23 sierpnia 2017

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Seven Turns" (1990)



Dwudziestolecie powstania The Allman Brothers Band, wypadające w 1989 roku, okazało się dobrym pretekstem do reaktywacji zespołu. Grupa zawiesiła działalność siedem lat wcześniej, z powodu konfliktu z ówczesnym wydawcą, wymuszającym na muzykach bardziej komercyjne brzmienie (czego efektem były najgorsze w dyskografii albumy "Reach for the Sky" i "Brothers of the Road" z początku lat 80.). W składzie reaktywowanego zespołu, oprócz czterech muzyków oryginalnego składu - Gregga Allmana, Dickeya Bettsa, Jaia Johansona i Butcha Trucksa - znalazło się także trzech nowych członków: gitarzysta Warren Haynes, klawiszowiec Johnny Neel (obaj występowali wcześniej w Dickey Betts Band), oraz basista Allen Woody. Sukces jubileuszowej trasy zachęcił grupę do zarejestrowania nowego materiału. Krótka sesja nagraniowa, pod okiem sprawdzonego producenta Toma Dowda, zaowocowała albumem "Seven Turns".

Dzięki świeżej krwi, zespół odzyskał dawną energię i wrócił na właściwe muzyczne tory. To najbardziej bluesrockowy album grupy od czasu eponimicznego debiutu, niemal bez charakterystycznego dla późniejszych studyjnych wydawnictw southernowo-country'owego nudzenia (z wyjątkiem utworu tytułowego). Mnóstwo tutaj świetnych gitarowych popisów Bettsa i Hayensa. Temu drugiemu niemal udaje się zapełnić lukę, jaka powstała po śmierci Duane'a Allmana. W instrumentalnym "True Gravity" dołącza do nich trzeci gitarzysta - syn Dickeya, Duane Betts. Na uwagę zasługuje także udział Neela, który ozdabia utwory nie tylko klawiszami, ale również harmonijką. Dowd zadbał natomiast o bardzo klasyczne, naturalne brzmienie. Dobre wykonanie i brzmienie jednak nie wystarczy, gdy brakuje dobrych kompozycji. A, niestety, większość utworów zamieszczonych na "Seven Turns" jest dość miałka pod względem kompozytorskim. Na plus wyróżniają się tylko dwa utwory: bardzo energetyczny i chwytliwy "Good Clean Fun", najbliższy stylu debiutanckiego albumu, oraz zgrabna bluesowa ballada "Gambler's Roll", z naprawdę fantastycznym gitarowym popisem. Reszty słucha się nawet przyjemnie (choć mnie odrzuca przesłodzony i banalny utwór tytułowy), ale nie są to kompozycje, o których będzie się pamiętać po zakończeniu albumu.

Recenzując albumy wydane po latach przerwy, nie sposób uniknąć pytania o to, czy dany powrót rzeczywiście był potrzebny. W przypadku "Seven Turns" odpowiedź nie jest oczywista. Z jednej strony, cieszy fakt, że zespół powrócił do swoich korzeni, a w utworach słychać autentyczną radość ze wspólnego grania, czego brakowało na kilku poprzednich albumach. Z drugiej strony, rozczarowują same kompozycje, w większości pozbawione dobrych melodii.

Ocena: 6/10



The Allman Brothers Band - "Seven Turns" (1990)

1. Good Clean Fun; 2. Let Me Ride; 3. Low Down Dirty Mean; 4. Shine It On; 5. Loaded Dice; 6. Seven Turns; 7. Gambler's Roll; 8. True Gravity; 9. It Ain't Over Yet

Skład: Gregg Allman - wokal i organy; Dickey Betts - gitara, wokal (2,6); Warren Haynes - gitara, wokal (5), dodatkowy wokal; Allen Woody - bass, dodatkowy wokal; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Johnny Neel - instr. klawiszowe, harmonijka, dodatkowy wokal
Gościnnie: Duane Betts - gitara (8)
Producent: Tom Dowd


7 komentarzy:

  1. Największą wadą tego albumu jest fakt, że jako kompozytor bezwzględnie dominuje tu Dickey Betts, a skomponowany w całości przez Gregga debiut grupy pokazał przecież, kto tu najlepiej czuje bluesa. Największą zaletą natomiast fakt, że mimo wszystko słychać, jaka to grupa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Betts już od czasu "Idlewild South" ciągnął zespół w stronę nudnego southern rocka i country. Tak jak tutaj w utworze tytułowym, który skomponował samodzielnie. Te utwory, w których tworzeniu pomagali mu Haynes lub Neel są lepsze, a dużo lepszy jest jedyny, w którego powstanie zaangażował się Gregg ("Good Clean Fun"). Natomiast w komponowaniu tego najlepszego ("Gambler's Roll") Betts w ogóle nie uczestniczył...

      Usuń
    2. Gdyby Betts faktycznie starał się pociągnąć kilka kawałków w tym kierunku, to by mi pasowało. Lubię takie southernowe country i utwory Bettsa choćby z "Iddlewild South" bardzo mi się podobały. Ale wtedy było to wyważone, każdy zajmował się tą "działką", w której spisywał się najlepiej. Tutaj sytuacja jest paradoksalna - zespół usilnie stara się wrócić do swoich korzeni, a najwięcej materiału pisze ten muzyk, którą ją wcześniej od tych korzeni odciągał

      Usuń
  2. Uważam,że jako całość ta płyta się broni. Są nieco słabsze momenty (4,6) ale trudno przez 20 lat utrzymać poziom wspaniałego debiutu i kilku następnych płyt.... jestem może nieobiektywny, gdyż Allman Brothers to moi ulubieńcy...
    szkoda,że główne postaci tego zespołu grają już w zaświatach...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekałem na recenzję tego albumu. Dzięki że mogę poznać Twoją opinię. Oczywiście nie jest to poziom wczesnych płyt zespołu ale jak dla mnie jest to kawał świetnej muzy granej przez znakomitych muzyków, którą słucham z dużą przyjemnością. Mojavocena jest nieco wyższa, dałbym mocne 7 a nawet 8. Czy będą recenzje płyt koncertowych z okresu po reaktywacji? Jest tam kilka bardzo ciekawych tutułów. Oczywiście bez porównania z Fillmore East :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałem w planach słuchania koncertówek z tego okresu, ale możesz mi polecić najlepszą według Ciebie, to zobaczę czy warto się w to zagłębiać.

      Usuń
  4. Najbardziej podoba mi się An Evening With The Allman Brothers Band z 92 i 95 roku ora koncert z Beacon Theater z chyba 2003 r. na płycie No Way Out. Należy jednak pamiętać że to nie jest poziom Fillmore East które jest jedyne w swoim rodzaju.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.