29 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "World Record" (1976)



"World Record" to ostatni album klasycznego składu Van der Graaf Generator do czasu jego powrotu trzy dekad później. Longplay wyraźnie odstaje od poprzednich dzieł grupy, choć nie jest tak słaby, jak niektórzy twierdzą. Porównałbym go do "Interview" Gentle Giant. Na obu albumach wciąż są obecne wszystkie cechy stylu ich twórcy, nie dochodzi do żadnej drastycznej zmiany stylu, a wykonanie wciąż jest na wysokim poziomie, ale brakuje na nich świeżości, muzycy zaczynają popadać w schematy, rutyna zastępuje radość z grania. Różnica między tymi albumami polega też na tym, że o ile na "Interview" poziom poszczególnych utworów jest dość wyrównany, tak "World Record" jest pod tym względem bardziej zróżnicowany.

"When She Comes" to świetne otwarcie, łączące rockowy dynamizm, niepiosenkową strukturę i wyrazistą melodię. Wszystkie charakterystyczne elementy stylu Generatora są tu na swoim miejscu: ekspresyjne solówki saksofonu Davida Jacksona, majestatyczne organy Hugha Bantona, mocne uderzenia bębnów Guya Evansa i pełen pasji śpiew Petera Hammila. Zbudowany z tych samych elementów "A Place to Survive", mimo obiecującego początku, już tak bardzo nie zachwyca. Ten dziesięciominutowy utwór jest po prostu zbyt długi i w pewnym momencie robi się nieco monotonnie, a w długich solówkach brakuje pomysłu. Prawdziwe rozczarowanie przynosi jednak dopiero ballada "Masks" - saksofon i organy chyba nigdy wcześniej nie brzmiały u VdGG tak słodko, jak na początku i w końcówce tego utworu. Środek jest bardziej zadziorny (m.in. dzięki partiom gitary), pojawiają ciekawe fragmenty instrumentalne, ale jednak lekki niesmak pozostaje. Kompletną porażką jest natomiast druga ballada, finałowa "Wondering" - wyjątkowo smętna i nieznośnie pretensjonalna, z kiczowato brzmiącym melotronem. Wcześniej jednak pojawia się prawdziwa perła - dwudziestominutowy "Meurglys III (The Songwriter's Guild)". To nie tylko najlepszy utwór na tym albumie, ale jedno z najwspanialszych dzieł zespołu w ogóle. Interesująco rozbudowany, łączący ostrzejsze fragmenty (gitara nigdy wcześniej nie pełniła tak kluczowej roli w twórczości zespołu) z bardziej klimatycznymi (przywodzącymi na myśl Pink Floyd z późniejszego "Animals") i zaskakującymi eksperymentami (ostatnią część utworu oparto na rytmie... reggae). Na tej kompozycji album powinien się kończyć - byłoby to doskonałe zwieńczenie "złotej ery" Van der Graaf Generator.

"World Record" nie może się równać z poprzednimi albumami zespołu (choć gdyby nie ten nieszczęsny "Wondering", byłby niemal tak samo dobry, jak "Pawn Hearts" i "Still Life", a od "The Least We Can Do Is Wave to Each Other" może nawet lepszy; "Aerosol Grey Machine" nie liczę, bo de facto nie jest to album grupy), ale wciąż jest to wydawnictwo warte poznania. 

Ocena: 7/10



Van der Graaf Generator - "World Record" (1976)

1. When She Comes; 2. A Place to Survive; 3. Masks; 4. Meurglys III (The Songwriter's Guild); 5. Wondering

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - organy, melotron; Guy Evans - perkusja i instr, perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


26 września 2017

[Recenzja] Miles Davis Quintet - "Miles Smiles" (1967)



Pod koniec października 1966 roku Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa wszedł do studia, by w ciągu dwóch dni zarejestrować materiał na swój drugi longplay. Rezultat tej sesji, album "Miles Smiles", jest zgodnie uznawany przez krytyków i słuchaczy za jedno z największych osiągnięć Davisa, jak również - wraz z innymi wydawnictwami tego składu - za przełomowe dzieło, będące wzorcem współczesnego jazzu i drogowskazem dla kolejnych pokoleń jazzmanów. Zawarta tutaj muzyka broni się do dziś, brzmiąc tak nowocześnie, na ile to możliwe w jazzie akustycznym. Kwintet kontynuuje tutaj swoje eksperymenty z modalnością, praktycznie całkiem już zrywając z bopowymi schematami. Najlepszym określeniem dla zawartej tutaj muzyki będzie termin jazz awangardowy. Nie znaczy to jednak, że jest to trudna muzyka (choć może taka być dla osób nieosłuchanych z jazzem). Muzycy trzymają się tutaj daleko od popularnego wówczas free jazzu, za którym Miles, delikatnie mówiąc, nie przepadał.

Głównym kompozytorem kwintetu został Wayne Shorter, który jest autorem połowy zawartych tutaj kompozycji. "Orbitis" i "Dolores" to niezwykle energetyczne utwory, pełne porywających partii solowych, z doskonałą współpracą wszystkich instrumentalistów - Drugi Wielki Kwintet był bez wątpienia jednym z najlepiej zgranych jazzowych składów. Jeszcze większe wrażenie robi "Footprints" (nagrany przez Shortera także na jego solowy album "Adam's Apple", wydany mniej więcej w tym samym czasie), niemal dziesięciominutowa kompozycja, w której muzykom udaje się wytworzyć niesamowity klimat, będący efektem inspiracji afrykańskimi rytmami. Spore pole do popisu ma tutaj Tony Williams, lecz pozostali muzycy grają równie porywająco. Davis tym razem skomponował tylko jeden utwór - ładną balladę "Circle", w której przepięknym partiom trąbki i pianina towarzyszy delikatna gra sekcji rytmicznej. Całości dopełniają dwie przeróbki - "Freedom Jazz Dance" Eddiego Harrisa i "Ginger Bread Boy" Jimmy'ego Heatha - potwierdzające wirtuozerię, pomysłowość i zwartość tego składu. Szczególnie interesująco wypada pierwszy z nich, w którym dzieje się mnóstwo dobrego pod względem rytmicznym.

"Miles Smiles" bez wątpienia jest dziełem wybitnym, obok którego po prostu nie można przejść obojętnie. Dopiero na tym albumie w pełni słychać wielkość Drugiego Wielkiego Kwintetu, który do perfekcji opanował zespołową interakcję.

Ocena: 9/10



Miles Davis Quintet - "Miles Smiles" (1967)

1. Orbits; 2. Circle; 3. Footprints; 4. Dolores; 5. Freedom Jazz Dance; 6. Ginger Bread Boy

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Teo Macero


25 września 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Workingman's Dead" (1970)



Po podsumowaniu dotychczasowej kariery koncertówką "Live/Dead", muzycy Grateful Dead postanowili porzucić psychodelię i zwrócić się w stronę swoich muzycznych korzeni. Zawartość kolejnego, czwartego studyjnego longplaya, "Workingman's Dead", to osiem nieskomplikowanych utworów, opartych głównie na brzmieniu akustycznych gitar. Zespół oddaje tutaj hołd amerykańskiej tradycji muzycznej, oscylując pomiędzy takimi stylistykami, jak folk, country i blues. W klimat całości świetnie wprowadza otwierający album "Uncle John's Band" - bardzo chwytliwy i energetyczny kawałek, z pięknymi harmoniami wokalnymi w stylu Crosby, Stills & Nash. Bardzo fajnym urozmaiceniem są natomiast dwa żywsze kawałki bluesowe, w których większą rolę odgrywa elektryczne instrumentarium: "New Speedway Boogie" i "Easy Wind". Niestety, reszta utworów pozostawia mnie całkowicie obojętnym, lub wywołuje zdecydowanie negatywne odczucia ("Dire Wolf" i "Cumberland Blues", składające się z tego, co najgorsze w muzyce country). Ogólnie więc nie przekonuje mnie stylistyczny zwrot dokonany na tym albumie.

Ocena: 6/10



Grateful Dead - "Workingman's Dead" (1970)

1. Uncle John's Band; 2. High Time; 3. Dire Wolf; 4. New Speedway Boogie; 5. Cumberland Blues; 6. Black Peter; 7. Easy Wind; 8. Casey Jones

Skład: Jerry Garcia - wokal, gitar, bandżo; Bob Weir - gitara, wokal (5), dodatkowy wokal; Ron McKernan - instr. klawiszowe, harmonijka, wokal (7), dodatkowy wokal; Phil Lesh - bass, dodatkowy wokal; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Nelson - gitara (5)
Producent: Bob Matthews, Betty Cantor i Grateful Dead


22 września 2017

[Recenzja] Niemen - "Strange Is This World" (1972)



Pod koniec 1971 roku Czesław Niemen zebrał zupełnie nowy zespół, znany jako Grupa Niemen lub po prostu Niemen. W jego składzie znaleźli się: jazzowy kontrabasista Helmut Nadolski, a także trzej muzycy przyszłego SBB - Józef Skrzek, Antymos Apostolis i Jerzy Piotrowski. Już w styczniu kwintet udał się do Monachium, gdzie dla wytwórni CBS zarejestrował anglojęzyczny album "Strange Is This World". Longplay ukazał się wyłącznie w Niemczech i Wielkiej Brytanii, gdzie przeszedł praktycznie bez echa. Do dziś nie został oficjalnie wydany w Polsce. Jedyne kompaktowe wznowienie ukazało się w 2003 roku w Niemczech.

"Strange Is This World" to początek nowego okresu w twórczości Niemena także pod względem muzycznym. Choć album w znacznym stopniu stanowi kontynuację rockowego kierunku z jego dwóch poprzednich longplayów (na szczęście w końcu zrezygnował z jarmarcznych zaśpiewów), to wyraźnie już kieruje się w stronę bardziej eksperymentalnej, awangardowej muzyki. Doskonale słychać to na przykładzie utworu tytułowego, czyli nowej wersji przeboju "Dziwny jest ten świat". Z archaicznie brzmiącej piosenki zmienił się w potężny utwór, ze świetnymi, prawdziwie rockowymi partiami gitary i organów, mocną grą sekcji rytmicznej i jeszcze bardziej, niż w oryginale, ekspresyjną partią wokalną, ale także z atonalnymi dźwiękami kontrabasu, dodającymi nieco freejazzowo-awangardowego posmaku. W podobny sposób przearanżowany został "I've Been Loving You Too Long" z repertuaru Otisa Reddinga. O ile fragmenty z wokalem są dość zachowawcze i nie odbiegają daleko od soulowego oryginału, tak w instrumentalnych dzieje się już sporo ciekawych rzeczy, zahaczających o awangardę, w czym zasługa nie tylko Nadolnego.

Na albumie znalazły się także dwie dłuższe, kilkunastominutowe kompozycje. "Why Did You Stop Loving Me" ma wiele wspólnego z bluesrockowymi improwizacjami, nie brakuje tutaj fantastycznych gitarowych popisów, ani interakcji całego składu, jest też ciężkie, hardrockowe brzmienie, momentami mogące budzić skojarzenia z samym Black Sabbath. Z kolei pełna pasji partia wokalna Niemena czasami ociera się o wrzask w stylu Iana Gillana. Z drugiej strony, znalazło się tu także parę awangardowych wstawek Nadolnego, a w całość pomysłowo wpleciono dźwięki dzwonów, uzupełniających rytm. "A Song for the Deceased" to z kolei anglojęzyczna wersja "Piosenki dla zmarłej" z wydanego rok później albumu "Niemen Vol. 2". Kompozycja została zbudowana na podobnej zasadzie, co pozostałe nagrania. Podstawę stanowią balladowe fragmenty z głównie organowym akompaniamentem, dla których kontrapunktem są dwie ostre solówki gitarowe Apostolisa i awangardowe momenty, w których na pierwszy plan wysuwa się Nadolny. Nie najlepiej, niestety, wypada w tym nagraniu partia wokalna, która ciągnie się przez większość utworu.

"Strange Is This World" to pierwszy album Czesława Niemena, o którym bez żadnych zastrzeżeń mogę powiedzieć, że jest utrzymany na światowym poziomie. Co więcej, jest to pierwszy rockowy album, nagrany przez polskiego wykonawcę, który naprawdę wnosi do tej muzyki coś świeżego i oryginalnego, a zarazem interesującego i niebanalnego. Mimo słyszalnych różnych wpływów, trudno znaleźć w światowej muzyce coś naprawdę podobnego. 

Ocena: 8/10



Niemen - "Strange Is This World" (1972)

1. Strange Is This World; 2. Why Did You Stop Loving Me; 3. I've Been Loving You Too Long; 4. A Song for the Deceased

Skład: Czesław Niemen - wokal i organy; Józef Skrzek - instr. klawiszowe, bass, harmonijka; Antymos Apostolis - gitara; Helmut Nadolski - kontrabas, instr. perkusyjne; Jerzy Piotrowski - perkusja
Producent: Rainer Ehrhardt i Martin Clarke


20 września 2017

[Recenzja] Gov't Mule - "Gov't Mule" (1995)



W drugiej połowie lat 90. muzyka rockowa sięgnęła samego dna. Największą popularnością cieszyły się wówczas tak bezwartościowe style, jak post-grunge, pop punk czy nu metal. Starsze zespoły też nie miały wiele do zaoferowania - podczas gdy jedni nagrywali kolejne, coraz słabsze wersje tych samych albumów, inni nieudolnie próbowali dostosować się do nowych trendów. Właśnie w takim okresie przyszło debiutować grupie Gov't Mule. Zespół powstał jako poboczny projekt dwóch członków The Allman Brothers Band - śpiewającego gitarzysty Warrena Haynesa i basisty Allena Woody'ego. Muzycy postanowili stworzyć klasyczne powertrio rockowe, inspirowane takimi grupami, jak Cream, The Jimi Hendrix Experience i Free (ta ostatnia to oczywiście kwartet, ale z trzema instrumentalistami). Składu dopełnił perkusista Matt Abts, z którym Haynes współpracował już pod koniec lat 80., gdy obaj byli członkami  The Dickey Betts Band.

Początek albumu jest naprawdę wyśmienity. Po śpiewanej a capella miniaturce "Grinnin' In Your Face", rozbrzmiewa ośmiominutowa przeróbka "Mother Earth", oryginalnie nagranego w 1951 roku przez Memphisa Slima. Utwór zachwyca już od pierwszych sekund - potężne brzmienie, posępny, niemal sabbathowy riff, liczne bluesowe solówki i głęboki puls basu, a do tego wyrazista melodia. Ten utwór to całkowite przeciwieństwo tego, co było wówczas modne - klasyczny blues rock, przywołujący klimat najlepszych lat tego gatunku. Świetnie wypada też kolejny utwór, "Rockin' Horse" (napisany przez Haynesa i Woody'ego z pomocą Gregga Allmana i Jacka Pearsonsa), nieco lżejszy i bardziej pogodny, za to bardzo energetyczny i chwytliwy. Zbudowany na znakomitej, lekko funkowej grze sekcji rytmicznej i pełen fantastycznych gitarowych popisów, również powinien zachwycić wielbicieli bluesrockowego grania. Całkiem przyjemnie wypada także "Monkey Hill", oparty na niezłym riffie, zachwycający przede wszystkim solówką Haynesa.

Niestety, im dalej, tym zapadających w pamięć momentów. Utwory nie są zbyt zróżnicowane, przez co zaczynają się ze sobą zlewać. Na wyróżnienie zasługują: instrumentalny "Trane", zdradzający zainteresowanie muzyków jazzem (nie tylko pod względem muzycznym - jego tytuł to hołd dla Johna Coltrane'a); akustyczna miniaturka "Dolphineus"; przebojowy "Painted Silver Light" z kolejną świetną solówką Haynesa; oraz dziesięciominutowy finał albumu, "World of Difference", przyciągający uwagę klimatem i fragmentami instrumentalnymi, w których muzycy mogą pokazać swoje umiejętności. Gdyby album składał się wyłącznie z wspomnianych dotąd utworów, wówczas byłby to wzorowy longplay, trwający idealne 45 minut, po brzegi wypełniony fantastyczną muzyką. Niestety, muzycy popełnili częsty błąd tamtych czasów, polegający na wykorzystaniu możliwości płyt CD i upychaniu na nich wszystkich zarejestrowanych utworów, bez żadnej selekcji. W rezultacie, otrzymujemy tutaj 70 minut muzyki, w czasie których pojawia się kilka mniej wyrazistych kawałków. Najbardziej niepotrzebnym fragmentem jest dość rozlazła przeróbka "Mr. Big" z repertuaru wspomnianego Free. Bez żalu pozbyłbym się także trzech autorskich kompozycji grupy - "Temporary Saint", "Mule" i "Left Coast Groovies" - które nie wnoszą wiele do całości.

Mimo wszystko, bardzo cieszy, że w tamtych czasach pojawił się zespół przypominający o tym, co najlepsze w muzyce rockowej. Na tle większości retro-rockowych grup, Gov't Mule wypada naprawdę olśniewająco, dzięki naprawdę dobrym kompozycjom i porywającym wykonaniom. Muzycy naprawdę czują taką muzykę i rozumieją o co w niej faktycznie chodzi. Szkoda tylko, że ich debiutanckie dzieło cierpi na nadmiar materiału, który nie zawsze trzyma wysoki poziom.

Ocena: 7/10



Gov't Mule - "Gov't Mule" (1995)

1. Grinnin' In Your Face; 2. Mother Earth; 3. Rockin' Horse; 4. Monkey Hill; 5. Temporary Saint; 6. Trane; 7. Mule; 8. Dolphineus; 9. Painted Silver Light; 10. Mr. Big; 11. Left Coast Groovies [For FZ]; 12. World of Difference

Skład: Warren Haynes - wokal i gitara; Allen Woody - bass; Matt Abts - perkusja
Gościnnie: Hook Herrera - harmonijka; John Popper - harmonijka
Producent: Michael Barbiero


19 września 2017

[Recenzja] Hopper / Dean / Tippett / Gallivan - "Cruel But Fair" (1977)



Mało znany album, będący jednym z najciekawszych przykładów brytyjskiego jazz rocka. W jego nagraniu wzięli udział muzycy z najwyższej półki (przynajmniej pod względem posiadanych umiejętności, bo raczej nie popularności). Basista Hugh Hopper i saksofonista Elton Dean znani są przede wszystkim z grupy Soft Machine. Keith Tippett to wybitny pianista, którego grę można usłyszeć m.in. na kilku wczesnych albumach King Crimson, nagrał też kilka ciekawych płyt z własnym The Keith Tippett Group, jak również był pomysłodawcą projektu Centipede, w którym uczestniczyło ponad pięćdziesięciu muzyków (m.in. członków Soft Machine, King Crimson i Nucleus). Składu dopełnił amerykański perkusista Joe Gallivan (grający także na syntezatorze), mający doświadczenie jazzowe - współpracował m.in. z orkiestrą Gila Evansa i z Donaldem Byrdem.

Album "Cruel But Fair" jest kontynuacją jazzowych poszukiwań Soft Machine i The Keith Tippett Group. Muzycy zapuszczają się tutaj w rejony fusion, avant- i free jazzu, dodając do tego trochę elektroniki i zanurzając wszystko w typowym dla sceny kanterberyjskiej brzmieniu. Najbardziej oryginalnie wypadają te utwory, w których pojawiają się syntezatory. W "Jannakota" elektronicznym dźwiękom towarzyszą jedynie partie Deana na saxello, kawałek ma bardzo swobodny, freejazzowy charakter. Podobnie jest na początku "Square Enough Fire", zdominowanym przez niemal ambientowe partie syntezatora; w dalszej części utwór nabiera jednak dynamiki, dochodzi też całkiem wyrazista melodia - ten fragment nie jest wcale odległy od twórczości Milesa Davisa z elektrycznego okresu. Reszta albumu ma mniej eksperymentalny charakter. Otwierający całość "Seven Drones" to najpierw cztery minuty freejazzowego hałasu, z pokotłowanymi partami Tippetta i sekcji rytmicznej, którym towarzyszą ostre, agresywne partie Deana; w połowie utworu wyłania się natomiast całkiem ładna melodia, która jednak stopniowo zmierza w bardziej awangardowe rejony. W całości łagodny i melodyjny jest natomiast "Echoes", z delikatnymi dźwiękami pianina elektrycznego, subtelną grą sekcji rytmicznej i przepięknymi solówkami Deana. Z kolei finałowy "Soul Fate", również bardzo melodyjny i przystępny, przywołuje skojarzenia z spiritual jazzem. Całości dopełniają dwie klimatyczne miniaturki: "Rocky Recluse" i "Bjorn Free".

"Cruel But Fair" to jeden z najciekawszych albumów jazzowych nagranych przez muzyków przynajmniej częściowo związanych z rockową sceną. Co jest o tyle zaskakujące, że w 1977 roku tego typu muzyka najlepsze lata miała już dawno za sobą - zarówno jeśli chodzi o popularność, jak i o jej jakość. 

Ocena: 8/10



Hopper / Dean / Tippett / Gallivan - "Cruel But Fair" (1977)

1. Seven Drones; 2. Jannakota; 3. Echoes; 4. Square Enough Fire; 5. Rocky Recluse; 6. Bjorn Free; 7. Soul Fate

Skład: Hugh Hopper - bass; Elton Dean - saksofon, saxello; Keith Tippett - pianino; Joe Gallivan - perkusja i instr. perkusyjne, syntezator
Producent: Frode Holm


15 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Still Life" (1976)



Album "Still Life" częściowo składa się z utworów zarejestrowanych podczas tej samej sesji, co poprzedni w dyskografii "Godbluff". Oba longplaye doskonale się dopełniają. "Still Life" jest jednak nie tyle rozwinięciem i kontynuacją poprzednika, co jego przeciwieństwem. Zespół wyraźnie odchodzi tutaj od dotychczasowego stylu. Wyjątek stanowi kompozycja "La Rossa" - jedna z dwóch (obok "Pilgrims") nagranych podczas sesji "Godbluff". Porządnie pokręcona, ze zwariowanymi partiami wokalnymi Petera Hammilla i agresywnym brzmieniem saksofonu Davida Jacksona, przypominająca ciężki i mroczny klimat poprzedniego albumu. Z "dawnym" Generatorem mogą kojarzyć się także mocniejsze fragmenty "Childlike Faith in Childhood's End", znów dzięki ekspresyjnym partiom Hammilla i Jacksona, jednak ogólnie utwór wydaje się bardziej pogodny, zdominowany przez majestatyczne partie organów Hugha Bantona. Majestatyczne i pogodne są też pozostałe, zdecydowanie spokojniejsze utwory. "Pilgrims" i tytułowy "Still Life" zachwycają pięknymi melodiami i dostojnym nastrojem, budowanym przez partie organów. Hammill śpiewa w bardziej stonowany, choć wciąż niezwykle emocjonalny sposób, a gra Jacksona nabrała większej melodyjności. Dopełniająca całości ballada "My Room (Waiting for Wonderland)" początkowo wydaje się nieco przesłodzona, ale naprawdę świetnie wypada instrumentalna końcówka utworu - bardzo klimatyczna, z przepięknymi partiami gitary basowej, saksofonu i pianina.

"Still Life" to album różniący się od wcześniejszych dokonań Van der Graaf Generator, wciąż jednak bardzo udany i interesujący. Jest też chyba najbardziej przystępnym albumem zespołu z tych najważniejszych/najlepszych, więc jeśli ktoś jeszcze nie zabrał się za poznawanie Generatora, warto zacząć właśnie od tego longplaya.

Ocena: 8/10



Van der Graaf Generator - "Still Life" (1976)

1. Pilgrims; 2. Still Life; 3. La Rossa; 4. My Room (Waiting for Wonderland); 5. Childlike Faith in Childhood's End

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - instr. klawiszowe, bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


14 września 2017

[Recenzja] Motörhead - "Under Cöver" (2017)



Grupa Motörhead w ciągu swojej długoletniej kariery nagrała wiele coverów. Tylko część z nich znalazła się na właśnie wydanej kompilacji "Under Cöver". W większości są to utwory zarejestrowane w latach dwutysięcznych, z wyjątkiem dwóch kawałków z wydanego w 1992 roku albumu "March ör Die". Większość pozostałych utworów również była już wcześniej wydana - czy to na regularnych longplayach grupy, czy też na składankach będących hołdem dla różnych wykonawców.

Jedyną premierą jest przeróbka przeboju Davida Bowiego, "Heroes", zarejestrowana w 2015 roku, podczas sesji nagraniowej ostatniego albumu zespołu, "Bad Magic". Zagrana została z typowo motörheadowym brzmieniem, a chrypiący głos Lemmy'ego drastycznie różni się od partii Bowiego, lecz poza tym utwór pozostaje wierny oryginałowi. Podobnie jest z innymi kompozycjami. Przeróbki Stonesów ("Jumpin' Jack Flash" i "Sympathy for the Devil") brzmią znacznie ciężej, ale już covery utworów metalowych (np. "Breaking the Law" Judas Priest, "Whiplash" Metalliki) i punkowych ("God Save the Queen" Sex Pistols, "Rockaway Beach" Ramones) różnią się głównie warstwą wokalną. A skoro o niej już mowa, na tle całości najbardziej wyróżnia się "Starstuck" z repertuaru Rainbow, w którym gościnnie zaśpiewał Biff Byford z Saxon. Co jest zupełnie zrozumiałe - to nie jest utwór na wokalne możliwości Lemmy'ego.

Wokal Lemmy'ego i brzmienie zespołu są na tyle charakterystyczne, że nawet bez zmian w utworach, brzmią one zupełnie jak autorskie kompozycje Motörhead. Szkoda jednak, że zespół w żadnym z tych utworów nie postanowił czymś zaskoczyć. "Under Cöver" nie ma tym samym szans zainteresować nowych słuchaczy (a obecni już mają większość tych utworów na płytach). Samej kompilacji można natomiast zarzucić też to, że nie wyczerpuje tematu. Czyżby pozostałe nagrania zostawiono na kolejną część? Cóż, zysk ze sprzedaży dwóch jednopłytowych składanek będzie większy, niż z jednej dwupłytowej. Choć może to być po prostu kwestia praw posiadanych przez różne wytwórnie.

Ocena: 6/10



Motörhead - "Under Cöver" (2017)

1. Breaking the Law; 2. God Save the Queen; 3. Heroes; 4. Starstruck; 5. Cat Scratch Fever; 6. Jumpin' Jack Flash; 7. Sympathy for the Devil; 8. Hellraiser; 9. Rockaway Beach; 10. Shoot 'Em Down; 11. Whiplash

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara i dodatkowy wokal; Mikkey Dee - perkusja (1-4,6-11); Michael "Würzel" Burston - gitara (5,8)
Gościnnie: Biff Byford - wokal (4); Tommy Aldridge - perkusja (5)
Producent: Cameron Webb (1,3,4,7,9); Bob Kulick i Bruce Bouillet (2,6,10,11); Peter Solley (5); Billy Sherwood (8)


12 września 2017

[Recenzja] The John Coltrane Quartet - "Africa/Brass" (1961)



"Africa/Brass" to wyjątkowy album w dyskografii Johna Coltrane'a. Pierwszy, który został w bigbandowym składzie, z rozbudowaną sekcją dętą, w której pojawiły się takie nietypowe dla jazzu instrumenty, jak waltornia czy eufonium (znany też jako sakshorn barytonowy). W sumie w nagraniach wzięło udział dwudziestu jeden muzyków*. Początkowo Coltrane chciał, aby za orkiestrację kompozycji odpowiadał Gil Evans. Kiedy nic z tej współpracy nie wyszło, orkiestracją zajęli się Eric Dolphy (który w tamtym okresie często wspierał zespół Johna na koncertach) i McCoy Tyner.

Materiał został zarejestrowany podczas dwóch sesji, które odbyły się 23 maja (dwa dni przed nagraniem albumu "Olé Coltrane") i 7 czerwca 1961 roku. Na oryginalnym wydaniu albumu znalazł się tylko jeden utwór z pierwszej sesji ("Greenslaves") i dwa z drugiej (kompozycje Coltrane'a "Africa" i "Blues Minor"). Pozostałe nagrania zostały wydane na albumie "The Africa/Brass Sessions, Volume 2" (1974) i na składance "Trane's Modes" (1979). W 1995 roku ukazała się natomiast kompilacja "The Complete Africa/Brass Sessions", zawierająca cały materiał z obu sesji.

Rozpoczynający album, 16-minutowy utwór "Africa" jest efektem fascynacji Coltrane'a afrykańskimi rytmami. Dały one znacznie większe pole do popisu, niż typowe dla dotychczasowego jazzu metrum 4/4. Melodia w tym utworze została zepchnięta na dalszy plan, uwypuklono natomiast warstwę rytmiczną. Pierwszoplanowa rola przypada tu Elvinowi Jonesowi, który napędza utwór bardzo intuicyjnym rytmem; dostaje też czas na zagranie długiej solówki. Ponadto w utworze wykorzystano dwa kontrabasy - jeden grający ciągiem i drugi, którego rolą są różne patenty rytmiczne wokół głównej linii basu. Dęciaki trzymają się raczej w tle, poza momentami, kiedy Coltrane i Dolphy czarują swoimi solówkami.

"Greenslaves" to interpretacja popularnej angielskiej pieśni z XVI wieku, którą Coltrane uważał za jedną z najpiękniejszych melodii ludowych. Trudno się nie zgodzić z jego opinią. Muzycy grają utwór w oryginalnym metrum 6/8, niewiele zmieniając też w samej melodii. Całość opiera się na stałym, przykuwającym uwagę rytmie, wokół którego Coltrane, Dolphy i Tyner grają wspaniałe, przepiękne solówki. Finałowy "Blues Minor" utrzymany jest w zdecydowanie szybszym tempie, niż reszta albumu, a rozbudowana sekcja dęta w końcu zdecydowanie i wyraźnie zaznacza swoją obecność. Uwagę przyciągają jedna przede wszystkim agresywne solówki Coltrane'a.

"Africa/Brass" to kolejny bardzo udany eksperyment Johna Coltrane'a. Warto dodać, że oprócz rozbudowanego składu i inspiracji afrykańskimi rytmami, album wyróżnia się też tym, że w całości utrzymany jest w jednej tonacji. Dzięki ogromniej wyobraźni muzyków nie można jednak narzekać na nudę. 

Ocena: 8/10



The John Coltrane Quartet - "Africa/Brass" (1961)

1. Africa; 2. Greensleeves; 3. Blues Minor

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Reggie Workman - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Gościnnie: Eric Dolphy - saksofon, klarnet basowy i flet (1,3); Pat Patrick - saksofon; Booker Little - trąbka; Freddie Hubbard - trąbka (2); Britt Woodman - puzon (1,3); Julius Watkins - waltornia; Bob Northern - waltornia; Donald Corrado - waltornia; Robert Swisshelm - waltornia; Jim Buffington - waltornia (2); Bill Barber - tuba; Carl Bowman - eufonium (1,3); Julian Priester - eufonium (2); Charles Greenlee - eufonium (2); Garvin Bushell - flet (2); Art Davis - kontrabas (1)
Producent: Creed Taylor

* Oprócz wymienionych wyżej muzyków, w majowej sesji wziął udział także Paul Chambers - zagrał w pierwszej wersji utworu "Africa", która nie trafiła na album.


11 września 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Live/Dead" (1969)



"Live/Dead" to pierwsze z dosłownie setek koncertowych wydawnictw Grateful Dead. I zarazem najbardziej znane. Dwupłytowy album zawiera materiał zarejestrowany w pierwszym kwartale 1969 roku, w dwóch słynnych salach koncertowych w San Francisco - Fillmore West i Avalon Ballroom. Repertuar w niewielkim stopniu powtarza się ze studyjnymi albumami grupy. A nawet gdy zespół sięga po utwory, które zarejestrował wcześniej w studiu, służą one za punkt wyjścia do długich improwizacji. W takim graniu muzycy sprawdzali się najlepiej. Co udowadnia już rozpoczynający całość "Dark Star", który z niespełna trzyminutowej piosenki (wydanej na niealbumowym singlu) przeobraził się w 23-minutowy jam, pełen fantastycznych popisów solowych, tworzących kwaśny, psychodeliczny klimat. Bardziej zachowawcze jest tutejsze wykonanie "St. Stephen", nieznacznie dłuższe od studyjnej wersji z "Aoxomoxoa", choć i tutaj muzycy nieco pokombinowali w instrumentalnych fragmentach.

"The Eleven" to już w pełni premierowe nagranie, zatytułowane tak ze względu na użycie w nim nietypowego metrum 11/8. To porywająca improwizacja, zdominowana przez rewelacyjne gitarowe popisy - wcale nie ustępujące tym z "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service, a nawet "Fillmore East" The Allman Brothers Band. Podobne skojarzenia budzi "Turn On Your Love Light" - piętnastominutowa przeróbka rhythm'n'bluesowego utworu Bobby'ego Blanda. Niestety, część tego wykonania to nieprzekonujące mnie popisy perkusistów. Z nawiązką wynagradza mi to kolejna przeróbka - "Death Don't Have No Mercy" z repertuaru Reverend Gary'ego Davisa. To przepiękny wolny blues, z wspaniałymi gitarowymi solówkami. Takie utwory zawsze robią na mnie wrażenie - zwłaszcza jeśli wykonane są tak porywająco, jak ten. Kolejna improwizacja, "Feedback", to po prostu, jak zresztą wskazuje tytuł, osiem minut gitarowych sprzężeń. Brzmi to jednak niesamowicie klimatycznie i intrygująco, wręcz awangardowo. Całość kończy odśpiewany przez muzyków a capella fragment tradycyjnej pieśni "And We Bid You Goodnight".

"Live/Dead" to bez wątpienia jedna z najwspanialszych rockowych koncertówek. Niewiele zespołów dawało równie porywające koncerty, co Grateful Dead. Niektórzy wręcz twierdzą, że był to najlepszy koncertowy zespół. Cóż, ja mam innych faworytów, ale znalazłbym dla Grateful Dead miejsce w pierwszej dziesiątce, a może nawet piątce, właśnie za ten album. "Live/Dead" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli koncertowych improwizacji.

Ocena: 9/10



Grateful Dead - "Live/Dead" (1969)

LP1: 1. Dark Star; 2. St. Stephen; 3. The Eleven
LP2: 1. Turn On Your Love Light; 2. Death Don't Have No Mercy; 3. Feedback; 4. And We Bid You Goodnight

Skład: Jerry Garcia - wokal i gitara; Bob Weir - gitara i wokal; Ron McKernan - wokal, organy, kongi; Tom Constanten - organy; Phil Lesh - bass i wokal; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Grateful Dead, Bob Matthews i Betty Cantor


8 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Godbluff" (1975)



W połowie lat 70. czas rocka progresywnego powoli przemijał. Nurt ten wciąż cieszył się uznaniem, lecz formuła takiego grania wyraźnie zaczęła się wyczerpywać. Konsekwencją tego było m.in. rozwiązanie King Crimson, czy odejście Petera Gabriela z Genesis. W 1975 roku ukazały się jedne z ostatnich (jeśli nie ostatnie) wybitnych albumów progresywnych: "Wish You Were Here" Pink Floyd, "Free Hand" Gentle Giant, oraz bohater dzisiejszej recenzji. "Godbluff" to tryumfalny powrót Van der Graaf Generator po czteroletniej przerwie wydawniczej (wypełnionej solowymi albumami Petera Hammilla, w których nagrywaniu pomagali pozostali członkowie grupy). Podobnie jak wcześniejsze wydawnictwa zespołu, "Godbluff" nie odniósł sukcesu komercyjnego. Bez wątpienia jest to jednak jedno z największych dzieł nie tylko samego Generatora, lecz całego progresywnego nurtu.

Zawarta tutaj muzyka różni się nieco od wcześniejszych albumów zespołu. Wydaje się bardziej mroczna i cięższa, a zarazem bardziej wyrazista pod względem melodycznym. Na całość składają się tylko cztery, za to rozbudowane utwory. Najkrótszy utwór, otwierający album "The Undercover Man", trwa siedem i pół minuty. Kompozycja rozpoczyna się bardzo klimatycznie i melodyjnie - stonowanej, jak na Hammilla, partii wokalnej towarzyszą tylko organy, flet i perkusja. Utwór powoli, płynnie się rozwija, w drugiej połowie robi się odrobinę ostrzej, za sprawą saksofonowej solówki Davida Jacksona. W "Scorched Earth" robi się już bardziej agresywnie i posępnie - Hammill śpiewa bardziej ekspresyjnie, a towarzyszą mu przenikliwe partie saksofonu i intensywna gra Guya Evansa na perkusji. Całość łagodzą nieco organy Hugha Bantona, nie brakuje tu też wyrazistej melodii. Ostre brzmienie, mroczny klimat i wyraziste melodie jeszcze ciekawiej połączono w "Arrow". Partia wokalna to istne szaleństwo, bardzo intensywnie - i zarazem przepięknie - wypadają także solówki na saksofonie. Warto odnotować też sam wstęp utworu - zespół nigdy wcześniej nie był tak blisko jazz fusion. Najdłuższy utwór, finałowy "The Sleepwalkers", zawiera kilka ewidentnie żartobliwych motywów, ale muzycy tutaj nie odpuszczają, proponując też wiele interesujących rozwiązań harmonicznych i rytmicznych. Tym razem błyszczy przede wszystkim Banton, którego klawiszowe popisy przez większość utworu wysunięte są na pierwszy plan, lecz partie pozostałych muzyków również zachwycają.

Rewelacyjny album. Bardzo spójny i dopracowany, wszystko idealnie tutaj ze sobą współgra. Perfekcyjne wykonanie nie jest zaskoczeniem, gdyż do tego muzycy zdążyli już przyzwyczaić swoimi poprzednimi wydawnictwami. Słychać za to znaczny rozwój w kwestii kompozytorskiej - utwory (autorem wszystkich jest Hammill) stały się bardziej wyraziste melodycznie, przy zachowaniu niekonwencjonalnych struktur i innych cech progresywnego rocka. Co prawda, album podzielił słuchaczy i krytyków (wśród zarzutów często pojawia się ten o zmianę stylu, choć nie jest ona drastyczna), dla mnie jednak "Godbluff" jest najwspanialszym dziełem Van der Graaf Generator.

Ocena: 9/10



Van der Graaf Generator - "Godbluff" (1975)

1. The Undercover Man; 2. Scorched Earth; 3. Arrow; 4. The Sleepwalkers

Skład: Peter Hammill - wokal, instr. klawiszowe, gitara; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - organy, bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


7 września 2017

[Recenzja] Gregg Allman - "Southern Blood" (2017)



Gregg Allman w ostatnich latach życia planował nagranie albumu, który składałby się wyłącznie z premierowych kompozycji jego autorstwa. Wydawnictwo miało nosić tytuł "All Compositions By Gregg Allman" i byłoby jego pierwszym longplayem bez cudzych utworów. Niestety, pogarszający się stan zdrowia (od 2012 roku zmagał się z rakiem wątroby, którą przeszczepiono mu dwa lata wcześniej) znacznie utrudniał mu tworzenie i rejestrację materiału. W marcu 2016 roku dał radę wziąć udział w kilkudniowej sesji nagraniowej, podczas której zarejestrował partie wokalne do dziesięciu utworów. Wbrew wcześniejszym zamierzeniom, większość z nich to covery - Gregg wybrał utwory, które najlepiej oddawały jego ówczesny stan i samopoczucie, sięgając m.in. do repertuaru Tima Buckleya, Boba Dylana, Grateful Dead i Muddy'ego Watersa. Allman nie wrócił już nigdy do studia, by dokończyć pracę nad tym materiałem. To, co udało się wtedy zarejestrować, zostało dokończone już bez jego udziału (dodano m.in. harmonie wokalne) i właśnie wydano na albumie "Southern Blood".

Całość rozpoczyna jedna z dwóch premierowych kompozycji, "My Only True Friend", napisana przez Gregga wspólnie z gitarzystą Scottem Sharrardem. Utwór idealnie wprowadza w klimat albumu, który można określić takimi słowami, jak spokojny, łagodny, ciepły. Uwagę zwracają piękne partie gitary, solówka na trąbce, oraz zaskakująco udana partia wokalna Gregga, który brzmi tutaj dużo młodziej, niż na albumach The Allman Brothers Band z lat 90. Podobny nastrój przynosi większość pozostałych utworów. Przepięknie wypadają tutejsze wersje "Black Muddy River" Grateful Dead i "Once I Was" Buckleya, jak również "Song for Adam" z repertuaru Jacksona Browne'a, który zresztą wystąpił gościnnie w tym nagraniu. Dla urozmaicenia, pojawia się tutaj także kilka bardziej dynamicznych utworów bluesowych: napisany przez Williego Dixona dla Muddy'ego Watersa "I Love the Life I Live", "Blind Bats and Swamp Rats" z repertuaru Johnny'ego Jenkinsa, a także "Love Like Kerosene" - druga w pełni premierowa kompozycja, tym razem autorstwa samego Sharrarda.

"Southern Blood" to piękne pożegnanie Gregga Allmana z fanami. Przez cały album towarzyszy poczucie, że to już koniec. Trudno sobie wyobrazić lepszy materiał na zakończenie kariery i - zrządzeniem losu - na pierwszy album pośmiertny.

Ocena: 7/10



Gregg Allman - "Southern Blood" (2017)

1. My Only True Friend; 2. Once I Was; 3. Going Going Gone; 4. Black Muddy River; 5. I Love the Life I Live; 6. Willin'; 7. Blind Bats and Swamp Rats; 8. Out of Left Field; 9. Love Like Kerosene; 10. Song for Adam

Skład: Gregg Allman - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Scott Sharrard - gitara; Ron Johnson - bass; Steve Potts - perkusja; Marc Quinones - instr. perkusyjne; Peter Levin - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jay Collins - saksofon; Art Edmaiston - saksofon; Marc Franklin - trąbka; Spooner Oldham - instr. klawiszowe; David Hood - bass; Buddy Miller - dodatkowy wokal; Jackson Browne - dodatkowy wokal (10)
Producent: Don Was


6 września 2017

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Where It All Begins" (1994)



The Allman Brothers Band w pierwszej połowie lat 90. wydawał nowe albumy z zadziwiającą, jak na zespół z takim stażem, częstotliwością. Kończący ten okres "Where It All Begins" - trzeci longplay z kolei i, jak się okazało, ostatni na prawie dekadę - zdradza, niestety, pewne ślady zmęczenia. Pomysł na ten materiał jest identyczny, jak w przypadku dwóch poprzednich wydawnictw. Już sam tytuł informuje, że to kolejny album nawiązujący do korzeni grupy. Pod względem kompozytorskim nie jest tak dobrze, jak na poprzednim "Shades of Two Worlds", ale nieco ciekawiej, niż na wcześniejszym "Seven Turns".

Na pewno cieszy większa aktywność kompozytorska Gregga Allmana, który tym razem jest współautorem czterech z dziesięciu utworów. Bez wątpienia czterech najlepszych fragmentów tego longplaya. Wrażenie robią przede wszystkim dwa z nich: zadziorny i chwytliwy zarazem "Sailin' 'Cross the Devil's Sea", oraz "Temptation Is a Gun", bardzo ładna ballada o lekko soulowym odcieniu, ciekawie wzbogacona perkusjonaliami (pierwszy z nich stworzył wspólnie z Warrenem Hayensem, Allenem Woodym i Jackiem Pearsonem, w napisaniu drugiego pomogli mu natomiast Jonathan Cain i Neal Schon z grupy Journey). Ale naprawdę nieźle wypadają też dwa energetyczne kawałki bluesrockowe: "All Night Train" i "What's Done Is Done" (pierwszy napisany z Hayensem i dawnym klawiszowcem grupy, Chuckiem Leavellem, drugi z Woodym). Pozostaje tylko żałować, że Gregg nie zaangażował się jeszcze mocniej w tworzenie materiału.

Dickey Betts tym razem samodzielnie napisał cztery utwory, a jeden wspólnie z Johnem Prestią. Ten ostatni to singlowy "No One to Run With", bezczelnie oparty na rytmie "Revival" - kompozycji Bettsa z albumu "Idlewild South". Kawałek jest równie banalny, co jego pierwowzór. Nie lepsze wrażenie robią inne utwory o southernrockowym zabarwieniu: "Everybody's Got a Mountain to Climb", oraz "Back Where It All Begins", który pomimo nieco jamowej struktury i bardzo długich gitarowych solówek, nie porywa, a wręcz nuży. "Change My Way of Living", blues w średnim tempie, to typowy zapychacz. Broni się jedynie żwawy "Mean Woman Blues". Trudno zrozumieć skąd ten nagły spadek kompozytorskiej formy Bettsa, który zaledwie dwa lata wcześniej napisał, na album "Shades of Two Worlds", jedne ze swoich najlepszych utworów. Może to kwestia zbyt częstego nagrywania nowych albumów.

Całości dopełnia samodzielna kompozycja Haynesa, "Soulshine" (napisana dla Larry'ego McCraya, który rok wcześniej wydał ją na swoim albumie "Delta Hurricane"). Ten uwielbiany przez fanów utwór to po prostu standardowa southernrockowa ballada, z ładnymi solówkami, ale ogólnie nieco nużąca i lukrowata. Kompletnie nie rozumiem zachwytów nad tym utworem.

Historia zatoczyła koło. Tak jak w latach 70., tak i dwie dekady później, wyraźny stał się podział wewnątrz zespołu na frakcje bluesrockową i southernrockową. Nie wpłynęło to korzystanie ani na spójność, ani na jakość tego albumu. A brak zgodności wśród muzyków doprowadził wkrótce do odejścia z grupy Dickeya Bettsa. "Where It All Begins" to  ostatni album The Allman Brothers Band nagrany z jego udziałem.

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Where It All Begins" (1994)

1. All Night Train; 2. Sailin' 'Cross the Devil's Sea; 3. Back Where It All Begins; 4. Soulshine; 5. No One to Run With; 6. Change My Way of Living; 7. Mean Woman Blues; 8. Everybody's Got a Mountain to Climb; 9. What's Done Is Done; 10. Temptation Is a Gun

Skład:  Gregg Allman - wokal i organy; Dickey Betts - gitara i wokal; Warren Haynes - gitara i wokal; Allen Woody - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Marc Quiñones - instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd


5 września 2017

[Recenzja] Miles Davis - "E.S.P." (1965)



Pierwsza połowa lat 60. była dla kwintetu/sekstetu Milesa Davisa okresem nieustannych zmian personalnych. Po odejściu Cannonballa Adderleya i Johna Coltrane'a, przez skład przewinęło się co najmniej pięciu saksofonistów. Pod koniec 1962 roku odeszli natomiast jednocześnie Wynton Kelly, Paul Chambers i Jimmy Cobb. W tym burzliwym okresie zostały zarejestrowane dwa albumy, "Someday My Prince Will Come" i "Seven Steps to Heaven" - oba mało istotne w dyskografii Milesa, w znacznej części składające z przeróbek standardów. Dopiero pod koniec 1964 roku ukształtował się skład, który pozostał stabilny aż do początku 1969 roku, nagrywając w międzyczasie kilka interesujących albumów. Skład ten często bywa nazywany Drugim Wielkim Kwintetem Milesa Davisa (drugim ze względu na chronologię, nie jakość), a poza liderem tworzyli go:

  • Wayne Shorter - uznawany za drugiego najlepszego saksofonistę jazzowego, zaraz po Johnie Coltranie. Aktywny od 1959 roku, gdy zaczął nagrywać zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i z zespołem Arta Blakeya. Po odejściu z grupy Davisa, wspólnie z Joe'em Zawinulem stworzył grupę Weather Report. Ponadto występował m.in. na płytach Freddiego Hubbarda, Herbiego Hancocka i Joni Mitchell, zagrał także gościnnie na albumie "Bridges to Babylon" The Rolling Stones.
  • Herbie Hancock - prawdopodobnie najsłynniejszy jazzowy klawiszowiec, jeden z prekursorów używania w tym gatunku syntezatorów i funkowych rytmów. Zadebiutował na początku lat 60. w grupie Donalda Byrda. Niemal od początku kariery nagrywał też pod własnym nazwiskiem. Uznanie przyniosły mu już wydane w tamtym okresie albumy "Empyrean Isles" (1964) i "Maiden Voyage" (1965), jednak największą sławę zdobył dzięki jazz-funkowej twórczości z lat 70. Nie sposób wymienić wszystkich muzyków, na których płytach występował.
  • Ron Carter - kontrabasista znany przede wszystkim jako sesyjny muzyk, który współpracował niemal z każdym liczącym się jazzmanem. Aktywny co najmniej od 1960 roku. Jego grę można usłyszeć na ponad dwóch tysiącach (!) albumów (m.in. na dwóch wspomnianych wyżej longplayach Hancocka, na których grał też Tony Williams). Wydał także kilkadziesiąt albumów pod własnym nazwiskiem, jednak żaden nie okazał się komercyjnym sukcesem. 
  • Tony Williams - perkusista, który profesjonalną karierę zaczął w 1963 roku, mając zaledwie 17 lat. Występował m.in. z Chetem Bakerem, Erikiem Dolphym, Gilem Evansem, Joe'em Hendersonem i McCoyem Tynerem, a także z rockowymi wykonawcami, jak Ray Manzarek (z The Doors) czy Public Image Limited. Grał także na solowych albumach Shortera, Hankcocka i Cartera. Był liderem supergrupy Tony Williams' Lifetime, w której występowali także John McLaughlin, Larry Young i Jack Bruce.

Najwcześniej z tej czwórki dołączył Carter, który już w kwietniu 1963 roku wziął udział w pierwszej sesji nagraniowej na album "Seven Steps to Heaven". Podczas kolejnej sesji, w maju, w zespole byli już także Hancock i Williams. Półtora roku później dołączył Shorter, a w dniach 20-22 stycznia 1965 roku odbyła się pierwsza sesja nagraniowa tego składu. Jej rezultatem jest album "E.S.P.". Na jego repertuar składają się wyłącznie premierowe kompozycje: dwie autorstwa Shortera ("E.S.P.", "Iris"), dwie podpisane nazwiskami Davisa i Cartera ("Eighty-One", "Mood"), oraz po jednej Davisa ("Agitation"), Cartera ("R.J.") i Hancocka ("Little One"). Choć od dołączenia Shortera minęło niewiele czasu, zespół jest tutaj niesamowicie zgrany, co owocuje wieloma świetnymi improwizacjami - szczególnie w tych bardziej energetycznych utworach, jak "E.S.P." czy "Eighty-One". Nie brakuje tu też wolniejszych tematów - bardzo klimatyczne "Little One" i "Mood" są jakby rozwinięciem pomysłów z "Ascenseur pour l'échafaud", bardzo zresztą udanym, natomiast melodyjny "Iris" to nieco sentymentalna ballada w stylu Coltrane'a.

Już na debiutanckim albumie Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa udowadnia swoją wielkość. "E.S.P." rozpoczął bardzo ciekawy etap w twórczości Davisa, w którym muzyk powoli zaczął oddalać się od bebopu i zmierzać w bardziej nowoczesnym, nieco awangardowym kierunku. Na koniec warto dodać, że trwający 48 minut "E.S.P." w chwili wydania był najdłuższym jazzowym albumem. Mimo tego, ani przez chwilę nie nudzi. To jazz wysokiej próby.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "E.S.P." (1965)

1. E.S.P.; 2. Eighty-One; 3. Little One; 4. R.J.; 5. Agitation; 6. Iris; 7. Mood

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Irving Townsend


4 września 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Aoxomoxoa" (1969)



Trzeci album Grateful Dead oryginalnie miał nosić tytuł "Earthquake Country" (nawiązujący do San Francisco Bay Area, gdzie często występują trzęsienia ziemi), lecz zmieniono go po sugestii grafika Ricka Griffina. Autor okładki, zafascynowany - co widać na powyższej grafice - palindromami, zasugerował tytuł, który będzie brzmiał tak samo czytany od prawej i lewej strony. Wspólnie z Robertem Hunterem - nowym współpracownikiem zespołu, od tamtej pory autorem większości tekstów - wymyślił nic nie znaczące słowo "Aoxomoxoa". A skoro mowa o okładce, warto dodać, że niektórzy twierdzą, że w umieszczonym na niej logo zespołu można dopatrzyć się zdania "We Ate the Acid". Cóż, liczba liter się zgadza, niektórych nie trzeba nawet zmieniać, ale żeby faktycznie coś takiego dostrzec, samemu chyba trzeba zażyć kwas.

Choć w przeciwieństwie do swojego poprzednika, "Anthem of the Sun", longplay składa się głównie z konwencjonalnych utworów, w całości zarejestrowanych w studiu, nagrania znów ciągnęły się przez wiele miesięcy. Zespół nagrał w tym czasie album dwukrotnie - pierwsza wersja została odrzucona, gdy muzycy dowiedzieli się o powstaniu 16-ścieżkowego rejestratora dźwięku (dotąd korzystali z 8-ścieżkowego). Po zakupie nowego sprzętu, zaczęli nagrania od nowa. Nowe możliwości wykorzystali przede wszystkim w najbardziej eksperymentalnym fragmencie, ośmiominutowym "What's Become of the Baby", w którym w ogóle nie pojawiają się instrumenty, a jedynie przetworzone, zwielokrotnione partie wokalne. Efekt jest bardzo intrygujący i klimatyczny. Reszta albumu, jak już wspominałem, to już tradycyjne piosenki. Przeważnie łączące chwytliwe melodie z zadziornym, rockowym brzmieniem (np. "St. Stephen", "Doin' That Rag", "China Cat Sunflower" i "Cosmic Charlie"). Nowością w repertuarze grupy jest natomiast granie akustyczne ("Dupree's Diamond Blues", "Rosemary", "Mountains of the Moon"), które na kolejnych studyjnych albumach będzie odgrywać bardziej  prominentną rolę.

"Aoxomoxoa" to bardzo przyjemny album, ale nie ukrywam, że brakuje mi tutaj jamowego grania, z jakiego słynęły koncerty Grateful Dead. Dopiero na kompaktowych reedycjach z XXI wieku dołączono trzy kilkunastominutowe jamy, zarejestrowane przez zespół w studiu na samym początku sesji. Szczególnie porywająco wypada "Clementine Jam", ale "Nobody's Spoonful Jam" i "The Eleven Jam" nie zostają daleko w tyle - szkoda, że przynajmniej jeden z nich nie trafił na oryginalny album. Wspomniane reedycje zawierają także lepszą, koncertową wersję "Cosmic Charlie".

Ocena: 7/10



Grateful Dead - "Aoxomoxoa" (1969)

1. St. Stephen; 2. Dupree's Diamond Blues; 3. Rosemary; 4. Doin' That Rag; 5. Mountains of the Moon; 6. China Cat Sunflower; 7. What's Become of the Baby; 8. Cosmic Charlie

Skład: Jerry Garcia - wokal i gitara; Bob Weir - gitara, wokal (1), dodatkowy wokal; Ron McKernan - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Phil Lesh - bass, dodatkowy wokal; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne; Tom Constanten - instr. klawiszowe
Producent: Grateful Dead


1 września 2017

[Recenzja] Czesław Niemen - "Niemen" (1971)



Czerwony album Niemena, znany także jako "Niemen", "Niemen Enigmatic" lub "Człowiek jam niewdzięczny", to prawdopodobnie pierwszy dwupłytowy album w historii polskiej fonografii (obie płyty były sprzedawane także oddzielnie). Jak jednak wiadomo, większość dwupłytowych wydawnictw z premierowym studyjnym materiałem tylko by zyskała, gdyby skrócić je do jednej płyty. Czerwony Niemen bynajmniej nie jest tu wyjątkiem. Choć prawdę mówiąc, w tym wypadku nawet skrócenie o połowę niewiele by pomogło...

Pod względem stylistycznym jest to kontynuacja rockowego kierunku obranego przez Niemena na poprzednim albumie, "Enigmatic". Jednak tym razem bez progresywnych naleciałości, za to z wyraźną inspiracją hard rockiem. Elektryczne organy i ostre partie gitary, podparte mocną grą sekcji rytmicznej, nie raz przywołują skojarzenia z Deep Purple. Pod względem instrumentalnym właściwie nie ma do czego się przyczepić, z wyjątkiem brzmienia, typowego dla ówczesnych polskich nagrań (aczkolwiek plus za wyrazisty bas). Warstwa wokalna jest natomiast tragiczna. Emfatyczny, nierockowy śpiew Niemena jeszcze można by przeboleć, ale niemal nieustannie mu towarzyszące festyniarskie chórki żeńskie są tak żenujące i kiczowate, że niepojęte jest dla mnie, że ktoś może chcieć tego słuchać. Jedyne dające się słuchać utwory to: w całości instrumentalny "Enigmatyczne impresje", oraz dwudziestominutowy, w większości instrumentalny "Człowiek jam niewdzięczny". Zwłaszcza w tym drugim nie brakuje świetnych partii instrumentalnych - środkowa część przypomina koncertowe improwizacje, popularne w tamtych czasach wśród zachodnich grup rockowych, w trakcie których każdy muzyk mógł zaprezentować swoje umiejętności. Są tu solówki na organach, basie, gitarze i perkusji. Szczególnie porywająco wypada popis gitarzysty Tomasza Jaśkiewicza, brzmiący niemal jak u Quicksilver Messenger Service.

Współczesny słuchacz nie znajdzie tu wiele dla siebie (oprócz dwóch wspomnianych wyżej utworów, pod warunkiem, że bardzo lubi muzykę z tamtych czasów). Album mógł robić wrażenie w chwili wydania, gdy festyniarskie chórki były normą w polskiej muzyce, a dostęp do zachodnich wydawnictw był bardzo ograniczony. Wówczas mógł wydawać się czymś nowatorskim. Dziś już jednak wiadomo, że ta muzyka, pod względem instrumentalnym, jest wtórna wobec ówczesnego zachodniego rocka, a także, że przez brzmienie i warstwę wokalną, zestarzała się od niego o wiele mocniej. Jeśli ktoś chciałby zaznajomić się z twórczością Czesława Niemena, lepiej żeby nie zaczynał od tego albumu.

Ocena: 5/10



Czesław Niemen - "Niemen" (1971)

LP1: 1. Człowiek jam niewdzięczny; 2. Aerumnarum Plenus; 3. Italiam, Italiam; 4. Enigmatyczne impresje
LP2: 1. Nie jesteś moja; 2. Wróć jeszcze dziś; 3. Mój pejzaż; 4. Sprzedaj mnie wiatrowi; 5. Zechcesz mnie, zechcesz; 6. Chwila ciszy; 7. Muzyko moja

Skład: Czesław Niemen - wokal, flet; Tomasz Jaśkiewicz - gitara; Jacek Mikuła - instr. klawiszowe; Janusz Zieliński - bass; Czesław Bartkowski - perkusja (LP1); Janusz Stefański - perkusja (LP2); Zbigniew Namysłowski - flet (LP2); Elżbieta Linkowska, Krystyna Prońko, Zofia Borca - dodatkowy wokal (LP1); Partita - dodatkowy wokal (LP2)
Producent: Zofia Gajewska