie potrafię zdecydować, który utwór jest najlepszy, bo zawsze jest kilka mocnych kandydatów ;) To właśnie czyni je arcydziełami, że są genialne w całości, a nie tylko momentami.

      Usuń
    4. To prawda ;) Ale mają też drugą bardzo ważną cechę - choćbyś znał je na pamięć, nigdy się nie znudzą ani na chwilę. Z tym też tak zapewne jest, ale to zbyt długa i skomplikowana muzyka, a ja odkryłem go zbyt późno, żeby się go "naumieć:.

      Swoją drogą, słyszałeś "Feio"? To też kompozycja Shortera, trochę w klimacie "Sanctuary", nagrana w podobnym czasie, ale pojawiła się dopiero na cd. Wielka szkoda, że nie trafił na winyl, bo w niczym nie jest gorszy od pozostałych utworów. Ale podejrzewam, że wynikało to z faktu, że obie płyty w edycji winylowej były już zapełnione i dodając "Feio", trzeba by dołożyć trzecią.

      Usuń
    5. Znam "Feio". Ten utwór został nagrany prawie pół roku później, w odrobinę innym składzie, dlatego jego nieobecność na oryginalnym albumie nie powinna dziwić. Swoją drogą, pomiędzy zakończeniem nagrań na "Bitches Brew", a pierwszymi sesjami na kolejny album, "Jack Johnson", Miles nagrał całe mnóstwo świetnego materiału, z którego można było wydać dwupłytowy album nie(wiele) gorszy od tych, pomiędzy którymi się ukazał. Na szczęście wszystkie zostały wydane na "The Complete Bitches Brew Sessions", który będzie miał osobną recenzję ;)

      Usuń
    6. A to akurat fajnie, bo ten zestaw zdecydowanie zasługuje na to, żeby o nim napisać ;)

      Usuń
  2. To czy Kind Of Blue?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli pytasz o to, który album wolę, to jest to bardzo trudne pytanie. To dwa zupełnie różne rodzaje muzyki. Oba albumy są absolutnie bezkonkurencyjne w swoim stylu. Jeżeli mam ochotę posłuchać czegoś relaksującego, to wybieram "Kind of Blue" (lub "In a Silent Way"), a jeśli czegoś bardziej pokręconego, to "Bitches Brew".

      Usuń
  3. Zdecydowanie mój ulubiony album Milesa i w pełni się zgadzam z oceną (nic dodać i nic ująć). A przy okazji "Bitches Brew" - czy zamierzasz zrecenzować "Aghartę", "Pangeę" i "Dark Magusa", które de facto były kontynuacją tej stylistyki i jej wersją rozwojową? Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, tych albumów nie można pominąć ;) Ale wcześniej muszą jeszcze pojawić się recenzje "Jack Johnson", "On the Corner", "Big Fun" i "Get Up with It", które też bardzie ciekawie rozwijają stylistykę "Bitches Brew", prowadząc ją w kierunku muzyki zaprezentowanej na tych trzech koncertówkach.

      Usuń
    2. A recenzja "Live Evil" też będzie?

      Usuń
    3. Niedawno ktoś już o to pytał. Będą recenzję wszystkich wydawnictw Milesa, zawierających materiał z lat 70.

      Usuń
    4. Tutu też się przyda...

      Usuń
    5. Chyba jako podpałka ;) Ten album to kompletna pomyłka. Podobnie zresztą jak poprzedzający go "You're Under Arrest".

      Usuń
    6. Tutu jest miły i dla ludu, po prostu przyjemne granie. A na pewno nie gorszy niż Cocteau Twins czy Cure które oceniasz niepokojąco wysoko :D

      Usuń
    7. Ale co twórczość tych zespołów ma tu do rzeczy, poza typowym dla lat 80. syntetycznym brzmieniem? U Cocteau Twins i The Cure jest przynajmniej ten tzw. "gotycki" klimat, a "Tutu" to ordynarny, komercyjny synthpop z trąbką zamiast wokali. Akurat to, co gra tam Davis jest faktycznie bardzo miłe i przyjemnie (choć momentami zbyt bliskie smoothjazzowego smęcenia), ale dodanie do tego syntetycznych podkładów po prostu nie mogło wyjść na dobre.

      Usuń
    8. Oni też są syntetyczni i lecą latami 80, czyli staro. Właśnie o to chodzi, ta cała trójka jest mocno przesiąknięta tymi sztucznymi brzmieniami, stad porównanie

      Usuń
    9. Paweł pamiętaj, że jak kiedyś zapoznasz się (a może już znasz) ze Slowdive i ich albumem "Souvlaki", to nie zapomnij dać mu jeden na dziesięć punktów. Przecież w ich muzyce mocno obecny jest duch Cocteau Twins i The Cure. Popłuczyn będziesz słuchał? Pamiętaj 1/10 ;-)
      A co do Davisa. Znakomita płyta do której musiałem dojrzeć. Gdy poznałem ją w okolicach 1993 roku, nie przekonała mnie. Dopiero z biegiem lat doceniłem ją w całości.

      Usuń
    10. "Soulvaki" oceniłem wysoko, jeszcze wyżej, niż CT i TC.

      Którego Davisa? "Bitches Brew" czy "Tutu"?

      Usuń
    11. Oczywiście mowa o "Bitches Brew"

      Usuń
  4. Jak kolejne płyty studyjne Davisa z lat siedemdziesiątych kocham bezkrytycznie (no może Big Fun nie jest taki genialny...) tak z koncertówek tylko Agharta mnie zwaliła z nóg. Pangea i Dark Magus jakoś nie robią na mnie takiego wrażenia. Choć może to kwestia czasu, On the Corner też nie od razu pokochałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Agharta" na ogół jest najbardziej ceniona z tych trzech koncertówek, a akurat na mnie robi najmniejsze wrażenie ze wszystkich. Najbardziej zachwyca mnie "Pangea", która jest z kolei tą najmniej docenianą.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.