12 sierpnia 2017

[Blog] Looking Back: czerwiec / lipiec 2017



W tym odcinku tylko pokrótce opowiem o swoich nowych winylowych zdobyczach. Tym razem przybyło mi głównie reedycji, choć wygrałem też dwie licytacje ze starymi wydaniami albumów, na które dość długo polowałem.


Na początku czerwca w Biedronce po raz trzeci odbyła się akcja z tanimi winylami. Za każdym razem wywoływały one wielkie poruszenie i oburzenie nie tylko wśród zbieraczy płyt. Pojawiało się mnóstwo żartów co do jakości tych winyli, choć jak się okazało, są to te same wydania, które można kupić w innych sieciówkach, chociażby tej nie dla idiotów. Tylko o połowę taniej, co prawdopodobnie wynika wyłącznie z niższej marży narzuconej przez Biedronkę. Za pierwszym razem chciałem kupić album "Blue Train" Johna Coltrane'a, którego stare wydania osiągają astronomiczne sumy, jednak już przed południem ze wszystkich pobliskich Biedronek zniknęły wszystkie egzemplarze tego albumu, zostały tylko pojedyncze sztuki kilku mniej ciekawych tytułów. Później na giełdach winylowych widziałem mnóstwo tych płyt z Biedronki, jednak już w znacznie wyższej cenie... Za drugim razem w ofercie nie było żadnych interesujących mnie tytułów, za to za trzecim pojawiły się aż dwa - "Disraeli Gears" Cream i "Birth of the Cool" Milesa Davisa. Ponieważ stare wydania są dość drogie, w dniu promocji wstałem z samego rana - o dziewiątej ;) - i bez problemu znalazłem oba tytuły w najbliższej Biedronce. Wydane są naprawdę starannie, z dbałością o odwzorowanie pierwszych wydań (choć okładka "Disraeli Gears" mogłaby mieć nieco żywsze kolory), a brzmienie jest całkiem zadowalające - choć mam tylko porównanie do skompresowanych plików cyfrowych, a oryginalne wydania winylowe z pewnością brzmią znacznie lepiej.



W końcu postanowiono wznowić na winylach albumy Iron Maiden z ostatniego ćwierćwiecza, które oryginalnie ukazały się w niewielkich nakładach i w sprzedaży z drugiej ręki osiągały coraz bardziej absurdalne sumy. "Brave New World" był jednym z tych albumów, które chciałem mieć w kolekcji od samego początku zbierania winyli, jednak jedyny egzemplarz z jakim się zetknąłem kosztował... 700 złotych. Muzyka zawarta na tym longplayu zdecydowanie nie jest warta takiej sumy. Na szczęście tegoroczne wydanie jest dużo tańsze. Po odfoliowaniu albumu spotkała mnie miła niespodzianka - tym razem został wydany na zwykłych czarnych winylach, a nie jak poprzednio na tzw. picture discach (na których brzmienie jest przytłumione).



Jedyny album niemieckiej grupy Nosferatu oryginalnie ukazał się w bardzo ograniczonym nakładzie i przez wiele lat w ogóle nie był wznawiany. Tamto pierwotne wydanie jest jednym z najbardziej poszukiwanych przez kolekcjonerów wydawnictw. Najtańszy egzemplarz został sprzedany na Discogs.com za 500 euro, najdroższy za 1250 euro... Bez wahania zdecydowałem się na zakup reedycji. Niestety, nie sposób było kupić ją w Polsce - zamówienie złożyłem przez eBuy w niemieckim sklepie. Był to dopiero mój drugi zakup w zagranicznym sklepie (zniechęca mnie wysoki koszt dostawy).



Album (a właściwie kompilacja, choć składająca się z utworów wcześniej wydanych co najwyżej na singlach) nie był wznawiany na winylu od początku lat 70. i jest dość trudno dostępny. Przynajmniej w Polsce, gdzie John Mayall nie cieszy się zasłużoną popularnością. Ma to jednak swoje dobre strony - w licytacji poza mną brały udział tylko dwie osoby, więc bez problemu ją wygrałem, nie tracąc na tym fortuny.


6. Miles Davis - "Get Up with It" (1st press)

Albumy Milesa Davisa z elektrycznego okresu również nie są powszechnie dostępne. W każdym razie nie ich stare, nieremasterowane wydania. W ciągu nieco ponad pół roku udało mi się zdobyć tylko trzy - "Miles in the Sky", "Agharta" i właśnie "Get Up with It". Gdy pojawiła się licytacja z tym drugim, obawiałem się, że zostanie sprzedany za więcej, niż mogłem zaoferować. Na szczęście i tym razem nie było dużego zainteresowania - obaj konkurenci zaproponowali niższą cenę. Za pierwsze wydanie zapłaciłem (niewiele) mniej, niż kosztują współczesne wznowienia.




Jeśli ktoś ma jakieś pytania - związane lub nie z powyższym tekstem - to zapraszam do komentowania ;)

115 komentarzy:

  1. znasz jakiś chwytliwy folk ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne ;) To wszystko, o czym pisałem - Roy Harper, Tim Buckley, Townes Van Zandt, The Byrds... Masa świetnych, pięknych melodii. Podobnie jak Comus - to jest porąbana muzyka, nie każdemu od razu podejdzie, ale na swój sposób jest bardzo chwytliwa.

      Poza tym bardzo chwytliwy jest tzw. brytyjski folk rock, który z rocka czerpie energię, ale to głównie akustyczne granie, przesiąknięte klimatem brytyjskiej wsi. Najciekawsi przedstawiciele to Fairport Convention, Fotheringay (w obu tych zespołach śpiewała Sandy Denny, fanom Led Zeppelin znana z "The Battle of Evermore"), Pentangle, Steeleye Span, Trees, Michael Chapman.

      Amerykanie też mieli sporo chwytliwego folku - Buffalo Springfield, Crosby, Stills & Nash, Neil Young, niektóre albumy Grateful Dead...

      Usuń
    2. a czy chwytliwość czy nawet przebojowość może nie iść w parze z banałem?

      Usuń
    3. Może, a nawet powinna ;) I tak jest (zwykle) u wymienionych wykonawców.

      Usuń
    4. Czy naprawde uważasz że przebojowość musi iść w parze z banalem czy to dotyczy jedynie wymienionych powyżej zespołów?

      Usuń
    5. Przecież napisałem coś zupełnie odwrotnego - potwierdziłem, że może nie iść w parze z banałem.

      Usuń
  2. Oglądałeś film "Ściana", interpretację floydowskiego "The Wall"? Jak tak to co o nim sądzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałem wiele lat temu. Potem miałem "fazę" na ten album i ciągle go słuchałem (wcześniej lubiłem tylko kilka utworów). Ale do filmu już nigdy nie wróciłem. Krótką mówiąc - straszny przerost formy nad treścią. Zresztą ten sam zarzut można postawić samemu albumowi. Bo cała ta historia jest bardzo banalna i mogłaby zostać opowiedziana w jednym utworze, a nie ciągnąć się przez cały 80-minutowy album. Niemniej jednak, te animacje z filmu są naprawdę świetne. Moje ulubione to te z "Goodbye Blue Sky" i "Empty Spaces"/"What Shall We Do Now" ;)

      Usuń
    2. "Goodbye Blue Sky", "Fade to Black" Metallici i "Hysteria" Def Leppard - widzi ktoś między nimi jakieś podobieństwa? :)

      Usuń
    3. Tego ostatniego nie pamiętam, ale w dwóch pierwszych pojawia się podobny motyw gitarowy, wiec podejrzewam, że w trzecim także ;)

      Usuń
  3. Jako że pod Looking Backami zazwyczaj zadawać można przeróżne pytania, zaspokój, proszę, moją ciekawość. Czym zajmujesz się na co dzień oprócz prowadzenia bloga? Zapewne mógłbym się tego doszukać w komentarzach pod którąś recenzją, ale zajęłoby to trochę czasu (który mogę poświęcić choćby na odkrywanie nowej muzyki ;) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz mam wakacje, a w roku szkolnym pracuję w podstawówce i gimnazjum.

      Usuń
    2. Matematyka, polski czy jakiś mniej oczywisty przedmiot ? ;)

      Usuń
    3. Niech to już zostanie tajemnicą ;) W każdym razie nie jest to muzyka.

      Usuń
    4. Matmy raczej nie uczy bo z jego obliczeń wychodzi że Riverside jest wtórny do kwadratu a mi wychodzi że co najmniej do sześcianu ;)

      Usuń
  4. Jestem ciekaw jednej rzeczy - jak poprawiasz jakąś recenzję to starą kasujesz permanentnie czy gdzieś ją sobie zostawiasz?

    OdpowiedzUsuń
  5. Co sądzisz o takich gitarzystach jak Joe Satriani i Steve Vai? Czy znasz jakieś ich płyty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam żadnych ich albumów, bo nienawidzę bezdusznych popisów technicznych. Muzyka nie polega na tym, żeby zagrać jak najwięcej nut w ciągu sekundy i popisywać się cyrkowymi sztuczkami.

      Usuń
    2. O ciup! Paweł! No nie pisz takich rzeczy, wszak na muzyce się trochę znasz... Przecież muzyka instrumentalna to tez muzyka, tez emocje. Ile takich utworów jest na płytach, które recenzowałeś? Wyluzuj...

      Usuń
    3. Sztuczki gitarowe też są czasem potrzebne :)

      Usuń
    4. @Rafał Bigda - Są różne rodzaje muzyki instrumentalnej. A puste "wymiatanie" zdarza się także w nagraniach z tekstem.

      @Fan Filmów - Nie mnie ;) Pół biedy, gdy są tylko dodatkiem, ale gdy cały "utwór" jest tylko pretekstem, by gitarzysta pokazał swoje techniczne umiejętności, to nie jest to muzyka do słuchania, tylko dźwięki przy których masturbują się inni gitarzyści myślący, że liczy się tylko technika.

      Usuń
    5. Moim zdaniem nie ma nic złego w takich efektownych solówkach (bo chyba wiem o które Ci chodzi), które są pewną przeciwwagą do tych "mniej popisowych".

      Usuń
    6. Paweł skoro nie znasz żadnych płyt Steva Vaia lub Satrianiego to skąd wiesz że ich albumy wypełnia bezduszne wymiatanie?

      Usuń
    7. Aż kusi mnie żeby wysłać Ci przedpremierowo swoją płytę cobyś mógł usłyszeć co ja tam robię (to stricte instrumentalne granie, jednak wykraczam poza gitarowe sztuczki) niemniej jeszcze musisz poczekać przez okres ludzkiej ciąży ;)

      Ale mam parę pytań: Co uważasz o klawiszach, ale jako tle? Gdy tworzą taką jakby "mgłę", a n pierwszym planie są "żywe" instrumenty?

      39 minut to wg Ciebie dobra długość? Bardzo winylowa, a w latach przed-CD standardowa, ale trochę krótko mi się to wydaje (6 kawałków)

      w najbliższym czasie będziesz wrzucał jakieś poprawione recenzje? Lub recenzje płyt które ominąłeś w wypadku wykonawców których już opisałeś?

      Usuń
    8. @Michał B. - Dobre pytanie ;) Całych płyt nie znam, bo nie jestem masochistą, ale słyszałem wystarczająco nagrań z ich udziałem (nie tylko solowych), żeby wiedzieć czego się po nich spodziewać.

      @Upierdliwiec - Zależy jakie klawisze. Elektryczne organy zawsze brzmią świetnie jako tło. Z syntezatorami różnie bywa, w zależności od tego, jakie brzmienie się ustawi, łatwo popaść w kicz.
      40 minut to idealny czas trwania.
      Być może coś poprawię, ale nie mam konkretnych planów.

      Usuń
  6. Czy będą dalsze recenzje płyt Camel?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem takie plany, ale nie mam na to chęci.

      Usuń
  7. Mam nietypowe pytanie. Jak uważasz z jakim gitarzystą mogliby kontynuować karierę Deep Purple po odejściu Blackmore'a w 75 i 93 roku a z jakim perkusistą mogliby grać Led Zeppelin po śmierci Bonhama?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Decyzję o zawieszeniu działalności przez Led Zeppelin uważam za słuszną. Nie dlatego, że Bonhama nie dałoby się zastąpić (mogliby przecież przyjąć np. Cozy'ego Powella). Po prostu formuła zespołu się wyczerpała, ostatni album jest wyraźnie słabszy od poprzednich. A solowe poczynania Page'a, Planta i Jonesa pozwalają przypuszczać, że zespół już nie zdołałby się wspiąć na poziom prezentowany w latach 70.

      Usuń
    2. A w Deep Purple Tommy Bolin naprawdę dobrze zastąpił Blackmore'a. "Come Taste the Band" to świetny album i szkoda, że nie nagrano w tym składzie nic więcej. Podobno przed przyjęciem Bolina, zespół rozważał zaproszenie Rory'ego Gallaghera. Z tego również mogło wyjść coś ciekawego. Natomiast po drugim odejściu Blackmore'a, jego miejsce powinien zająć jakiś młody, utalentowany gitarzysta, który wniósłby trochę świeżego podejścia, tak jak niegdyś Bolin. Może ktoś z grunge'owców? ;)

      Usuń
    3. Z Led Zeppelin zgadzam sie w pełni. Ponoć po śmierci Bonhama krążyły nawet plotki że to właśnie Powell ma dołączyć do grupy. Jeśli chodzi o Bolina w Deep Purple to również uważam to za dobry wybór chociaż Rory Gallaher byłby chyba jeszcze lepszym wyborem. Natomiast w 94 r. w zespole powinien zostać Satriani który bardzo dobrze zaprezentował sie na trasie koncertowej. Uważam że o niebo lepiej pasował do tego zespołu niż Steve Morse. Absolutnie nie widziałbym w grupie nikogo z kręgu grunge bo jestem przekonany że żaden młody gitarzysta nie poradziłby sobie z legendą Ritchiego. Do zespołu musiał przystąpić ktoś z nazwiskiem. Ponoć brani byli pod uwagę również Marsden lub Moody z Whitesnake.

      Usuń
    4. Jimmy Chamberlin. Grał w The Smashing Pimpkins zanim go wyrzucili za ćpuństwo, ale potem i tak go przyjęli ;) Jakkolwiek muzyka i wokal może Ci nie odpowiadać (w jednej recenzji Scorpionsów o tym napisałeś), to perkusję mają świetną. Zresztą Chamberlin to perkusista o jazzowych korzeniach.

      Usuń
    5. @Michał B. - Przecież Tommy Bolin był takim młodym gitarzystą, grającym wcześniej inną muzykę (w kapelach bluesrockowych i na jazzrockowym albumie Billy'ego Cobhama), a zespół na jego dołączeniu dużo zyskał. Nowy gitarzysta w latach 90. wcale nie musiałby radzić sobie z "legendą Ritchiego", gdyby po prostu wniósł nową jakość. Morse był kiepskim wyborem właśnie dlatego, że za bardzo próbuje wczuć się w purplową konwencję, ale mu nie wychodzi, bo nie jest Blackmorem. A brak talentu nadrabia technicznymi umiejętnościami. Satrani też by się nie sprawdził - zespół z nim w składzie nie ruszyłby ani o krok do przodu, tylko solówki stałyby się mniej melodyczne, a bardziej techniczne. Zresztą z Marsdenem lub Moodym zespół też stałby w miejscu, tylko z solówkami byłoby na odwrót - więcej melodii, mniej techniki.

      Usuń
    6. Z Twoim zdaniem na temat Satrianiego się nie zgodzę. Owszem jest to techniczny gitarzysta ale melodia nie jest mu obca. Naprawdę rewelacyjnie zagrał na trasach z Purplami w latach 93-94. A szczególnie piękne melodyjnie solo w When A Blind. Man Cries dzięki czemu ten kawałek zyskał nowe życie i na długo zagościł w koncertowym secie. Jeśli nie słuchałeś to polecam a wtedy może zmienisz zdanie.

      Usuń
  8. Grasz może sam na jakimś instrumencie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbowałem na gitarze, ale dałem sobie z tym spokój.

      Usuń
  9. A co z zespołami U2. Bon Jovi czy Reo Speedwagon. Są szanse że pojawią się recenzje tych zespołów? Co autor ma do powiedzenia na temat zespołów glam rockowych jak T.Rex czy Slade? Albo Alice Cooper, taki ostrzejszy glam rock, czy raczej taka muza nie w twoim typie? Kiedyś wspominałeś że zrecenzujesz płyty Moody Blues i Procol Harum. Czekam na recenzje bo to moje ulubione zespoły jeśli chodzi o tzw rocka symfonicznego którego uwielbiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie nie ma szans na recenzje popu udającego rock, ani tandetnego glamu. Moody Blues i Procol Harum pewnie się kiedyś pojawią, po jednym albumie, jako przykłady prehistorycznego prog rocka.

      Usuń
    2. I bardzo dobrze bo U2 to chyba najgorszy zespół rockowy świata :)

      Usuń
    3. Z tym rockowym to bym polemizował ;) Może na samym początku, ale od wielu lat jest to czysty pop.

      Usuń
    4. Oni się kreują na rockowców a faktycznie tak jak piszesz grają pop.

      Usuń
    5. A Bono kreuje się na mesjasza, podczas gdy jest zwykłym krętaczem zarabiającym miliony na swojej niby charytatywnej działalności.

      Usuń
    6. O co chodzi z tym "udawaniem" że gra się rocka? Czy pop to coś gorszego? Czy może szanowni rozmówcy uważają rocka jako jedyny słuszny gatunek muzyczny, tak jak pewien klub piłkarski w Polsce. Mam wrażenie że jak ktoś nagra coś popowego to już jest gorsze i obraźliwe dla tego wykonawcy. Nie tylko tutaj, ale na forach internetowych to samo zjawisko. Michał B nawet jak grają pop to co z tego? Owszem płyty U2 są słabe, pomijając te z lat 80 ale pop to nie oznacza od razu żenady i kiczu.A Reo Speedwagon to niedoceniana u nas grupa, pierwsze płyty to kawał ciekawego rockowego brzmienia, później tez grali łagodnie i AOR-owo ale 1-sze płyty z debiutem na czele są warte uwagi. A co do MD i PH to nie tylko 1-sze płyty ale i reszta to kawał fajnego progresywnego grania, szczególnie ta druga grupa. Moody Blues rzeczywiscie złagodniało później ale Brooker i spółka konsekwentnie grali rocka.

      Usuń
    7. Pop to nie jest żaden konkretny gatunek muzyki. To po prostu ogół muzyki popularnej. A więc i ABBA, i Slayer ;) Przyjęło się jednak używanie tego słowa jako określenie tego, co w muzyce najbardziej miałkie, bezwartościowe, sztampowe, prost(acki)e, tworzone wyłącznie z komercyjnych pobudek, aby schlebiać osobom o najmniej wyrobionym guście (których niestety jest najwięcej, więc to pod nich powstają te wszystkie produkty). I taka jest właśnie twórczość U2, zwłaszcza ta obecna, ale to nigdy nie był wybitny zespół. Przy czym brak jej szczerości, bo muzycy pozują na rockowych buntowników, którymi nie są, ale chcą trafić do odbiorców, których takie coś kręci.

      Czy gdybym uważał rock za "jedyny słuszny gatunek muzyczny", dawałbym tutaj wysokie noty albumom jazzowym, bluesowym i folkowym?

      Usuń
    8. Nic dodać nic ująć do tego co napisał Paweł. Ja w swojej wypowiedzi w żaden sposób nie określiłem popu jako cos gorszego i żenującego. Nie jest to moja muzyka i tyle. A U2 mogą grać te swoje nudne popowe piosenki i w ogóle mi to nie przeszkadza.

      Usuń
    9. Ale jak widzę w różnego rodzaju klasyfikacjach że The Edge zajmuje czołowe lokaty w kategorii najlepszych gitarzystów to mnie krew zalewa.

      Usuń
    10. Lepiej on, niż Cobain, który też zajmuje wysokie miejsca na takich listach. A to dlatego, że umieszczani są na nich muzycy najbardziej POPULARNI, a nie faktycznie najlepsi.

      Usuń
    11. Wydaje mi się, że te rankingi są tak pół na pół. Przecież w większości z nich bardzo wysokie lokaty zajmują zawsze choćby Jimi Hendrix, Jimmy Page, Tony Iommi, David Gilmour, Clapton czy BB King, a to już są gitarzyści z najwyższej półki

      Usuń
    12. Tak, ale to dlatego, że oni też są bardzo popularni.

      Usuń
    13. Ale np. Alvin Lee, Ritchie Blackmore, Rory Gallagher, Duane Allman czy Michael Schenker często są na odległych miejscach.

      Usuń
    14. Jak się nad tym zastanowić, czy jedno wyklucza drugie? "Najpopularniejsi" nie znaczy "nie najlepsi"

      Usuń
    15. To oczywista oczywistość. Bynajmniej nie sugeruję, że popularność wyklucza talent (to dwie zupełnie odrębne kwestie, które czasem się łączą, a czasem nie, bez żadnej reguły). Twierdzę natomiast, że ci wszyscy utalentowani gitarzyści, którzy zajmują wysokie miejsca na takich listach, zajmują je nie tyle ze względu na swój talent, co popularność. Świadczy o tym to, że gitarzyści o podobnych / większych zdolnościach, ale mniej popularni, w ogóle nie trafiają na nie lub zajmują na nich odległe miejsca - za różnymi grajkami, którym brak talentu, lecz są bardzo znani.

      Dlatego takie listy czy inne teksty robione przez różne gazety czy "profesjonalne" portale muzyczne nie mają większej wartości. Ich twórcy muszą schlebiać swoim czytelnikom i wytwórniom płytowym, z którymi współpracują, bo inaczej nie będzie zysku. W tym co robią, nie ma ani szczerości, ani pasji.

      Usuń
    16. Jest też w sumie możliwe, że ci "profesjonalni" dziennikarze muzyczni po prostu nie znają niepopularnych gitarzystów.

      Usuń
    17. Od dawna wydaje mi się, że dyskutowanie z takimi listami jest w zasadzie bezsensowne. To nie są tezy ani próba postawienia faktów, tylko skrajnie subiektywne rankingi (o ile oczywiście faktycznie nie są tym, o czym wspomniałeś). Trudno ocenić wartość czegoś takiego, bo muzyka jest sztuką, a sztuka to coś bardzo subiektywnego, przynajmniej ja to tak postrzegam. Nie ma tu obiektywnych ram, które pozwoliłby podważyć wartość takich rankingów, a każdy ma prawo uważać The Edge'a czy Johnny'ego Ramone'a za gitarzystę wszech czasów.

      Usuń
    18. Jeżeli Johnny Ramone czy inny Kurt Cobain są umieszczani na takich listach dlatego, że Ramones i Nirvana mają dużo fanów, którym lepiej nie dawać powodów do niezadowolenia (bo jeszcze przestaną kupować pismo / wchodzić na stronę dając zysk z reklam), to całkowicie to rozumiem. Nie popieram tego, ale rozumiem.

      Natomiast jeśli faktycznie rankingi w (rzekomo) fachowej prasie są "skrajnie subiektywne", to jest to żałosne i amatorskie podejście. Wartość sztuki wcale nie jest zależna od subiektywnego odbioru. Pseudo-argumenty typu "o gustach się nie dyskutuje", "mnie się podoba" wymyślono po to, żeby bronić słabych rzeczy, których w żaden inny sposób obronić się nie da. Są natomiast wartości, które można obronić używając całkowicie obiektywnych argumentów. W przypadku gitarzystów, ich umiejętności nie są kwestią subiektywnego odbioru. Jeżeli ktoś twierdzi, że np. Johnny Ramone (który przez całą karierę grał tak, jakby gitarę trzymał w rękach pierwszy raz w życiu) jest lepszym gitarzystą od np. Roberta Frippa (z którego partiami mają problem nawet doświadczeni gitarzyści), to ten ktoś zwyczajnie nie ma pojęcia o muzyce.

      Usuń
    19. Tekstu "o gustach się nie dyskutuje" ja również nie używam, natomiast ten w stylu "mnie się to podoba" w zupełności akceptuję. To nie jest argument, a po prostu punkt wyjścia. Muzyka jest przede wszystkim od tego, żeby się podobać albo nie podobać. Dlatego nie potrafię postrzegać jej w obiektywnych kategoriach. Obiektywnie to można obalić geocentryzm, teorię płaskiej ziemi, czy nawet, dajmy bardziej skrajny przykład, zasady Newtona, jeśli ma się ku do tego odpowiednie argumenty. W sztuce coś takiego nie ma miejsca, tu nie ma absolutów, które można stwierdzić, a jedynie odczucia (wiedza z teorii muzyki omawia głównie narzędzia, którymi tworzy się muzykę, a nie ją samą). Każdy ma inne priorytety w muzyce, dla każdego czymś innym jest talent. Tu mogę się bardzo pomylić, ale np. w Starożytnej Grecji wartość muzyki postrzegano inaczej (służyła głównie za przyjemne tło do uczt itp. albo w teatrze) a inaczej choćby w krajach azjatyckich (głównie służyła medytacji i uspokojeniu). Przykłady można by tu mnożyć Gdyby wartość muzyki można było postrzegać w kategoriach obiektywnych, to wszelkie recenzje na ten temat nie miałyby sensu ani racji bytu. Nie byłoby miejsca na żadną dyskusję, bo można by po prostu wyłożyć na tacy fakty, które by obalały bądź potwierdzały każde słowo. A to jest domeną nauki, nie sztuki.

      Usuń
    20. Gdyby wartość sztuki była czysto subiektywna, to kompozycje Bacha, Beethovena i innych wielkich twórców miałyby taką samą wartość, jak płyta z nagranymi odgłosami rzygania. Ludziom różne różne rzeczy się podobają, ale to nie znaczy, że wszystkie są tak samo dobre. Umiejętności muzyków powinno się oceniać obiektywnie. Komuś może bardziej podobać się Ramones niż King Crimson, ale jeżeli będzie twierdził, że muzycy tej pierwszej grupy są lepszymi instrumentalistami, to zwyczajnie nie ma racji. Bo grać w stylu Ramones można nauczyć się w kilka minut, nie mając wcześniej żadnego kontaktu z instrumentami, a do zagrania jak King Crimson potrzeba lat intensywnych ćwiczeń.

      Zresztą kto będzie upierał się przy wyższości Ramones nad King Crimson? Ktoś słabo osłuchany, mający ograniczone muzyczne horyzonty, którego zainteresowania kończą się na kilku prostych odmianach rocka. Niestety, wspomniane wyżej rankingi, w których Johnny Ramone jest tylko kilka pozycji za różnymi Hendrixami, Claptonami i Page'ami, utwierdzają takie osoby w przekonaniu, że Ramones to dobra muzyka. A zupełnie obiektywnie jest to kompletna amatorszczyzna pod każdym względem.

      Usuń
    21. Odnosząc się do pierwszego zdania, właśnie chodzi mi o to, że żadna muzyka nie może mieć z góry wyznaczonej wartości. To zależy od człowieka i tego, czego od muzyki oczekuje. Choćby dlatego, że muzyka jest tworem abstrakcyjnym, a instrumenty to tylko narzędzia. To, co słyszymy, głównie działa w naszej głowie. Różni ludzie słyszą muzykę inaczej (chyba nawet zostało to zbadane). Co więc daje komukolwiek podstawę, by mógł powiedzieć "to jest dobre", "to jest złe", skoro nawet nie potrafimy odbierać muzyki tak samo? Zważywszy, że dzieła wielu osób uznawanych za artystów z początku były uznawane za kompletne gówno (Van Gogh się kłania) i zyskały uznanie dopiero później. Jeśli chodzi o muzykę, to do głowy przychodzą mi np. Led Zeppelin i Black Sabbath, które początkowo w Stanach nawet wśród "zwykłych" słuchaczy nie zdobywały uznania, o prasie nie wspominając. Później było wręcz odwrotnie, miało tu więc miejsce zderzenie dwóch zgoła odmiennych, mocno utartych w swoim czasie opinii. I która wtedy byłaby prawdziwa? Skoro wartość muzyki (nie wbiegajmy już ogólnie w sztukę) jest obiektywna, to muszą być jakieś niemożliwe do zmienienia ani podważenia ramy, którymi można ją oceniać. Istnieją takie? A jeśli istnieją, to czy nie trzeba by ich każdemu z osobna narzucać? To by całkowicie zaprzeczało sensowi istnienia muzyki jako takiej. Osobiście nie znoszę Yngwiee'a Malmsteena, bo uważam, że nie zna się ani na komponowaniu ani na aranżowaniu (wiem, że to się zbiega z Twoją opinią o nim, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe), ale znam osoby, które go uwielbiają, bo "umiejętności muzyka" rozpatrują głównie poprzez technikę. Mnie to nie satysfakcjonuje, co jednak daje mi prawo, by przewyższać swój nad ich punktem widzenia?

      Usuń
    22. A umiejętności muzyków, nawet , załóżmy, oceniane obiektywnie, nie zawsze mają jakieś wielkie znaczenie. Dajmy na to Pink Floyd, którzy nie byli wybitnymi instrumentalistami, a ich muzyka była wspaniała głównie dzięki ich wyobraźni (dokładnie to pisałeś chyba w komentarzach pod którąś recenzją, nie pamiętam teraz którą). Muzycy Gentle Giant też wybitni w samym graniu nie byli, ale świetnie komponowali. No i byli chyba klasycznie wykształceni (przynajmniej niektórzy, potrafili więc świadomie operować związanymi z tymi gatunkami. Umiejętności muzyków schodzą tu na dalszy plan, a w grę wchodzi mnóstwo innych czynników, których nie sposób spłycić do jakichś obiektywnych ram oceny.

      Usuń
    23. A może są ludzie, którzy słyszą w grze Cobaina czy Ramone'a coś wyjątkowego?

      Usuń
    24. Sądzę, że nie ma sensu kontynuowanie tej dyskusji. Po co w ogóle dyskutować o muzyce, jeśli twierdzisz, że jej wartość jest czysto subiektywna? Że opinia kogoś, kto przesłuchał tysiące albumów z różnych, często odległych gatunków i wie o nich wszystko, nie ma większej wartości, niż opinia kogoś, kto w życiu nie przesłuchał choćby jednego albumu w całości, zna tylko jakąś setkę przypadkowych utworów z podobnych stylów i nie zna nawet nazwisk grających w nich muzyków?

      Podsumowując, moim zdaniem muzykę (i każdą inną sztukę) można oceniać zarówno subiektywnie, jak i obiektywnie. Wszystko zależy od tego, o jakim elemencie muzyki mówimy. Jeżeli spór dotyczy tego, który zespół ma bardziej chwytliwe melodie, to tutaj żaden z dyskutantów nie będzie mieć racji. Ale już w przypadku rozmowy o tym, który zespół gra bardziej skomplikowaną muzykę, nie ma miejsca na subiektywizm. To, że granie w metrum 11/8 jest bardziej skomplikowane od 4/4, to nie kwestia gustu, tylko fakt. To, że aranżacje Gentle Giant są bardziej pomysłowe od Ramones, to również jest fakt.

      Usuń
    25. Ale przecież aranżacje, metrum i tego typu rzeczy to tylko elementy, które składają się na to, co zwie się później muzyką :) John Coltrane grał skomplikowane rzeczy i Dream Theater gra skomplikowane rzeczy. Postawiłbyś tę dwójkę koło siebie na równi? Przecież obaj dobrze wiemy, że nie. I o to właśnie mi chodzi.

      PS: Właśnie o rzeczach subiektywnych można dyskutowac długo i zwali, bo sprawy obiektywne ograniczają się do faktów. Gdy przedstawisz i udowodnisz fakt, druga strona może go tylko obalać. Czy się jej uda, czy nie uda, dyskusja z reguł na tym się kończy. DYskutowanie o muzyce powinno służyć wymianie opinii i, być może, przekonywaniu siebie nawzajem, tak jak tutaj, a nie ściganiu się na to, kto ma lepszy gust itp. Z takimi, którzy mało co w życiu przesłuchali, nie warto w ogóle dyskutować, bo trudno im jest mieć jakąkolwiek opinię na ten temat. Ale czy każda osoba słuchająca Ramones się do nich zalicza? To byłby bardzo odważny i niemożliwy do udowodnienia wniosek (co jest dalekie od obiektywizmu)

      Usuń
    26. Z większością tego, co piszesz się zgadzam. Jeśli jednak chodzi o przykłady, to myślę, że tezę "Coltrane potrafi wykorzystać swoje umiejętności lepiej od muzyków DT" da się udowodnić za pomocą obiektywnych argumentów, o ile dysponuje się wystarczającą wiedzą muzykologiczną. I trudno mi wyobrazić sobie sytuację, że ktoś bardzo osłuchany i oczytany w kwestiach muzycznych, słuchający głównie jazzu, klasyki, awangardy i ambitniejszych odmian rocka, miałby pozytywne zdanie o Ramones. Być może ktoś taki istnieje, ale jest przysłowiowym wyjątkiem od reguły ;)

      Usuń
    27. To by było bardzo ciekawe doświadczenie :) Nie ukrywam, chętnie bym coś takiego usłyszał albo przeczytał.

      Usuń
  10. nie sądzisz że płyty powinny kosztować niemalże tyle co czas trwania albumu ?

    np. za płytę trwającą 38 minut mógłbyś tyle samo zapłacić

    bo za album półgodzinny uiszczasz 90-100 zł,przesłuchujesz i odłożysz na półkę-nie masz wtedy wrażenia że przepłaciłeś ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli cena jest adekwatna do jakości (a nie długości) albumu, to nie uważam, że przepłaciłem. I tak płyty są znacznie tańsze od koncertów, a można do nich wracać tyle razy, na ile ma się ochotę.

      Usuń
  11. Cześć
    Czy będzie kiedyś recenzja płyt holenderskiej grupy Focus?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Masz może w planach napisanie recenzji albumu brytyjskiej grupy Fuzzy Duck z 1971 roku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem w planach, ale po kolejnych przesłuchaniach stwierdziłem, że nie jest to jednak zbyt dobre.

      Usuń
    2. Czyli teraz będą już same pozytywne recenzje a te "niezbyt dobre" nie będą się pojawiać?

      Usuń
    3. Zawsze pierwszeństwo miały albumy, które uważam za godne polecenia. Mam bardzo długą listę ciekawych rzeczy do opisania, więc szkoda poświęcać czas na coś słabszego

      Usuń
    4. A możesz zdradzić co się na tej liście znajduje i co w najbliższym czasie pojawi się na blogu? Interesują mnie raczej rockowe płyty niż jazz.

      Usuń
    5. W najbliższym czasie będą kontynuowane dyskografie Grateful Dead, Jefferson Airplane, King Crimson, Van Der Graaf Generator i Niemena. Pewnie pojawi się też coś całkiem innego.

      Usuń
    6. A wspomniany wyżej Focus?

      Usuń
    7. Jest na liście, nie pojawi się w najbliższym czasie.

      Usuń
  13. wiem że nie ma to nic wspólnego z rockiem ale czy miałeś w czasach swojej młodości do czynienia z italo disco czy w ogóle sceną eurodisco i późniejszy eurodance(CC Catch,Modern Talking,Sandra,
    Alphaville,Savage,Fancy,Army of lovers,Snap,Ace of Base,Vengaboys,Masterboy,Aqua)czy byłeś już wtedy zatwardziałym rockowcem i wszystkie inne gatunki ssały(albo może Twoi rodzice ich słuchali)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było mnie na świecie, gdy taka muzyka przeżywała apogeum swojej popularności ;) I uważam, że elektroniczny pop z lat 80. to jedna z najgorszych rzeczy, a może po prostu najgorsza, jaka przytrafiła się muzyce. Totalny kicz i żenada, nie ma w tym niczego wartościowego. A moi rodzice niestety się na czymś takim wychowali i wciąż tego słuchają. I mnóstwo innych okropnych rzeczy też.

      Usuń
  14. Jestem ciekaw jednej rzeczy. Skoro tak bardzo lubisz muzykę to interesujesz się również kinem lub literaturą? Jacy są Twoi ulubieni reżyserzy, pisarze, aktorzy itp. albo po prostu ulubione książki lub filmy... I ewentualnie seriale jak oglądasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetne pytanie, ale to temat rzeka ;) Mój gust filmowy i książkowy właściwie odzwierciedla mój gust muzyczny, w tym sensie, że zdecydowanie wolę starsze rzeczy. Zresztą kino obecnie nie ma nic nowego do zaoferowania - same remejki i sekłele. Najbardziej lubię oglądać thrillery, sensacyjne, kryminalne (także komedie kryminalne), wojenne. Moim ulubionym reżyserem jest prawdopodobnie Alfred Hitchcock. Ulubionych aktorów mam mnóstwo, ale najbardziej chyba cenię Clinta Eastwooda. Seriali nie widziałem zbyt wielu i głównie stare. Choć obecnie męczę się z nowym sezonem "Twin Peaks". Z książek preferuję te same gatunki, głównie kryminały, ale ponadto biografie. Niedawno skończyłem książkę o Johnie Coltranie, a właściwie zbiór wywiadów z nim przeprowadzonych.

      Usuń
    2. W takim razie mamy dość podobny gust filmowy ;) Moje ulubione gatunki filmowe pokrywają się z Twoimi, tyle że dodałbym do nich jeszcze filmy gangsterskie i psychologiczne, natomiast przy filmach sensacyjnych zaznaczyłbym, że lubię głównie te z lat 60. i 70. - zdecydowana większość filmów z tego gatunku jakie powstały od mniej więcej połowy lat 80. to straszny kicz. Również bardzo cenię Hitchcocka, ale mniej więcej tak samo jak takich reżyserów jak np. Stanley Kubrick, Francis Ford Coppola, Sergio Leone czy David Lynch. Natomiast kompletnie nie rozumiem fenomenu Quentina Tarantino (1 miejsce w rankingu filmweb.pl najlepszych reżyserów to jakiś żart!). Owszem, takie filmy jak "Pulp Fiction" czy "Wściekłe psy" są dobre, a w porywach nawet bardzo dobre, ale w żadnym momencie nie ma moim zdaniem w nich nic wybitnego. Jakie jest Twoje zdanie na temat tego reżysera?

      Nowe Twin Peaks jakieś tragiczne wg mnie nie jest, choć oczywiście daleko mu do starego. W każdym razie na pewno jest milion razy lepsze niż okropne i tragiczne nowe "Z Archiwum X".

      Co do książek kryminalnych - mógłbyś wymienić jakieś nazwiska autorów, których cenisz? Oczywiście pomijając jedną bardzo oczywistą kobietę, którą lubi chyba każdy fan tego gatunku :)

      Usuń
    3. Też chyba najbardziej lubię w kinie lata 60./70., ale uważam, że w kolejnych dwóch dekadach też powstało sporo dobrych filmów (gorzej w XXI wieku, ale pojedyncze perełki można "wyłowić"). W ostatnim czasie przypomniałem sobie "Gorączkę" (1995) i "Tajemnice Los Angeles" (1997) - oba według mnie rewelacyjne. Tarantino uważam za przereklamowanego, ale z drugiej strony zbyt wielu jego filmów nie widziałem.

      Nowe "Twin Peaks" jest przede wszystkim nierówne. Stare miało ponad 20 doskonałych odcinków i dopiero pod koniec spadł poziom (niektórzy mówią, że po ujawnieniu mordercy Laury, ale ja bardzo lubię także późniejsze odcinki z Davidem Duchovnym grającym agenta-transwestytę i innymi śmiesznymi wątkami). A w nowym świetne odcinki przeplatają się z nudnymi. I przyznam, że od nowych wątków bardziej ciekawią mnie losy postaci z poprzednich sezonów, które niestety są potraktowane bardzo marginalnie. Ale z ostateczną oceną poczekam do ostatniego odcinka. A z nowego "Z archiwum X" podobał mi się tylko ten komediowy odcinek, reszta faktycznie słaba. Następny będzie pewnie jeszcze gorszy, skoro Gillian Anderson zażądała, żeby scenariusze do kilku odcinków napisały kobiety. Nie żebym miał coś do kobiet, ale lepszym rozwiązaniem byłoby zaangażowanie wielu osób do napisania scenariuszy, a potem wybór najlepszych, bez patrzenia na płeć autora.

      Kurczę, z ostatnim pytaniem mam problem, bo ta "oczywista kobieta" jest u mnie zdecydowanym numerem jeden ;) Większość jej książek czytałem wielokrotnie, przez co mam zaległości z innymi autorami. No to dorzucę jeszcze jedną oczywistość - Arthur Conan Doyle. Jakieś dwa lata temu kupiłem trzy tomy ze wszystkimi powieściami i opowiadaniami o Sherlocku Holmesie.

      Usuń
    4. Jak już jesteśmy przy takich tematach, to czytałeś powieści Iana Fleminga? Dla mnie "Casino Royale" to najlepsza książka jaką czytałem.

      Usuń
    5. Czytałem wszystkie powieści Fleminga o Bondzie, z wyjątkiem właśnie tej jednej. Kiedyś można było je kupić w kioskach, co tydzień czy dwa ukazywały się kolejne części, ale "Casino Royale" został w tej serii pominięty. Pewnie były jakieś przeszkody prawne, bo minęło niewiele czasu od filmowej premiery.

      Usuń
    6. A to polecam, tę część mam w starym wydaniu z taką okładką https://cms.antykwariat.waw.pl//mfc/d/f/7/d/c29a28b2b9d6b5aeae9351ffab7bc6fb0a2e.jpg . Świetne tłumaczenie Roberta Stillera, czyli człowieka, który przetłumaczył chyba wszystkie części, które były w tej kolekcji Rzeczpospolitej z 2008 (od "Żyj i pozwól umrzeć" wzwyż), prawdopodobnie o tą ci chodzi. W ogóle świetna seria od Fleminga, nie wiem czy lepsza od filmów, ale na pewno inna i bardziej realistyczna. Sam autor byłby pewnie zachwycony, gdyby zobaczył Daltona w tej roli :)

      Usuń
    7. No właśnie, warto przeczytać te książki, nawet gdy widziało się filmy, bo często są to zupełnie inne historie, dzielące ze sobą tylko tytuły i nazwiska postaci ;)

      Usuń
    8. Mam bardzo podobne odczucia co do "Twin Peaks", a co do "Archiwum" to moim zdaniem 6 odcinków w sezonie to zdecydowanie za mało jak na ten serial. Dla mnie wyglądało to tak jakby twórcy chcieli na siłę w nie wepchnąć jak najwięcej różnych wątków. W starych sezonach było po 20-25 odcinków i mimo że nie wszystkie z nich zawsze były udane to jednak było to przynajmniej wystarczająco by ciekawie rozwinąć kilka bardzo fajnych wątków (które zresztą ciągnęły się zazwyczaj przez kilka sezonów) i dzięki temu Mitologia była w nich tak ciekawa i ekscytująca. Nie słyszałem o tym, że Gillan tak sobie wymyśliła z tymi scenariuszami, ale faktycznie może to znacząco wpłynąć na jakość odcinków (szczególnie, że w 10. sezonie nawet sam Chris Carter stworzył wyjątkowo słabe scenariusze - a przecież to co pisał w sezonach 1-8 było genialne!). Natomiast ona sama zagrała według mnie w 10. sezonie po prostu fatalnie - może nawet jedna z najgorszych ról, jakie widziałem. O tym komediowym odcinku zapomniałem, a faktycznie był całkiem fajny ;) Ale mimo wszystko lepszy wg mnie już 10. sezon od 9-ego, w którym fajny był tylko ostatni odcinek. Brak Muldera w tym sezonie wyszedł fatalnie, choć w 8. sezonie całkiem podobały mi się odcinki bez niego.

      PS. Skoro już o Jamesie Bondzie - które filmy i książki są według Ciebie najlepsze?

      Usuń
    9. Jeżeli chodzi o filmy, to moim zdecydowanym faworytem jest "Licencja na zabijanie". Ale lubię właściwie wszystkie części, z wyjątkiem czterech z Brosnanem (to była bardziej parodia Bonda, z przekombinowanymi scenariuszami) i "Quantum of Solace" (w którym nie było absolutnie nic bondowskiego, poza jednym nawiązaniem do "Goldfingera"). Książek niestety nie pamiętam za dobrze, ale najbardziej chyba podobały mi się "Moonraker" i "Operacja piorun".

      Usuń
    10. "Licencja na zabijanie" to jedna z trzech najlepszych części, która w końcu jest coraz bardziej doceniana przez widzów.

      Usuń
    11. "W obliczu śmierci" i "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", czyli chyba te najbardziej niedoceniane i mniej popularne. A wszystkie te obrazy to genialna robota, dodatkowo są bardzo nietypowe dla serii (przy jednoczesnym zachowaniu klimatu), a przez to intrygujące. To że nakręcono tylko 2 części z Daltonem jest wielką stratą dla serii.

      Usuń
    12. Jeśli mogę się włączyć do dyskusji to dla mnie Roger Moore był najlepszym Bondem a Ośmiorniczka najlepszym filmem.

      Usuń
    13. Zgadzam się, uśmieszek Rogera Moore'a jest niezastąpiony.:) Bond w wykonaniu Moore'a to człowiek przygnieciony własną zajebistością :D

      Usuń
    14. Bond Moore'a był bardzo, bardzo dobry, ale czasem trochę przesadzał z humorem (najbardziej w "Moonrakerze"). Publiczność przyzwyczajona do takiego lżejszego wizerunku mniej tłumnie przychodziła na dwie ostatnie części z lat 80, które były bardziej poważne. A szkoda, bo "Licencja na zabijanie" jest moim zdaniem dużo lepsza od takiego "Batmana", który w 1989 r. był dużym sukcesem kasowym.

      Usuń
  15. Gdybyś miał wskazać jednego gitarzystę, który twoim zdaniem jest najlepszy/najprzyjemniej Ci się go słucha/itp., byłbyś w stanie wybrać któregoś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie. Ktoś kiedyś chciał, żebym wymienił dziesięciu ulubionych gitarzystów i też miałem problem z wyborem, a na koniec i tak się okazało, że kogoś pominąłem. Niestety, nie pamiętam pod jakim wpisem są te komentarze.

      Usuń
    2. Skoro Paweł nie potrafi to może są osoby które są w stanie wskazać jedno nazwisko? Wypisujcie swoich faworytów. Ja uwielbiam wielu gitarzystów ale tym najwiekszym jest dla mnie jest Ritchie Blackmore.

      Usuń
    3. Za dużo osłuchałem i znam, by móc wymienić jednego, za to mogę wskazać pięciu. Oczywiście Hendrix, następnie wariat Ritchie Blackmore, Neil Young z nieskończoną wyobraźnią, król Riffów Tony Iommi oraz bluesowo-progresywno-psychodeliczno-nie wiadomo jaki jeszcze David Gilmour :)

      Usuń
  16. Masz czasami tak, że słuchasz dla żartów słabej muzyki?

    Ja czasami wracam do albumów Avenged Sevenfold, bo są one tak żałosne, że aż śmieszne :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda mi czasu na wracanie do żałosnych rzeczy, kiedy jeszcze tyle muzyki jest do odkrycia. Ale właśnie podczas tych poszukiwań trafiam na wiele słabych albumów. Niektóre faktycznie są tak żałosne, że aż śmieszne.

      Usuń
  17. Znasz jakieś dobre albumy będące mieszanką jazz rocka i hard rocka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, trudne pytanie, bo to dość odległe od siebie style, które raczej rzadko się ze sobą przenikają.

      Lucifer's Friend na późniejszych albumach włączyli elementy jazz rocka, jednak nie są one (te albumy) tak dobre, jak stricte hardrockowy debiut. Muzycy przecenili swoje umiejętności.

      The Allman Brothers Band na koncertach brzmieli hardrockowo, a solówki Duane'a Allmana i Dickeya Bettsa miały w sobie wiele z jazzowych improwizacji. Ale chyba nie muszę polecać tak znanych albumów, jak "At Fillmore East" i "Eat a Peach"? ;) A skoro o Allmanach mowa, to koniecznie trzeba wspomnieć o Gov't Mule - np. utwór "Trane", będący hołdem dla Johna Coltrane'a.

      A na koniec trochę jazz fusion o ciężkim, hardrockowym brzmieniu (ale to jedyna wspólna cecha):
      Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame"
      Billy Cobham - "Spectre"
      Alphonse Mouzon - "Mind Transpant"

      Usuń
    2. Dzięki za odpowiedź. Próbowałem szukać tego typu albumów na własną rękę, ale widzę, że nic takiego zbytnio nie ma... Allmanów i Mahavishnu oczywiście znam, resztę postaram się obczaić w najbliższym czasie.

      Mam jeszcze jedno pytanie. Osłuchałem się już dobrze z jazz rockiem i chciałbym zacząć powoli słuchać "czystego" jazzu. Jakie albumy byś polecił na początek?

      Usuń
    3. Na początek Miles Davis. Wszystkie albumy z lat 60. i 70. są warte poznania, a zacząć możesz od tych:
      - "Get Up with It" (świetna mieszanka jazzu, funku, rocka, bluesa i czego popadnie),
      - "In a Silent Way" (elektryczny jazz z gitarą Johna McLaughlina),
      - "Kind of Blue" (jazz w najczystszej postaci).

      A poza tym na pewno:
      John Coltrane - "A Love Supreme", "My Favorite Things" (te są chyba najłatwiejsze w odbiorze, ale warto znać też pozostałe z lat 60.)
      Alice Coltrane - "Ptah, the El Daoud", "Journey in Satchidananda"
      Pharoah Sanders - "Karma"
      Joe Henderson - "The Elements"
      Herbie Hancock - "Empyrean Isles", "Maiden Voyage" i oczywiście te późniejsze jazz-funkowe, np. "Crossings", "Sextant", "Head Hunters"
      John Abercrombie - "Timeless"
      Les McCann - "Invitation to Openness"
      Art Ensemble of Chicago - "Les stances à Sophie" (akurat przed chwilą została opublikowana recenzja tego albumu)

      Na początek chyba tyle wystarczy. To są różne odmiany jazzu, więc coś na pewno chwyci już przy pierwszym przesłuchaniu, a reszcie warto dać szansę ;)

      Usuń
    4. Zapomniałem wspomnieć o jeszcze jednym (a pewnie jeszcze kilka by się znalazło) ważnym i dobrym albumie fusion:

      The Tony Williams Lifetime - "Emergency!"

      Usuń
  18. Zapytam czy planujesz zrecenzować coś króla rock and rolla Elvisa Presleya? Albo podobnych gigantów z lat 50-tych? Albo coś z rockabilly i tego podobnego grania.

    OdpowiedzUsuń
  19. Będzie recenzja nowego Paradise Lost?

    OdpowiedzUsuń
  20. Skoro lubisz "Kid A" i ten koncert Radiohead, który oceniłeś na 4.5/5 to zrecenzujesz je kiedyś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tyle lubię, co doceniam "Kid A". Nie wiem, być może kiedyś zrecenzuję.

      Usuń
    2. Jeśli choćby lekko podeszło Ci "Kid A", to zalecam posłuchać też "Insomniac". W większości powstał podczas tej samej sesji, to muzyka w bardzo podobnym klimacie

      Usuń
    3. Kiedyś się zapoznam z resztą ich albumów ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.