31 października 2017

[Recenzja] Truth and Janey - "No Rest for the Wicked" (1976)



Nie rozpieszczałem ostatnimi czasy hardrockowej frakcji Czytelników. Dziś jednak mam coś specjalnie dla Was: jedną z najlepszych, choć powszechnie nieznanych, amerykańskich grup hardrockowych. Zespół nazywa się Truth and Janey, a jego historia sięga końca lat 60., gdy trzech dzieciaków z amerykańskiej prowincji postanowiło stworzyć rockowe trio grające w stylu Cream, The Jimi Hendrix Experience, oraz The Jeff Beck Group. Nazwę zainspirował tytuł debiutanckiego albumu tej ostatniej grupy, "Truth", którym zafascynowany był gitarzysta Billy Janey. Oprócz niego, w składzie znaleźli się basista Steve Brock i perkusista John Fillingsworth, którego po około roku zastąpił Denis Bunce. Swój debiutancki album, "No Rest for the Wicked", muzycy zarejestrowali dopiero w 1976 roku, po blisko siedmiu latach działalności. Longplay rozszedł się w ilości tysiąca egzemplarzy. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że został wydany przez zespół własnym sumptem. Obecnie zakup tego pierwszego wydania to wydatek rzędu kilkuset dolarów. Na szczęście, dostępne są także współczesne wznowienia.

"No Rest for the Wicked" to jeden z najciężej, najbardziej surowo brzmiących amerykańskich albumów wydanych w latach 70. Nie jest to jednak bezmyślne, prostackie granie. Słychać, że zespół bezpośrednio inspirował się wspomnianymi we wstępie i innymi bluesrockowymi wykonawcami, choć przetwarza ich styl na swój własny sposób. Zwraca uwagę świetna współpraca muzyków, których partie doskonale się uzupełniają. Mnóstwo tutaj energii, kapitalnych riffów i świetnych solówek, żeby wspomnieć tylko o takich kawałkach, jak "Down the Road I Go", "Remember", "It's All Above Us", czy najbardziej porywającym "The Light" (który za sprawą chwytliwej melodii i sposobu grania gitarowych solówek przypomina nieco twórczość Thin Lizzy). Czasem rockowy czad dopełniany jest brzmieniami akustycznymi, jak ma to miejsce w utworze tytułowym lub "It's All Above Us", dzięki czemu album nie jest zbyt monotonny. Niestety, mamy tu też do czynienia z jedną ewidentną wpadką - przeróbka "I'm Ready" z repertuaru Muddy'ego Watersa wypada strasznie banalnie. A mogłoby się wydawać, że ciężko zepsuć dobry utwór bluesowy.

Trudno uwierzyć, że taki album mógł zostać nagrany w czasach, gdy amerykańska scena hardrockowa była całkowicie zdominowana przez różnych przebierańców, grających popowe przeboje z lekkimi przesterami. "No Rest for the Wicked" nie jest oczywiście albumem na miarę największych dokonań wspomnianych wyżej grup, jednak nie powinien rozczarować żadnego wielbiciela energetycznego hard rocka z bluesowym odcieniem.

Ocena: 8/10



Truth and Janey - "No Rest for the Wicked" (1976)

1. Down the Road I Go; 2. The Light; 3. I'm Ready; 4. Remember; 5. No Rest for the Wicked; 6. It's All Above Us; 8. Ain't No Tellin'; 9. My Mind

Skład: Billy Janey - gitara, wokal; Steve Bock - bass, wokal; Denis Bunce - perkusja, wokal
Producent: Steve Monroe


30 października 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Impressions" (1963)



"Impressions" to swego rodzaju kompilacja wcześniej niewydanych nagrań koncertowych i studyjnych. Utwory koncertowe, "India" i tytułowy "Impressions", zostały zarejestrowane na początku listopada 1961 roku w nowojorskim klubie Village Vanguard (czyli w tym samym miejscu i czasie, co materiał wydany na "Live at the Village Vanguard"). Te dwie blisko piętnastominutowe improwizacje stanowią główną atrakcję tego albumu. Fantastycznie zgrany zespół wdaje się w nich w rozbudowane, pełne swobody improwizacje, eksportując możliwości jazzu modalnego. W "India", zgodnie z tytułem, silnie słyszalny jest wpływ hindustańskich rag. Dwaj basiści, Jimmy Garrison i Reggie Workman, z pomocą Elvina Jonesa, zapewniają hipnotyzujący, dronowy podkład, dla długich solówek Johna Coltrane'a i grającego na klarnecie basowym Erica Dolphy'ego. Warto dodać, że utwór był inspiracją dla grupy The Byrds, która pod jego wpływem stworzyła "Eight Miles High" - jedną z najważniejszych kompozycji w całym rocku psychodelicznym. W tytułowym "Impressions" muzycy bardziej niż na klimat stawiają na ekspresję, a ich improwizację momentami zbliżają się do estetyki freejazzowej. Ciekawe, że w obu utworach niemal nie słychać pianina McCoya Tynera, jakby ktoś celowo wyciszył wyciszył jego partie w miksie.

Utwory studyjne to już tylko przyjemny dodatek. "Up 'Gainst the Wall" zarejestrowany został we wrześniu 1962 roku w trzyosobowym składzie, bez udziału Tynera. To prosty, swingujący kawałek, z całkiem chwytliwym saksofonowym tematem, ale ogólnie brzmi dość archaicznie. Lepsze wrażenie sprawia bardzo klimatyczna ballada "After the Rain", nagrana w kwietniu 1963 roku, wyróżniająca się pięknymi solówkami Johna i w końcu wyraźnie słyszalnym pianinem Tynera. Kompaktowe reedycje zawierają jeszcze jeden studyjny utwór (z tej samej, kwietniowej sesji), "Dear Old Stockholm" - interpretację starej szwedzkiej pieśni folkowej, która na początku lat 50. XX wieku została przerobiona na jazzowy standard przez Stana Getza. Coltrane po raz pierwszy nagrał ten utwór jako członek kwintetu Milesa Davisa (na album "'Round About Midnight"). Wersja kwartetu Johna wypada co najmniej tak samo dobrze, jeśli chodzi o wzajemną interakcję muzyków, natomiast charakteryzuje się znacznie większą ekspresją i przede wszystkim brzmi bardziej współcześnie.

 "Impressions" to album niespójny, ze względu na wymieszanie nagrań koncertowych ze studyjnymi, zarejestrowanych na przestrzeni kilkunastu miesięcy. Sam materiał prezentuje jednak bardzo wysoką jakość. Szczególnie porywająco wypadają nagrania koncertowe, które wcale nie ustępują tym wydanym wcześniej na "Live at the Village Vanguard" (szkoda, że nie pomyślano wówczas o wydaniu dwupłytowej koncertówki - genialnego materiału z występów w Village Vanguard było przecież aż nadto). 

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Impressions" (1963)

1. India; 2. Up 'Gainst the Wall; 3. Impressions; 4. After the Rain

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino (1,3,4); Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja (1-3); Eric Dolphy - klarnet basowy (1); Reggie Workman - kontrabas (1); Roy Haynes - perkusja (4)
Producent: Bob Thiele


27 października 2017

[Recenzja] Agitation Free - "2nd" (1973)



Drugi album Agitation Free znacząco różni się od wydanego zaledwie rok wcześniej debiutanckiego "Malesch". Drastycznie zmarginalizowane zostały wpływy arabskie, które w znacznej mierze determinują charakter debiutu. Tym razem muzycy osiągnęli hipnotyzujący klimat za pomocą zdecydowanie rockowych środków wyrazu. Utwory w rodzaju "First Communication", dwuczęściowej "Laili" czy najbardziej z nich psychodelicznego "In the Silence of the Morning Sunrise", kojarzą się z koncertowymi jamami takich grup, jak Grateful Dead i Quicksilver Messenger Service, lub - ze względu na pastoralny nastrój - twórczością Wishbone Ash, a momentami zahaczają nawet o fusion. Na pierwszym planie niepodzielnie królują fantastyczne solówki nowego gitarzysty grupy, Stefana Dieza, który potrafi za pomocą swojego instrumentu malować przepiękne muzyczne pejzaże. Akompaniament stanowią nie mniej interesujące partie drugiej gitary, przyjemnie pulsująca sekcja rytmiczna, oraz klawiszowe tła i ozdobniki - raz są to typowe dla takiej muzyki elektryczne organy ("Laila"), kiedy indziej bardzo, jak na tamte czasy, nowoczesna elektronika ("First Communication"), lub oba jednocześnie ("In the Silence...").

Longplay zawiera też bardziej eksperymentalne momenty. Zbudowany wyłącznie z syntezatorowych dźwięków "Dialogue and Random" to tylko niespełna dwuminutowy przerywnik, sprawiający wrażenie nieco wyrwanego z kontekstu. Bardzo ciekawie wypadają natomiast dwa ostatnie utwory. Najdłuższy na albumie "A Quiet Walk" składa się z dwóch części: klimatycznego elektronicznego wstępu ("Listening"), oraz bardziej dynamicznego rozwinięcia ("Not of the Same Kind"). W tej drugiej pojawia się w końcu trochę arabizowania. Rewelacyjny akompaniament gitary akustycznej i tabli przywołuje na myśl akustyczne utwory Led Zeppelin, zaś oszczędna solówka na gitarze elektrycznej znów delikatnie zahacza o stylistykę fusion. Finałowy "Haunted Island" to kolejny niesamowity utwór, z mrocznym, niemalże ambientowym wstępem, stopniowo rozwijającym się w fantastyczny, hipnotyzujący jam. Nowością w twórczości grupy jest wykorzystanie melotronu, na którym zagrał perkusista Burghard Rausch, a także jego partia wokalna - częściowo recytowana, a częściowo śpiewana. Za tekst posłużył poemat "Kraina snu" Edgara Allana Poego.

"2nd" to album na którym znajdą wiele dla siebie zarówno słuchacze bardziej przystępnego rockowego grania, jak i wielbiciele eksperymentów. Muzykom Agitation Free udało się połączyć te dwa podejścia w bardzo interesującą całość. Trochę tylko szkoda, że przy okazji odeszli od stylistyki poprzedniego albumu.

Ocena: 9/10



Agitation Free - "2nd" (1973)

1. First Communication; 2. Dialogue and Random; 3. Laila (Part I); 4. Laila (Part II); 5. In the Silence of the Morning Sunrise; 6. A Quiet Walk: Listening / Not of the Same Kind; 7. Haunted Island

Skład: Lutz Ulbrich - gitara, buzuki; Stefan Diez - gitara; Michael Hoenig - instr. klawiszowe; Michael Günther - bass; Burghard Rausch - perkusja i instr. perkusyjne, melotron (7), wokal (7)
Producent: Agitation Free


26 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Filles de Kilimanjaro" (1968)



Eksperymentów Davisa z elektrycznym brzmieniem ciąg dalszy. Materiał zawarty na "Filles de Kilimanjaro", w całości autorstwa lidera, został zarejestrowany podczas dwóch sesji nagraniowych, w czerwcu i wrześniu 1968 roku. Pierwsza z nich, jak się wkrótce miało okazać, była ostatnią wspólną sesją Drugiego Wielkiego Kwintetu. We wrześniu Miles wszedł do studia już w nieco innym składzie - wciąż z Waynem Shorterem i Tonym Williamsem, ale bez Herbiego Hancocka i Rona Cartera, których miejsca zajęli pianista włosko-hiszpańskiego pochodzenia Chick Corea i brytyjski basista Dave Holland. Tym samym zakończył się czas stabilizacji i rozpoczął okres, w którym Miles nieustannie zmieniał współpracowników, dopasowując skład do swoich aktualnych pomysłów.

We wszystkich trzech utworach z czerwcowej sesji, Hancock i Carter grają wyłącznie na elektrycznych instrumentach. Z kolei w utworach z września, Corea gra zarównano na pianinie akustycznym, jak i elektrycznym, natomiast Holland tylko na akustycznym basie. W przeciwieństwie do poprzedniego albumu, "Miles in the Sky", na którym da się usłyszeć inspirację rockiem (przynajmniej w utworze "Stuff"), na "Filles de Kilimanjaro" elementów rockowych nie ma wcale - to po prostu elektryczny jazz. Natomiast podobnie jak na poprzedniku, dominują tu dość długie, swobodne utwory, w których muzycy mogli improwizować bez skrępowania. Nie powinno dziwić, że lepiej pod tym względem wypadają utwory z wcześniejszej sesji - w końcu zostały zarejestrowane przez bardzo dobrze zgrany skład, grający ze sobą od kilku lat. Szczególnie dobrze (a w utworze tytułowym - naprawdę porywająco) wypada tu sekcja rytmiczna Carter/Williams. Niestety, całość jest mocno zachowawcza, będąca wręcz krokiem wstecz w porównaniu z "Miles in the Sky". Longplay nie nadrabia ani szczególną ekspresją (może z wyjątkiem najkrótszego i najbardziej dynamicznego "Frelon brun", z ostrymi solówkami Davisa i Shortera), ani wciągającym klimatem (w "Mademoiselle Mabry" robi się nawet nieco nużąco; w dodatku w utworze irytuje dość banalny, wielokrotnie powtarzany klawiszowy motyw).

"Filles de Kilimanjaro" nie robi na mnie takiego wrażenia, jak albumy w całości nagrane przez Drugi Wielki Kwintet, ani jak kolejne, bardziej odważne i eksperymentalne dzieła Davisa. Wciąż jest to jednak muzyka na bardzo wysokim poziomie wykonawczym - w końcu grają tutaj jedni z najlepszych jazzowych instrumentalistów.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Filles de Kilimanjaro" (1968)

1. Frelon brun; 2. Tout de suite; 3. Petits machins; 4. Filles de Kilimanjaro; 5. Mademoiselle Mabry

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino elektryczne (2-4); Chick Corea - pianino i pianino elektryczne (1,5); Ron Carter - bass (2-4); Dave Holland - kontrabas (1,5); Tony Williams - perkusja
Producent: Teo Macero


24 października 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Coltrane" (1962)



John Coltrane wydawał nowe albumy w zadziwiającym tempie. Dlatego też łatwo niektóre z nich przeoczyć. Taki los spotkać może wydany w 1962 roku longplay "Coltrane" - studyjny debiut najsłynniejszego kwartetu Johna, z nowym basistą Jimmym Garrisonem. W latach 60. prasę muzyczną bardziej obchodziły duety Coltrane'a z Theloniousem Monkiem, Dukiem Ellingtonem i wokalistą Johnnym Hartmanem, a także solowy, bardzo zachowawczy, "komercyjny" album "Ballads". Obecnie natomiast pozostaje on w cieniu wielu innych dzieł saksofonisty. Niestety, bo to naprawdę świetny materiał, stanowiący kolejny krok w rozwoju muzyki Coltrane'a.

Otwierający całość "Out of This World" faktycznie brzmi jak nie z tego świata. Utwór płynie nieśpiesznie przez czternaście minut, czarując cudowną melodią i "spirytualnym" nastrojem, budowanym za pomocą hipnotycznego basu, eterycznych klawiszy McCoya i finezyjnych partii Johna, utrzymanych w stylistyce jazzu modalnego, ale momentami już lekko dryfujących w stronę freejazzowej ekspresji. To kolejny raz, gdy Coltrane wziął na warsztat popularny utwór (jego autorem jest Harold Arlen, oryginalna wersja zawiera też tekst napisany przez Johnny'ego Mercera) i niesamowicie rozwinął go w zupełnie inną, ambitniejszą stronę. Kolejną perłą tego albumu jest prześliczna ballada "Soul Eyes", napisana przez Mala Waldrona. Oryginalna wersja utworu została wydana w 1957 roku na albumie "Interplay for 2 Trumpets and 2 Tenors", w którego nagrywaniu brał udział Coltrane. Nowa wersja jest znacznie krótsza, ale przy okazji brzmi bardziej współcześnie. Na szczególne wyróżnienie zasługuje także napisany przez samego Johna "Tunji" (zadedykowany jego przyjacielowi, nigeryjskiemu perkusiście Babatunde Olatunjiemu). To kolejny klimatyczny utwór, ze świetnymi popisami Coltrane'a, Tynera i Garrisona (których doskonale - nie tylko w tym utworze - wspiera Elvin Jones). Druga kompozycja Johna, "Miles' Mode", nieco odstaje od reszty albumu, ze względu na bardziej ekspresyjny charakter - tutaj również gra muzyków jest niezwykle porywająca. Całości dopełnia kompozycja "The Inch Worm", napisana na początku lat 50. przez Franka Loessera do filmu "Hans Christian Andersen". Właściwie ciężko tutaj do czegokolwiek się przyczepić, ale utwór ten nie robi na mnie takiego wrażenia, jak cztery pozostałe.

Ogólne wrażenie jest jednak bardzo pozytywne. "Coltrane" nie należy może do ścisłej czołówki największych osiągnięć John Coltrane'a, ale wciąż jest to muzyka na bardzo wysokim poziomie. Najlepsze jednak wciąż przed nami.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Coltrane" (1962)

1. Out of This World; 2. Soul Eyes; 3. The Inch Worm; 4. Tunji; 5. Miles' Mode

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


23 października 2017

[Recenzja] Van der Graaf - "Vital" (1978)



"Vital" to pierwsza koncertówka w dorobku grupy Petera Hammilla, a zarazem jedyna zawierająca nagrania z lat 70. (wydawnictw z sesjami radiowymi i podobnych nie liczę). Dla wielu osób z pewnością rozczarowujący jest fakt, że została zarejestrowana już po rozpadzie klasycznego składu. Nowe wcielenie Van der Graaf prezentowało się jednak wyśmienicie podczas koncertów. Na trasę zespół wyruszył w składzie poszerzonym o nowego muzyka - Charlesa Dickiego, grającego na wiolonczeli, elektrycznym pianinie i syntezatorach. Dodatkowo, podczas występów w londyńskim Marquee Club, 15 i 16 stycznia 1978 roku, na scenie pojawił się także David Jackson, a "Vital" jest zapisem drugiego z tych występów.

Interesująco wypada repertuar. Oprócz utworów znanych już ze studyjnych albumów zespołu ("Still Life", "Last Frame", "Pioneers over c", obowiązkowego "Killer", oraz połączonych w całość fragmentów "A Plague of Lighthouse Keepers" i "Sleepwalkers") lub Hammilla ("Nadir's Big Chance"), znalazły się w nim także mniej oczywiste nagrania - jedna strona B singla ("Ship of Fools") i kilka zupełnie premierowych ("Mirror Images", "Sci-Finance", "Door", "Urban"). Nawet te znane wcześniej utwory brzmią tutaj zupełnie inaczej. Straciły ten dostojny nastrój, jaki dawały im organy Hugha Bantona. Zamiast tego zyskały sporo rockowego brudu, dzięki przesterowanym partiom basu Nica Pottera, często wysuniętym na pierwszy plan, oraz równie ostrym, przeszywającym dźwiękom gitary elektrycznej, smyczków i (niestety słabo słyszalnego w miksie) saksofonu. Takie brzmienie, w połączeniu z dość ponurym charakterem utworów, daje niesamowity, wręcz apokaliptyczny efekt. Muzyka zespołu nie traci tu jednak nic ze swojego progresywnego charakteru. Świetnie wypada chociażby "Still Life" z ponurymi smyczkami w pierwszej części i agresywnym rozwinięciem, albo nieco rozbudowana wersja "Pioneers over c". Całkiem nieźle prezentują się także nowe utwory. Szczególnie warto wyróżnić "Ship of Fools" i "Door" - oba dynamiczne, łączące zadziorność z przebojowością - oraz zgrabną balladę "Mirror Images", będącą jednym z nielicznych delikatniejszych momentów albumu.

Wątpię, aby klasyczny skład Van der Graaf Generator był w stanie nagrać lepszą koncertówkę w klasycznym składzie. Starsze utwory nabierają tutaj nowej jakości, dzięki zagraniu ich przy użyciu nieco innego instrumentarium. Bardzo podoba mi się to nowe, brudne brzmienie (niekoniecznie lepsze, po prostu inne). Co prawda, można narzekać na brak tej czy innej kompozycji (jestem ciekaw, jak w tym składzie wypadłby np. "Arrow"), ale wynagradzają to premierowe, udane kawałki. Pozostaje tylko żałować, że wkrótce po nagraniu, a jeszcze przed wydaniem "Vital", zespół po raz kolejny podjął decyzję o zakończeniu działalności. Tym razem grupa rozpadła się na dobre. No, prawie... W 2005 roku wznowiła działalność, w klasycznym składzie (choć po krótkim czasie odszedł Jackson), i do dziś koncertuje oraz nagrywa nowe albumy. Ich jakość pozostawia jednak sporo do życzenia.

Ocena: 8/10



Van der Graaf - "Vital" (1978)

LP1: 1. Ship of Fools; 2. Still Life; 3. Last Frame; 4. Mirror Images; 5. Medley: A Plague of Lighthouse Keepers / Sleepwalkers
LP2: 1. Pioneers over c; 2. Sci-Finance; 3. Door; 4. Urban / Killer / Urban; 5. Nadir's Big Chance

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet; Graham Smith - skrzypce; Charles Dickie - wiolonczela, instr. klawiszowe; Nic Potter - bass; Guy Evans - perkusja
Producent: Guy Evans


20 października 2017

[Recenzje] Agitation Free - "Malesch" (1972)



Szwabski rock, czyli krautrock, to jeden z najbardziej interesujących nurtów w muzyce (nie tylko) rockowej. Praktycznie nie sposób wskazać innego, który byłby równie inspirujący i różnorodny. Bo choć jego przedstawiciele niewątpliwie mieli pewne cechy wspólne (jak zamiłowanie do tworzenia hipnotycznych, granych z mechaniczną precyzją utworów), to w sumie więcej ich dzieliło, niż łączyło. W jednych zespołach grali muzycy o jazzowych korzeniach, w drugich o korzeniach folkowych, inne grupy inspirowały się brytyjskim progiem, a kolejne amerykańską psychodelią lub brzmiało podobnie dzięki wpływom tradycyjnej muzyki z Wschodu, nie brakowało też wykonawców odważnie eksperymentujących z elektroniką. Zwykle te wszystkie (lub niektóre z nich) inspiracje mieszały się ze sobą w najróżniejszych proporcjach, dzięki czemu każdy przedstawiciel niemieckiej sceny miał swój własny, rozpoznawalny styl.

Jedną z najciekawszych odmian krautrocka zaproponowała grupa Agitation Free. Zespół powstał w 1967 roku i początkowo wykonywał dość typowy rock o psychodeliczno-progresywnych naleciałościach. Pod koniec dekady, podczas podróży po Egipcie, Jordanii, Grecji i Cyprze, muzycy zafascynowali się tamtejszą kulturą i muzyką, co znacząco wpłynęło na ich dalszą twórczość. Wydany w 1972 roku debiutancki album "Malesch" przesiąknięty jest przede wszystkim bliskowschodnim klimatem. Jednocześnie zachowuje typowo rockową ekspresję. Momentami jest naprawdę ostro i agresywnie (vide druga połowa "Sahara City"), częściej jednak muzycy starają się stworzyć "kosmiczny", spacerockowy klimat. Z doskonałym skutkiem, unikając monotonii. Improwizowany charakter tej muzyki dodaje też odrobinę jazzowego posmaku. Warto zwrócić uwagę na rozbudowane instrumentarium, obejmujące nie tylko gitary, bass, perkusję i organy, ale także cytrę, syntezator i przeróżne mniej lub bardziej egzotyczne perkusjonalia. Dodatkowo w całość wtopiono dźwięki zarejestrowane przez zespół podczas wspomnianej wyprawy - przede wszystkim fragmenty arabskich śpiewów i ulicznych rozmów (poza tym nie ma tu żadnych wokali).

Świetny album. I bardzo oryginalny. Muzycy rockowi, jeśli już inspirują się muzyką orientalną, to zwykle hindustańską, prawie nigdy arabską. A już na pewno nie z tak dobrym skutkiem. Ta niecodzienna inspiracja może być jednak przeszkodą dla osób nieosłuchanych z bliskowschodnią muzyką, aby doceniły ten album. Mnie przy pierwszym przesłuchaniu wydawał się zaledwie dobry, doceniłem go dopiero kilka miesięcy później, przy drugim odsłuchu, a zachwycił przy jeszcze kolejnych. Ale to cecha najlepszych albumów - zyskują z kolejnymi przesłuchaniami. Dlatego nie należy się poddawać, gdy za pierwszym razem nie podejdzie.

Ocena: 9/10



Agitation Free - "Malesch" (1972)

1. You Play for Us Today; 2. Sahara City; 3. Ala Tul; 4. Pulse; 5. Khan el Khalili; 6. Malesch; 7. Rücksturz

Skład: Lutz Ulbrich - gitara, cytra, organy; Jörg Schwenke - gitara; Michael Hoenig - instr. klawiszowe; Michael Günther - bass; Burghard Rausch - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Michael Hamel - organy; Uli Pop - bongosy (1)
Producent: Wolfgang Sandner i Peter Strecker


19 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Miles in the Sky" (1968)



W drugiej połowie lat 60. muzyka rockowa przeszła gwałtowną rewolucję. Przestała być już tylko prostymi piosenkami do tańca, zaczęła nabierać znamion prawdziwej sztuki. Zmiany te dostrzegł także Miles Davis. Zachwycony brzmieniowymi eksperymentami takich gitarzystów, jak Jimi Hendrix i Eric Clapton, a także możliwościami elektrycznego instrumentarium, postanowił zaadoptować pewne elementy rocka do swojej twórczości. Począwszy od grudnia 1967 roku, zaczął wykorzystywać w swoich nagraniach elektryczne instrumenty klawiszowe, gitarę basową, a nawet gitarę elektryczną. Nowe oblicze muzyki Milesa Davisa zostało ujawnione w lipcu następnego roku, na albumie "Miles in the Sky" (tytuł jest nawiązaniem do beatlesowskiego "Lucy in the Sky with Diamonds").

W większości wypełniają go utwory zarejestrowane podczas sesji, która miała miejsce w dniach 15-17 maja 1968 roku. Wyjątek stanowi utwór "Paraphernalia" - kompozycja Wayne'a Shortera, nagrana 16 stycznia, z gościnnym udziałem gitarzysty George'a Bensona. Jego partia wpisuje się jednak w jazzowe standardy (kłania się twórczość Wesa Montgomery'ego), więc trudno w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek fuzji z rockiem (sam utwór jest jednak bardzo udany, a gitara Bensona dodaje muzyce kwintetu nowej jakości). Co innego podpisany nazwiskiem Davisa "Stuff" - pierwszy opublikowany utwór, w którym Herbie Hancock i Ron Carter grają na elektrycznych instrumentach. W połączeniu z uproszczoną warstwą rytmiczną, dodaje to utworowi nieco rockowego charakteru. Ten 17-minutowy jam to pierwsza tak odważna i udana próba połączenia jazzu i rocka, jaka została wydana na płycie. Warto też dodać, że "Stuff" jest pierwszym utworem Milesa, w który ingerował producent Teo Macero, sklejając go z kilku podejść, wzorem George'a Martina i The Beatles (do tamtej pory wszystkie utwory nagrywane były "na setkę", w kilku podejściach, po czym wybierano najlepsze).

Pozostałe dwa utwory - "Black Comedy" Tony'ego Williamsa i "Country Son" Davisa - to już w całości akustyczne granie, bliższe wcześniejszych dokonań Drugiego Wielkiego Kwintetu, choć znów zbudowane na prostszych podziałach rytmicznych. Oba utwory cechuje sporo energii i duża swoboda wykonania, jakby muzycy w ogóle nie przejmowali się ograniczeniami czasowymi płyty winylowej. "Miles in the Sky" trwa zresztą wyjątkowo długo, jak na album z tamtych czasów - niemal równe 51 minut. W tym miejscu warto wspomnieć o dziwnym rozmieszczeniu utworów - strona A trwa około pół godziny, a strona B o blisko dziesięć mniej. Uzasadnione jest to tym, że na pierwszej znalazły się utwory z elektrycznym instrumentarium, a na drugiej stricte akustyczne. Skutkuje to jednak tym, że (przynajmniej na moim wydaniu, z 1977 roku) druga strona jest wyraźnie głośniejsza od pierwszej! Wynika to ze specyfiki płyt winylowych - żeby na pojedynczej stronie zmieścić więcej niż standardowe 20 minut, trzeba nie tylko zagęścić zapis (węższy rowek), ale także ściszyć nagranie. Z drugiej strony - nic przecież nie stało na przeszkodzie, żeby ściszyć także stronę B.

"Miles in the Sky" to milowy kamień w twórczości Milesa Davisa - pojawiają się tutaj koncepcje, które trębacz rozwijał przez kolejną dekadę, przez wielu (włącznie z niżej podpisanym) uznawaną za najbardziej ekscytującą, twórczą i inspirująco w całej jego karierze. To także album ważny z perspektywy całej muzyki, bowiem nie było wcześniej tak udanego połączenia jazzu i rocka, jak w kompozycji "Stuff". Jest to jednocześnie naprawdę rewelacyjny album, na którym każdy z czterech zamieszczonych na nim utworów zachwyca wykonaniem, warstwą melodyczną i brzmieniem. Niestety, jest to także album na ogół niedoceniany, pozostający w cieniu swoich wielkich następców - "In a Silent Way" i "Bitches Brew". A przecież już tutaj pojawiło się wiele elementów, które czynią tak wspaniałymi tamte longplaye.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Miles in the Sky" (1968)

1. Stuff; 2. Paraphernalia; 3. Black Comedy; 4. Country Son

Skład: Miles Davis - trąbka, kornet (1,4); Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino, pianino elektryczne (1); Ron Carter - kontrabas, bass (1); Tony Williams - perkusja
Gościnnie: George Benson - gitara (2)
Producent: Teo Macero


18 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Nefertiti" (1968)



"Nefertiti" to czwarty album Drugiego Wielkiego Kwintetu, a zarazem ostatnie w całości akustyczne wydawnictwo Davisa. Na repertuar składają się wyłącznie kompozycje członków kwintetu: trzy Wayne'a Shortera (tytułowa, "Fall" i "Pinocchio"), dwie Herbiego Hancocka ("Madness" i "Riot"), oraz jedna Tony'ego Williamsa ("Hand Jive"). Materiał zarejestrowano podczas trzech sesji nagraniowych w czerwcu i lipcu 1967 roku. Ostatnia z nich odbyła się 19 lipca - dwa dni po niespodziewanej śmierci Johna Coltrane'a. Tego dnia zarejestrowano m.in. pełną zadumy balladę "Fall", mającą wiele wspólnego z klimatem "Kind of Blue", której charakter raczej nie jest przypadkiem. Coltrane był przecież przez kilka lat bliskim współpracownikiem Davisa, był także przyjacielem i główną inspiracją Shortera (który w okresie największej fascynacji muzyką Johna, zatrudniał muzyków jego kwartetu do nagrywania swoich albumów).

Podobny do wspomnianego "Fall", nokturnowy charakter ma także kompozycja tytułowa, zarejestrowana jednak na samym początku czerwca. Ten utwór to przede wszystkim popis szalejącego na perkusyjnym stołku Williamsa. Partie pozostałych instrumentalistów zdają się być bardziej wycofane i praktycznie ograniczają się do powtarzania przewodniego motywu (nie licząc kilku ozdobników zagranych przez Hancocka). Reszta longplaya to już utwory utrzymane w zdecydowanie szybszym tempie, łączące bopową energię z modalnością. Wyjątkowo dynamicznie i zwięźle wypada "Riot", natomiast pozostałe trzy kawałki cechuje bardziej improwizacyjne podejście. Choć Drugi Wilki Kwintet od samego początku zachwycał bardzo dobrym zgraniem i wzajemnym porozumieniem muzyków, to z płyty na płytę było pod tym względem jeszcze lepiej. Lekkość, z jaką muzycy zamieniają się solówkami w "Hand Jive", "Madness" i "Pinocchio", po prostu musi budzić podziw.

Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić, to do kolejności utworów na trackliście. Umieszczenie dwóch najspokojniejszych utworów na samym początku to dość dziwne posunięcie, nawet na albumie jazzowym. Sugerują one, że reszta materiału będzie równie subtelna, tymczasem jego dalsza część to już zdecydowanie żywsze granie. 

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Nefertiti" (1968)

1. Nefertiti; 2. Fall; 3. Hand Jive; 4. Madness; 5. Riot; 6. Pinocchio

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Teo Macero


17 października 2017

[Recenzja] Van der Graaf - "The Quiet Zone / The Pleasure Dome" (1977)



Niespełna dwa lata po powrocie Van der Graaf Generator, nad zespołem znów zawisły czarne chmury. W krótkim czasie grupa straciła połowę składu. Najpierw, w grudniu 1976 roku, odszedł Hugh Banton, a zaledwie kilka tygodni później jego śladami podążył David Jackson (obaj zrezygnowali głównie z przyczyn finansowych - zespół nieustannie tkwił w długach). To mógł być koniec Generatora. I w pewnym sensie był. Nie ukrywajmy, że choć Peter Hammill jest rozpoznawalnym wokalistą, a Guy Evans jednym z najlepszych rockowych perkusistów, to o brzmieniu i charakterze muzyki zespołu decydowały przede wszystkim nie dające się podrobić organy Bantona i równie niepowtarzalny saksofon Jacksona. Pozostali muzycy nawet nie próbowali ich zastąpić - zamiast tego, w nowym składzie znaleźli się grający na skrzypcach Graham Smith, oraz (ponownie) basista Nic Potter. Hammill i Evans zdawali sobie sprawę, że bez Jacksona i Bantona jest to zupełnie inny zespół, a przynajmniej jego uboższa, wykastrowana wersja - podjęli więc decyzję o skróceniu nazwy do Van der Graaf.

Jedyny studyjny album zarejestrowany w tej konfiguracji personalnej, "The Quiet Zone / The Pleasure Dome", przyniósł, jak należało się spodziewać, zupełnie inną muzykę, niż dzieła sygnowane pełną nazwą. Właściwie jedyne, co go z nimi łączy, to charakterystyczny sposób śpiewania Hammilla. Nie jest to wyłącznie kwestia braku monumentalnych organów i ocierających się o free jazz partii saksofonu. Zespół zrezygnował bowiem także z rozbudowanych, progrockowych kompozycji, na rzecz krótszych utworów, wyraźnie inspirowanych twórczością młodych, nowofalowych i post-punkowych kapel. O dziwo, zespół w takiej stylistyce wypada naprawdę dobrze. Utwory stały się bardziej przebojowe, ale dzięki ciekawym aranżacjom nie popadają w banał (vide "Lizard Play", "The Habit of the Broken Heart", "The Sphinx in the Face" lub częściowo balladowy "The Siren Song"), choć czasem bywa nieco zbyt rzewnie ("The Wave", pierwsza połowa "Last Frame", fragmenty "Chemical World"), lecz dla równowagi pojawia się też nieco punkowej wręcz agresji ("Cat's Eye", interesująco, płynnie przechodzący w łagodny "Yellow Fever (Running)"). Ciekawostką jest gościnny udział Davida Jacksona w utworze "The Sphinx in the Face" i jego repryzie "The Sphinx Returns". Saksofon nie dodaje im jednak bardziej "generatorowego" charakteru, a doskonale wtapia w nowe brzmienie Van der Graaf.

"The Quiet Zone / The Pleasure Dome" nie jest albumem na miarę dzieł klasycznego składu grupy, ale to naprawdę przyjemne wydawnictwo, ciekawie odświeżające styl zespołu. Warto poznać.

Ocena: 7/10



Van der Graaf - "The Quiet Zone / The Pleasure Dome" (1977)

1. Lizard Play; 2. The Habit of the Broken Heart; 3. The Siren Song; 4. Last Frame; 5. The Wave; 6. Cat's Eye / Yellow Fever (Running); 7. The Sphinx in the Face; 8. Chemical World; 9. The Sphinx Returns

Skład: Peter Hammill - wokal, pianino, gitara; Graham Smith - skrzypce; Nic Potter - bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Jackson - saksofon (7,9)
Producent: Peter Hammill


16 października 2017

[Recenzja] King Crimson - "The Great Deceiver: Live 1973-1974" (1992)



King Crimson grał jedne z najbardziej porywających koncertów w historii muzyki. Szczególnie w okresie, gdy w jego składzie, obok Roberta Frippa, występowali John Wetton, Bill Bruford i David Cross (oraz, przez krótki czas, Jamie Muir). Muzycy byli ze sobą niezwykle zgrani, co owocowało długimi improwizacjami, pełnymi swobody i wzajemnego porozumienia. Zrecenzowane przeze mnie dotąd koncertówki - "USA" i "The Night Watch" - nie oddają w pełni tego, na co było stać ten skład. Dla pełnego obrazu należy zapoznać się z "The Great Deceiver: Live 1973-1974". Na czterech płytach kompaktowych zebrano niemal pięć godzin muzyki, zarejestrowanej podczas występów wspomnianego składu (już bez Muira). Znaczna część tego materiału to długie, nieskrępowane improwizacje, nierzadko czerpiące z awangardy, jazzu i muzyki poważnej. A utwory znane ze studyjnych albumów często brzmią tu zupełnie inaczej.

Całą pierwszą płytę i kawałek drugiej wypełnia materiał zarejestrowany 30 czerwca 1974 roku w Providence. Częściowo znany już wcześniej: improwizacja "Providence" została umieszczona na albumie "Red", a porywające wykonanie "21st Century Schizoid Man" na "USA". To jednak niewielka część tego ekscytującego występu. Rewelacyjnie wypadły utwory z "Larks' Tongues in Aspic" ("Larks' Tongues in Aspic (Part Two)", "Exiles", oraz prawdopodobnie najlepsza wersja "Easy Money", jaką słyszałem) i "Starless and Bible Black" ("Lament", "Fracture"), podobnie zresztą, jak "Starless" z wtedy jeszcze niewydanego "Red" (tutaj nieco inaczej zaaranżowany, z partią skrzypiec zamiast saksofonu). Centralnym punktem jest jednak niesamowita, piętnastominutowa improwizacja "A Voyage to the Centre of the Cosmos", w której muzycy wchodzą na wyżyny zespołowej improwizacji.

Druga płyta, poza końcówką występu w Providence, to przede wszystkim nagrania z Glasgow, zarejestrowane 23 października 1973 roku. Improwizacja "We'll Let You Know" z tego koncertu została wykorzysta na albumie "Starless and Bible Black"; pozostałe utwory nie były wcześniej wydane. Wśród nich są dwie kolejne improwizacje: "Sharks' Lungs in Lemsip" to alternatywny wstęp do "Larks' Tongues in Aspic (Part One)" - ciekawy, choć nie tak klimatyczny, jak perkusjonalia Muira z wersji studyjnej - oraz dziewięciominutowa "Tight Scrummy", będąca przede wszystkim popisem Bruforda. Warto zwrócić uwagę na obecność dwóch rzadko wykonywanych utworów z niedocenianego "In the Wake of Poseidon" - "Peace - A Theme" i "Cat Food". Ten drugi wypada tu bardziej zadziornie, za sprawą agresywnej, przesterowanej partii basu Wettona, oraz przeszywających dźwięków skrzypiec. Na wyróżnienie zasługuje także bardzo ładne wykonanie "Book of Saturday". Co ciekawe, większość utworu "The Night Watch" pochodzi z innego występu (z Zurychu - więcej jego fragmentów znalazło się na czwartej płycie). Fripp zdecydował się na ten zabieg, ponieważ taśma była w tym miejscu uszkodzona, a nie chciał pomijać tego utworu.

Na płycie zmieścił się także fragment występu z 29 czerwca 1974 roku w Pensylwanii - nietypowa, znacznie skrócona i mroczniejsza wersja "Easy Money", płynnie przechodząca w fantastyczną, niepokojącą swoim klimatem improwizację "It is for You, but Not for Us". Inny fragment tego koncertu - kolejna fantastyczna, dynamiczna improwizacja, "Is There Life Out There?", przypominająca "Asbury Park" z "USA" (zarejestrowany dzień wcześniej) - znalazł się na trzecim dysku. Dominują na nim jednak utwory z innego występu, także z Pensylwanii, ale zagranego dokładnie dwa miesiące wcześniej. W repertuarze znalazło się miejsce dla rzadko wykonywanego na żywo "The Great Deceiver", jak również dla niewydanego nigdy w wersji studyjnej "Doctor Diamond", który mimo partii wokalnej brzmi jak kolejna improwizacja. Tych tu zresztą nie brakuje - "Bartley Butsfordd", "Daniel Dust" (obie łagodne, trochę w klimacie "Trio" z "Starless..."), oraz ostrzejsza "Wilton Carpet". Poza tym, kilka utworów powtarza się z poprzednimi dyskami, dochodzi natomiast "The Talking Drum", w którym znów popisać mógł się Bruford.

Ostatnia płyta zawiera fragmenty występów w Ontario (24 czerwca 1974) i Zurychu (15 listopada 1973). Z tego pierwszego zamieszczono tylko cztery utwory, w tym dwie rozbudowane improwizacje: ciężką, pokręconą "The Golden Walnut", oraz "Clueless and Slightly Slack", w której na pierwszy plan wysuwa się Cross. Improwizacje z drugiego występu to dwie wariacje na temat "Walk On ... No Pussyfooting" - odtwarzanego z taśmy intra poprzedzającego koncerty grupy, będącego fragmentem albumu "(No Pussyfooting)", nagranego w 1972 przez Frippa i Briana Eno - a także niezwykły "The Law of Maximum Distress", niestety pozbawiony środkowej części (fragment ten został wycięty z taśmy i przerobiony na utwór "The Mincer", wydany na "Starless..." - nie udało się go odzyskać). Pozostałe utwory pojawiły się już, w innych wersjach, na poprzednich płytach tego zestawu.

"The Great Deceiver: Live 1973-1974" może przytłaczać ilością materiału, jaki się na nim znalazł, jednak jakościowo jest to materiał z najwyższej półki. O wirtuozerii muzyków i ich zdolnościach do zespołowej improwizacji można by długo pisać. A pojawiające się między improwizacjami "normalne" utwory to przecież niekwestionowana klasyka muzyki rockowej. Tutejsze wersje nierzadko są ciekawsze od studyjnych, a przynajmniej nie są od nich słabsze. Kolejna sprawa to doskonałe brzmienie. A całość wydana została w eleganckim boksie, wzbogaconym grubą książeczką z wspomnieniami muzyków. Dziś to oryginalne wydanie jest warte sporo grosza. Mniej atrakcyjnie pod względem wizualnym prezentuje się reedycja z 2007 roku - materiał został podzielony na dwa osobne 2-płytowe albumy, wydane w standardowych, plastikowych pudełkach, z zupełnie nową, gorszą szatą graficzną. Muzyka pozostała na szczęście taka sama i nawet w takiej wersji jest to jedna z najwspanialszych koncertówek wszech czasów.

Ocena: 10/10



King Crimson - "The Great Deceiver: Live 1973-1974" (1992)

CD1: Things Are Not as They Seem...
1. Walk On ... No Pussyfooting; 2. Larks' Tongues in Aspic (Part Two); 3. Lament; 4. Exiles; 5. Improv: A Voyage to the Centre of the Cosmos; 6. Easy Money; 7. Improv: Providence; 8. Fracture; 9. Starless
CD2: Sleight of Hand (or Now You Don't See It Again) and...
1. 21st Century Schizoid Man; 2. Walk off from Providence ... No Pussyfooting; 3. Improv: Sharks' Lungs in Lemsip; 4. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 5. Book of Saturday; 6. Easy Money; 7. Improv: We'll Let You Know; 8. The Night Watch; 9. Improv: Tight Scrummy; 10. Peace - A Theme; 11. Cat Food; 12. Easy Money...; 13. Improv: ...It is for You, but Not for Us
CD3: ...Acts of Deception (the Magic Circus, or Weasels Stole Our Fruit)
1. Walk On ... No Pussyfooting; 2. The Great Deceiver; 3. Improv: Bartley Butsfordd; 4. Exiles; 5. Improv: Daniel Dust; 6. The Night Watch; 7. Doctor Diamond; 8. Starless; 9. Improv: Wilton Carpet; 10. The Talking Drum; 11. Larks' Tongues in Aspic (Part Two); 12. Applause and announcement; 13. Improv: Is There Life Out There?
CD4: ...But Neither Are They Otherwise
1. Improv: The Golden Walnut; 2. The Night Watch; 3. Fracture; 4. Improv: Clueless and Slightly Slack; 5. Walk On ... No Pussyfooting; 6. Improv: Some Pussyfooting; 7. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 8. Improv: The Law of Maximum Distress (Part One); 9. Improv: The Law of Maximum Distress (Part Two); 10. Easy Money; 11. Improv: Some More Pussyfooting; 12. The Talking Drum

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce i instr. klawiszowe
Producent: Robert Fripp


13 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Sorcerer" (1967)



Album "Sorcerer" zawiera głównie materiał zarejestrowany przez Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa w maju 1967 roku. W porównaniu z poprzednim w dyskografii "Miles Smiles", longplay sprawia wrażenie mniej ekspresyjnego, nastawionego raczej na budowanie subtelnego klimatu. Tego wrażenia nie zmieniają nawet dwa utwory utrzymane w szybszym tempie - "Prince of Darkness" i tytułowy "The Sorcerer". Jednak w takim graniu kwintet wypada równie wspaniale. Umiejętności muzyków i ich wzajemna interakcja wciąż budzą zachwyt. Na wyżyny wspinają się w rozbudowanym "Masqualero" (jedynym utworze z tego albumu, który wszedł do koncertowego repertuaru), w którym pokazują zarówno talent do zespołowej improwizacji, jak i budowania interesującego klimatu. Inną perełką jest przepiękna ballada "Pee Wee", nagrana, co ciekawe, bez udziału Davisa. Warto też odnotować, że to pierwsza kompozycja napisana dla kwintetu przez Tony'ego Williamsa. Za pozostałe kompozycje z majowej sesji odpowiada Wayne Shorter, z wyjątkiem tytułowej, autorstwa Herbiego Hancocka. Miles tym razem nie jest podpisany pod żadnym utworem.

Całości dopełnia jedno starsze nagranie, "Nothing Like You" (dedykowane ówczesnej partnerce Davisa, Cicely Tyson, której zdjęcie znalazło się na okładce albumu). Kompozycja została zarejestrowana w sierpniu 1962 roku, a więc w znacznie różniącym się składzie. Z muzyków Drugiego Wielkiego Kwintetu, poza Milesem, gra tu tylko Shorter - było to ich pierwsze wspólne nagranie, na długo zanim saksofonista na stałe dołączył do zespołu Davisa. Utwór został napisany przez Boba Dorougha i Frana Landesmana - pierwszy z nich wystąpił w nagraniu jako pianista i... wokalista. Jest to jedno z niewielu wokalnych nagrań w karierze Milesa. Ale wcale nie z tego powodu nie pasuje do całości. Po prostu jest to zwyczajna, prosta piosenka, nie mająca nic wspólnego z bardziej ambitną resztą albumu. Najlepiej więc potraktować "Nothing Like You" jako żart (bo i w sumie przypomina te wszystkie żartobliwe utwory, które rockowe zespoły wrzucają czasem na koniec albumu). Jego obecność w żadnym wypadku nie umniejsza jednak wielkości "Sorcerer", będącemu kolejnym potwierdzeniem wielkości Drugiego Wielkiego Kwintetu.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Sorcerer" (1967)

1. Prince of Darkness; 2. Pee Wee; 3. Masqualero; 4. The Sorcerer; 5. Limbo; 6. Vonetta; 7. Nothing Like You

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino (1-6); Ron Carter - kontrabas (1-6); Tony Williams - perkusja (1-6); Bob Dorough - wokal i pianino (7); Frank Rehak - puzon (7); Paul Chambers - kontrabas (7); Jimmy Cobb - perkusja (7); Willie Bobo - bongosy (7)
Producent: Teo Macero


12 października 2017

[Recenzja] Robert Plant - "Carry Fire" (2017)



Darzę sporym szacunkiem Roberta Planta. Za to, że konsekwentnie odmawia propozycjom reaktywowania Led Zeppelin, odrzucając nawet najbardziej lukratywne oferty. Za to, że zamiast tego gra i nagrywa taką muzykę, jaka jest mu obecnie najbliższa. Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy chcieliby słuchać, jak Robert - od dawna stroniący od hard rocka, nie tylko z powodu słabnących możliwości wokalnych - męczy się wykonując taki repertuar. Osobiście wolę posłuchać go wykonującego muzykę, której granie daje mu radość i satysfakcję, co znaczy, że robi to szczerze, z prawdziwej pasji, nie oglądając się na oczekiwania fanów czy panujące mody.

"Carry Fire" to najnowsze solowe wydawnictwo Planta. Podobnie, jak na wydanym przed trzema laty "Lullaby and... The Ceaseless Roar", wokaliście towarzyszy zespół Sensational Space Shifters. Pod względem stylistycznym również mamy do czynienia z kontynuacją tamtego longplaya. Dominuje tu więc raczej spokojne granie, utrzymane gdzieś na pograniczu rocka i folku, z silnymi wpływami muzyki bliskowschodniej. Oprócz tradycyjnego instrumentarium - gitar, perkusji i klawiszy - wykorzystano tutaj także bardziej egzotyczne instrumenty, w tym przeróżne perkusjonalia, jak również oud, czyli bezprogowy rodzaj lutni, pochodzenia arabskiego. Ten ostatni znalazł zastosowanie przede wszystkim w utworze tytułowym - jednej z najbardziej niesamowitych kompozycji w solowym dorobku Roberta. Stworzono tu rewelacyjny nastrój za pomocą nadających bardzo orientalnego klimatu partiom na oudzie, hipnotycznej gry sekcji rytmiczniej, dyskretnej elektroniki, oraz smyczkowych ozdobników. Świetnie wypada także partia wokalna Planta, który na całym albumie brzmi zaskakująco młodo. Nie ma tu więcej utworów tego kalibru, co tytułowy, jednak reszta albumu trzyma bardzo równy poziom i naprawdę może się podobać. Singlowy "The May Queen", przywołujący skojarzenia z "III", czy najbardziej rockowe "New World..." i "Bones of Saints", mogą spodobać się zwolennikom łagodniejszego wcielenia Led Zeppelin. Warto zwrócić też uwagę na lekko eksperymentalną końcówkę albumu, w której pojawia się więcej elektronicznych brzmień  - vide "Keep It Hid" i niemal ambientowy "Heaven Sent", który doskonale wieńczy całość.

"Carry Fire" niewiele nowego wnosi do dorobku Roberta Planta, jednak jest to jedno z najbardziej udanych wydawnictw w jego solowym dorobku. W końcu ktoś ze słynnych rockowych wykonawców wydał w tym roku album, którego warto posłuchać.

Ocena: 7/10



Robert Plant - "Carry Fire" (2017)

1. The May Queen; 2. New World...; 3. Season's Song; 4. Dance with You Tonight; 5. Carving up the World Again... A Wall and Not a Fence; 6. A Way with Words; 7. Carry Fire; 8. Bones of Saints; 9. Keep It Hid; 10. Bluebirds over the Mountain; 11. Heaven Sent

Skład: Robert Plant - wokal; Justin Adam - gitara, oud, instr. perkusyjne; John Baggott - gitara, instr. klawiszowe, perkusja i instr. perkusyjne; Liam Tyson - gitara; Billy Fuller - bass, instr. klawiszowe; Dave Smith - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Seth Lakeman - skrzypce i altówka; Redi Hasa - wiolonczela; Chrissie Hynde - wokal (10)
Producent: Robert Plant


11 października 2017

[Recenzja] Love - "Forever Changes" (1967)



Zanim grupa Love przystąpiła do rejestracji swojego trzeciego albumu, ze składu odeszli klawiszowiec Alban Pfisterer i saksofonista Tjay Cantrelli. Pozostali muzycy nie zdecydowali się przyjąć nikogo na ich miejsce, za to podczas sesji nagraniowej "Forever Changes" skorzystali z pomocy kilkunastu muzyków sesyjnych, w tym rozbudowanej sekcji smyczkowej i sekcji dętej. Pod względem stylistycznym, album jest odejściem od garażowych korzeni zespołu w stronę bardziej folkowego grania, kojarzącego się z The Byrds lub Crosby, Stills & Nash. Zwrot ten został zasugerowany przez Jaca Holzmana, założyciela Elektra Records, dla której zespół nagrywał. Muzycy wywiązali się wzorowo ze swojego zadania. "Forever Changes" to zbiór bardzo melodyjnych, bezpretensjonalnych piosenek, opartych głównie na akompaniamencie gitar akustycznych i smyczków. Kwintesencją tego nowego stylu grupy jest otwierająca album kompozycja "Alone Again Or", śpiewana w świetnym dwugłosie przez Arthura Lee i Bryana MacLeana. Utwór był później wielokrotnie kowerowany, m.in. przez grupę UFO. Pozostałe nagrania wypadają równie przyjemnie, choć przy pierwszych przesłuchaniach mogą się ze sobą zlewać, ze względu na zbliżone aranżacje. Największym urozmaiceniem są ostrzejsze, zdecydowanie rockowe partie gitar w "A House Is Not a Motel" i "Live and Let Live". Jednak z każdym kolejnym odsłuchem, album tylko zyskuje.

Ocena: 8/10



Love - "Forever Changes" (1967)

1. Alone Again Or; 2. A House Is Not a Motel; 3. Andmoreagain; 4. The Daily Planet; 5. Old Man; 6. The Red Telephone; 7. Maybe the People Would Be the Times or Between Clark and Hilldale; 8. Live and Let Live; 9. The Good Humor Man He Sees Everything Like This; 10. Bummer in the Summer; 11. You Set the Scene

Skład: Arthur Lee - wokal i gitara; Bryan MacLean - gitara, wokal (1,5), dodatkowy wokal; Johnny Echols - gitara; Ken Forssi - bass; Michael Stuart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Strange - gitara (3,4); Carol Kaye - bass (3,4); Hal Blaine - perkusja (3,4); Don Randi - pianino (3,4,10); Robert Barene, Arnold Belnick, James Getzoff, Marshall Sosson, Darrel Terwilliger - skrzypce; Norman Botnick - altówka; Jesse Ehrlich - wiolonczela; Chuck Berghofer - kontrabas; Bud Brisbois, Roy Caton, Ollie Mitchell - trąbka; Richard Leith - puzon; David Angel - orkiestracja
Producent: Arthur Lee i Bruce Botnick


10 października 2017

[Recenzja] Tim Buckley - "Lorca" (1970)



Wrzesień 1969 roku był niezwykle pracowity dla Tima Buckleya. W ciągu czterech tygodni muzyk zarejestrował równolegle materiał na trzy kolejne albumy studyjne. Pierwszy z nich, "Blue Afternoon" ukazał się już w listopadzie. Wypełniły go utwory o wyciszonym, melancholijnym charakterze, stylistycznie najbliższe folku, z lekko jazzowym zabarwieniem. Kolejne dwa longplaye, wydane już w 1970 roku "Lorca" i "Starsailor", przyniosły muzykę zdecydowanie bardziej eksperymentalną, awangardową, zdecydowanie odchodzącą od folkowych korzeni Buckleya.

Pierwsza strona winylowego wydania "Lorca" zawiera dwa długie utwory, pozbawione rytmu i wyrazistych melodii, oparte na skali chromatycznej. Dziesięciominutowy utwór tytułowy, niesamowicie intryguje swoim awangardowym charakterem. Nieco teatralnej - w dobrym tego słowa znaczeniu - partii wokalnej towarzyszy jedynie dość jednostajne organowe tło, hipnotyczny bas, atonalne partie elektrycznego pianina, oraz schowane w tle dźwięki gitary. Momentami można odnieść wrażenie, że muzyka stoi w miejscu, jak w indyjskich ragach. Równie niezwykle wypada kolejny utwór, "Anonymous Proposition", w którym osiągnięto podobny efekt, za pomocą nieco innego instrumentarium - gitary akustycznej i kontrabasu, mantrowo powtarzające te same dźwięki.

Druga strona longplaya jest, przynajmniej pozornie, bardziej konwencjonalna. "I Had a Talk With My Woman" mógłby znaleźć się na którymś z poprzednich albumów Buckleya - jest tu i wyrazista melodia, i rytm (nadawany przez grającego na kongach Cartera Collinsa). Również w "Driftin'" pojawia się wyraźna melodia, sam utwór daleki jest jednak od konwencjonalnej piosenki, swoją budową przypomina raczej jakiś psychodeliczno-jazzowy jam. Zamykający album "Nobody Walkin'" wyróżnia się większą dynamiką i autentycznie chwytliwym motywem granym na pianinie elektrycznym, całość znów jednak bardziej przypomina jam, niż zwyczajny utwór. Również partia wokalna Buckleya daleka jest od folkowych standardów.

"Lorca" to album, który niezwykle trudno przypisać do konkretnego gatunku. Elementy folkowe mieszają się tutaj z awangardą i jazzem, tworząc coś bardzo oryginalnego (choć podobne eksperymenty można znaleźć na ówczesnych albumach Nico). Niestety, album w chwili wydania nie spotkał się ze zrozumieniem słuchaczy Tima Buckleya, przyzwyczajonych do bardziej konwencjonalnego folku, przez co album okazał się komercyjną klapą. Doceniono go dopiero wiele lat po śmierci artysty. Lepiej późno, niż wcale.

Ocena: 8/10



Tim Buckley - "Lorca" (1970)

1. Lorca; 2. Anonymous Proposition; 3. I Had a Talk With My Woman; 4. Driftin'; 5. Nobody Walkin'

Skład: Tim Buckley - wokal i gitara; Lee Underwood - gitara, pianino; John Balkin - kontrabas, bass, organy; Carter Collins - kongi
Producent: Dick Kunc


9 października 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Live at the Village Vanguard" (1962)



Po czterech latach solowej kariery i dziewięciu płytach ze studyjnym materiałem, John Coltrane postanowił nagrać album koncertowy. Jak sam przyznawał, tylko na żywo mógł grać z pełną swobodą, ponieważ praca w studiu była zbyt sformalizowana, podlegała wielu regułom i ograniczeniom. Pod okiem producenta Boba Thiele'a (od tamtej pory stałego współpracownika Coltrane'a aż do jego śmierci) zarejestrowano serię czterech występów w nowojorskim klubie Village Vanguard, które odbyły się w dniach 1-3 i 5 listopada 1961 roku. Kwartetowi towarzyszyli wówczas liczni goście, jak Eric Dolphy (w tamtym okresie będący praktycznie piątym członkiem zespołu), kontrabasista Jimmy Garrison (który dosłownie chwilę później na stałe zajął miejsce Reggiego Workmana), perkusista Roy Haynes, a także grający na rożku angielskim i kontrafagocie Garvin Bushell, oraz grający na tamburze Ahmed Abdul-Malik. Niestety, nie wszystkich z nich można usłyszeć na tym albumie. Z prawie pięciu godzin zarejestrowanego materiału, wybrano tylko trzy utwory (wyłącznie z dwóch środkowych występów), trwające w sumie niespełna czterdzieści minut - jeden zagrany w kwintecie, drugi w kwartecie i ostatni w trio.

Koncerty Johna w tamtym czasie spotykały się z kompletnym niezrozumieniem jazzowych ortodoksów. Ówcześni krytycy, nietolerujący niczego, co wykraczało poza przyjętą konwencję, określali grę Coltrane'a i Dolphy'ego takimi epitetami, jak "bełkot" czy "antyjazz". Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to śmieszne. O ile tradycyjny jazz i swing brzmią dziś bardzo archaicznie, tak twórczość odważnych jazzmanów, którzy pod koniec lat 50. zaczęli łamać obowiązujące reguły, do dziś zachowuje świeżość i wciąż zachwyca - nie staromodnym klimatem, ale pomysłowością i wirtuozerią muzyków. Tak jest też z muzyką zawartą na "Live at the Village Vanguard". Zachwyca już od pierwszych sekund pierwszego na trackliście "Spiritual". To kompozycja Coltrane'a, oparta na zasłyszanej przez niego autentycznej pieśni murzyńskich niewolników (tzw. spiritual), prawdopodobnie "Nobody Knows the Trouble I've Seen", choć muzyk nigdy tego nie potwierdził. Utwór jest zbudowany na hipnotycznej linii basu, której towarzyszą przepiękne, uduchowione partie Coltrane'a (grającego zarówno na saksofonie sopranowym, jak i tenorowym), McCoya Tynera i Dolphy'ego (na klarnecie basowym). To właśnie tutaj narodził się styl, rozwijany później przez Johna na kolejnych albumach, z kulminacją w postaci "A Love Supreme".

"Softly, as in a Morning Sunrise", aria z operetki "The New Moon" Sigmunda Romberga (w oryginalnej wersji ze słowami Oscara Hammersteina II - współautora "My Favorite Things") z 1928 roku, w oryginale była tangiem, lecz tutaj została zaprezentowana w mocno swingującej wersji z rozimprowizowanymi, bardzo elastycznymi i energetycznymi solówkami Coltrane'a na sopranie. Ostatni utwór, trwający ponad kwadrans "Chasin' the Trane", zarejestrowany został w ledwie trzyosobowym składzie - Johnowi (tym razem grającemu na tenorze) towarzyszy jedynie sekcja rytmiczna w osobach Elvina Jonesa i Jimmy'ego Garrisona. Ten ekspresyjny blues, zagrany został bardzo spontanicznie - muzycy ustalili wcześniej jedynie tempo, całą resztę wymyślając na bieżąco. Stąd też bardzo swobodna forma, przypominająca jam session, a momentami zahaczająca nawet o free jazz.

Trzy utwory zamieszczone na "Live at the Village Vanguard" zostały doskonale dobrane w taki sposób, aby jak najlepiej pokazać wszechstronność Johna Coltrane'a i jego zespołu. Jednocześnie, wszystkie utwory są potwierdzeniem niezwykłego talentu i kunsztu wykonawczego grających tutaj muzyków. Jedyną wadą tego albumu jest to, że trwa tak krótko... Na szczęście, pozostałe nagrania z Village Vanguard nie poszyły do kosza. Dwa inne utwory zostały włączone do repertuaru albumu "Impressions" (1963), sześć kolejnych wydano jako "The Other Village Vanguard Tapes" (1977), zaś w 1997 roku opublikowany został boks "The Complete 1961 Village Vanguard Recordings" zawierający (na czterech płytach kompaktowych) wszystkie zarejestrowane wówczas utwory.

Ocena: 9/10



John Coltrane - "Live at the Village Vanguard" (1962)

1. Spiritual; 2. Softly, as in a Morning Sunrise; 3. Chasin' the Trane

Skład: John Coltrane - saksofon; Eric Dolphy - klarnet (1); McCoy Tyner - pianino (1,2); Reggie Workman - kontrabas (1,2); Jimmy Garrison - kontrabas (3); Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


7 października 2017

[Blog] Looking Back: Sierpień / Wrzesień



Moja kolekcja nabiera coraz ciekawszych kształtów. Pozbyłem się kolejnych kilkunastu od dawna niesłuchanych albumów, głównie ze stylistyki hard & heavy, zastępując je kilkoma znacznie ciekawszymi pozycjami z bardziej dojrzałą muzyką.

Jak, co roku, także tym razem na przełomie lipca i sierpnia udałem się na Jarmark Dominikański. W tym roku liczba stoisk z płytami winylowymi nieco zmalała, w porównaniu z poprzednimi, ale i tak udało mi się znaleźć coś dla siebie. Z trzech kupionych albumów, wszystkie utrzymane są w około-folkowych klimatach. "Flat Baroque and Berserk" i "Bullinamingvase" Roya Harpera to stare wydania, natomiast "Our Mother the Mountain" Townesa Van Zandta to współczesna reedycja. Albumy tego drugiego muzyka są jednak tak trudne do zdobycia, że cieszy nawet takie wydanie (zresztą nie mogę się przyczepić do jego brzmienia). Muzyk jest, niestety, praktycznie nieznany w Polsce, stąd tak mało tu jego płyt. Sprzedawca był autentycznie zdziwiony, że ktoś w ogóle zna ten album i chce go kupić. 

W ostatnim czasie uzupełniłem braki w dyskografii Gentle Giant. Szczególnie cieszy mnie zakup trudno dostępnego "Acquiring the Taste", w wydaniu z 1974 roku. Długo na niego polowałem i obawiałem się, że będę musiał kupić współczesną reedycję. Bez żadnego trudu nabyłem natomiast albumy "Free Hand" i "Interview" - zakupu tego drugiego nie miałem w planach, ale trafił się egzemplarz w śmiesznie niskiej cenie. Teraz do pełni szczęścia, jeśli chodzi o dyskografię Łagodnego Olbrzyma, brakuje mi tylko debiutu (niedawno obserwowałem jego licytację, ale osiągnęła taką kwotę, że nie przystąpiłem do niej) i koncertowego "Playing the Fool" (to akurat najłatwiejszy do zdobycia album GG, więc się nie śpieszę).

Na powyższym zdjęciu widać także kompaktowe wydanie jedynego albumu duńskiej grupy Culpeper's Orchard - zdecydowałem się na zakup CD, ponieważ winylowe wydanie jest poza moim zasięgiem.

Regularnie uzupełniam także jazzowe braki. W tym okresie kupiłem "Olé Coltrane" Johna Coltrane'a i "Karma" Pharoaha Sandersa. Ten pierwszy to wydanie z lat 70., w bardzo ładnym stanie, drugi - niestety, tylko współczesna reedycja. Tego typu muzyka też nie cieszyła się nigdy w Polsce popularnością, więc ciężko znaleźć ją na płytach. Być może kiedyś uda mi się wymienić ten album na starsze wydanie, na razie musi mi wystarczyć takie (brzmienie nie porywa, ale na szczęście nie ma tragedii).

Z bluesa tym razem przybył mi tylko jeden album - debiut Taj Mahala. Ponadto, kupiłem także świetną koncertówkę Jimiego Hendrixa z okresu Band of Gypsys, wydaną zaledwie rok temu "Machine Gun: The Fillmore East First Show".




Przypominam, że teraz pytania nie na temat należy zadawać na stronie Q & A. Liczę jednak na to, że nie zabraknie ciekawych dyskusji związanych z powyższym postem ;)

PS. Od najbliższego tygodnia znikną tzw. "cykle recenzji" - oznacza to, że muzyczny styl danego albumu nie będzie miał już wpływu na to, w jaki dzień tygodnia zostanie opublikowana jego recenzja. Planowane są także inne zmiany.

6 października 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "Playing the Fool: The Official Live" (1977)



Dość późno muzycy Gentle Giant zdecydowali się na zarejestrowanie swojej pierwszej koncertówki. Album "Playing the Fool: The Official Live" ukazał się w styczniu 1977 roku, a nagrany został jesienią poprzedniego roku, podczas kilku europejskich koncertów (w Düsseldorfie, Monachium, Paryżu i Brukseli). A więc już po pierwszych oznakach twórczego zastoju (album "Interview"), ale jeszcze przed drastyczną zmianą stylu, jaką przyniosły kolejne longplaye. Na "Playing the Fool" nic jeszcze nie zapowiada tego, co wkrótce miało się wydarzyć. Dlatego też można potraktować to wydawnictwo jako podsumowanie pierwszego, najbardziej ambitnego okresu w twórczości grupy.

Wydawać by się mogło, że zespół taki, jak Gentle Giant, czyli starannie aranżujący i dopracowujący w najmniejszym detalu swoje kompozycje, nie będzie drastycznie ich zmieniał podczas koncertów. Nic bardziej mylnego. Tzn. faktycznie, niektóre utwory nie odbiegają daleko od studyjnych pierwowzorów (np. "Just the Same" czy "Free Hand"), w innych za to zmieniono całkiem sporo. Najbardziej przearanżowane zostały utwory "On Reflection", "Funny Ways" i "So Sincere", wzbogacone zupełnie nowymi, bardzo ciekawymi partiami. Zespół chętnie łączył ze sobą fragmenty różnych utworów, co dało szczególnie ciekawy efekt w piętnastominutowym "Excerpts from Octopus", zawierającym pomysłowo ze sobą połączone cytaty z utworów "The Boys in the Band", "Raconteur Troubadour", "Acquiring the Taste", "Knots" i The Advent of Panurge", a także całkiem nowe motywy. Szkoda natomiast, że jeden z moich ulubionych utworów zespołu, "Peel the Paint", został drastycznie okrojony i posłużył jako wstęp do mniej ciekawego "I Lost My Head".

Na podziw zasługuje kunszt muzyków, którzy bez problemu odtwarzają tutaj te wszystkie złożone partie. Przede wszystkim wielogłosowe partie wokalne, z mistrzowskim zastosowaniem kontrapunktu, w takich utworach, jak "On Reflection", "So Sincere" i "Knots". Ale również w warstwie instrumentalnej - dwoją się i troją, żeby zachować bogate aranżacje kompozycji. Można wręcz odnieść wrażenie, że gra tutaj więcej, niż pięciu muzyków. To dzięki temu, że każdy członek zespołu gra na kilku instrumentach. Nierzadko zamieniają się rolami - przykładowo, w utworach, w których Ray Shulman musiał zagrać na skrzypcach lub drugiej gitarze, rolę basisty przejmował Derek Shulman. Nie kojarzę żadnego innego zespołu, który praktykowałby coś takiego podczas koncertów.

"Playing the Fool: The Official Live" to po prostu obowiązkowa pozycja w kolekcji każdego wielbiciela Gentle Giant. Bo choć w repertuarze znalazły się same utwory znane ze studyjnych albumów (nie licząc ledwie minutowego coveru jazzowego standardu "Sweet Georgia Brown"), to ich wykonania często są wzbogacone o coś nowego, nadającego im nieco innego charakteru. Najbardziej zachwycające jest jednak to, że aranżacje są tutaj równie bogate, jak w studyjnych dokonaniach zespołu. Zagrać tak złożone utwory na żywo, w małym składzie, to nie lada sztuka.

Ocena: 8/10



Gentle Giant - "Playing the Fool: The Official Live" (1977)

LP1: 1. Just the Same 2. Proclamation / Valedictory; 3. On Reflection; 4. Excerpts from Octopus; 5. Funny Ways
LP2: 1. The Runaway 2. Experience; 3. So Sincere; 4. Free Hand; 5. Sweet Georgia Brown; 6. Peel the Paint / I Lost My Head

Skład: Derek Shulman - wokal, saksofon, flet, bass, instr. perkusyjne; Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wiolonczela, flet, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Gary Green - gitara, flet, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Ray Shulman - bass, gitara, skrzypce, trąbka, flet, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Gentle Giant


4 października 2017

[Recenzja] Gov't Mule - "Live at Roseland Ballroom" (1996)



Już drugie wydawnictwo Gov't Mule przynosi materiał zarejestrowany na żywo (podczas sylwestrowego występu w nowojorskim Roseland Ballroom, 31 grudnia 1995 roku). Muzycy zapewne chcieli w ten sposób pokazać, że są jednym z tych zespołów, które dopiero podczas koncertów udowadniają, na co naprawdę je stać. Tak, jak The Allman Brothers Band, Cream, czy hendrixowski Band of Gypsys. Zespół wyraźnie próbuje oddać tutaj ducha czasów, gdy podczas występów wszystkie utwory tworzyło się praktycznie na nowo, zmieniając ich aranżacje, strukturę i dodając mnóstwo jamowego luzu.

Niestety, nie do końca to wyszło. Tutejsze wersje "Temporary Saint" i "Painted Silver Light" brzmią właściwie identycznie, jak studyjne pierwowzory. W "Mule" zespół z początku też po prostu wiernie odgrywa oryginał, włącznie z solówkami, dopiero w szóstej minucie pojawia się cytat z "Who Do You Love" Bo Diddleya i dodatkowe solo gitarowe. Lepiej wypadają dwie instrumentalne kompozycje - "Trane" (z cytatem z "Third Stone from the Sun" The Jimi Hendrix Experience) i allmanowski "Kind of Bird" - w których pojawia się nieco więcej swobody, aczkolwiek i tak jest dość zachowawczo w porównaniu do koncertowych popisów grup wspomnianych w pierwszym akapicie. Przyczepić muszę się też do nienajlepszej interakcji Warrena Hayensa i Allena Woody'ego - odnoszę wrażenie, że obaj "walczą" tutaj ze sobą o uwagę słuchaczy, zamiast ze sobą współpracować, przez co ich partie czasem za bardzo się ze sobą rozchodzą. Bardzo fajnie wypada natomiast przeróbka "Don't Step on the Grass, Sam" z repertuaru Steppenwolf, cięższa od oryginału, przypominająca Band of Gypsys, zwłaszcza w warstwie rytmicznej, z bardzo gęstą grą Woody'ego. Szkoda, że nie ma tu więcej tego typu przeróbek, zamiast mało odkrywczych powtórek z debiutu.

"Live at Roseland Ballroom" jest bez wątpienia znacznie ciekawsza od ówczesnych koncertówek innych zespołów, które podczas występów na żywo w ogóle nie zmieniają swoich utworów i równie dobrze mogłyby "grać" z playbacku. Z drugiej strony, zespół podchodzi tutaj do improwizacji w zdecydowanie zbyt zachowawczy sposób, tak naprawdę niewiele nowego wnosząc do utworów. Muzycy grają naprawdę fajnie, ale brakuje tu czegokolwiek zaskakującego.

Ocena: 7/10



Gov't Mule - "Live at Roseland Ballroom" (1996)

1. Trane; 2. Temporary Saint; 3. Painted Silver Light; 4. Don't Step on the Grass, Sam; 5. Kind of Bird; 6. Mule

Skład: Warren Haynes - wokal i gitara; Allen Woody - bass; Matt Abts - perkusja
Producent: - 


3 października 2017

[Recenzja] Frank Zappa - "Hot Rats" (1969)



Nie jestem wielbicielem twórczości Franka Zappy. Doceniam takie albumy, jak np. "Freak Out!" czy "Absolutely Free" (oba wydane pod szyldem Mothers of Invention), za ich innowacyjność, niekonwencjonalność i bezkompromisowość, ale ich pastiszowo-satyryczny charakter do mnie nie przemawia. Co innego, gdy Franek grał na poważnie. Tak, jak na "Hot Rats" - swoim drugim solowym albumie, ale pierwszym na którym osobiście zagrał (na eksperymentalnym debiucie "Lumpy Gravy" pełnił role aranżera i... dyrygenta).

"Hot Rats" to jeden z pierwszych - i zarazem najlepszych - albumów jazzrockowych. Próby łączenia rocka z jazzem były już wcześniej podejmowane, jednak dopiero w 1969 roku przyniosły naprawdę interesujące efekty. Zarówno u wykonawców wywodzących się ze świata jazzu ("In a Silent Way" Milesa Davisa, "Emergency!" The Tony Williams Lifetime), jak i rocka ("Valentyne Suite" Colosseum, ale też "In the Court of the Crimson King" King Crimson i "The Turning Point" Johna Mayalla). Porównując te wszystkie albumy, odnoszę wrażenie, że "Hot Rats" najmocniej z nich zaciera granicę pomiędzy rockiem i jazzem. Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, z którym gatunkiem ma więcej wspólnego. Z jednej strony, znalazły się tutaj głównie instrumentalne utwory, składające się z tematów i długich improwizacji, co jest domeną jazzu. Lecz z drugiej strony, dynamika i brzmienie są zdecydowanie rockowe. Dla ortodoksyjnych słuchaczy akustycznego jazzu takie połączenie jest nieakceptowalne, za to rockowi ortodoksi mogą znaleźć tu wiele dla siebie (o ile nie odrzuci ich złożoność tej muzyki), gdyż album przynosi niesamowitą dawkę energii i ogrom porywających, ostrych solówek gitarowych.

Album rozpoczyna jeden z krótszych utworów, "Peaches en Regalia". Dość złożony, ale poza tym bardzo melodyjny i całkiem łagodny - nic dziwnego, że to właśnie nim promowano "Hot Rats" na singlu. Kolejny na trackliście "Willie the Pimp" to już jazda na całego. Z klamrą w postaci "piosenkowej" części, opartej na prostym gitarowym riffie zdublowanym partią skrzypiec Sugarcane'a Harrisa (znanego m.in. z współpracy z Johnem Mayallem), będącym tłem dla jedynej na albumie partii wokalnej, za którą odpowiada Captain Beefheart, śpiewający w stylu czarnych bluesmanów. W środku pojawia się natomiast długa część instrumentalna z niesamowitym gitarowym popisem Zappy.

Takiego świetnego grania o jamowym charakterze jest tutaj więcej, przede wszystkim w dwóch innych rozbudowanych nagraniach - "Son of Mr. Green Genes" i najdłuższym "The Gumbo Variations". Ten ostatni to nie tylko popis Zappy - jego gitarowe solówki rewelacyjnie przeplatają się tutaj z nie mniej porywającymi popisami Iana Underwooda na saksofonie i Harrisa na skrzypcach. Warto w tym miejscu wspomnieć też o sekcji rytmicznej - choć różni się w zależności od utworu (najczęściej są to basista Max Bennett i John Guerin lub Paul Humphrey na bębnach), to zawsze zachwyca, a jej wyrazista i złożona gra znacznie wpływa na jakość kompozycji.

Wracając do utworów, "Little Umbrellas" zdaje się być nieco bliższy "zwykłego" jazzu. Instrumentarium ogranicza się tutaj do dęciaków i klawiszy, grających wchodniobrzmiące solówki, oraz podkładu perkusji i gitary basowej świetnie imitującej kontrabas. Sporo takiego lżejszego, jazzowego klimatu pojawia się także w finałowym "It Must Be a Camel", jednak tutaj kontrapunktowany jest on energiczną grą perkusisty i momentami dysonansowymi partiami saksofonu. Gościnnie wystąpił w tym nagraniu jazzowy skrzypek Jean-Luc Ponty, znany m.in. z drugiej inkarnacji Mahavishnu Orchestra.

"Hot Rats" wspaniały album, jedno z największych arcydzieł muzyki rozrywkowej, z doskonale wyważonym proporcjami między artyzmem, a przystępnością. Polecał nie będę, bo każdy już z pewnością zna ten album, gdyż zasłużenie zajmuje on wysokie miejsca w przeróżnych rankingach i zestawieniach.

Ocena: 10/10



Frank Zappa - "Hot Rats" (1969)

1. Peaches en Regalia; 2. Willie the Pimp; 3. Son of Mr. Green Genes; 4. Little Umbrellas; 5. The Gumbo Variations; 6. It Must Be a Camel

Skład: Frank Zappa - gitara, bass, instr. perkusyjne; Ian Underwood - instr. klawiszowe, saksofon, klarnet, flet
Gościnnie: Lowell George - gitara; Shuggie Otis - bass (1); Max Bennett - bass (2-6); Ron Selico - perkusja (1); John Guerin - perkusja (2,4,6); Paul Humphrey - perkusja (3,5); Captain Beefheart - wokal (2); Don "Sugarcane" Harris - skrzypce (2,5); Jean-Luc Ponty - skrzypce (6)
Producent: Frank Zappa


2 października 2017

[Recenzja] Love - "Da Capo" (1966)



Amerykańska grupa Love to jeden z prekursorów i najsłynniejszych przedstawicieli tamtejszej sceny psychodelicznej. Powstała w połowie lat 60., gdy raczkująca muzyka rockowa nie wykazywała jeszcze żadnych większych ambicji, niż granie prostych, melodyjnych piosenek na pograniczu popu, rock'n'rolla i rhythm'n'bluesa, a czasem też folku lub country. Od tych standardów nie odstawał debiutancki album Love, wydany w marcu 1966 roku, zawierający kilkanaście krótkich, garażowo surowych utworów, wywodzących się bezpośrednio z inspiracji rhythm'n'bluesem i amerykańskim folkiem. Jego następca, "Da Capo", opublikowany został zaledwie osiem miesięcy później, lecz była to już zupełnie inna muzyczna rzeczywistość. W międzyczasie ukazały się takie albumy, jak "Revolver" Beatlesów, "Fifth Dimension" The Byrds, czy "East-West" The Butterfield Blues Band, które popchnęły rocka w bardziej ambitnym kierunku, jak również bardzo ważny dla psychodelicznego rocka debiut The 13th Floor Elevators.

Muzycy Love nie pozostali obojętni na te zachodzące zmiany, czego efekt słychać na "Da Capo". Przede wszystkim poszerzył się skład zespołu - doszli dwaj nowi muzycy, saksofonista/flecista Tjay Cantrelli i perkusista Michael Stuart, natomiast poprzedni bębniarz, Alban Pfisterer, przekwalifikował się na klawiszowca (de facto, był klasycznie szkolonym pianistą, a na perkusji grał amatorsko). Dzięki temu longplay jest bardziej różnorodny od poprzednika, a utwory bardziej wyraziste. Dużo tutaj spokojniejszych momentów, o psychodeliczno-onirycznym klimacie, jak "Orange Skies" i "She Comes in Colors", oba z istotną rolą fletu, czy zbudowany na hipnotycznym basie "The Castle", albo ozdobiony psychodelicznie rozmytymi organami "¡Que Vida!". Zespół nie rezygnuje jednak całkiem z bardziej surowego i energetycznego grania, czego potwierdzeniem "Stephanie Knows Who", wzbogacony partiami saksofonu i dodającego psychodelicznego klimatu klawesynu, oraz ostrzejszy, wręcz proto-punkowy "7 and 7 Is" (który został wydany na singlu, będącym największym komercyjnym sukcesem grupy).

Na osobny akapit zasługuje 19-minutowy "Revelation" - pierwszy tak długi utwór na albumie rockowym, zajmujący całą drugą stronę płyty winylowej*. Nie jest to jednak żadna suita, a rhythm'n'bluesowa improwizacja na bazie bluesowego standardu "Smokestack Lightning" z repertuaru Howlin' Wolfa. Kilka miesięcy wcześniej, w tym samym studiu grupa Rolling Stones zarejestrowała bardzo podobny, lecz niemal o połowę krótszy utwór - "Goin' Home" (wydany na albumie "Aftermath"). Jak twierdzi Arthur Lee, lider Love, Stonesi usłyszeli wczesną wersję "Revelation", jeszcze pod tytułem "John Lee Hooker", podczas koncertu jego grupy, co zainspirowało ich do nagrania "Goin' Home". A propos inspiracji, "Revelation" w drugiej połowie zaczyna zmierzać w bardziej psychodeliczno-jazzowe rejony, przywodząc na myśl kompozycję "East-West" The Butterfield Blues Band. Co ciekawe, oba utwory zostały zarejestrowane pod okiem producenta Paula Rothchilda. Niezależnie od tego, kto kogo inspirował, wszystkie trzy utwory są świetnym przykładem tego, jak w tamtym czasie rozwijała się muzyka rockowa.

Mimo wszystko, "Da Capo" to album dość zachowawczy, w porównaniu z wydawnictwami innych grup, wspomnianymi w pierwszym akapicie. Elementy psychodeliczne są tu raczej dodatkiem, niż głównym składnikiem. Co nie zmienia faktu, że to jeden z pierwszych albumów rockowych, zdradzający trochę większe ambicje, niż granie łatwo wpadających w ucho piosenek.

Ocena: 7/10

* Na wydanych kilka miesięcy wcześniej, dwupłytowych albumach "Blonde on Blonde" Boba Dylana i "Freak Out!" The Mothers of Invention" również znajdują się strony z tylko jednym utworem, ale obie kompozycje trwają niewiele ponad dziesięć minut, więc de facto zajmują mniej niż pół strony.



Love - "Da Capo" (1966)

1. Stephanie Knows Who; 2. Orange Skies; 3. ¡Que Vida!; 4. 7 and 7 Is; 5. The Castle; 6. She Comes in Colors; 7. Revelation

Skład: Arthur Lee - wokal, gitara, harmonijka, perkusja i instr. perkusyjne; Johnny Echols - gitara, wokal (7); Bryan MacLean - gitara, dodatkowy wokal; Ken Forssi - bass; Michael Stuart - perkusja i instr. perkusyjne; Alban Pfisterer - instr, klawiszowe; Tjay Cantrelli - saksofon, flet, instr. perkusyjne
Producent: Paul Rothchild i Jac Holtzman