30 listopada 2017

[Recenzja] Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)



Zwykle pierwszą recenzję danego wykonawcy zaczynam od krótkiej notki biograficznej. Tym razem jest to zupełnie zbyteczne. Herbie Hancock to jeden z tych muzyków, których nie trzeba przedstawiać. Jeden z najpopularniejszych twórców współczesnego jazzu, mający na koncie zarówno wybitne albumy, doceniane przez znawców i koneserów, jak i spore sukcesy w mainstreamie (nie tylko jazzowym). Sądzę, że większość Czytelników miała kontakt z jego twórczością. Jeśli nie poprzez jego liczne solowe albumy lub nie mniej liczne albumy innych wykonawców, na których się udzielał, to dzięki filmom, do których nagrywał muzykę.

Najważniejszy, pod względem artystycznym, okres solowej twórczości Herbiego przypadł na początek lat 70. Dokonania z poprzedniej dekady - a w każdym razie te dla wytwórni Blue Note, utrzymane w stylistyce hard bopu i jazzu modalnego - to naprawdę przyjemna muzyka, perfekcyjnie wykonana, ale też dość bezpieczna i zachowawcza, bez eksperymentów, jakie cechowały ówczesną twórczość Johna Coltrane'a, Milesa Davisa, czy Ornette'a Colemana. Nie ma co ukrywać, że takie granie dziś trafia do dość wąskiego grona odbiorców. Raczej nie ma szans zainteresować np. słuchaczy rocka (w przeciwieństwie do późniejszych dokonań Hancocka). Dlatego omówię tu tylko najważniejsze albumy z tego okresu, zaczynając od czwartego w dyskografii "Empyrean Isles". A jeśli komuś się spodobają - zachęcam do sięgnięcia także po pozostałe, bo prezentują one zbliżony poziom.

"Empyrean Isles" został zarejestrowany 17 czerwca 1964 roku w słynnym Van Gelder Studio. Herbiemu w nagraniach towarzyszyli basista Ron Carter, perkusista Tony Williams, oraz grający na kornecie Freddie Hubbard. Hancock, Carter i Williams od blisko roku występowali razem w kwintecie Milesa Davisa. Pianista współpracował już wcześniej także z Hubbardem, więc muzycy dobrze się rozumieją. Longplay składa się z czterech, dość rozbudowanych kompozycji. O ile utwory z pierwszej strony winylowego wydania - "One Finger Snap" i oparty na fajnym basowym temacie "Oliloqui Valley" - to po prostu świetnie zagrany, rozimprowizowany hard bop, tak strona B ociera się już o prawdziwy geniusz. "Cantaloupe Island" został zbudowany na rewelacyjnym bluesowym motywie, będącym doskonałym punktem wyjścia do improwizacji. To jeden z najsłynniejszych i najbardziej chwytliwych tematów jazzowych. Z kolei finałowy, niemal 15-minutowy "The Egg", to najambitniejszy utwór w wczesnym dorobku Hancocka, nawiązujący do współczesnej muzyki klasycznej. Ciekawie wypadają partie Cartera, używającego smyczka do gry na kontrabasie.

"Empyrean Isles" to zdecydowanie mój ulubiony z akustycznych albumów Herbiego Hancocka. a nawet jedno z ulubionych jazzowych wydawnictw dekady lat 60. Gorąco polecam.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)

1. One Finger Snap; 2. Oliloqui Valley; 3. Cantaloupe Island; 4. The Egg

Skład: Herbie Hancock - pianino; Freddie Hubbard - kornet; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


29 listopada 2017

[Recenzja] Agitation Free - "Last" (1976)



Słaba sprzedaż płyt, niekończące się trasy koncertowe i różnice artystyczne doprowadziły do szybkiego rozpadu grupy Agitation Free. Obiecujący zespół zdążył wydać ledwie dwa albumy studyjne. Wkrótce po zakończeniu działalności, ukazał się jeszcze suplement do dyskografii, w postaci albumu nagranego na żywo. Materiał zawarty na "Last" został zarejestrowany 31 marca 1973 roku w Paryżu (utwory "Soundpool" i "Laila (Part II)"), oraz 14 lutego 1974 roku w Berlinie ("Looping IV"), przez tamtejsze rozgłośnie radiowe. Utwory z pierwszego występu, na wydaniu winylowym zajmujące stronę A, nie są całkiem premierowe: studyjna wersja "Soundpool" (nosząca tytuł "Rücksturz") znajduje się na debiutanckim "Malesch", a "Laila (Part II)" na "2nd". Tutaj oba pojawiają się jednak w ciekawie rozbudowanych wersjach, mocno doprawionych elektroniką, choć nie brakuje też pięknych partii gitarowych i przyjemnie pulsującego basu. Zaskoczeniem może być natomiast wypełniająca stronę B improwizacja "Looping IV". To zupełnie inne oblicze Agitation Free, niż to znane ze studyjnych wydawnictw - cały utwór składa się z ambientowych, zapętlonych dźwięków, do których dopiero po dłuższym czasie dochodzą tradycyjne instrumenty, które jednak nie wpływają na zmianę pejzażowego charakteru tego nagrania. To bardzo ładne i klimatyczne dwadzieścia minut muzyki, ale osobiście preferuję wcielenie zespołu z pierwszej strony, gdzie muzycy tworzą ten niesamowity, hipnotyzujący, kosmiczno-psychodeliczny nastrój za pomocą bardziej rockowych środków wyrazu. Szkoda, że nie ma tu więcej tego typu nagrań. Ogólnie szkoda, że całość trwa tylko trzy kwadranse - to o połowę krócej, niż z reguły trwają koncertówki. Po zakończeniu albumu zostaje spory niedosyt.

Ocena: 8/10



Agitation Free - "Last" (1976)

1. Soundpool; 2. Laila (Part II); 3. Looping IV

Skład: Lutz Ulbrich - gitara; Jörg Schwenke - gitara (1,2); Michael Hoenig - instr. klawiszowe, gitara (1,2); Michael Günther - bass; Burghard Rausch - perkusja i instr. perkusyjne; Dietmar Burmeister - perkusja i instr. perkusyjne (1,2)
Gościnnie: Erhard Grosskopf - loopy (3); Gustav Lütjens - wokal (3)
Producent: Lutz Ulbrich


28 listopada 2017

[Recenzja] Hawkwind - "Hawkwind" (1970)



Hawkwind? Ach, to ten zespół, w którym grał Lemmy. Obawiam się, ze wiele osób kojarzy tę brytyjską grupę wyłącznie z faktem, że przez jej skład przewinął się późniejszy założyciel Motörhead. O Hawkwind warto pamiętać jednak z innych powodów. Jest to jeden z najważniejszych - obok Pink Floyd i Gong - przedstawicieli tzw. space rocka, jak również bardzo wpływowy zespół, którym inspirowali się tak różni wykonawcy, jak np. Sex Pistols, Ministry czy Monster Magnet. Zespół jest wciąż aktywny (z tylko jednym muzykiem grającym od samego początku - śpiewającym gitarzystą Davem Brockiem) i ma już na koncie ponad trzydzieści albumów długogrających. Tak naprawdę warto jednak znać tylko twórczość z lat 70., zwłaszcza ich pierwszej połowy. Później muzyka zespołu stawała się coraz nudniejsza i bardziej wtórna (a najgorszy okres przypadł na lata 80., gdy Brock próbował odświeżyć brzmienie poprzez wprowadzenie elementów heavy metalu i... muzyki disco).

Debiutancki album Hawkwind, wydany w 1970 roku, to dopiero rozgrzewka. Charakterystyczny styl grupy został dopracowany dopiero na kolejnych longplayach. Już tutaj pojawiają się jednak takie utwory, jak niemal awangardowy, pełen atonalnych dźwięków "The Reason Is?", czy swobodne, jamowe "Be Yourself" i "Seeing It as You Really Are", w których psychodeliczno-kosmiczny nastrój budowany jest za pomocą hipnotyzującego basu, długich, wciągających solówek na gitarze i saksofonie, oraz gęstego tła perkusyjnych talerzy i elektronicznych szumów. Instrumentalna część "Be Yourself" przypomina klimatem floydowski "Set the Controls for the Heart of the Sun". Z kolei dwuczęściowy "Paranoia" to dość hałaśliwie zaaranżowane bolero. Są tu także utwory o bardziej konwencjonalnym charakterze. "Hurry on Sundown" i "Mirror of Illusion" opierają się na chwytliwych melodiach, nieco folkowych partiach gitary akustycznej, oraz energetycznej grze sekcji rytmicznej. O ile ten drugi ma trochę kosmicznego klimatu, zwłaszcza w długiej części instrumentalnej, tak pierwszy jest właściwie zwykłą, choć bardzo przyjemną, piosenką, pod względem brzmienia i aranżacji tkwiącą jeszcze w poprzedniej dekadzie.

Słychać, że zespół na tym albumie dopiero szuka własnego stylu i nie jest jeszcze gotów na odważniejsze eksperymenty brzmieniowe. Paradoksalnie, najfajniej wypadają tutaj te bardziej piosenkowe utwory. Natomiast kosmiczne granie znacznie lepiej zaczęło wychodzić muzykom na kolejnych albumach. 

Ocena: 7/10



Hawkwind - "Hawkwind" (1970)

1. Hurry on Sundown; 2. The Reason Is?; 3. Be Yourself; 4. Paranoia (Part 1); 5. Paranoia (Part 2); 6. Seeing It as You Really Are; 7. Mirror of Illusion

Skład: Dave Brock - wokal, gitara, harmonijka, instr. perkusyjne; Nik Turner - saksofon, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Huw Lloyd-Langton - gitara; John A. Harrison - bass; Terry Ollis - perkusja; Michael Davies - syntezator
Producent: Dick Taylor i Hawkwind


27 listopada 2017

[Recenzja] ZZ Top - "Tres Hombres" (1973)



Trzeci album i pierwszy sukces komercyjny ZZ Top (miejsce w pierwszej 10. listy Billboardu, a obecnie wysokie pozycje w różnych rankingach). To w znacznym stopniu zasługa przebojowego singla "La Grange". W sumie dość przeciętnej kompozycji, ale nadrabiającej swoją żywiołowością i świetną gitarową solówką. Podobnego grania, na podobnym poziomie, jest tutaj więcej, żeby wspomnieć tylko o energetycznym otwieraczu "Waitin' for the Bus", albo o "Beer Drinkers & Hell Raisers", w którym pijackie śpiewy Billy'ego Gibbonsa i Dusty'ego Hilla dobrze współgrają z tytułem. Nie są to wybitne kawałki, nawet nie bardzo dobre, ale słucha się ich przyjemnie, szczególnie podczas gitarowych solówek. Najbardziej jednak podoba mi się bluesowy "Jesus Just Left Chicago", przywodzący na myśl twórczość Petera Greena. Szkoda, że drugi mocno bluesowy kawałek, "Have You Heard?", traci przez kiepski wokal. Niestety, jest tu też kilka zapychaczy i ewidentnych wpadek, jak mdły "Master of Sparks" czy banalny "Move Me on Down the Line". Ponadto zespół po raz kolejny pokazał, że nie ma pojęcia o tworzeniu ciekawych ballad. "Hot, Blue and Righteous" pod względem muzycznym jest zbyt statyczna, pozbawiona jakiegoś rozwinięcia, zaś w warstwie wokalnej nadto przesłodzona.

Nie rozumiem skąd tak wielka popularność tego albumu i ogólnie zespołu. ZZ Top miewali ciekawe momenty, także na "Tres Hombres" ich nie brakuje, ale ogólnie od jego twórczości bije przeciętność i brak wykorzystania potencjału, który kiedyś drzemał w muzykach. Mieli predyspozycje, by stać się zespołem na miarę Fleetwood Mac (tego z czasów Greena), Groundhogs, lub nawet Ten Years After, a skończyli jako trochę bardziej różnorodny, lecz równie płytki odpowiednik AC/DC.

Ocena: 6/10



ZZ Top - "Tres Hombres" (1973)

1. Waitin' for the Bus; 2. Jesus Just Left Chicago; 3. Beer Drinkers & Hell Raisers; 4. Master of Sparks; 5. Hot, Blue and Righteous; 6. Move Me on Down the Line; 7. Precious and Grace; 8. La Grange; 9. Shiek; 10. Have You Heard?

Skład: Billy Gibbons - wokal i gitara; Dusty Hill - bass, wokal (3), dodatkowy wokal; Frank Beard - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bill Ham


24 listopada 2017

[Recenzja] Iron Maiden - "The Book of Souls: Live Chapter" (2017)



Łatwo było przewidzieć, że trasa promująca album "The Book of Souls" zostanie podsumowana koncertówką. W końcu na każdy album studyjny zespołu z XXI wieku przypada jeden koncertowy. Co prawda liczyłem na zapis występu z Chin ("Maiden China" - to byłby dużo lepszy tytuł, niż "The Book of Souls: Live Chapter", a jakie pole do popisu miałby projektant okładki), gdzie zespół wystąpił po raz pierwszy w karierze (i gdzie po raz pierwszy musiał zmagać się z cenzurą - Dickinson dostał zakaz śpiewania tytułu "Powerslave", który zastąpił słowami... "Wicker Man"). Tym razem w ogóle nie jest to zapis jednego występu, jak było w przypadku "Rock in Rio", "Death on the Road" i "En Vivo!". Zdecydowano się na powtórzenie patentu z "Flight 666" - każdy utwór pochodzi z innego koncertu. Materiał zarejestrowano pomiędzy marcem 2016 roku, a majem 2017, na sześciu kontynentach, głównie w Europie i Ameryce Południowej. Jest tu nawet jeden utwór z polskiego występu grupy, z 3 lipca 2016 we Wrocławiu ("Death or Glory").

O kolejnych koncertówkach Iron Maiden można w zasadzie pisać to samo. Repertuar tradycyjnie składa się z sześciu utworów z właśnie promowanego albumu, oraz tych samych co zwykle, niemiłosiernie ogranych hitów. Chyba już nawet najbardziej oddani miłośnicy zespołu czują znużenie podczas kolejnych wykonań "Wrathchild", "The Trooper", "Fear of the Dark", "Iron Maiden", "The Number of the Beast", "Wasted Years", czy nawet "Blood Brothers", który też powoli staje się takim zbyt często granym kawałkiem (tyle dobrego, że miejsce "Run to the Hills" i "2 Minutes to Midnight" zajęły "Children of the Damned" i "Powerslave", choć oba były już grane podczas kilku tras, także w XXI wieku). Gdyby chociaż poszczególne wersje były inne. Instrumentaliści zawsze jednak starają się tak wiernie odtworzyć swoje nagrania, że równie dobrze mogliby grać z playbacku. Poszczególne wykonania różnią się tylko w warstwie wokalnej - raz gorszej, raz lepszej, lecz nigdy bardziej udanej, niż w studyjnych wersjach. Tym razem wokal Dickinsona wypada fatalnie. To zrozumiałe - facet ma już swoje lata, do tego niedawno miał nowotwór języka. Jaki jest jednak sens wydawania tak złych, a w dodatku z brzmieniem pozostawiającym wiele do życzenia, wykonań na płycie? Tylko finansowy, bo przecież fani i tak to kupią. Czy mogę powiedzieć coś dobrego o tym wydawnictwie? Chyba tylko tyle, że nowe utwory naprawdę dobrze przegryzają się ze starociami. Takie "Death or Glory" czy "The Red and the Black" już teraz brzmią, jakby były klasycznymi utworami grupy, co potwierdza ich entuzjastyczne przyjęcie przez publiczność.

Podobnie jak ostatnia koncertówka Black Sabbath, zresztą wydana tego samego dnia, nowe wydawnictwo Iron Maiden może zainteresować wyłącznie najwierniejszych fanów zespołu, podchodzących bezkrytycznie i bez dystansu do jego twórczości. Wszystkim pozostałym zalecam trzymać się jak najdalej od "Live Chapter".

Ocena: 4/10



Iron Maiden - "The Book of Souls: Live Chapter" (2017)

CD1: 1. If Eternity Should Fail; 2. Speed of Light; 3. Wrathchild; 4. Children of the Damned; 5. Death or Glory; 6. The Red and the Black; 7. The Trooper; 8. Powerslave
CD2: 1. The Great Unknown; 2. The Book of Souls; 3. Fear of the Dark; 4. Iron Maiden; 5. The Number of the Beast; 6. Blood Brothers; 7. Wasted Years

Skład: Bruce Dickinson - wokal; Dave Murray - gitara; Adrian Smith - gitara, dodatkowy wokal; Janick Gers - gitara; Steve Harris - bass, dodatkowy wokal; Nicko McBrain - perkusja
Gościnnie: Michael Kenney - instr. klawiszowe
Producent: Tony Newton i Steve Harris


23 listopada 2017

[Recenzja] Black Sabbath - "The End: 4 February 2017, Birmingham" (2017)



Szanuję Black Sabbath za podjęcie decyzji o zakończeniu kariery. Mam nadzieję, że muzycy pozostaną konsekwentni i nie dadzą się namówić na kolejne koncerty lub sesje nagraniowe. Tak zasłużony dla muzyki rockowej zespół nie powinien skończyć jako kolejna kapela, która nie potrafi zejść ze sceny i rozmienia się na drobne, wydając coraz słabsze albumy. Na chwilę obecną, Black Sabbath zakończył działalność 4 lutego bieżącego roku, występem w rodzinnym Birmingham. Tak ważne wydarzenie musiało zostać udokumentowane - przed kilkoma dniami do sklepów trafił zapis tego koncertu, zatytułowany, niezwykle oryginalnie, "The End" (wydany zarówno na CD, jak i DVD). Niestety, nie jest to idealne zwieńczenie dyskografii grupy.

Setlista ostatniego występu była bardzo przewidywalna. Na repertuar złożyły się wyłącznie utwory z pierwszych siedmiu albumów, z naciskiem na trzy najwcześniejsze. Szkoda, że zabrakło tu reprezentantów "Never Say Die" i "Trzynastki". Zwłaszcza, że utwory z tego drugiego mogłyby pokazać, że zespół także w XXI wieku ma coś ciekawego do zaproponowania, a nie tylko odcina kupony od swoich dokonań sprzed ponad czterech dekad. Byłoby też fajnie, gdyby muzycy zagrali jakieś mniej oczywiste kawałki z klasycznego okresu ("The Warning", "Wheels of Confusion" lub "Solitude" - to by było coś!). Jedyną niespodzianką jest trzyminutowy, instrumentalny kolaż fragmentów "Supernaut", "Sabbath Bloody Sabbath" i "Megalomania" (szczerze mówiąc, wolałbym usłyszeć pełne wykonania dwóch pierwszych). Z drugiej strony, nawet temat przebojów nie został w pełni wyczerpany (brakuje chociażby "Sweet Leaf"). Niespecjalnie przekonuje mnie także samo wykonanie. Wokal Ozzy'ego często brzmi po prostu okropnie (np. w "Black Sabbath" i "Hand of Doom"), a z powodu jego bardziej ograniczonych możliwości, instrumentaliści musieli grać nieco wolniej i niżej, przez co utwory stały się aż nadto ociężałe. Przynajmniej przeplatające się partie gitar Iommiego i Geezera wypadają niemal równie porywająco, co w wersjach studyjnych. Nie wątpię, że słuchanie na żywo trzech oryginalnych członków grupy było wyjątkowym przeżyciem. Nie widzę jednak powodu, by w warunkach domowych słuchać takiej nic nie wnoszącej koncertówki, mając do wyboru albumy studyjne z lepszymi wykonaniami.

"The End: 4 February 2017, Birmingham" to wydawnictwo wyłącznie dla najbardziej zagorzałych wielbicieli Black Sabbath, którzy muszą mieć, lub chociaż znać wszystko, co ukazało się pod szyldem grupy. Osobiście, zamiast kolejnej poreaktywacyjnej koncertówki (cztery lata temu ukazał się przecież "Live... Gathered in Their Masses", również nic nie wnoszący do dyskografii), wolałbym żeby w końcu wydano oficjalnie jakiś porządny materiał z lat 70. - chociażby świetny występ z 1970 roku w Paryżu, podczas którego zespół aż roznosiła młodzieńcza energia. Coś, czego tutaj brakuje. Choć, biorąc pod uwagę wiek i stan zdrowia muzyków, mogło być znacznie gorzej.

Ocena: 5/10



Black Sabbath - "The End: 4 February 2017, Birmingham" (2017)

CD1: 1. Black Sabbath; 2. Fairies Wear Boots; 3. Under the Sun; 4. After Forever; 5. Into the Void; 6. Snowblind; 7. War Pigs; 8. Behind the Wall of Sleep; 9. N.I.B.
CD2: 1. Hand of Doom; 2. Supernaut / Sabbath Bloody Sabbath / Megalomania; 3. Rat Salad; 4. Iron Man; 8. Dirty Women; 9. Children of the Grave; 10. Paranoid

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Tommy Clufetos - perkusja; Adam Wakeman - instr. klawiszowe i gitara
Producent: Jeremy Azis


21 listopada 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Jack Johnson" (1971)



W 1969 roku Miles Davis nawiązał bliską znajomość z Jimim Hendrixem. Muzycy inspirowali się nawzajem, wymieniali różnymi ideami, a nawet kilkakrotnie razem jamowali. Naturalnie pojawił się pomysł nagrania wspólnego albumu. Realizację tego projektu opóźniał napięty grafik artystów, lecz kilka razy było już naprawdę blisko. Pod koniec października Davis, Hendrix i Tony Williams wysłali nawet telegram do Paula McCartneya, zapraszając go na wspólną sesję nagraniową (dość dziwny to wybór, bo przecież do tej ekipy bardziej pasowałby np. Dave Holland lub Jack Bruce, ale pewnie chodziło o pozyskanie kogoś popularniejszego). Niestety, basista przebywał wtedy na wakacjach i o wszystkim dowiedział się po czasie. Przez kolejne miesiące Davis i Hendrix byli zajęci pracą z własnymi zespołami. Gdy jednak okazało się, że latem i jesienią 1970 roku obaj będą występować w Europie (m.in. na festiwalu Isle of Wight), postanowiono zarezerwować termin w jednym z londyńskich studiów. Do zaplanowanej sesji nigdy jednak nie doszło, gdyż nie dożył jej Hendrix.

Jeżeli ktoś chciałby sobie wyobrazić, jak mogłoby brzmieć wspólne dzieło Milesa Davisa i Jimiego Hendrixa, koniecznie powinien posłuchać albumu "Jack Johnson" (znanego też pod używanym na reedycjach tytułem "A Tribute to Jack Johnson"). To najbardziej rockowe wydawnictwo w całej dyskografii trębacza, będące najlepszym potwierdzeniem wpływu, jaki wywarł na nim Hendrix. Longplay jest soundtrackiem do dokumentalnego filmu Billa Caytona o bokserze Jacku Johnsonie, pierwszym czarnoskórym mistrzu świata w tej dyscyplinie, jednak całkowicie broni się jako samodzielne dzieło. Album został zmiksowany przez Teo Macero głównie z nagrań dokonanych podczas sesji z 7 kwietnia 1970 roku. Davisowi towarzyszyli wówczas John McLaughlin, Herbie Hancock, oraz trzech zupełnie nowych współpracowników: saksofonista Steve Grossman, perkusista Billy Cobham i basista Michael Henderson. Davis odkrył 19-letniego Hendersona niedługo wcześniej, gdy ten występował w grupie Steviego Wondera. Tak bardzo zachwycił się jego grą, że bez ogródek powiedział do Wondera: Zabieram twojego pieprzonego basistę. I zabrał. A Henderson w jego zespole niesamowicie rozwinął skrzydła, pokazując niezwykły talent (inna sprawa, że poza współpracą z Milesem, nie dokonał w swojej karierze niczego interesującego). Wracając do albumu, warto zauważyć, że jego ostatnie kilkanaście minut pochodzi z wcześniejszej sesji, z 18 lutego. Oprócz Davisa i McLaughlina grali wówczas zupełnie inni muzycy, których nazwiska nie zostały uwzględnione w opisie longplaya: Bennie Maupin, Chick Corea, Dave Holland, Jack DeJohnette i gitarzysta Sonny Sharrock.

Longplay składa się tylko z dwóch, około 25-minutowych utworów. Kompozycja ze strony A, "Right Off", powstała z połączenia kilku podejść do tego utworu, oraz solówki Davisa zarejestrowanej w listopadzie 1969 roku. Utwór narodził się bardzo spontanicznie, podczas jamowania McLaughlina, Hendersona i Cobhama. Davis przebywał wtedy w reżyserce, ale gdy usłyszał, co grają jego muzycy, wybiegł z niej, by do nich dołączyć. Zdecydowana większość finalnego miksu - z wyjątkiem wspomnianej solówki lidera - opiera się na prostym rytmie boogie. Sekcja rytmiczna gra naprawdę mocno, zaś popisy McLaughlina i brzmienie jego gitary mają zdecydowanie rockowy, a momentami wręcz hardrockowy charakter. Davis dołącza do nich dopiero po pewnym czasie, Grossman i Hancock jeszcze później. Swoją drogą, udział Herbiego nie był planowany - klawiszowiec załatwiał inne sprawy w budynku, gdzie mieściło się studio, i przypadkiem natknął się na Macero, który zaproponował mu dołączenie. Spontaniczność tej sesji doskonale słychać przez cały utwór, który posiada bardzo swobodny, jamowy klimat. Słychać, że muzycy podczas nagrania po prostu świetnie się bawili.

Wypełniający drugą stronę "Yesternow" to tak naprawdę dwie różne kompozycje, nagrane w innych składach "Yesternow" i "Willie Nelson", w dodatku połączone ze sobą fragmentem utworu "Shhh/Peaceful" z "In a Silent Way". Część tytułowa ma bardziej psychodeliczny, wręcz oniryczny nastrój, budowany przez mantrowo powtarzany basowy motyw i z początku leniwą, ale stopniowo się zagęszczającą grę pozostałych muzyków. "Willie Nelson" również opiera się na charakterystycznej basowej zagrywce, lecz tym razem nadającej bardziej dynamicznego charakteru. Świetnie wypada tu zestawienie ostrych gitar McLaughlina i Sharrocka, o brzmieniu typowym dla wczesnego hard rocka (kojarzącym się z Hendrixem lub Claptonem z czasów Cream), przesterowanych, atonalnych partii elektrycznego pianina Chicka Corei, oraz jazzowej trąbki Milesa. Całość kończy delikatna część z przepiękną partią trąbki i narracją Brocka Petersa, czyli aktora wcielającego się w rolę Jacka Johnsona.

"Jack Johnson" to album idealny dla rockowych słuchaczy, którzy chcieliby poszerzyć swój gust. To muzyka o wiele bardziej przystępna, niż inne albumy Milesa Davisa z elektrycznego okresu (nie licząc równie przystępnego "In a Silent Way"), a zarazem najbliższa rockowej stylistyki. Gitary elektryczne pełnią co najmniej tak samo istotną rolę, jak trąbka lidera, a sekcja rytmiczna gra z rockową energią i (nieprzesadną) prostotą. Album  z pewnością zachwyci wielbicieli ciężkiego, spontanicznego grania w stylu koncertowych nagrań Hendrixa, Cream czy The Allman Brothers Band. Jeśli nie od razu, to przy kolejnych przesłuchaniach. Może być też świetnym wprowadzeniem do świata jazzu, który - jak pokazują elektryczne albumy Milesa - ma wiele oblicz, często bardzo odległych od powszechnych wyobrażeń o tym gatunku.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Jack Johnson (Original Soundtrack Recording)" (1971)

1. Right Off; 2. Yesternow (Yesternow / Willie Nelson)

Skład: Miles Davis - trąbka; John McLaughlin - gitara; Steve Grossman - saksofon (1,2a); Herbie Hancock - organy (1,2a); Michael Henderson - bass (1,2a); Billy Cobham - perkusja (1,2a); Bennie Maupin - klarnet basowy (2b); Sonny Sharrock - gitara (2b); Chick Corea - elektryczne pianino (2b); Dave Holland - bass (2b); Jack DeJohnette - perkusja (2b)
Gościnnie: Brock Peters - narracja (2b)
Producent: Teo Macero


Po prawej: wersja alternatywna okładki.



20 listopada 2017

[Recenzja] The Tony Williams Lifetime - "Emergency!" (1969)



Tony Williams, a właściwie Anthony Tillmon Williams, to prawdziwa legenda. Jeden z najwybitniejszych i najbardziej inspirujących perkusistów w historii. Profesjonalną karierę muzyka rozpoczął w bardzo młodym wieku, mając ledwie trzynaście (!) lat. Już wtedy przyciągał swoim talentem uwagę całego jazzowego świata. Zanim osiągnął pełnoletność, miał już za sobą sesje nagraniowe i występy w zespołach Sama Riversa, Jackiego McLeana, Erica Dolphy'ego, Grachana Moncura III, Herbiego Hancocka, oraz - czy też przede wszystkim - Milesa Davisa (w jego Drugim Wielkim Kwintecie). Williams słynął ze swojej energetycznej, bardzo intensywnej gry, lecz był także zdolnym kompozytorem, co udowodnił wydając w połowie lat 60. dwa albumy solowe: "Life Time" (1964) i "Spring" (1965). Obydwa zostały docenione przez krytykę.

Na początku 1969 roku Tony postanowił ściągnąć do Stanów brytyjskiego gitarzystę Johna McLaughlina, by wspólnie z nim i organistą Larrym Youngiem stworzyć prekursorskie trio The Tony Williams Lifetime - była to jedna z pierwszych grup grających tzw. fusion. W lutym Williams i McLaughlin wzięli udział w nagraniu przełomowego albumu Milesa Davisa, "In a Silent Way" (w sesji miał wziąć udział także Young, lecz po spontanicznym zaangażowaniu McLaughlina, sprzeciwił się temu Tony, który nie chciał dzielić się całym swoim zespołem), a w maju trio przystąpiło do realizacji swojego debiutu. Pomysłów wystarczyło im na album dwupłytowy. Tuż po premierze, "Emergency!" został zmiażdżony przez konserwatywnych krytyków, lecz doceniono go po latach, powszechnie uznając za jedną z pierwszych udanych fuzji jazzu i rocka (obok wydanych w tym samym roku "Hot Rats" Franka Zappy i "In a Silent Way"). Elementy obu gatunków są nim tak zgrabnie połączone, że ciężko stwierdzić który z nich dominuje.

Pierwsze, co zwraca uwagę na "Emergency!", to potężne brzmienie, mogące sugerować, że gra tu więcej niż trzech muzyków. Intensywność i energia, z jaką gra Williams, w połączeniu z ostrymi, przesterowanymi partiami McLaughlina i Younga (drugi z nich odpowiada także za linie basu), naprawdę robi wrażenie. Utwory są przeważnie długie (tylko dwa trwają poniżej sześciu minut, pozostałe są nawet ponad dwukrotnie dłuższe), ale na tyle zróżnicowane, że nie pozwalają się nudzić. Rozpoczynający całość tytułowy "Emergency" jest swego rodzaju kontynuacją pomysłów z "In a Silent Way", lecz z bardziej surowym, cięższym brzmieniem. Bardzo psychodelicznie wypadają natomiast dwie kolejne kompozycje, "Beyond Games" i "Where", z niemal hendrixowską (przynajmniej pod względem brzmienia) gitarą i... partiami wokalnymi Tony'ego (raczej mówionymi, niż śpiewanymi). Pierwszy z nich zachwyca swoją pozorną monotonią, a tak naprawdę rewelacyjnie budowanym napięciem, zaś drugi hipnotyzującą grą muzyków. Natomiast w przeróbce "Vashkar" (z repertuaru The Paul Bley Trio) można usłyszeć zalążek stylu późniejszej grupy McLaughlina, Mahavishnu Orchestra. Zaskoczeniem może być "Via the Spectrum Road", z niemal piosenkowymi fragmentami, w których pojawia się gitara akustyczna i melodyjny śpiew Williamsa - bardzo fajnie urozmaica to album, a dzięki jazzrockowym wstawkom utwór nie psuje spójności całości. Z kolei ekspresyjny "Spectrum" mógłby być typowym kawałkiem hardbopowym, lecz jego brzmienie jest zdecydowanie rockowe. Najdłuższy w zestawie "Sangria for Three" to kolejny rewelacyjny psychodeliczny jam, z momentami o wręcz hardrockowym ciężarze. Całość kończy nieco prostszy, dynamiczny "Something Spiritual", oparty na całkiem chwytliwym gitarowym motywie.

"Emergency!" to bez wątpienia jedno z największych arcydzieł muzyki fusion, album po prostu rewelacyjny. Ale, niestety, nie pozbawiony wad. Do nich zaliczyć należy nienajlepsze partie wokalne Williamsa, jak również brak gitary basowej lub kontrabasu (niskie dźwięki organów nie mają wystarczającej głębi). Poza tym ciężko do czegokolwiek się przyczepić - nawet do niedoskonałego brzmienia, gdyż idealnie pasuje ono do tej energetycznej, surowej muzyki. Ponadto, to bardzo ważny album, który wypada znać (niestety, zdecydowanie za mało i za rzadko się o nim mówi, nawet w kontekście muzyki fusion). Zawarta na nim muzyka może podobać się zarówno słuchaczom rocka (szczególnie tym lubiącym długie, instrumentalne jamy), jak i jazzu (o ile nie są tradycjonalistami nie uznającymi elektrycznego brzmienia).

Ocena: 9/10



The Tony Williams Lifetime - "Emergency!" (1969)

LP1: 1. Emergency; 2. Beyond Games; 3. Where; 4. Vashkar
LP2: 1. Via the Spectrum Road; 2. Spectrum; 3. Sangria for Three; 4. Something Spiritual

Skład: Tony Williams - perkusja, wokal; John McLaughlin - gitara; Larry Young - organy
Producent: Monte Kay i Jack Lewis


17 listopada 2017

[Recenzja] Miles Davis - "At Fillmore" (1970)



W ciągu 1970 roku Miles Davis wielokrotnie gościł w należących do Billa Grahama salach koncertowych Fillmore East i Fillmore West, słynących raczej z występów rockowych gwiazd, takich jak Cream, Jimi Hendrix, The Allman Brothers Band czy Grateful Dead. Wówczas jednak Davis cieszył się uznaniem rockowej publiczności, dzięki swoim elektrycznym albumom "In a Silent Way" i "Bitches Brew". Jego koncerty w obu Fillmore'ach, gdzie występował przed rockowymi wykonawcami, również spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. Na szczęście większość z nich została profesjonalnie zarejestrowana i prędzej lub później wydana na płytach. Na pierwszy ogień poszła seria czerwcowych występów z nowojorskiego Fillmore East, wydana cztery miesiące później na dwupłytowym albumie "At Fillmore".

W tamtym czasie Miles był już dobrze zgrany ze swoim nowym koncertowym septetem, w którego skład wchodzili Chick Corea, Dave Holland, Jack DeJohnette, oraz trzech świeżaków: saksofonista Steve Grossman, perkusjonalista Airto Moreira i organista Keith Jarrett. Na repertuar czterech występów, które odbyły się w dniach 17-20 czerwca, złożyły się głównie nowsze kompozycje, już z elektrycznego okresu. Część z nich nie była jeszcze wtedy opublikowana w wersjach studyjnych, a nawet gdy zespół sięgał po znane tematy, znacząco je zmieniał, każdego wieczoru grając inaczej (często ciężko je rozpoznać). Poza tym muzycy mieli zwyczaj płynnego przechodzenia pomiędzy poszczególnymi utworami, przez co ich występy sprawiały wrażenie jednego długiego jamu. Materiał na "At Fillmore" został dodatkowo zmiksowany przez Teo Macero, który wybrał najlepsze (oczywiście według niego) fragmenty z każdego z czterech występów i połączył je w cztery kompozycje trwające od trochę ponad dwudziestu dwóch do prawie dwudziestu ośmiu minut. Każda z nich wypełnia jedną stronę winylowej płyty, a zatytułowana jest od dnia, w którym została zarejestrowana ("Wednesday Miles", "Thursday Miles", itd.). Macero po raz kolejny udowodnił, że w cięciu i sklejaniu taśm jest prawdziwym mistrzem. Nie słychać tu żadnych cięć, przeskoków, ani różnic w brzmieniu. Można odnieść wrażenie, że zespół faktycznie wszystko zagrał w ten sposób, w jaki zostało to przedstawione na albumie.

Muzyka zawarta na "At Fillmore" to połączenie jazzowej swobody improwizacyjnej, momentami ocierającej się wręcz o freejazzową chaotyczność, z psychodelicznym nastrojem, oraz prawdziwie rockową ekspresją i ciężarem. Momentami (np. "Bitches Brew" z "Wednesday Miles", albo "Directions" z "Thursday Miles") zespół brzmi naprawdę agresywnie. Brak gitary całkowicie rekompensują przesterowane organy Jarretta, ostre partie elektronicznie przetworzonej trąbki Davisa i saksofonu Grossmana, oraz intensywne linie basu Hollanda, który w końcu przekonał się do gitary basowej (choć używał jej na zmianę z kontrabasem). A wymiata na tym instrumencie tak, że mógłby wpędzić w kompleksy większość uznanych rockowych basistów. Rockowo brzmi też mocna gra DeJohnette'a (świetnie urozmaicona i uzupełniona egzotycznymi perkusjonaliami Moreiry), zaś pianino elektryczne Corei dodaje psychodelicznego klimatu. "At Fillmore" to jednak nie tylko ciężkie fusion. Na zakończenie każdego setu pojawia się bardzo tradycyjnie jazzowy temat "The Theme", skomponowany przez Milesa jeszcze w czasach Pierwszego Wielkiego Kwintetu, zaś podczas piątkowego i sobotniego występu repertuar został poszerzony o ballady: standard z repertuaru Franka Sinatry "I Fall in Love Too Easily" (Miles nagrał swoją wersję na album "Seven Steps to Heaven"), oraz "Sanctuary". Fajnie urozmaica to całość.

Jeżeli ktoś wolałby posłuchać jak te występy brzmiały naprawdę, powinien sięgnąć po wydany w 2014 roku boks "Miles at the Fillmore", wchodzący w skład serii "The Bootleg Series". Na czterech płytach kompaktowych zmieszczono nie tylko kompletne rejestracje czterech czerwcowych występów w Fillmore East, ale także trzy utwory ("Paraphernalia", "Footprints", "Miles Runs the Voodoo Down") z występu w Fillmore West, który odbył się dwa miesiące wcześniej, 11 kwietnia, jeszcze bez Jarretta w składzie.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "At Fillmore" (1970)

LP1: 1. Wednesday Miles (Directions / Bitches Brew / The Mask / It's About That Time / Bitches Brew / The Theme); 2. Thursday Miles (Directions / The Mask / It's About That Time / Bitches Brew / The Theme)
LP2: 1. Friday Miles (It's About That Time / I Fall in Love Too Easily / Sanctuary / Bitches Brew / The Theme); 2. Saturday Miles (The Mask / It's About That Time / I Fall in Love Too Easily / Sanctuary / Bitches Brew / Willie Nelson / The Theme)

Miles Davis - "Miles at the Fillmore: The Bootleg Series Vol. 3" (2014)

CD1: 1. Introduction; 2. Directions; 3. The Mask; 4. It's About That Time; 5. Bitches Brew; 6. The Theme; 7. Paraphernalia*; 8. Footprints*
CD2: 1. Directions; 2. The Mask; 3. It's About That Time; 4. Bitches Brew; 5. The Theme; 6. Spanish Key; 7. The Theme
CD3: 1. Directions; 2. The Mask; 3. It's About That Time; 4. I Fall in Love Too Easily; 5. Sanctuary; 6. Bitches Brew; 7. The Theme; 8. Miles Runs the Voodoo Down*
CD4: 1. Directions; 2. The Mask; 3. It's About That Time; 4. I Fall in Love Too Easily; 5. Sanctuary; 6. Bitches Brew; 7. Willie Nelson; 8. The Theme


Skład: Miles Davis - trąbka; Steve Grossman - saksofon i flet; Chick Corea - elektryczne pianino; Keith Jarrett - organy (oprócz *); Dave Holland - kontrabas i bass; Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


14 listopada 2017

[Recenzja] John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)



"A Love Supreme". Najważniejszy i najsłynniejszy album Johna Coltrane'a. Słusznie doceniony przez krytyków i słuchaczy (którzy już w roku wydania kupili blisko pół miliona egzemplarzy - był to naprawdę niesamowity wynik, jak na muzykę jazzową i to tą trudniejszą w odbiorze). Trudno się pisze o takich wydawnictwach. Po części dlatego, że już wiele o nich powiedziano, ale także dlatego, że ciężko oddać słowami ich geniusz.

Skąd ten cały fenomen "A Love Supreme"? Jest to na pewno album wyróżniający się na tle ówczesnego jazzu. Nie jest to zwyczajny zbiór kilku częściowo improwizowanych utworów zbudowanych na schemacie: temat - solowe popisy muzyków - powrót do tematu. Zawarta tutaj muzyka tworzy przemyślaną całość, swego rodzaju półgodzinną suitę, podzieloną na cztery części (utwory). Jest to muzyka niezwykle uduchowiona, będąca świadectwem duchowej przemiany Trane'a, który kilka lat wcześniej, po zwalczeniu nałogów, zwrócił się ku Bogu. Dlatego też "A Love Supreme" postrzegany jest jako pierwszy album spiritual jazzowy. Jest w tym trochę prawdy, to na pewno pierwsze tak dojrzałe dzieło w tym stylu, lecz przecież John już od dawna nagrywał utwory o spirytualnym nastroju.  W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję - jeżeli ktoś pozna "A Love Supreme" zaraz po lub przed "Blue Train" czy "Giant Steps", to może być zdziwiony, jak bardzo zmieniła się muzyka Coltrane'a przez te pięć lat. Dlatego warto poznać albumy wydane w międzyczasie, na których doskonale słychać, jak stopniowo, lecz konsekwentnie ewoluował jego styl, coraz bardziej oddalając się od hardbopowych korzeni, w stronę swobodniejszej i coraz bardziej uduchowionej muzyki.

Album został w całości nagrany podczas kilkugodzinnej sesji, wieczorem 9 grudnia 1964 roku, w słynnym studiu należącym do inżyniera dźwięku Rudy'ego Van Geldera, pod okiem producenta Boba Thiele'a. Co prawda nazajutrz muzycy wrócili do studia, by zarejestrować alternatywne wersje kilku fragmentów, jednak żadne nagranie z tego dnia nie trafiło na album. Co ciekawe, drugiego dnia w studiu pojawili się nie tylko członkowie John Coltrane Quartet, ale także dwóch dodatkowych muzyków - saksofonista Archie Shepp i kontrabasista Art Davis. Obaj zagrali w dwóch podejściach do kompozycji "Acknowledgement". W sekstecie nie udało się jednak powtórzyć tej magii, jaka pojawiła się podczas wykonania kwartetu. Wspomniana kompozycja rozpoczyna album i robi to w naprawdę wielkim stylu, przyciągając uwagę od początkowego uderzenia gongu i wchodzącej po chwili przepięknej solówki Johna. Cały utwór zbudowany jest na akompaniamencie bardzo chwytliwej zagrywki Jimmy'ego Garrisona, wokół której pozostali muzyce prezentują swoje umiejętności. Pod koniec pojawia się zupełnie nowy element w twórczości Trane'a - powtarzany przez niego jak mantra tytuł albumu. Dwa środkowe utwory, "Resolution" i "Pursuance", zdają się bardziej spontaniczne, w większym stopniu bazując na improwizacji, a nie gotowych tematach. Wszyscy muzycy grają w nich wspaniałe solówki. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na te w wykonaniu Coltrane'a - momentami zmierzające w stronę freejazzowego hałasu, ale jednak zachowujące melodyjność. Najpiękniejszą solówkę lider zagrał natomiast w finałowym "Psalm" - wyjątkowo nieimprowizowaną, lecz będącą muzyczną narracją napisanego przez niego poematu (umieszczonego na okładce albumu). Czytany równo z utworem, tekst będzie idealnie pasować do melodii solówki.

Piękny album, stanowiący przemyślaną i dopracowaną całość, rewelacyjnie zagrany i brzmiący po prostu ponadczasowo. Do tego niezwykle ważny i inspirujący. Bez żadnych wątpliwości przyznaję maksymalną ocenę. Choć tak naprawdę taka muzyka jest ponad jakimikolwiek skalami.

Ocena: 10/10



John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)

1. Acknowledgement; 2. Resolution; 3. Pursuance; 4. Psalm

Skład: John Coltrane - saksofon, wokal (1); McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones  - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele


13 listopada 2017

[Recenzja] ZZ Top - "First Album" (1971)



Zanim muzycy ZZ Top zapuścili długie brody (ściślej mówiąc, zapuścili je gitarzysta i basista, gdyż perkusiście wystarczyło nazwisko Beard) i kompletnie skomercjalizowali swoją muzykę, stając się maskotkami MTV, byli jednym z najbardziej obiecujących zespołów z amerykańskiego południa. Nigdy nie grali szczególnie ambitnej ani oryginalnej muzyki, jednak na początku swojej działalności prezentowali całkiem przyjemną, energetyczną mieszankę bluesowych patentów, hardrockowego ciężaru i typowego dla southern rocka luzu. W sumie to zdanie wystarczyłoby za streszczenie całego "ZZ Top's First Album". Urozmaiceń tu niewiele, jest za to sporo rockowego czadu i naprawdę fajnych gitarowych popisów - chociażby w takich kawałach, jak "Shaking Your Tree", "Goin' Down to Mexico", "Neighbor, Neighbor", "Certified Blues", czy przede wszystkim "Brown Sugar". Ten ostatni zaczyna się bardzo niepozornie, by w dalszej części nabrać mocy i okazać się najbardziej porywającym fragmentem całości. Całkiem przyjemnie wypada także najbliższy typowego bluesa "Just Got Back from Baby's". Są tu też jednak mniej udane kawałki, jak okropny pod względem wokalnym "Squank", czy nudnawa ballada "Old Man". Ogólnie rzecz biorąc, jest to longplay raczej tylko dla miłośników takiej stylistyki. 

Ocena: 7/10



ZZ Top - "ZZ Top's First Album" (1971)

1. (Somebody Else Been) Shaking Your Tree; 2. Brown Sugar; 3. Squank; 4. Goin' Down to Mexico; 5. Old Man; 6. Neighbor, Neighbor; 7. Certified Blues; 8. Bedroom Thang; 9. Just Got Back from Baby's; 10. Backdoor Love Affair

Skład: Billy Gibbons - wokal i gitara; Dusty Hill - bass, instr. klawiszowe, wokal (3,4), dodatkowy wokal; Frank Beard - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bill Ham


10 listopada 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "The Missing Piece" (1977)



1977 rok zapisał się w historii rocka ze względu na eksplozję popularności punk rocka, która niemal całkowicie zmiotła starszych wykonawców. Szczególnie mocno oberwały zespoły progresywne, które nagle z docenianego przez krytyków i słuchaczy zjawiska, stały się obiektem drwin. Poniekąd z własnej winy. Już od jakiegoś czasu wyraźny był spadek jakości ich kolejnych albumów. Jedynie muzykom Pink Floyd udawało się utrzymywać wysoki poziom artystyczny, choć grupa już dawno przestała czymkolwiek zaskakiwać. Inne zespoły wyraźnie się pogubiły, albo uparcie trzymając się swojego stylu i nagrywając coraz gorsze wersje tych samych albumów, na których doprowadzały swoją muzykę do coraz większego absurdu, albo zaczęły się zwracać w stronę coraz prostszej muzyki, nie mającej wiele do zaoferowania pod względem artystycznym.

Nie ominęło to nawet Gentle Giant. Pierwsze oznaki kryzysu objawiły się na albumie "Interview", utrzymanym jeszcze w stylu poprzednich wydawnictw, ale zbyt wtórnym wobec nich i wyraźnie słabszym pod względem kompozytorskim. Longplay okazał się komercyjną klapą, czego nie zamierzał darować grupie jej aktualny wydawca. Przedstawiciele wytwórni wymusili na muzykach, aby kolejny album zawierał bardziej przystępny materiał. W rezultacie nie znajdziemy na "The Missing Pieces" złożonych kompozycji z pomysłowymi, bogatymi aranżacjami i mistrzowskim wykorzystaniem kontrapunktu. To zbiór prostych, dość melodyjnych piosenek. Uproszczeniu uległa warstwa rytmiczna i harmoniczna, zubożono także instrumentarium, całkowicie rezygnując z dęciaków i smyczków.

Bardzo kontrowersyjne są próby dotarcia do nowych słuchaczy, poprzez nawiązania do muzyki funk ("Mountain Time") i punk rocka (surowy, agresywny "Betcha Thought We Couldn't Do It", nie mający kompletnie nic wspólnego z wcześniejszą twórczością grupy, będąc jej całkowitym przeciwieństwem). Nie przekonuje także próba stworzenia radiowego przeboju - komercyjna ballada "I'm Turning Around" nieodparcie kojarzy się z (późniejszymi) przebojami Phila Collinsa. Ogólnie utwory są dość miałkie, pozbawione dobrych melodii (paradoksalnie, znacznie bardziej chwytliwe utwory można znaleźć na poprzednich albumach grupy). Dość przyzwoicie pod względem melodycznym wypada energetyczny otwieracz longplaya, "Two Weeks in Spain". Są też dwie naprawdę dobre kompozycje: dynamiczny "For Nobody", w którym pojawia się odrobina bardziej zakręconego grania, z jakiego zespół wcześniej słynął, a także bardzo zgrabna i niebanalna ballada "Memories of Old Days", która jeszcze mocnej przypomina o dawnej chwale grupy. Niestety, te dwa utwory tylko pogłębiają - na zasadzie kontrastu - wrażenie ogólnej miałkości i twórczej niemocy.

Trudno uwierzyć, że "The Missing Pieces" został nagrany przez ten sam zespół, który w pierwszej połowie dekady wydał siedem genialnych, bezkompromisowych longplayów, będących niedoścignionym wzorcem rocka progresywnego. Co prawda, zespół doszedł do momentu, w którym zmiana stylu była nieodzowna, jednak muzykom nie udało się zdefiniować siebie na nowo w interesujący sposób. Rezygnując niemal całkowicie z tego, czym wcześniej zachwycali, nie dali w zamian niczego ciekawego.

Ocena: 5/10



Gentle Giant - "The Missing Piece" (1977)

1. Two Weeks in Spain; 2. I'm Turning Around; 3. Betcha Thought We Couldn't Do It; 4. Who Do You Think You Are?; 5. Mountain Time; 6. As Old as You're Young; 7. Memories of Old Days; 8. Winning; 9. For Nobody

Skład: Derek Shulman - wokal; Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (6), instr. perkusyjne (8); Gary Green - gitara; Ray Shulman - bass, gitara (7), instr. perkusyjne (8); John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gentle Giant


8 listopada 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Bitches Brew" (1970)



Zaledwie siedem miesięcy po premierze przełomowego "In a Silent Way", Miles Davis wydał kolejne arcydzieło, które zmieniło oblicze muzyki. O ile na poprzednim albumie zatarł granicę między jazzem i rockiem, tak na "Bitches Brew" wywrócił wszystko do góry nogami, tworząc zupełnie nowy gatunek. Łączący w sobie swobodę jazzowych improwizacji, rockową dynamikę, oraz elementy muzyki hindustańskiej i afrykańskiej. Wszystko to wymieszane w takich proporcjach, że album nie przypomina niczego, co wcześniej lub później zarejestrowano. Choć wielu próbowało nagrać coś podobnego - "Bitches Brew" bez wątpienia należy do najbardziej wpływowych i inspirujących albumów w dziejach. Jego wpływu na późniejszą muzykę - czy to jazzową, czy rockową - nie da się przecenić.

Materiał na ten podwójny longplay został zarejestrowany podczas trzydniowej sesji nagraniowej, mającej miejsce w dniach 19-21 sierpnia 1969 roku, w nowojorskim Columbia Studio B. Każdego dnia w studiu przebywało od jedenastu do trzynastu muzyków. Był to naprawdę niezwykły skład, przede wszystkim ze względu na rozbudowaną sekcję rytmiczną, obejmującą czterech perkusistów/perkusjonalistów (Jack DeJohnette, Lenny White, Don Alias, Juma Santos), kontrabasistę (Dave Holland) i gitarzystę basowego (Harvey Brooks). Poza tym, na albumie zagrało trzech muzyków grających na elektrycznych pianinach (Joe Zawinul, Chick Corea, Larry Young), gitarzysta (John McLaughlin) i rozszerzona sekcja dęta (Davis, Wayne Shorter, oraz grający na klarnecie basowym Bennie Maupin). Muzycy zarejestrowali kilka utworów już wcześniej skomponowanych i wykonywanych na koncertach ("Spanish Key", "Miles Runs the Voodoo Down", "Sanctuary"), a także kilka długich, bardzo spontanicznych jamów, przed którymi Miles udzielił pozostałym instrumentalistom minimum wskazówek (takich jak tempo, kilka akordów i zarys melodii). Następnie taśmy z nagraniami zostały ręcznie pocięte i posklejane przez Teo Macero, który nadał im zupełnie nowego kształtu. Producent poświęcił mnóstwo czasu na żmudną pracę, która dała jednak niesamowity efekt, będący zaskoczeniem także dla samych muzyków.

Album oryginalnie miał nosić tytuł "Listen to This", ale po kilku miesiącach Davis niespodziewanie zmienił go na "Pharaoh's Dance", a następnie na "Witches Brew", by w ostatniej chwili przerobić go na "Bitches Brew". Dlaczego kocioł czarownic stał się kotłem dziwek? Wiadomo tylko, że sugestia takiego tytułu wyszła od ówczesnej partnerki Milesa, Betty Mabry (tej samej, która poznała go z Jimim Hendrixem). Warto w tym miejscu wspomnieć też o nietypowej, surrealistycznej grafice zdobiącej album. Jej autorem jest niemiecki malarz Mati Klarwein, mający na koncie liczne okładki albumów (także m.in. "Abraxas" Santany i "Live-Evil" Davisa). "Bitches Brew" ukazał się 30 marca 1970 roku i okazał się zaskakującym - jak na tak ambitną i dość trudną w odbiorze muzykę - sukcesem komercyjnym. Jego sprzedaż zapewniła mu podwójną platynę w Stanach i złoto w Wielkiej Brytanii. Do dziś longplay obowiązkowo wymieniany jest we wszystkich zestawieniach najważniejszych i najlepszych muzycznych wydawnictw.

Pierwsza płyty winylowego wydania składa się tylko z dwóch utworów: dwudziestominutowego "Pharaoh's Dance" i dwudziestosześciominutowego "Bitches Brew". Niewiele krótsze są "Spanish Key" i "Miles Runs the Voodoo Down" z drugiej płyty, oba trwające po kilkanaście minut. Nie ma sensu szczegółowo opisywać tych czterech nagrań, ponieważ dzieje się w nich zbyt wiele. To granie o jamowym charakterze, bardzo intensywne i niesamowicie wciągające. Na pierwszym planie dominują ostre, agresywne solówki Davisa, Shortera i McLaughlina, oraz bardzo klimatyczne, trochę niepokojące partie klarnetu basowego. Akompaniament stanowią hipnotyzujące linie basowe Hollanda i Brooksa, a także przebogate, nieco egzotyczne brzmienia perkusyjne. Całość zaś zatopiona jest w psychodeliczno-narkotykowych dźwiękach klawiszy. Pierwszy kontakt z tą muzyką może być dla słuchacza zbyt przytłaczający, ale wystarczy się uważnie wsłuchać, by dać się jej porwać. Nieco odmienny charakter mają pozostałe dwa utwory z drugiej płyty. Wyjątkowo jak na ten album krótki, zaledwie czterominutowy "John McLaughlin", to przede wszystkim popis gitarzysty, którego zagrywki mają w sobie coś i z bluesa, i jazzu, i rocka. Co ciekawe, w nagraniu w ogóle nie wystąpili Davis i Shorter. Z kolei finałowy, dziesięciominutowy "Sanctuary" to ballada skomponowana przez Shortera jeszcze w czasach Drugiego Wielkiego Kwintetu. Nawet tutejsza wersja ma wiele wspólnego z ówczesnym stylem Davisa, choć brzmienie jest bogatsze, a nastrój nieco psychodeliczny, do tego dochodzi kilka agresywniejszych momentów, dzięki czemu wpasowuje się w ogólny charakter całości.

"Bitches Brew" nie jest albumem łatwym w odbiorze, potrzeba czasu i wielu przesłuchań, by go zrozumieć i się nim zachwycić. Warto jednak poświęcić ten czas, bo to jedno z największych arcydzieł muzyki wszelakiej. Album absolutnie niepowtarzalny, a zarazem po prostu świetny w każdym aspekcie. Wirtuozeria muzyków, ich wzajemna współpraca i wytwarzany przez nich klimat po prostu zwalają z nóg. Do tego wzorowe brzmienie, o jakim w dzisiejszych czasach można tylko pomarzyć. Ale to longplay nie tylko genialny, a także bardzo ważny. Dlatego wstyd go nie znać.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Bitches Brew" (1970)

LP1: 1. Pharaoh's Dance; 2. Bitches Brew
LP2: 1. Spanish Key; 2. John McLaughlin; 3. Miles Runs the Voodoo Down; 4. Sanctuary

Skład: Miles Davis - trąbka (oprócz LP2: 2); Wayne Shorter - saksofon (oprócz LP2: 2); Bennie Maupin - klarnet basowy (oprócz LP2: 4); Joe Zawinul - elektryczne pianino; Chick Corea - elektryczne pianino; Larry Young - elektryczne pianino (LP1: 1, LP2: 1); John McLaughlin - gitara; Dave Holland - kontrabas; Harvey Brooks - bass (oprócz LP2: 4); Jack DeJohnette - perkusja; Lenny White - perkusja (oprócz LP2: 3,4); Don Alias - instr. perkusyjne, perkusja (LP2: 3); Juma Santos - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


6 listopada 2017

[Recenzja] John Coltrane Quartet - "Crescent" (1964)



"Crescent" ukazał się blisko dwa lata po poprzednim albumie kwartetu Johna Coltrane'a zawierającym w pełni premierowy autorski materiał. W międzyczasie muzycy nie próżnowali - nie tylko intensywnie koncertowali, ale także kilkakrotnie weszli do studia. Najpierw nagrali komercyjny album "Ballads", złożony z popowych standardów, a następnie kolaboranckie "Duke Ellington & John Coltrane" i "John Coltrane and Johnny Hartman". Najważniejsza sesja odbyła się jednak 18 listopada 1963 roku. Zespół zarejestrował wówczas dwa utwory, które uzupełniły koncertowe wydawnictwo "Live at Birdland", w tym kompozycję "Alabama", zainspirowaną niedawnym zamachem Ku Klux Klan, w którym zginęło czworo dzieci. Ponury klimat tego utworu okazał się drogowskazem podczas kolejnej sesji, której efektem jest "Crescent".

De facto, album został nagrany podczas dwóch sesji nagraniowych. 27 kwietnia 1964 roku muzycy zarejestrowali cały materiał (a także kompozycję "Song of Praise", której późniejsza wersja trafiła na album "The John Coltrane Quartet Plays"), jednak najwyraźniej nie byli do końca zadowoleni z efektu, gdyż 1 czerwca wrócili do studia, by ponownie nagrać dwa utwory (tytułowy i "Bessie's Blues"). Autorem wszystkich kompozycji jest Coltrane. Stylistycznie album jest kontynuacją drogi obranej na poprzednich wydawnictwach, z tym specyficznym, spirytualnym nastrojem, który wciąga słuchacza od pierwszych sekund. O ile jednak na wydanym dwa lata wcześniej longplayu "Coltrane" ta muzyka miała zdecydowanie pozytywny charakter, tak na "Crescent" słyszymy jej mroczniejsze odbicie. Dominują utwory o balladowym charakterze. Nie są to jednak typowe ballady, jak na albumie "Ballads", a rozbudowane, wciągające kompozycje. Już tytułowy "Crescent" zachwyca uduchowionymi solówkami Coltrane'a i McCoya Tynera, do hipnotyzującego akompaniamentu sekcji rytmicznej. Jeszcze piękniej wypadają partie solowe w cudownie się rozwijających "Wise One" i "Lonnie's Lament" (w tym drugim pojawia się nawet solówka Jimmy'ego Garrisona na kontrabasie). Najbardziej niezwykłą kompozycją jest jednak finałowa "The Drum Thing" - jak można domyślić się po tytule, jest to głównie popis Elvina Jonesa, którego gra zachwyca nawet takiego zadeklarowanego przeciwnika perkusyjnych solówek, jak ja. Wrażenie robi też saksofonowy temat, tyleż posępny, co piękny. Niestety, "Crescent" nie jest albumem doskonałym. Poziom zaniża trzyminutowa błahostka "Bessie's Blues", która kompletnie nie pasuje do pozostałych utworów, ze względu na swój bardziej dynamiczny i pogodny charakter. Zamiast tego kawałka powinna się tu znaleźć "Alabama".

John Coltrane był blisko stworzenia kompletnego arcydzieła, jednak nie do końca trafiony dobór materiału zaprzepaścił tę możliwość. Jednak co się odwlecze... - zaledwie pół roku później kwartet Coltrane'a wszedł do studia, by nagrać album, który miał stać się jednym z najważniejszych wydawnictw w historii jazzu. 

Ocena: 9/10



John Coltrane Quartet - "Crescent" (1964)

1. Crescent; 2. Wise One; 3. Bessie's Blues; 4. Lonnie's Lament; 5. The Drum Thing

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


3 listopada 2017

[Recenzja] Camel - "The Snow Goose" (1975)



W połowie lat 70. większość czołowych grup progrockowych miała już na koncie album koncepcyjny. Wiele z nich - żeby wspomnieć tylko o "Dark Side of the Moon", "The Lamb Lies Down on Broadway" i "2112" - przyniosło ich twórcom spory sukces komercyjny. Nic dziwnego, że muzycy Camel postanowili stworzyć swoją własną muzyczną opowieść. Nie zamierzali jednak tworzyć zupełnie nowej historii. Sukces utworu "The White Rider" z albumu "Mirage" (inspirowanego twórczością J.R.R. Tolkiena) zachęcił ich do ponownego sięgnięcia po inspirację do literatury. Po rozważeniu kilku propozycji, wybór padł na nowelę "The Snow Goose" amerykańskiego pisarza Paula Gallico. Muzycy przygotowali materiał, jednak ostatecznie nie otrzymali zgody na wykorzystanie wybranej historii. Podobno jej autor był zagorzałym przeciwnikiem papierosów, co przełożyło się na jego niechęć do zespołu, który dopiero co współpracował z koncernem tytoniowym (i wciąż używał takiego samego logo). Ponieważ nie było już czasu na napisanie nowych tekstów, postanowiono wydać album w całości instrumentalny (nie licząc kilku wokaliz). Zmieniono też tytuł z "The Snow Goose" na "Music Inspired by the Snow Goose" (choć na niektórych wydaniach widnieje ten krótszy).

Longplay składa się z szesnastu krótkich, czasem wręcz miniaturowych utworów. Podział na ścieżki jest jednak czysto umowny, bowiem poszczególne kawałki płynnie w siebie przechodzą, tworząc bardzo spójną całość. Tak naprawdę jest to jedna (dwuczęściowa z powodu podzielenia materiału na dwie strony płyty winylowej) kompozycja, a nadanie tytułów poszczególnym fragmentom służy temu, aby słuchacz mógł śledzić historię opowiadaną przez muzyków za pomocą dźwięków. Zupełnie jak w klasycznej muzyce programowej. Forma całości i wiele rozwiązań również czerpie z klasyki. Zespół zatrudnił nawet prawdziwą orkiestrę na czas nagrań, choć jej partie pełnią tylko rolę tła. Niestety, ambicje muzyków znacznie przerosły ich możliwości, bo "The Snow Goose" wypada bardzo naiwnie w porównaniu z tym, czym się inspirowali. Dużo tutaj banalnych melodyjek, dość odpychające jest też brzmienie, strasznie przesłodzone, nie tylko za sprawą przeróżnych klawiszy i orkiestry. Słowem, które najtrafniej opisuje ten album, jest kicz. Mimo wszystko, jest to dość przyjemny kicz. Zdarzają się tu też naprawdę ładne momenty, do których zaliczyć można właściwie każdą gitarową solówkę Andy'ego Latimera. Ta najlepsza pojawia się we fragmencie zatytułowanym "Rhayader Goes to Town", z brzmiącą bardzo floydowo drugą połową. Sama solówka ewidentnie kojarzy się ze stylem Davida Gilmoura. Bardzo ładnie wypada też delikatny temat "Rhayader Alone". A na przeciwnym biegunie znajduje się chociażby pełniący rolę klamry "The Great Marsh", w którym naiwność spotyka się z patosem, co brzmi równie kuriozalnie, jak wygląda w piśmie.

"The Snow Goose" to z jednej strony ciekawa koncepcja, a z drugiej - średnio udane wykonanie. Całość jest zbyt ugrzeczniona brzmieniowo i nieporadnie skomponowana, przez co autentycznie ładne momenty przeplatają się z niezamierzonym banałem i kiczem. Na pewno nie tego oczekuję od rocka progresywnego. Jeśli jednak traktować ten album jako muzykę tła, to sprawdza się wyśmienicie - nie jest nachalny, nie odrywa od innych czynności. I taka muzyka jest czasem przydatna.

Ocena: 6/10



Camel - "Music Inspired by the Snow Goose" (1975)

1. The Great Marsh; 2. Rhayader; 3. Rhayader Goes to Town; 4. Sanctuary; 5. Fritha; 6. The Snow Goose; 7. Friendship; 8. Migration; 9. Rhayader Alone; 10. Flight of the Snow Goose; 11. Preparation; 12. Dunkirk; 13. Epitaph; 14. Fritha Alone; 15. La Princesse Perdue; 16. The Great Marsh

Skład: Andrew Latimer - gitara, flet, wokal; Peter Bardens - instr. klawiszowe; Doug Ferguson - bass; Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Bedford - aranżacja orkiestry
Producent: David Hitchcock


1 listopada 2017

[Recenzja] Miles Davis - "In a Silent Way" (1969)



"In a Silent Way" to jeden z najsłynniejszych, najbardziej nowatorskich i wpływowych albumów Milesa Davisa. O ile na swoich dwóch poprzednich wydawnictwach - "Miles in the Sky" i "Filles de Kilimanjaro" - muzyk dopiero badał grunt, nieśmiało eksperymentując z elektrycznym instrumentarium, tak tutaj w końcu poszedł na całość. Kompozycje, instrumentarium, brzmienie, proces produkcyjny - wszystko znacząco odbiega od przyjętych w jazzie schematów. Nic dziwnego, że album wywołał spore kontrowersje w konserwatywnym środowisku jazzowych krytyków i słuchaczy. To, co zrobił tutaj Miles, dla ortodoksów było herezją. "In a Silent Way" został natomiast doceniony przez rockową krytykę, którą zachwycił przede wszystkim udział brytyjskiego gitarzysty Johna McLaughlina. Dziś natomiast album powszechnie uznawany jest za jedno z największych muzycznych arcydzieł. To jedno z tych wydawnictw, które w doskonałych proporcjach łączy ambitne podejście i przystępność, a zarazem łamie międzygatunkowe granice.

Davis poznał McLaughlina zaledwie dzień przed sesją nagraniową "In a Silent Way", która odbyła się 18 lutego 1969 roku. Brytyjczyk został zaproszony do Stanów przez Tony'ego Williamsa, który chciał wraz z nim i organistą Larrym Youngiem stworzyć jazzrockowe trio (tak powstał The Tony Williams Lifetime, który jeszcze w tym samym roku zadebiutował albumem "Emergency!"). Williams i McLaughlin odwiedzili Davisa w jego domu. Właśnie wtedy Miles po raz pierwszy usłyszał grę Johna i był pod takim wrażeniem, że zaproponował mu udział w zaplanowanej na następny dzień sesji. Co ciekawe, w studiu miał pojawić się także Young, jednak Williams - obawiający się straty całego swojego zespołu na rzecz Davisa - zabronił mu udziału. W rezultacie, na organach elektrycznych - nowym instrumencie w zespole Milesa - zagrał Joe Zawinul, który przyszedł do studia, ponieważ chciał zobaczyć jak zespół nagrywa kompozycję jego autorstwa, "In a Silent Way". Poza tym w sesji wzięli udział także dobrze sprawdzeni instrumentaliści: Wayne Shorter, Herbie Hancock i Chick Corea (obaj grali wyłącznie na elektrycznych pianinach), oraz Dave Holland (używający tylko kontrabasu). W ciągu jednego dnia muzycy nagrali cały materiał, który następnie został - wbrew jazzowym standardom - mocno obrobiony przez Teo Macero. Producent zmiksował materiał w taki sposób, że powstały dwie, blisko dwudziestominutowe kompozycje o formie przypominającej sonatę (tzn. składające się z trzech części: ekspozycji, przetworzenia i repryzy).

Na albumie dominuje brzmienie klawiszy (nie na darmo gra trzech klawiszowców), momentami nadające wręcz ambientowego charakteru, a także stanowiącej swego rodzaju kontrapunkt gitary. Dęciaki zdają się być bardziej wycofane, podobnie jak sekcja rytmiczna (grająca dość prosty, bardziej rockowy niż jazzowy, akompaniament). Klimat albumu jest dość wyciszony, nastrojowy, bliższy muzyki z "Kind of Blue", niż kolejnych, bardziej agresywnych albumów fusion Davisa. Nie przypadkiem nazwano go "In a Silent Way" (co najlepiej tłumaczyć jako "[granie] w cichy sposób"). Ktoś kiedyś określił go jako "cisza między dźwiękami", co w tych bardziej subtelnych fragmentach jest bardzo trafne. Lecz nie brakuje tu także bardziej dynamicznych momentów. Kompozycja ze strony A, "Shhh / Peaceful / Shhh", praktycznie w całości zbudowana jest na kontraście nastrojowych i ostrzejszych dźwięków. Z kolei kompozycja ze strony B składa się z dwóch pierwotnie niezależnych utworów, o odmiennym charakterze. Jej klamra, "In a Silent Way", to prześliczny, bardzo delikatny temat, zdominowany przez gitarę McLaughlina. Brzmi jak stworzony dla tego instrumentu, a przecież udział gitarzysty był zupełnie nieplanowany, spontaniczny. Środkowa część, "It's About That Time", jest natomiast najbardziej żywiołowym fragmentem całości, a zbudowany jest wokół prostych, bardzo chwytliwych zagrywek Hollanda (pod koniec granych unisono z McLaughlinem). Fragment ten na jakiś czas stał się obowiązkowym punktem koncertów Davisa. W obu kompozycjach zwraca uwagę fantastyczna współpraca muzyków, a także ich indywidualne popisy. To w sumie norma na albumach Milesa, ale i tak warto to za każdym razem podkreślić.

"In a Silent Way" to album doskonały w każdym względzie. Kompozycje, wykonanie, klimat, brzmienie - wszystko jest tutaj dopracowane w najdrobniejszym szczególe, choć nie brakuje też spontaniczności, która znacząco wpłynęła na charakter całości. To album, który zaciera podziały gatunkowe, a zaliczanie go do jazzu lub jazz rocka jest wyłącznie umowne. Ta muzyka może spodobać się każdemu, bez względu na to, czy słucha jazzu, rocka, bluesa, elektroniki lub muzyki poważnej, czy preferuje starą muzykę, czy nową (brzmienie jest ponadczasowe, nic się nie zestarzało). Chyba tylko najbardziej ograniczeni słuchacze, przyzwyczajeni do prymitywnej łupanki, nie znajdą tu niczego dla siebie. Jak już wspominałem we wstępie, jest to album bardzo przystępny, ale zarazem prezentujący najwyższy poziom artystyczny, jaki można spotkać w muzyce rozrywkowej.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "In a Silent Way" (1969)

1. Shhh / Peaceful / Shhh; 2. In a Silent Way / It's About That Time / In a Silent Way

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - elektryczne pianino; Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Zawinul - organy; John McLaughlin - gitara; Dave Holland - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Teo Macero