31 sierpnia 2017

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard with Mild High Club - "Sketches of Brunswick East" (2017)



King Gizzard & the Lizard Wizard w błyskawicznym tempie z mojej największej nadziei 2017 roku staje się największym rozczarowaniem. Grupa zaczęła ten rok bardzo dobrze, bo album "Flying Microtonal Banana" to prawdziwe objawienie na rockowej scenie. Australijczycy udowodnili nim, że granie w stylistyce retro nie musi ograniczać się do kopiowania innych artystów, lecz jest w nim możliwe zaproponowanie czegoś oryginalnego i ambitnego. Po jego wydaniu, muzycy powinni zająć się promocją, a następnie udać na zasłużony odpoczynek i po jakimś roku zacząć, na luzie, zbierać pomysły na kolejne dzieło. Być może w takich warunkach stworzyliby coś jeszcze lepszego. Niestety, szanse na to kompletnie zaprzepaścili debilnym pomysłem, by w ciągu tego roku nagrać i wydać trzy lub cztery kolejne albumy. W takim tempie nie nagrywały nawet zespoły rockowe w latach 60. - normą były dwa albumy rocznie. I nawet taka częstotliwość nie sprzyjała nagrywaniu równych płyt.

"Sketches of Brunswick East" to trzeci tegoroczny album King Gizzard. I pierwszy nagrany z pomocą innego wykonawcy - multiinstrumentalisty Alexa Brettina, na co dzień działającego pod szyldem Mild High Club. Muzycy postanowili tym razem nagrać album inspirowany... jazzem. Chociaż tytuł (nawiązujący do "Sketches of Spain" Milesa Davisa) wskazuje na ambitne wzorce, sama muzyka zdradza raczej wpływ jazzu najgorszego sortu - smooth, późnego ECM-u i innych smętów. I w sumie dobrze, że muzycy nie porwali się na coś bardziej ambitnego, wszak nie są instrumentalistami tej klasy, co członkowie King Crimson czy Soft Machine. Cóż jednak z tego, skoro obrana przez nich stylistyka jest zwyczajnie nudna i bynajmniej nie pomaga tu udziwnianie jej irytującymi partiami wokalnymi, ani zastosowaniem skali mikrotonalnej.

Co do tego ostatniego elementu, to mam wrażenie, że został tu wykorzystany jedynie po to, by "Sketches of Brunswick East" mógłby być traktowany jako kolejna odsłona cyklu "Explorations Into Microtonal Tuning". Zresztą skala ta pojawia się głównie we fragmentach, w których zespół cytuje motywy z dwóch poprzednich albumów ("D-Day", "The Book"). Potwierdza to moje spostrzeżenie, że muzycy za bardzo skupiają się na realizowaniu pewnych koncepcji, kosztem jakości swojej muzyki. Ewidentnym przykładem jest album "Quarters!" z 2015 roku, który składa się z czterech utworów, z których każdy trwa dokładnie dziesięć minut i dziesięć sekund. Pomysły na poszczególne kawałki nie uzasadniają jednak takiej długości - treści w nich mało, są niepotrzebnie i nieciekawie rozciągnięte. Tak samo w przypadku "Sketches of Brunswick East", pojawił się nie najgorszy koncept (polegający na połączeniu stylistyki dwóch poprzednich longplayów z elementami smooth/ECM jazzu), a zabrakło dobrych pomysłów na jego realizację.

"Sketches of Brunswick East" nie jest kompletnie nieudanym albumem, można na nim znaleźć kilka niezłych momentów (jak trzy części tytułowego instrumentala), ale całościowo ani to ciekawe, ani potrzebne wydawnictwo. Muzycy King Gizzard & the Lizard Wizard zdecydowanie przeceniają swoje umiejętności i możliwości. Jeśli dalej będą przekładać ilość nad jakością i co kilka miesięcy wydawać kolejne nagrywane w pośpiechu albumy, to szybko zniechęcą do siebie większość słuchaczy.

Ocena: 4/10



King Gizzard & the Lizard Wizard with Mild High Club - "Sketches of Brunswick East" (2017)

1. Sketches of Brunswick East I; 2. Countdown; 3. D-Day; 4. Tezeta; 5. Cranes, Planes, Migraines; 6. The Spider and Me; 7. Sketches of Brunswick East II; 8. Dusk to Dawn on Lygon Street; 9. The Book; 10. A Journey to (S)hell; 11. Rolling Stoned; 12. You Can Be Your Silhouette; 13. Sketches of Brunswick East III

Skład: Stu Mackenzie - wokal (2,3,9,12), gitara, bass, instr. klawiszowe, flet; Alex Brettin - instr. klawiszowe, gitara, bass, perkusja; Cook Craig - gitara, bass, wokal (8); Joey Walker - gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (4); Lucas Skinner - instr. klawiszowe; Michael Cavanagh - perkusja i instr. perkusyjne; Ambrose Kenny-Smith - wokal (6), harmonijka (10-12); Eric Moore - perkusja (4)
Producent: Stu Mackenzie


30 sierpnia 2017

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Shades of Two Worlds" (1991)



Dokładnie rok po premierze "Seven Turns", reaktywowany The Allman Brothers Band opublikował kolejny album, zatytułowany "Shades of Two Worlds". W międzyczasie zdążył się nieco zmienić skład (odszedł klawiszowiec Johnny Neel, zaś dołączył grający na perkusjonaliach Marc Quiñones). Nie zmieniła się natomiast koncepcja - podobnie jak na poprzednim wydawnictwie, zespół stawia tutaj na energetyczne bluesrockowe granie. Tym razem ze znacznie ciekawszym skutkiem. "Shades of Two Worlds" to nie tylko świetne brzmienie i wykonanie, lecz także znacznie ciekawsze kompozycje.

Znalazły się tutaj dwie prawdziwe perły: dziesięciominutowy "Nobody Knows", łączący chwytliwe zwrotki z długimi improwizacjami (jego przewodni motyw brzmi jak wariacja na temat "Whipping Post"), oraz ośmiominutowy jazzujący instrumental "Kind of Bird" (czyżby nawiązanie do "Kind of Blue"?), przywodzący na myśl skojarzenia z "In Memory of Elizabeth Reed". Zespół gra w obu tych utworach naprawdę porywająco, niemalże zbliżając się do poziomu "At Fillmore East". Do najciekawszych momentów albumu należy także bluesowa ballada "Get On with Your Life", jak również wykonanie "Come On in My Kitchen" z repertuaru Roberta Johnsona, zachowujące akustyczne brzmienie i klimat bluesa Delty. Nie zabrakło też dynamicznych, chwytliwych kawałków, z których najlepsze wrażenie robią "End of the Line" i "Midnight Man".

Choć trudno w to uwierzyć, The Allman Brothers Band po dwudziestu latach kariery, w której więcej chyba było upadków, niż sukcesów, nagrał jeden ze swoich najlepszych studyjnych albumów. "Shades of Two Worlds" ustępuje wyłącznie debiutanckiemu "The Allman Brothers Band" i "Eat a Peach".

Ocena: 8/10



The Allman Brothers Band - "Shades of Two Worlds" (1991)

1. End of the Line; 2. Bad Rain; 3. Nobody Knows; 4. Desert Blues; 5. Get On with Your Life; 6. Midnight Man; 7. Kind of Bird; 8. Come On in My Kitchen

Skład: Gregg Allman - wokal i organy; Dickey Betts - gitara i wokal; Warren Haynes - gitara, dodatkowy wokal; Allen Woody - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Marc Quiñones - instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd


29 sierpnia 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Olé Coltrane" (1961)



"Olé Coltrane" to efekt sesji nagraniowej z 25 maja 1961 roku. Johnowi towarzyszył wówczas rozbudowany skład, obejmujący - poza McCoyem Tynerem i Elvinem Jonesem - trębacza Freddiego Hubbarda, saksofonistę/flecistę Erica Dolphy'ego, oraz dwóch kontrabasistów - Reggiego Workmana i Arta Davisa. Muzycy zarejestrowali wówczas cztery utwory, z których trzy trafiły na płytę (czwarty, zatytułowany "To Her Ladyship", został dołączony dopiero na reedycji z okazji 50-lecia tego wydawnictwa).

Całą pierwszą stronę wydania winylowego wypełnia tytułowa kompozycja "Olé", której melodia opiera się na hiszpańskiej pieśni folkowej "El Vito" (znanej też pod tytułami "El Quinto Regimiento" i "Venga Jaleo"). Być może Coltrane zainspirował się wydanym rok wcześniej albumem Milesa Davisa, "Sketches of Spain" (na którym zresztą grał Jones), jednak efekt moim zdaniem jest dużo ciekawszy. Przede wszystkim zupełnie inny był zamysł. Wspomniana melodia posłużyła jedynie za punkt wyjścia do porywającej jazzowej improwizacji, której struktura zdradza raczej inspirację indyjskimi ragami, niż muzyką z Półwyspu Iberyjskiego. Jedynie krótka partia trąbki dodaje nieco hiszpańskiego klimatu. Świetnym pomysłem było zaangażowanie dwóch basistów - jeden z nich zapewnia, wraz z Jonesem i Tynerem, fantastyczny podkład rytmiczny, zaś drugi dodaje różne ciekawe ozdobniki (w trakcie utworu zamieniają się rolami). Każdy muzyk dostaje czas na zaprezentowanie swoich umiejętności i wykorzystuje je najlepiej, jak potrafi. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście popis Coltrane'a. Jego orientalnie brzmiąca solówka na saksofonie sopranowym jest jedną z jego najlepszych, przynajmniej tych zarejestrowanych w studiu. Na wyróżnienie zasługuje również solówka Dolphy'ego na flecie, ciekawie urozmaicająca utwór. Całość ma naprawdę niesamowity klimat. Bez wątpienia jest to jedno z największych arcydzieł Coltrane'a.

Pozostałe dwa utwory nie robią już takiego wrażenia. Szczególnie po czymś tak wspaniałym, jak "Olé". Absolutnie nic nie można im zarzucić, ale też nie bardzo jest się czym zachwycić. "Dahomey Dance" to po prostu solidnie zagrany jazz, z długimi solówkami pokazującymi niewątpliwy kunszt instrumentalistów. Natomiast "Aisha" to całkiem ładna, klimatyczna ballada, momentami brzmiąca niestety dość archaicznie. Jeszcze bardziej staroświecko brzmi bonusowy "To Her Ladyship", co tłumaczyłoby, dlaczego zabrakło go w oryginalnym wydaniu. Zdecydowanie warto jednak poznać ten album - dla samej kompozycji tytułowej, choć pozostałe nagrania nie zaniżają znacząco poziomu.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Olé Coltrane" (1961)

1. Olé; 2. Dahomey Dance; 3. Aisha

Skład: John Coltrane - saksofon; Eric Dolphy - flet (1), saksofon (2,3); Freddie Hubbard - trąbka; McCoy Tyner - pianino; Reggie Workman - kontrabas; Art Davis - kontrabas (1,2); Elvin Jones - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegun


[Recenzja] Miles Davis - "Sketches of Spain" (1960)



"Sketches of Spain" to efekt fascynacji Davisa muzyką hiszpańską. Trębacz zainteresował się nią na początku 1959 roku, po usłyszeniu "Concierto de Aranjuez" - koncertu na gitarę i orkiestrę, skomponowanego w 1939 roku przez Joaquína Rodrigo - którego, jak wspominał, słuchał na okrągło przez dwa tygodnie. Już w kwietniu Miles nagrał ze swoim kwintetem własną kompozycję nawiązującą do muzyki hiszpańskiej, "Flamenco Sketches", która została wydana na albumie "Kind of Blue". Mniej więcej w tym samym okresie, wraz z Gilem Evansem - kompozytorem i aranżerem, z którym niejednokrotnie już wcześniej współpracował (przede wszystkim na "orkiestrowych" albumach "Miles Ahead" i "Porgy and Bess", nagranych odpowiednio w 1957 i 1958 roku) - zaczął opracowywać własną aranżację "Concierto de Aranjuez", a konkretnie jego środkowej części.

Muzycy początkowo nie planowali nagrywać niczego więcej w tym stylu, ale wkrótce zdecydowali się opracować dwa kolejne utwory: "Will o' the Wisp" to fragment baletu "El amor brujo" Manuela de Falli z 1915 roku, zaś "The Pan Piper" to interpretacja tradycyjnego utworu hiszpańskiego "Alborada de Vigo". Gdy Evans skomponował dwa utwory w stylu flamenco, materiał na cały album był już gotowy... "Sketches of Spain" zarejestrowany został podczas dwóch sesji: 20 listopada 1959 roku, oraz 10 marca następnego roku. Oprócz Davisa i Evansa (w roli dyrygenta), w nagraniach wzięła udział ówczesna sekcja rytmiczna Miles Davis Quintet, Paul Chambers i Jimmy Cobb, a także grający na perkusjonaliach Elvin Jones (późniejszy członek kwartetu Johna Coltrane'a), oraz kilkunastoosobowa orkiestra (jej skład nieznacznie się różnił podczas obu sesji). Co ciekawe, w sesji nie uczestniczył żaden pianista.

"Sketches of Spain" wpisuje się w nurt nazywany third stream, będący syntezą jazzu i europejskiej muzyki klasycznej. Longplay początkowo zbierał dużo negatywnych recenzji. Krytycy zarzucali mu przede wszystkim, że nie jest to album jazzowy, bo nie zawiera charakterystycznych dla tego gatunku elementów, jak np. synkopowane rytmy. Sporo w tym prawdy, "Sketches of Spain" brzmi raczej jak występ orkiestry. W dodatku z jednym tylko solistą, gdyż reszta orkiestry jest tylko tłem dla Davisa. W "Concierto de Aranjuez" jego trąbka przejmuje rolę, jaką w oryginalnej aranżacji pełni gitara klasyczna, co sprawia, że utwór traci nieco swojej "hiszpańskości" (choć same w sobie, partie Davisa brzmią wspaniale). Pozostałe kompozycje są zaaranżowane i zagrane bardzo podobnie, przez co wydają się przedłużeniem tej najważniejszej. Przy mniej uważnym przesłuchaniu, można odnieść wrażenie, że słucha się jednego długiego utworu.

Przyznaję, że nie przepadam ani za muzyką hiszpańską, ani za third streamem, więc "Sketches of Spain" jest jednym z najmniej lubianych przeze mnie albumów Milesa Davisa. Doceniam go za oryginalność i profesjonalizm, ale praktycznie do niego nie wracam. Jest to jednak na tyle ważny i ceniony longplay, że nie mogłem o nim nie wspomnieć. 

Ocena: 7/10



Miles Davis - "Sketches of Spain" (1960)

1. Concierto de Aranjuez (Adagio); 2. Will o' the Wisp; 3. The Pan Piper (Alborada de Vigo); 4. Saeta; 5. Solea

Skład: Miles Davis - trąbka; Paul Chambers - kontrabas; Jimmy Cobb - perkusja; Gil Evans - dyrygent; Danny Bank - klarnet basowy; Bill Barber- tuba; John Barrows - waltornia; Albert Block - flet; James Buffington - waltornia; Eddie Caine - flet; Earl Chapin - waltornia; Johnny Coles - trąbka; Harold Feldman - klarnet, flet, obój; Bernie Glow - trąbka; Dick Hixon - puzon; Elvin Jones - instr. perkusyjne; Taft Jordan - trąbka; Jack Knitzer - fagot; Jose Mangual - instr. perkusyjne; Jimmy McAllister - tuba; Tony Miranda - waltornia; Louis Mucci - trąbka; Romeo Penque - obój; Janet Putnam - harfa; Frank Rehak - puzon; Ernie Royal - trąbka; Joe Singer - waltornia
Producent: Teo Macero i Irving Townsend


28 sierpnia 2017

[Recenzja] Jefferson Airplane - "After Bathing at Baxter's" (1967)



"Surrealistic Pillow" przy tym albumie to grzeczny pop. O ile tam dominowały miłe piosenki folkrockowe  o lekko psychodelicznym nastroju, tak "After Bathing at Baxter's" przynosi muzykę ostrzejszą, bardziej eksperymentalną i mocniej zanurzoną w narkotykowym klimacie. Ta muzyka ewidentnie powstawała pod wpływem środków psychoaktywnych. Muzycy informują o tym już w samym tytule - słowo "baxter" było ich kodem na LSD. Cały tytuł, w wolnym tłumaczeniu, oznacza zatem "Po kąpieli w kwasie".

Największy odlot zespół serwuje w dwóch kawałkach: "A Small Package of Value Will Come to You, Shortly" i "Spare Chaynge". Pierwszy z nich to po prostu chaotyczny kolaż dźwiękowy. Drugi to natomiast dziewięciominutowy instrumentalny jam, przypominający koncertowe improwizacje Grateful Dead i Quicksilver Messenger Service (nie tak porywający, oczywiście, lecz robiący naprawdę dobre wrażenie). Pozostałe nagrania mieszczą się już w bardziej konwencjonalnych, piosenkowych strukturach. Lecz i w nich słychać ten charakterystyczny, narkotykowy klimat, dzięki "kwaśnym" partiom gitar i nieco odrealnionym partiom wokalnym. Dotyczy to zarówno tych bardziej czadowych kawałków (np. "The Ballad of You & Me & Pooneil", "Young Girl Sunday Blues", "The Last Wall of the Castle"), jak i bardziej klimatycznych momentów ("Martha"). Podobnie, jak na poprzednim albumie, nie brakuje tu jednak zgrabnych melodii, zaś o kompozytorskim rozwoju muzyków świadczy przede wszystkim "Rejoyce" - niesamowita ballada z ciekawym akompaniamentem pianina, klekoczącym basem, brzmiącą orientalnie solówką na organach, oraz nienachalnymi dęciakami.

Album nie tak prekursorki i kultowy, jak "Surrealistic Pillow", za to jeszcze lepiej oddający istotę hipisowskiego rocka i całej jego pozamuzycznej otoczki.

Ocena: 8/10



Jefferson Airplane - "After Bathing at Baxter's" (1967)

1. The Ballad of You & Me & Pooneil; 2. A Small Package of Value Will Come to You, Shortly; 3. Young Girl Sunday Blues; 4. Martha; 5. Wild Tyme (H); 6. The Last Wall of the Castle; 7. Rejoyce; 8. Watch Her Ride; 9. Spare Chaynge; 10. Two Heads; 11. Won't You Try / Saturday Afternoon

Skład: Grace Slick - wokal, instr. klawiszowe, flet; Paul Kantner - gitara, wokal; Jorma Kaukonen - gitara, sitar, wokal; Marty Balin - gitara, wokal; Jack Casady - bass; Spencer Dryden - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Gary Blackman, Bill Thompson - dodatkowy wokal
Producent: Al Schmitt


25 sierpnia 2017

[Recenzja] Jakszyk, Fripp and Collins (A King Crimson ProjeKct) - "A Scarcity of Miracles" (2011)



Choć album "A Scarcity of Miracles" nie został wydany pod szyldem King Crimson, wiele osób traktuje go jako album zespołu. Jest w tym sporo racji, bowiem w jego nagraniu wzięli udział muzycy, z których większość grała wcześniej w tym zespole (zaś wszyscy są członkami obecnego, istniejącego od 2013 roku wcielenia King Crimson). Już sama obecność Roberta Frippa, jedynego niezmiennego członka zespołu, jest wystarczającym powodem, by zaliczyć ten album do dyskografii King Crimson. A poza nim grają tu przecież także inni muzycy, którzy przewinęli się przez skład grupy: saksofonista Mel Collins występował w niej w latach 70., basista Tony Levin - od lat 80., z przerwą na przełomie wieków, a perkusista Gavin Harrison dołączył w 2007 roku. Jedyną nową twarzą jest śpiewający gitarzysta Jakko Jakszyk, znany z występów w 21st Century Schizoid Band (czyli cover bandzie King Crimson, w którym oprócz niego występował Collins i inni byli członkowie zespołu), zaś prywatnie zięć Michaela Gilesa, oryginalnego perkusisty King Crimson.

Z drugiej strony, ten album po prostu nie mógł być wydany pod szyldem King Crimson. Od razu słychać, że to nie Fripp jest motorem napędowym tego projektu, a Jakszyk. Fripp zawsze parł do przodu, nie pozostając obojętnym na aktualnie panujące trendy w ambitniejszych rejonach muzyki rockowej. Tymczasem "A Scarcity of Miracles" to najzwyklejszy retro-prog. Taki album mogłaby nagrać jakaś młoda grupa, inspirująca się King Crimson i innymi wielkimi przedstawicielami rocka progresywnego. Trzeba jednak oddać królowi, co królewskie i przyznać, że na tle wszystkich retro-, neo- i innych pseudo-progów, "A Scarcity of Miracles" prezentuje naprawdę wysoki poziom (w końcu grają tu tacy zdolni i doświadczeni muzycy, jak Fripp czy Levin). Choć na albumie dominują spokojniejsze utwory (wyjątkiem bardziej dynamiczny "The Other Man"), ani przez chwilę nie wieje tu nudą! W stosunkowo długich, średnio siedmiominutowych utworach, cały czas coś się dzieje, nie brakuje ciekawych partii instrumentalnych, ani dobrych, wyrazistych melodii. Warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób budowane są kompozycje - ta muzyka ma płynność, rozwija się w bardzo logiczny sposób. To nie są zlepki przypadkowych motywów, których mnogość ma sprawiać iluzję bycia ambitnym i progresywnym.

"A Scarcity of Miracles" w żadnym razie nie jest albumem innowacyjnym ani progresywnym w dosłownym rozumieniu tego słowa. To po prostu bardzo dobrze zrobiony retro-prog. Znacznie ciekawszy od tego, co proponują wszelkiej maści naśladowcy, pozbawieni wyobraźni i talentu. "A Scarcity of Miracles" przypomina, że można nagrać album, który jest przyjemny i łatwo przyswajalny, ale pozbawiony smęcenia i nadmiernego patosu.

Ocena: 7/10



Jakszyk, Fripp and Collins (A King Crimson ProjeKct) - "A Scarcity of Miracles" (2011)

1. A Scarcity of Miracles; 2. The Price We Pay; 3. Secrets; 4. This House; 5. The Other Man; 6. The Light of Day

Skład: Jakko Jakszyk - wokal, gitara, instr. klawiszowe, guzheng; Robert Fripp - gitara, efekty; Mel Collins - saksofon, flet; Tony Levin - bass, Chapman stick; Gavin Harrison - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Robert Fripp i Jakko Jakszyk


24 sierpnia 2017

[Recenzja] Steven Wilson - "To the Bone" (2017)



Nowy album Stevena Wilsona to jedna z bardziej kontrowersyjnych premier tego roku. Muzyk, uważany w pewnych kręgach za zbawiciela progresywnego rocka, postanowił bowiem nagrać album popowy. Czy też, jak sam twierdzi, inspirowany ambitnym popem z lat 80., a szczególnie takimi wykonawcami, jak Peter Gabriel, Kate Bush, Talk Talk, czy Tears for Tears. Łatwo wyobrazić sobie, jakie oburzenie wywołała ta informacja we wspomnianych kręgach. Najzabawniejsze w tym jest to, że przecież Wilson nigdy nie stronił od radiowego grania, z czym często w ogóle się nie krył (np. album "Stupid Dream" Porcupine Tree, albo cała dyskografia Blackfield), choć częściej mieszał je z innymi inspiracjami, przez co przeciętnym słuchaczom jego twórczość wydaje się bardziej ambitna, niż jest w rzeczywistości. "To the Bone" nie jest zatem żadnym przełomem w twórczości tego muzyka. To typowo wilsonowski album, z tą różnicą, że inspirowany muzyką innej dekady. Będący w dodatku logiczną kontynuacją jego poprzedniego solowego longplaya, "Hand. Cannot. Erase.", na którym wyraźnie zauważalny jest zwrot w stronę bardziej piosenkowego grania.

Longplay, w iście popowym stylu, został poprzedzony pięcioma singlami (to prawie połowa całego albumu). Znalazły się wśród nich dwa prawdziwe koszmarki: oparty na dyskotekowym rytmie i śpiewany okropnym falsetem "Permanating", oraz smętny i przesłodzony "Pariah". W tym drugim bardzo wyraźnie został zarysowany problem, który w mniejszym lub większym stopniu dotyczy właściwie całej twórczości Wilsona. Inspiracje ma bardzo zacne, pomysły czasem naprawdę świetne (w tym utworze są to ciekawe partie klawiszy), ale ostateczny efekt zwykle wypada mdło i nudno - szczególnie po porównaniu z tym, na czym muzyk się wzorował. I tak też jest w "Pariah", który w warstwie wokalnej nawiązuje do duetów Gabriela i Bush, lecz zamiast dwóch charyzmatycznych głosów, mamy tutaj anemiczny śpiew Stevena i irytujący, emfatyczny wokal Ninet Tayeb (izraelskiej wokalistki, znanej już z dwóch poprzednich wydawnictw Wilsona). Bardziej pozytywne wrażenie zrobił na mnie inny singiel, "Song of I". W warstwie instrumentalnej bardzo elektroniczny (kojarzyć może się z Depeche Mode z początku lat 90., albo z trip hopem), intrygujący klimatem, który niestety rozmywa się nieco w drugiej połowie. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby utwór był instrumentalny, lub zaśpiewała go sama Sophie Hunger, która udziela się tutaj w chórkach.

Te trzy utwory rzeczywiście mogły budzić niepokój wielbicieli dotychczasowej twórczości Stevena Wilsona. Reszta albumu nie przynosi jednak większych zaskoczeń. Dużo tu zatem smęcenia - "Nowhere Now", "Blank Tapes" i "Song of Unborn" charakteryzują się łagodnymi aranżacjami, rozwodnionymi melodiami i ogólną miałkością. Nieco żywszego, przynajmniej pozornie, grania pojawia się w "The Same Asylum as Before" (kolejny singiel, znów z irytującym falsetem Wilsona) i "People Who Eat Darkness". Oba brzmią jak odrzuty, w pełnym tego słowa znaczeniu, z czasów Porcupine Tree - pierwszy z okresu "Stupid Dream", drugiemu bliżej do "Deadwing". "Detonation" to z kolei typowy przepis na rock "progresywny" według Wilsona - byle było długo (w tym przypadku dziewięć minut, dwadzieścia sekund) i przeplatało się dużo motywów, a całość koniecznie musi być zagrana jak najbardziej anemicznie. A mogłoby się wydawać, że ktoś, kto w wolnych chwilach od własnej działalności, zajmuje się remasterowaniem klasycznych albumów progrockowych gigantów (m.in. King Crimson, Gentle Giant, Yes i Jethro Tull), powinien wiedzieć, na czym polegało granie rocka progresywnego. Że chodziło w tym przede wszystkim o zaproponowanie czegoś innowacyjnego, niebanalnego i na pewno nie nużącego.

"To the Bone" ma jednak także bardziej udane momenty. Poza wspomnianym "Song of I", są to utwór tytułowy i ostatni z pięciu singli, "Refuge". Pierwszy z nich wyróżnia się świetną grą sekcji rytmicznej i pozostałych instrumentalistów, a także autentycznie przebojowym, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, refrenem. Gdyby nie anemiczne zwrotki i smętna końcówka, byłby to naprawdę dobry utwór. Drugi jest natomiast kolejnym spokojniejszym kawałkiem, w którym nie udało się uniknąć przynudzania, za to naprawdę ładnie się rozwija i nie brakuje w nim ciekawych partii instrumentalnych. W obu nagraniach gościnnie wystąpił grający na harmonijce Mark Feltham, znany m.in. ze współpracy z Talk Talk (co jest prawdopodobną przyczyną, dla której został zaproszony), ale także z Rorym Gallagherem i Royem Harperem. Jego partie to zdecydowanie najlepsze, co można usłyszeć na tym albumie.

Problem z najnowszym albumem Stevena Wilsona nie polega wcale na tym, że muzyk sięgnął na nim po nowe inspiracje. Problem w tym, że Wilson staje się coraz większym nudziarzem i choćby nie wiadomo czym się inspirował, efekt jest dużo słabszy i znacznie nudniejszy od pierwowzoru. W przeszłości potrafił przecież tworzyć naprawdę zgrabne utwory pop (jak "Trains", "Lazarus" - oba z repertuaru Porcupine Tree). Na "To the Bone" nie ma ani jednego utworu, który choćby w jakiejś części nie był zanadto rozwleczony, rozwodniony, a przede wszystkim brakuje wyrazistych melodii, co w takiej muzyce jest niedopuszczalne.

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "To the Bone" (2017)

1. To the Bone; 2. Nowhere Now; 3. Pariah; 4. The Same Asylum as Before; 5. Refuge; 6. Permanating; 7. Blank Tapes; 8. People Who Eat Darkness; 9. Song of I; 10. Detonation; 11. Song of Unborn

Skład: Steven Wilson - wokal i gitara; David Kollar - gitara; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Nick Beggs - bass, Chapman stick; Jeremy Stacey - perkusja; Craig Blundell - perkusja
Gościnnie: Mark Feltham - harmonijka (1,5); Ninet Tayeb - wokal (3,7), dodatkowy wokal; Sophie Hunger - wokal (9); Jasmine Walkes - recytacja (1)
Producent: Steven Wilson i Paul Stacey


23 sierpnia 2017

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Seven Turns" (1990)



Dwudziestolecie powstania The Allman Brothers Band, wypadające w 1989 roku, okazało się dobrym pretekstem do reaktywacji zespołu. Grupa zawiesiła działalność siedem lat wcześniej, z powodu konfliktu z ówczesnym wydawcą, wymuszającym na muzykach bardziej komercyjne brzmienie (czego efektem były najgorsze w dyskografii albumy "Reach for the Sky" i "Brothers of the Road" z początku lat 80.). W składzie reaktywowanego zespołu, oprócz czterech muzyków oryginalnego składu - Gregga Allmana, Dickeya Bettsa, Jaia Johansona i Butcha Trucksa - znalazło się także trzech nowych członków: gitarzysta Warren Haynes, klawiszowiec Johnny Neel (obaj występowali wcześniej w Dickey Betts Band), oraz basista Allen Woody. Sukces jubileuszowej trasy zachęcił grupę do zarejestrowania nowego materiału. Krótka sesja nagraniowa, pod okiem sprawdzonego producenta Toma Dowda, zaowocowała albumem "Seven Turns".

Dzięki świeżej krwi, zespół odzyskał dawną energię i wrócił na właściwe muzyczne tory. To najbardziej bluesrockowy album grupy od czasu eponimicznego debiutu, niemal bez charakterystycznego dla późniejszych studyjnych wydawnictw southernowo-country'owego nudzenia (z wyjątkiem utworu tytułowego). Mnóstwo tutaj świetnych gitarowych popisów Bettsa i Hayensa. Temu drugiemu niemal udaje się zapełnić lukę, jaka powstała po śmierci Duane'a Allmana. W instrumentalnym "True Gravity" dołącza do nich trzeci gitarzysta - syn Dickeya, Duane Betts. Na uwagę zasługuje także udział Neela, który ozdabia utwory nie tylko klawiszami, ale również harmonijką. Dowd zadbał natomiast o bardzo klasyczne, naturalne brzmienie. Dobre wykonanie i brzmienie jednak nie wystarczy, gdy brakuje dobrych kompozycji. A, niestety, większość utworów zamieszczonych na "Seven Turns" jest dość miałka pod względem kompozytorskim. Na plus wyróżniają się tylko dwa utwory: bardzo energetyczny i chwytliwy "Good Clean Fun", najbliższy stylu debiutanckiego albumu, oraz zgrabna bluesowa ballada "Gambler's Roll", z naprawdę fantastycznym gitarowym popisem. Reszty słucha się nawet przyjemnie (choć mnie odrzuca przesłodzony i banalny utwór tytułowy), ale nie są to kompozycje, o których będzie się pamiętać po zakończeniu albumu.

Recenzując albumy wydane po latach przerwy, nie sposób uniknąć pytania o to, czy dany powrót rzeczywiście był potrzebny. W przypadku "Seven Turns" odpowiedź nie jest oczywista. Z jednej strony, cieszy fakt, że zespół powrócił do swoich korzeni, a w utworach słychać autentyczną radość ze wspólnego grania, czego brakowało na kilku poprzednich albumach. Z drugiej strony, rozczarowują same kompozycje, w większości pozbawione dobrych melodii.

Ocena: 6/10



The Allman Brothers Band - "Seven Turns" (1990)

1. Good Clean Fun; 2. Let Me Ride; 3. Low Down Dirty Mean; 4. Shine It On; 5. Loaded Dice; 6. Seven Turns; 7. Gambler's Roll; 8. True Gravity; 9. It Ain't Over Yet

Skład: Gregg Allman - wokal i organy; Dickey Betts - gitara, wokal (2,6); Warren Haynes - gitara, wokal (5), dodatkowy wokal; Allen Woody - bass, dodatkowy wokal; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Johnny Neel - instr. klawiszowe, harmonijka, dodatkowy wokal
Gościnnie: Duane Betts - gitara (8)
Producent: Tom Dowd


22 sierpnia 2017

[Recenzja] Art Ensemble of Chicago - "Les Stances a Sophie" (1970)



Jednym z najciekawszych zespołów, jakie kiedykolwiek pojawiły się na scenie jazzowej, jest Art Ensemble of Chicago. To zespół w pełnym znaczeniu tego słowa, co sugeruje już nietypowa dla jazzbandu nazwa, w której nie ma nazwiska lidera. Był to celowy zabieg, mający dać jasno do zrozumienia, że w grupie nie ma lidera, a wszyscy muzycy pełnią tak samo istotną rolę (trzeba jednak dodać, że przed 1969 rokiem zespół występował pod szyldem Roscoe Mitchell Art Ensemble, a wcześniej Roscoe Mitchell Sextet). Art Ensemble of Chicago zwracał na siebie uwagę nie tylko nazwą, ale także niekonwencjonalnymi koncertami, podczas których muzycy często występowali w kostiumach i makijażu, a do gry używali nawet kilkudziesięciu instrumentów, w tym przeróżnych perkusjonaliów i przedmiotów w rodzaju dzwonków rowerowych.

W 1967 roku zespół wyjechał na trzy lata do Francji, gdzie intensywnie koncertował, a także zarejestrował materiał na kilkanaście albumów (z których część wydano dopiero po latach). Co ciekawe, przez większość tego czasu działał bez perkusisty, gdyż oryginalny bębniarz Phillip Wilson został w Stanach, gdzie dołączył do Butterfield Blues Band. Dopiero w 1970 roku, na kilka miesięcy przed wygaśnięciem wiz, muzycy dokooptowali do składu Dona Moye'a - amerykańskiego perkusistę, który w tamtym czasie również przebywał we Francji. Zaledwie dwa tygodnie przed powrotem do Stanów, zespół dostał propozycję nagrania muzyki do nowego filmu Moshé'a Mizrahiego, "Les Stances à Sophie". Muzycy, którzy nawet nie widzieli filmu, poświęcili na nagrania tylko jeden dzień - sesja odbyła się 22 lipca 1970 roku - lecz zarejestrowany wówczas materiał jest prawdopodobnie największym osiągnięciem zespołu.

Choć nie brakuje tutaj awangardowo-freejazzowych naleciałości, "Les Stances a Sophie" jest albumem całkiem przystępnym, także dla osób nieosłuchanych z jazzem. Całość rozpoczyna się od przebojowego (!) utworu "Theme de Yoyo", zbudowanego na rewelacyjnym basowym motywie, któremu towarzyszą chwytliwe partie dęciaków i partia wokalna Fontelli Bass (ówczesnej żony trębacza Lestera Bowiego). W żadnym wypadku nie jest to jednak banalna piosenka, ze względu na freejazzowe wstawki i dziewięciominutowy czas trwania. Ten utwór to prawdziwe arcydzieło, które może podobać się zarówno słuchaczom funku, jazzu, jak i rocka. Reszta albumu pozostaje w cieniu tej kompozycji, lecz słucha się jej całkiem przyjemnie. Przeważają utwory bardzo klimatyczne, nawiązujące do muzyki afrykańskiej i bliskowschodniej (np. "Proverbes No. 1", "Theme Amour Universal"), jest spora dawka zwariowanego free (prawie dziewięciominutowy "Theme Libre"), ale znalazła się tu także odrobina bardziej konwencjonalnego jazzu ("Variations Sur un Theme de Monteverdi II", fragmenty "Theme de Celine").

"Les Stances a Sophie" to jeden z najlepszych jazzowych albumów, jakie słyszałem. Zawarta na nim muzyka może zachwycić zarówno kompletnych laików, jak i osoby dobrze osłuchane z jazzem (choć tym ostatnim z pewnością nie muszę go polecać).

Ocena: 9/10



Art Ensemble of Chicago - "Les Stances a Sophie" (1970)

1. Theme de Yoyo; 2. Theme de Celine; 3. Variations Sur un Theme de Monteverdi I; 4. Variations Sur un Theme de Monteverdi II; 5. Proverbes No. 1; 6. Theme Amour Universal; 7. Theme Libre; 8. Proverbes No. 2

Skład: Lester Bowie - trąbka, instr. perkusyjne; Roscoe Mitchell - saksofon, klarnet, flet, instr. perkusyjne; Joseph Jarman - saksofon, klarnet, instr. perkusyjne; Malachi Favors Maghostut - kontrabas, instr. perkusyjne, wokal; Don Moye - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Fontella Bass - wokal (1,8), pianino
Producent: Pathé Marconi


21 sierpnia 2017

[Recenzja] Townes Van Zandt - "Delta Momma Blues" (1971)



Czwarty album Townesa Van Zandta nie przynosi stylistycznej rewolucji. Na tle jego poprzednich wydawnictw jest jednak odrobinę bardziej różnorodny. Muzyk postanowił poszerzyć swój repertuar o elementy bluesowe, czego efektem są utwory "Brand New Companion" i "Where I Lead Me". Pierwszy z nich to podręcznikowy przykład akustycznego bluesa, ozdobiony nieodzowną partią harmonijki. Drugi, choć także akustyczny (aczkolwiek nieznacznie wzbogacony partiami gitary elektrycznej), ma rockową dynamikę i zadziorność. Oba wyszły naprawdę świetnie. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby znalazło się tutaj więcej tego typu utworów. Ale i bez tego, album ma do zaoferowania więcej dobrego. Jak zwykle, nie zabrakło kilku przepięknych folkowych ballad, poruszających melancholijnymi partiami wokalnymi Van Zandta. Największe wrażenie robią najbardziej ascetyczne, wzbogacone jedynie akompaniamentem gitar "Tower Song", "Nothin'" i "Only Him or Me". "Rake" byłby równie wspaniały, gdyby nie zepsuto go orkiestracją. Całości dopełnia nieco bardziej pogodny "FFV", oraz kilka mniej ciekawych kawałków w stylu country ("Delta Momma Blues", "Turnstyled, Junkpiled", "Come Tomorrow").

"Delta Momma Blues" z pewnością nie rozczaruje nikogo, komu podobały się poprzednie albumy Townesa Van Zandta. Nie wszystkie utwory są równie udane, ale kilka z nich to prawdziwe perły.

Ocena: 8/10



Townes Van Zandt - "Delta Momma Blues" (1971)

1. FFV; 2. Delta Momma Blues; 3. Only Him or Me; 4. Turnstyled, Junkpiled; 5. Tower Song; 6. Come Tomorrow; 7. Brand New Companion; 8. Where I Lead Me; 9. Rake; 10. Nothin'

Skład: Townes Van Zandt - wokal i gitara
Producent: Kevin Eggers i Ronald Frangipane


18 sierpnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "The Power to Believe" (2003)



Charakterystyczną cechą King Crimson zawsze był nieustanny rozwój. Robert Fripp wytrwale realizował swój cel, stąd tak często wymieniał resztę składu, dobierając sobie muzyków, którzy akurat w danej chwili najlepiej pasowali do stale ewoluującego stylu grupy. Tymczasem album "The Power to Believe" - jak dotąd ostatnie studyjne wydawnictwo sygnowane nazwą zespołu - nie tylko został nagrany w tym samym składzie, co poprzedni "The construKction of light", ale także jest jego bezpośrednią kontynuacją. Na szczęście, Fripp i spółka wyciągnęli wnioski z artystycznej porażki tamtego wydawnictwa i nie powtórzyli popełnionych na nim błędów. "The Power to Believe" nie jest tak przytłaczającym albumem, zarówno dzięki bardziej naturalnemu brzmieniu, jak i bardziej różnorodnym kompozycjom.

Podobnie jak na poprzednim albumie, także tutaj zespół chętnie nawiązuje do własnej przeszłości. Tym razem ze znacznie ciekawszym efektem. A sięga do niej zdecydowanie głębiej, bo aż do drugiego w dyskografii "In the Wake of Poseidon". Całość zaczyna się w ten sam sposób - od przewodniego tematu albumu, śpiewanego a capella przetworzonym głosem (tutaj oczywiście w bardziej współczesny, elektroniczny sposób), który nagle ustępuje miejsca ciężkiemu riffowaniu. "Level Five" nie jest jednak tutejszym odpowiednikiem "Pictures of a City", lecz - jak można domyślić się po tytule - piątą odsłoną "Larks' Tongues in Aspic". Zdecydowanie lepszą od dwóch poprzednich, zbyt przekombinowanych części. Piąta część bliższa jest dwóm pierwszym, a więc mamy do czynienia z graniem mocno pokręconym, lecz przemyślanym. Kontrolowany chaos, jak to mawiał sam Fripp. Do odległej przeszłości nawiązuje także inny instrumental, "Elektrik", będący jakby kolejną odsłoną "Fracture", lecz z przestrzennym brzmieniem dwóch przeplatających się gitar, jak za czasów "Kolorowej trylogii".

Z drugiej strony, zespół kontynuuje tutaj elektroniczne eksperymenty ProjeKctów. Znalazła się tu nawet studyjna wersja "Deception of the Thrush" (pod tytułem "The Power to Believe III: Deception of the Thrush"). "Facts of Life (Intro)" i "The Power to Believe IV: Coda" to ambientowe miniaturki, natomiast stopniowo nabierający dynamiki "Dangerous Curves" ma bardzo industrialny charakter. Największe wrażenie robi jednak "The Power to Believe II: Power Circle". W bardzo klimatyczne elektroniczne tło wtopiono świetne partie basu i gitary, a także perkusjonalia brzmiące jak "żywcem" wyjęte ze wstępu pierwszej części "Larks' Tongues in Aspic" - to najpiękniejszy moment całego albumu. Fantastycznie wyszło także połączenie elektroniki z ciężkim, wręcz metalowym graniem w utworach "Facts of Life" i "Happy with What You Have to Be Happy With". Oba utwory brzmią bardzo nowocześnie, słuchać w nich wpływy industrialnego rocka, a także metalu z lat 90., a jednocześnie wciąż czuć w tym crimsonowego ducha. Do tego oba kawałki mają naprawdę dobre melodie. Świetnym dopełnieniem całości jest natomiast delikatna, bardzo ładna ballada "Eyes Wide Open", będąca godnym następcą takich utworów, jak "Walking on Air" czy "Matte Kudasi".

"The Power to Believe" pokazuje, że w XXI wieku wciąż można nagrać naprawdę dobry i prawdziwie progresywny album. Zespół dopracował pomysły ze swoich dwóch poprzednich wydawnictw, dodał trochę smaczków w postaci nawiązań do własnej przeszłości (unikając jednak zbyt dosłownego kopiowania), ale nie pozostał ślepy na to, co wówczas działo się w muzyce. Dzięki temu powstało naprawdę interesujące i unikalne, a także niezwykle świeże połączenie rocka progresywnego, metalu, oraz elektroniki. Same kompozycje też są znacznie lepsze, niż na kilku wcześniejszych albumach. Podsumowując, "The Power to Believe" to największe osiągnięcie King Crimson od czasu "Discipline", a także jeden z najbardziej intrygujących albumów wydanych w obecnym stuleciu. 

Ocena: 8/10



King Crimson - "The Power to Believe" (2003)

1. The Power to Believe I: A Cappella; 2. Level Five; 3. Eyes Wide Open; 4. Elektrik; 5. Facts of Life (Intro); 6. Facts of Life; 7. The Power to Believe II: Power Circle; 8. Dangerous Curves; 9. Happy with What You Have to Be Happy With; 10. The Power to Believe III: Deception of the Thrush; 11. The Power to Believe IV: Coda

Skład: Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Adrian Belew - gitara i wokal; Trey Gunn - bass, Warr guitar; Pat Mastelotto - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Robert Fripp, Gene "Machine" Freeman i David Singleton


16 sierpnia 2017

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Machine Gun: The Fillmore East First Show" (2016)



Na przełomie 1969 i 1970 roku Jimi Hendrix dał cztery występy w nowojorskim Fillmore East (po dwa 31 grudnia i 1 stycznia). Towarzyszył mu wówczas nowy zespół, nazwany Band of Gypsys, w skład którego wchodzili także basista Billy Cox i perkusista Buddy Miles. Grupa okazała się efemerydą. Pod koniec stycznia zagrała jeszcze jeden koncert, który okazał się porażką, z powodu występującego na haju Hendrixa. Niektórzy wierzą, że to ówczesny menadżer, Michael Jeffery, podał muzykowi LSD, ponieważ chciał rozpadu Band of Gypsys i powrotu Experience. Jeżeli tak było, to osiągnął swój cel jedynie połowicznie. Band of Gypsys faktycznie się rozpadło, jednak do powrotu oryginalnego składu Experience nigdy nie doszło. Co prawda, Jimi odnowił współpracę z perkusistą Mitchem Mitchellem, lecz nie z basistą Noelem Reddingiem - zamiast z nim, wolał grać z Coxem.

Wróćmy jednak do występów w Fillmore East. Wszystkie zostały profesjonalnie zarejestrowane. Na wydanym w kwietniu 1970 roku albumie "Band of Gypsys" znalazło się jednak tylko sześć utworów z dwóch ostatnich występów. Na oficjalną publikację innych nagrań trzeba było czekać długimi latami (wciąż nie wydano wszystkich). W 1986 roku ukazał się album "Band of Gypsys 2", wbrew tytułowi tylko częściowo składający się z nagrań z tego okresu (jedno z pierwszego występu, dwa z czwartego). Z kolei w 1999 roku ukazało się bardziej obszerne wydawnictwo "Live at the Fillmore East", zawierające fragmenty wszystkich czterech występów (choć głównie dwóch ostatnich). Do kolejnej publikacji doszło dopiero w 2010 roku, gdy trzy nagrania z drugiego występu trafiły na kompilację "West Coast Seattle Boy: The Jimi Hendrix Anthology". Aż trudno uwierzyć, że przez tyle lat nikt nie wpadł na pomysł publikacji kompletnych zapisów wszystkich występów. Coś ruszyło dopiero w zeszłym roku, gdy ukazał się "Machine Gun: The Fillmore East First Show", zgodnie z tytułem będący pełną rejestracją pierwszego występu. Z jedenastu zawartych na nim nagrań, tylko trzy były wcześniej wydane ("Hear My Train a Comin'", "Changes" i "Izabella" - wszystkie na "Live at the Fillmore East", a pierwszy ponadto na "Band of Gypsys 2").

Pierwszy występ Band of Gypsys był zdecydowanie najciekawszym, jeśli chodzi o repertuar. Muzycy postanowili bowiem, że nie zagrają żadnego utworu z oficjalnie wydanych na albumów i singli Jimiego. Na repertuar złożyły się zatem utwory zupełnie premierowe lub wykonywane wcześniej tylko na koncertach, a także dwa covery ("Stop" Howarda Tate'a, "Bleeding Heart" Elmore'a Jamesa). Co ciekawe, zespół miał w zanadrzu więcej premierowych kompozycji - dwie kolejne zadebiutowały podczas drugiego występu ("Who Knows", "Stepping Stone"), a jedna dopiero na ostatnim ("We Gotta Live Together"). Na kolejnych występach, szczególnie drugim i czwartym, zespół grał także popularne utwory z czasów Experience, ograniczając tym samym ilość nowych kawałków. Prawdopodobnie zmiana repertuaru wynikała z reakcji publiczności, która przyszła słuchać znanych hitów, a nie zupełnie sobie nieznanego materiału, choćby nawet był lepszy. A moim zdaniem był lepszy.

Jimi był tego wieczoru w świetnej formie, jego gitarowe popisy olśniewają w każdym w utworze. A czarnoskóra sekcja rytmiczna dodaje do nich funkowego pulsu. Ciężka, bardzo gęsta gra Coxa i Milesa doskonale uzupełnia gitarowe partie Hendrixa, często wchodząc z nim w interakcję. Czasem lider pozwala im nawet zagrać krótkie solówki. Za czasów Experience coś takiego było nie do pomyślenia, Mitchell i Redding całkowicie ograniczali się do zapewnienia rytmicznego podkładu. O żadnej interakcji, ani tym bardziej o ich wychodzeniu na pierwszy plan, nie było mowy. W dodatku perkusista udziela się tu także wokalnie. Jego wysoki, soulowy śpiew ciekawie dopełnia niższe partie Hendrixa. A w dwóch utworach Buddy Miles pełni rolę głównego wokalisty - w mocno soulowym, ale niepozbawionym hardrockowego ciężaru "Changes", którego zresztą jest kompozytorem, oraz w znacznie zaostrzonej przeróbce soulowego przeboju "Stop". Taka wokalna różnorodność wychodzi zdecydowanie na dobre. Oba utwory są także świetne pod względem muzycznym.

Fuzja hard rocka i funku rewelacyjnie wyszła w takich utworach, jak "Power of Soul", "Lover Man", "Izabella" i "Ezy Ryder", w których znajdziemy mnóstwo energii, świetne melodie, odpowiednio ciężkie brzmienie i porywającą grę całego tria. Są też utwory o bardziej rozimprowizowanym charakterze. "Machine Gun", będący wizytówką tego składu, ustępuje co prawda wersji z "Band of Gypsys", ale trzeba pamiętać, że tutejsze wykonanie było zupełnie pierwszym, więc miało prawo zabrzmieć nieco mniej porywająco. Zresztą i tak jest świetne. A imitowanie karabinu maszynowego za pomocą gitary i perkusji już tutaj wyszło doskonale. W każdym calu rewelacyjne jest tutejsze wykonanie "Hear My Train a Comin'", wiele zyskujące dzięki cięższej (niż w wykonaniach innych składów), a zarazem bardzo pomysłowej grze sekcji rytmicznej. Mamy tu też jedne z najwspanialszych solówek, jakie Jimi zagrał w całej karierze. Bardzo przyjemnym urozmaiceniem jest bluesowa ballada "Bleeding Heart" - jednak i tutaj nie ma ani chwili wytchnienia, dzięki emocjonującym partiom gitary. Odrobinę słabiej, na tle całości, wypada końcówka albumu. W utworach "Earth Blues" i "Burning Desire" nie brakuje energii ani świetnych popisów instrumentalistów, ale nieco mniej ciekawa jest warstwa melodyczna, a drugi z nich ponadto jest trochę chaotyczny. Nie obniża to jednak wartości albumu.

"Machine Gun: The Fillmore East First Show" to jedna z najlepszych koncertówek w dorobku Jimiego Hendrixa. A może po prostu najlepsza. Poza świetnym repertuarem i porywającym wykonaniem, trzeba też wspomnieć o perfekcyjnym brzmieniu (bardzo wyrazistym i naturalnym, idealnie pasującym do takiej muzyki). Warto postawić ten album na swojej półce obok "Band of Gypsys". Mam nadzieję, że wydane zostaną także zapisy trzech pozostałych występów Band of Gypsys w Fillmore East. Jimi Hendrix był wówczas w niewiarygodnej formie, a sekcja rytmiczna Cox/Miles była najlepszą, z jaką występował.

Ocena: 9/10



Jimi Hendrix - "Machine Gun: The Fillmore East First Show" (2016)

1. Power of Soul; 2. Lover Man; 3. Hear My Train a Comin'; 4. Changes; 5. Izabella; 6. Machine Gun; 7. Stop; 8. Ezy Ryder; 9. Bleeding Heart; 10. Earth Blues; 11. Burning Desire

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass, dodatkowy wokal;  Buddy Miles - perkusja, wokal (4,7), dodatkowy wokal
Producent: Janie Hendrix, Eddie Kramer i John McDermott


15 sierpnia 2017

[Recenzja] John Coltrane - "My Favorite Things" (1961)



Po opuszczeniu kwintetu Milesa Davisa, John Coltrane na dobre zajął się karierą solową. Na początku postanowił zebrać stały skład. Po próbach z różnymi muzykami, zdecydował się na pianistę McCoya Tynera (właśc. Alfred McCoy Tyner), basistę Steve'a Davisa, oraz perkusistę Elvina Jonesa. W ciągu kolejnych lat basiści zmieniali się regularnie, jednak Tyner i Jones towarzyszyli Coltrane'owi aż do 1966 roku, biorąc udział w kilkudziesięciu sesjach nagraniowych i niezliczonych występach na żywo. Kwartet po raz pierwszy (i, jak się potem okazało, ostatni z Davisem) wszedł do studia w październiku 1960 roku. Podczas trzech dni intensywnej pracy (21, 24 i 26 dnia miesiąca) zarejestrowanych zostało kilkanaście utworów (oraz ich alternatywne podejścia). Jeden z nich, "Village Blues", trafił na wydany w styczniu 1961 roku album "Coltrane Jazz" (zawierający ponadto nagrania z 1959 roku, które niestety bardzo mocno się zestarzały). Pozostałe utwory wypełniły w całości aż trzy wydawnictwa: "My Favorite Things" (wydany w marcu tego samego roku), "Coltrane Plays the Blues" (lipiec '62), oraz "Coltrane's Sound" (czerwiec lub lipiec '64).

Zdecydowanie najciekawszym z tych trzech wydawnictw jest właśnie "My Favorite Things". Co ciekawe, jako jedyne nie zawiera żadnego autorskiego tematu, a jedynie cztery przeróbki popowych standardów. Wszystkie zostały jednak znacząco przearanżowane i rozbudowane. To wręcz niewiarygodne, jak wiele udało się wycisnąć z tych prościutkich, banalnych piosenek - każda z nich nabrała zupełnie innego charakteru, a także szlachetności. Coltrane w tamtym czasie eksperymentował z jazzem modalnym, co dawało niemal nieograniczone możliwości improwizacji. Warto odnotować, że "My Favorite Things" to pierwszy album, na którym John wykorzystał saksofon sopranowy - do tamtej pory instrument rzadko używany w jazzie (nie licząc Steve'a Lacy'ego, który w 1958 roku wydał album "Soprano Sax"). Nie do końca jasne są okoliczności, w jakich muzyk sięgnął po ten instrument. Według niektórych źródeł, otrzymał go od Milesa Davisa, jako podziękowanie za wieloletnią współpracę. Sam Coltrane w wywiadach podawał co najmniej dwie inne wersje. Według jednej, jechał samochodem z nieznanym sobie muzykiem, który niepostrzeżenie zniknął podczas postoju, zostawiając swój instrument. Według drugiej, John zobaczył ten instrument u swojego znajomego i z ciekawości zaczął na nim grać. Tak czy inaczej, sopran wkrótce stał się głównym instrumentem Coltrane'a i towarzyszył mu aż do końca kariery.

Album wyraźnie dzieli się na dwie części, odpowiadające stronom płyty winylowej. Pierwszą z nich wypełniają utwory o bardziej subtelnym nastroju, bardzo wyrafinowane. "My Favorite Things" (kompozycja Oscara Hammersteina II i Richarda Rodgersa, napisana w 1959 roku do musicalu "The Sound of Music") i "Ev'ry Time We Say Goodbye" (napisana w latach 40. przez Cole'a Portera) to przepiękne ballady, oparte na wspaniałej grze McCoya Tynera i niesamowitych, uduchowionych solówkach Coltrane'a na saksofonie sopranowym. Pierwszy z tych utworów, właśnie dzięki tej wersji, stał się jednym z najsłynniejszych jazzowych standardów. Stał się także obowiązkowym punktem występów Coltrane'a, podczas których rozrastał się nawet do godziny (dla porównania, wersja studyjna trwa "ledwie" czternaście minut). Druga strona zawiera bardziej ekspresyjny materiał, z agresywniejszymi partiami Johna, grającego na saksofonie tenorowym. Oba utwory to kompozycje z lat 30. autorstwa braci George'a i Iry Gershwinów: "Summertime" (z opery "Porgy and Bess") i "But Not for Me" (z musicalu "Girl Crazy"). Pierwszy z tych utworów wykonywany był przez niezliczonych wykonawców w przeróżnych gatunkach. Rockowym słuchaczom z pewnością znane jest wykonanie grupy Big Brother and the Holding Company z niezapomnianą partią wokalną Janis Joplin. W wersji Coltrane'a jest to rozbudowana i (podobnie jak pozostałe utwory) instrumentalna improwizacja, z fantastycznymi popisami całego kwartetu. Nieco słabiej wypada "But Not for Me", ze względu na dość banalny temat, choć improwizacje są równie porywające, jak w pozostałych nagraniach.

"My Favorite Things" to przełomowy album w dyskografii John Coltrane'a, który odszedł tutaj od bopowego stylu, w którym utrzymane były jego poprzednie wydawnictwa, zamiast tego proponując bardziej nowoczesne granie. O ile "Blue Train" obecnie mocno zalatuje naftaliną, a "Giant Steps", choć nadrabia ekspresją i dobrym brzmieniem, opiera się na dziś już przestarzałych rozwiązaniach, tak "My Favorite Things" jest albumem prawdziwie ponadczasowym, zarówno w kwestii brzmienia, jak i wykonania. Bez żadnych wątpliwości jest to jedno z największych osiągnięć Johna Coltrane'a.

Ocena: 9/10



John Coltrane - "My Favorite Things" (1961)

1. My Favorite Things; 2. Ev'ry Time We Say Goodbye; 3. Summertime; 4. But Not for Me

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Steve Davis - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegün


14 sierpnia 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Anthem of the Sun" (1968)



Drugi album grupy Grateful Dead, "Anthem of the Sun", powstał w bardzo nietypowy sposób. Poszczególne utwory są bowiem zlepkiem różnych studyjnych podejść i koncertowych wykonań. Muzycy wykorzystali materiał z czterech sesji studyjnych, jakie odbyły się między wrześniem, a grudniem 1967 roku, a także z siedemnastu koncertów, zarejestrowanych między listopadem '67, a lutym '68. Żmudna, ciągnąca się miesiącami praca nad miksem doprowadziła do szału producenta Davida Hassingera, który w rezultacie zostawił zespół w jej trakcie. Muzycy sami wszystko dokończyli i trzeba przyznać, że poradzili sobie znakomicie, gdyż nie słychać tu żadnych cięć ani przeskoków, czasem tylko zauważalne są różnice w brzmieniu.

Dzięki temu podejściu powstał album zupełnie inny, niż "piosenkowy" debiut. Bliższy koncertowego oblicza grupy. Wyjątek stanowi króciutki, bardzo prosty "Born Cross-Eyed" (wydany także na stronie B singla "Dark Star"), który spokojnie mógłby znaleźć się na poprzednim longplayu. Utwór przelatuje niemal niezauważony, warto jednak zwrócić uwagę na partię trąbki, na której zagrał basista Phil Lesh, nadając kawałkowi trochę hiszpańskiego brzmienia. Pozostałe cztery utwory to już zdecydowanie bardziej rozbudowane kompozycje, w sporej części składające się z długich, psychodelicznych jamów. W takich momentach zespół jest w swoim żywiole. Fantastycznie wypadają pełne swobody gitarowe i klawiszowe solówki, podparte hipnotycznym basem i bogatym brzmieniem dwóch perkusji (niedługo przed rozpoczęciem pracy na "Anthem of the Sun", skład zespołu poszerzył się o drugiego bębniarza, Mickeya Harta). Perkusiści swoje przysłowiowe pięć minut mają w "Alligator", w którym grają ciekawe (!) solo o "plemiennym" charakterze. Trzeba jednak podkreślić, że te utwory to nie tylko improwizacje, ale także całkiem niezłe melodie - chociażby w spokojniejszym "New Potato Caboose".

"Anthem of the Sun" można potraktować jako "właściwy" debiut Grateful Dead, bowiem to właśnie na tym albumie zespół pokazał swoje prawdziwe oblicze, wcześniej znane tylko uczestnikom ich porywających koncertów. Co prawda, swoje wyżyny grupa osiągnęła dopiero na już w pełni koncertowym "Live/Dead", jednak "Anthem of the Sun" jest jego bardzo dobrą zapowiedzią.

Ocena: 8/10



Grateful Dead - "Anthem of the Sun" (1968)

1. That's It for the Other One; 2. New Potato Caboose; 3. Born Cross-Eyed; 4. Alligator; 5. Caution (Do Not Stop on Tracks)

Skład: Jerry Garcia - wokal (1,3), gitara, kazoo; Bob Weir - wokal (1-3), gitara, kazoo; Ron McKernan - wokal (4,5), instr. klawiszowe; Phil Lesh - bass, trąbka, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, kazoo; Tom Constanten - instr. klawiszowe; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne, pianino; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne, pianino
Producent: Grateful Dead i David Hassinger


12 sierpnia 2017

[Blog] Looking Back: czerwiec / lipiec 2017



W tym odcinku tylko pokrótce opowiem o swoich nowych winylowych zdobyczach. Tym razem przybyło mi głównie reedycji, choć wygrałem też dwie licytacje ze starymi wydaniami albumów, na które dość długo polowałem.


Na początku czerwca w Biedronce po raz trzeci odbyła się akcja z tanimi winylami. Za każdym razem wywoływały one wielkie poruszenie i oburzenie nie tylko wśród zbieraczy płyt. Pojawiało się mnóstwo żartów co do jakości tych winyli, choć jak się okazało, są to te same wydania, które można kupić w innych sieciówkach, chociażby tej nie dla idiotów. Tylko o połowę taniej, co prawdopodobnie wynika wyłącznie z niższej marży narzuconej przez Biedronkę. Za pierwszym razem chciałem kupić album "Blue Train" Johna Coltrane'a, którego stare wydania osiągają astronomiczne sumy, jednak już przed południem ze wszystkich pobliskich Biedronek zniknęły wszystkie egzemplarze tego albumu, zostały tylko pojedyncze sztuki kilku mniej ciekawych tytułów. Później na giełdach winylowych widziałem mnóstwo tych płyt z Biedronki, jednak już w znacznie wyższej cenie... Za drugim razem w ofercie nie było żadnych interesujących mnie tytułów, za to za trzecim pojawiły się aż dwa - "Disraeli Gears" Cream i "Birth of the Cool" Milesa Davisa. Ponieważ stare wydania są dość drogie, w dniu promocji wstałem z samego rana - o dziewiątej ;) - i bez problemu znalazłem oba tytuły w najbliższej Biedronce. Wydane są naprawdę starannie, z dbałością o odwzorowanie pierwszych wydań (choć okładka "Disraeli Gears" mogłaby mieć nieco żywsze kolory), a brzmienie jest całkiem zadowalające - choć mam tylko porównanie do skompresowanych plików cyfrowych, a oryginalne wydania winylowe z pewnością brzmią znacznie lepiej.



W końcu postanowiono wznowić na winylach albumy Iron Maiden z ostatniego ćwierćwiecza, które oryginalnie ukazały się w niewielkich nakładach i w sprzedaży z drugiej ręki osiągały coraz bardziej absurdalne sumy. "Brave New World" był jednym z tych albumów, które chciałem mieć w kolekcji od samego początku zbierania winyli, jednak jedyny egzemplarz z jakim się zetknąłem kosztował... 700 złotych. Muzyka zawarta na tym longplayu zdecydowanie nie jest warta takiej sumy. Na szczęście tegoroczne wydanie jest dużo tańsze. Po odfoliowaniu albumu spotkała mnie miła niespodzianka - tym razem został wydany na zwykłych czarnych winylach, a nie jak poprzednio na tzw. picture discach (na których brzmienie jest przytłumione).



Jedyny album niemieckiej grupy Nosferatu oryginalnie ukazał się w bardzo ograniczonym nakładzie i przez wiele lat w ogóle nie był wznawiany. Tamto pierwotne wydanie jest jednym z najbardziej poszukiwanych przez kolekcjonerów wydawnictw. Najtańszy egzemplarz został sprzedany na Discogs.com za 500 euro, najdroższy za 1250 euro... Bez wahania zdecydowałem się na zakup reedycji. Niestety, nie sposób było kupić ją w Polsce - zamówienie złożyłem przez eBuy w niemieckim sklepie. Był to dopiero mój drugi zakup w zagranicznym sklepie (zniechęca mnie wysoki koszt dostawy).



Album (a właściwie kompilacja, choć składająca się z utworów wcześniej wydanych co najwyżej na singlach) nie był wznawiany na winylu od początku lat 70. i jest dość trudno dostępny. Przynajmniej w Polsce, gdzie John Mayall nie cieszy się zasłużoną popularnością. Ma to jednak swoje dobre strony - w licytacji poza mną brały udział tylko dwie osoby, więc bez problemu ją wygrałem, nie tracąc na tym fortuny.


6. Miles Davis - "Get Up with It" (1st press)

Albumy Milesa Davisa z elektrycznego okresu również nie są powszechnie dostępne. W każdym razie nie ich stare, nieremasterowane wydania. W ciągu nieco ponad pół roku udało mi się zdobyć tylko trzy - "Miles in the Sky", "Agharta" i właśnie "Get Up with It". Gdy pojawiła się licytacja z tym drugim, obawiałem się, że zostanie sprzedany za więcej, niż mogłem zaoferować. Na szczęście i tym razem nie było dużego zainteresowania - obaj konkurenci zaproponowali niższą cenę. Za pierwsze wydanie zapłaciłem (niewiele) mniej, niż kosztują współczesne wznowienia.




Jeśli ktoś ma jakieś pytania - związane lub nie z powyższym tekstem - to zapraszam do komentowania ;)

11 sierpnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "Ladies of the Road" (2002)



Skład King Crimson z albumu "Islands" był pierwszym, który dorobił się albumu koncertowego. Jednak wydany w 1972 roku "Earthbound" pozostawia spory niedosyt z powodu skromnego repertuaru i - przede wszystkim - fatalnej jakości brzmienia. Dopiero trzydzieści lat później koncertowe poczynania tego składu doczekały się godnego - choć niepozbawionego wad - podsumowania, w postaci dwupłytowego albumu "Ladies on the Road".

Pierwszy dysk wypełniają fragmenty trzech koncertów: z 11 maja '71 w Plymouth, 13 listopada '71 w Detroit, oraz 12 marca '72 w Denver. Kompletne zapisy tych koncertów ukazały się wcześniej na osobnych wydawnictwach z serii Collector's Club (odpowiednio pod tytułami "Live at Plymouth Guildhall", "Live in Detroit, MI" i "Live at Summit Studios"), których dostępność w tamtym czasie była ograniczona dla członków Kolekcjonerskiego Klubu King Crimson. Na drugim dysku znalazły się natomiast fragmenty z różnych wykonań "21st Century Schizoid Man" (głównie z improwizowanej części utworu), połączone w jeden, prawie godzinny utwór. Za każdym razem zespół grał trochę inaczej, jednak nie na tyle inaczej, by całość nie brzmiała monotonnie (mimo kilku wyróżniających się, naprawdę świetnych momentów). Jeśli dodać do tego nienajlepszą jakość dźwięku, to efekt jest po prostu męczący.

Całość byłaby z pewnością lepsza, gdyby obie płyty wypełniał materiał z trzech wspomnianych wyżej koncertów. Nie byłoby problemu z ich zapełnieniem, ponieważ zespół wykonywał wówczas także nieobecne tutaj utwory (własne "Cadence and Cascade", "Lady of the Dancing Water" i... dający tytuł temu wydawnictwu "Ladies of the Road", jak również interpretację jazzowego utworu "The Creator Has a Master Plan" Pharoaha Sandersa), a ponadto część utworów na potrzeby tej kompilacji drastycznie skrócono  (np. "Groon" jest krótszy o połowę, a z "The Court of the Crimson King" zostało niespełna 50 sekund).

Mimo tych wszystkich wad, pierwsza płyta robi naprawdę dobre wrażenie. Cechuje ją świetna jakość dźwięku i doskonałe wykonanie. W repertuarze dominują oczywiście utwory z albumu "Islands". Zbudowany na dynamicznych kontrastach "The Letters", przepiękny "Formentera Lady" (tutaj jeszcze bardziej jazzowy niż w oryginale) i szalony instrumental "The Sailor's Tale" nie ustępują wersjom studyjnym. Muzycy przysposobili sobie także kilka utworów wcześniejszych składów, które dobrze pasowały do ówczesnego, bardziej jazzowego kierunku. Świetnie w roli otwieracza sprawdza się "Pictures of a City" z "In the Wake of Poseidon", tutaj brzmiący ciężej, a pod koniec części instrumentalnej nabierający niemal freejazzowego charakteru. Potężniej i bardziej jazzowo zabrzmiał także "Cirkus" z "Lizard", dużo zyskujący w wokalnej interpretacji Boza Burrella i z większą rolą saksofonu. Najwięcej zyskała jednak jazzrockowa improwizacja "Groon" (oryginalnie strona B singla "Cat Food"), w wersji studyjnej zupełnie bezbarwna, a tutaj zagrana wprost rewelacyjnie, z funkowym pulsem i porywającymi solówkami. Kolejną perłą jest dynamiczna, ujazzowiona interpretacja "Get Thy Bearings" Donovana. Nie mogło zabraknąć obowiązkowego na każdym koncercie grupy "21st Century Schizoid Man", niestety w tej wersji fatalnie, pretensjonalnie i kiczowato, wypada partia wokalna Burrella. Pod względem instrumentalnym jest jednak wspaniale i taka skondensowana wersja przemawia do mnie o wiele bardziej, niż miks z drugiej płyty. Ciekawostką jest natomiast "The Court of the Crimson King" zagrany na... bluesowo! Brzmi to bardzo ciekawie, niestety utwór został brutalnie ucięty po 48 sekundach (w rzeczywistości trwał trzy i pół minuty).

"Ladies of the Road", mimo pewnych niedociągnięć, sprawdza się dobrze jako podsumowanie koncertów składu z "Islands". Jeżeli ktoś chce poznać / kupić tylko jedną koncertówkę z tego okresu, to jest najlepsze rozwiązanie. 

Ocena: 7/10



King Crimson - "Ladies of the Road" (2002)

Disc I: 1. Pictures of a City; 2. The Letters; 3. Formentera Lady; 4. The Sailor's Tale; 5. Cirkus; 6. Groon; 7. Get Thy Bearings; 8. 21st Century Schizoid Man; 9. The Court of the Crimson King
Disc II: 1-11. Schizoid Men

Skład: Boz Burrell - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i melotron; Mel Collins - saksofon, flet i melotron; Ian Wallace - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Peter Sinfield - syntezator
Producent: Robert Fripp i David Singleton


9 sierpnia 2017

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Freedom: Atlanta Pop Festival" (2015)



Kariera Jimiego Hendrixa była bardzo krótka, lecz niezwykle intensywna. Zarejestrowanego podczas tych czterech lat materiału (zarówno studyjnego, jak i koncertowego) starczyło na dziesiątki pośmiertnych albumów wydawanych przez kolejne dekady. Nawet obecnie, po niemal pięćdziesięciu latach od śmierci tego wybitnego gitarzysty, wciąż ukazują się kolejne ekscytujące wydawnictwa. Takie, jak np. wydany przed dwoma laty "Freedom: Atlanta Pop Festival". Jest to zapis występu z tytułowego festiwalu, który miał miejsce 4 lipca 1970 roku. Jego mniej lub bardziej obszerne fragmenty były już wcześniej dostępne na różnych wydawnictwach, lecz "Freedom..." jest z nich wszystkich najbardziej kompletny (aczkolwiek, podobnie jak poprzednie, nie zawiera granego wówczas "Hey Baby (New Rising Sun)"). Album jest sygnowany nazwą Jimi Hendrix Experience, jednak zespół ten przestał istnieć w 1969 roku, gdy Hendrix zakończył współpracę z Noelem Reddingiem. Występujący tutaj skład, z basistą Billym Coxem i perkusistą Mitchem Mitchellem, oficjalnie nie używał żadnej nazwy, choć niektórzy promotorzy wykorzystywali do promocji szyld Jimi Hendrix Experience.

Repertuar ówczesnych koncertów Hendrixa składał się z utworów obu jego wcześniejszych grup, Experience i Band of Gypsys, a także z nowych kompozycji, które miały znaleźć się na nigdy nieukończonym (przynajmniej według wizji samego Jimiego) albumu "First Rays of the New Rising Sun". Nie inaczej było podczas występu w Atlancie. Trio postawiło przede wszystkim na żywiołowe, rockowe granie. Całość rozpoczyna ogniste wykonanie "Fire", któremu pod względem czadu bynajmniej nie ustępują tutejsze wersje takich utworów, jak "Spanish Castle Magic", "Freedom", "Foxy Lady", "Purple Haze", "Stone Free", czy zagranego na finał "Straight Ahead". Mnóstwo energii zawierają także funkujące kompozycje z czasów Band of Gypsys - "Lover Man", "Room Full of Mirrors" i "Message to Love". Najbardziej porywająco wypadają tu jednak trzy rozbudowane bluesy - "Red House", "Hear My Train a Comin'" i "Voodoo Child". Ich wykonania są bardzo swobodne, pełne ekscytujących solówek Hendrixa, doskonale uzupełnianych niebanalną grą sekcji rytmicznej. Tak właśnie powinno się grać na koncertach! Niestety, nie wszystko jest tu takie idealne. Zaskakująco słabo wypada tutejsze wykonanie "All Along the Watchtower" (studyjna wersja z "Electric Ladyland" to jeden najwspanialszych utworów wszech czasów!). Wyraźnie odczuwa się brak drugiej gitary, a solówki Jimiego są trochę zbyt bałaganiarskie. W dodatku jakość brzmienia jest tu zdecydowanie słabsza, niż w innych utworach. Bardzo dobrze wypada za to inny wielki przebój, "Hey Joe". Dzięki porywającym solówkom i mocnej grze sekcji rytmicznej, jest znacznie ciekawszy niż w - niezbyt przeze mnie lubianej - wersji studyjnej.

Jimi Hendrix na żywo był klasą sam dla siebie. Na "Freedom: Atlanta Pop Festival" jest w naprawdę doskonałej formie, podobnie zresztą jak Cox i Mitchell. Dobór utworów na tym koncercie to prawdziwe "the best of...", a ich wykonanie jest, z jednym wyjątkiem, perfekcyjne. Jakość brzmienia jest różna w zależności od utworu, ale zwykle nie można się do niego przyczepić. Jak na materiał sprzed prawie pięćdziesięciu lat, który nie był rejestrowany z myślą o wydaniu na płycie, brzmienie jest naprawdę dobre. "Freedom: Atlanta Pop Festival" zachwyci każdego wielbiciela Hendrixa, rocka z przełomu lat 60. i 70., oraz koncertowych improwizacji. 

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Freedom: Atlanta Pop Festival" (2015)

Disc I: 1. Fire; 2. Lover Man; 3. Spanish Castle Magic; 4. Red House; 5. Room Full of Mirrors; 6. Hear My Train a Comin'; 7. Message to Love
Disc II: 1. All Along the Watchtower; 2. Freedom; 3. Foxy Lady; 4. Purple Haze; 5. Hey Joe; 6. Voodoo Child (Slight Return); 7. Stone Free; 8. Star Spangled Banner; 9. Straight Ahead

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - bass, dodatkowy wokal; Mitch Mitchell - perkusja
Producent: Eddie Kramer, Janie Hendrix i John McDermott


8 sierpnia 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Kind of Blue" (1959)



Od dawna odkładałem napisanie tej recenzji. Bo cóż jeszcze można napisać o takim klasyku? "Kind of Blue" w ciągu (niemal) sześćdziesięciu lat został omówiony na wszelkie możliwe sposoby, był tematem niezliczonej ilości recenzji, esejów i co najmniej jednej w całości mu poświęconej książki. To bezsprzecznie najsłynniejszy i najlepiej się sprzedający album jazzowy. Longplay, którego po prostu nie wypada nie znać - nawet jeśli nie słucha się takiej muzyki. Tak samo, jak nie wypada nie znać np. "The Dark Side of the Moon". Oba te albumy może i nie są najlepszymi w swoim gatunku - ba, nie są nawet najlepszymi w dyskografiach ich twórców - ale nie bez powodu właśnie one są otoczone takim kultem. Oba są bowiem bardzo przystępne i nie trzeba być doświadczonym słuchaczem, by się nimi zachwycić, a zarazem są wystarczająco ambitne, by doceniali je także ci, którym nie brakuje doświadczenia i wiedzy muzycznej. Właśnie ta uniwersalność okazała się kluczem do osiągnięcia sukcesu zarówno na polu komercyjnym, jak i artystycznym.

Przejdźmy do tła historycznego. Po powrocie z Europy do Stanów pod koniec 1957 roku roku, Miles postanowił reaktywować swój kwintet. Zaprosił nawet z powrotem Johna Coltrane'a i perkusistę Philly'ego Joego Jonesa, których zwolnił rok wcześniej za nadużywanie narkotyków i olewanie prób. Zdecydował się także poszerzyć skład o drugiego saksofonistę, grającego na saksofonie altowym Juliana Adderleya, lepiej znanego pod pseudonimem Cannonball. Sekstet wkrótce zarejestrował kilka utworów, które znalazły się na płycie "Milestones". Tytułowa kompozycja była początkiem eksperymentów Davisa z tzw. jazzem modalnym. W skrócie chodzi w num o to, aby improwizacje nie opierały się - jak w bebopie - na akordach, lecz na skalach. Tak, jak w muzyce wschodniej i afrykańskiej, czy w europejskim impresjonizmie, których wpływ słychać na "Kind of Blue", będącym rozwinięciem eksperymentów z modalnością. Zanim jednak doszło do jego nagrania, nastąpiło kilka zmian w sekstecie: nowym perkusistą został Jimmy Cobb, zaś pianistę Reda Garlanda zastąpił Bill Evans, który, zajęty własną karierą, szybko ustąpił miejsca Wyntonowi Kelly'emu.

Miles zdawał sobie sprawę, że do celu, który chciał osiągnąć w nowych nagraniach, lepiej będzie pasował styl klasycznie wyszkolonego Evansa i to właśnie jego zaprosił na nagrania. Kelly ostatecznie również został zaproszony, do zagrania w jednym utworze, "Freddie Freeloader", do którego potrzebny był pianista o bardziej bluesowym stylu gry. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna. W swojej autobiografii, Davis przyznał, że rzeczywistym autorem tego utworu jest brat Kelly'ego, Charles, który zgodził się sprzedać trębaczowi prawa autorskie pod warunkiem, że w nagraniu zagra Wynton. A skoro już mowa o kwestii autorstwa - wszystkie utwory podpisane są wyłącznie nazwiskiem Milesa, jednak wiadomo, że "Blue in Green" i "Flamenco Sketches" powstały dzięki istotnemu wkładowi kompozytorskiemu Billa Evansa.

Nagrania zostały rozłożone na dwie sesje. Pierwsza odbyła się 2 marca 1959 roku w nowojorskim Columbia 30th Street Studio. Zarejestrowano wówczas utwory "So What", "Freddie Freeloader" i "Blue in Green", które wypełniają stronę A albumu. Po ponad trzydziestu latach okazało się, że rejestrujący sesję magnetofon pracował tego dnia na zwolnionych obrotach, przez co utwory na płycie są nieznacznie szybsze, niż były grane w rzeczywistości. Druga sesja odbyła się 22 kwietnia, w tym samym miejscu. Jej owocami są utwory "All Blues" i "Flamenco Sketches", umieszczone na drugiej stronie longplaya. Ponieważ muzycy nie mieli doświadczenia w graniu modalnym, Davis postanowił dać im jak najmniej wskazówek, by nie polegali na przyzwyczajeniach i wyuczonych schematach. Nie przyniósł do studia gotowych tematów, a jedynie szkice z sugestiami, jak powinna wyglądać gra każdego instrumentalisty z osobna. Dzięki temu, musieli się przyłożyć jeszcze bardziej niż zwykle, nie tylko poświęcając więcej uwagi samym dźwiękom, ale też przerwom między nimi. W efekcie powstała muzyka jednocześnie bardzo spontaniczna i doskonale przemyślana.

Longplay nie ma słabych punktów. Już na samym początku pojawia się jeden z najsłynniejszych utworów Milesa, przez wiele lat będący stałym punktem jego występów - "So What". Rozpoczęty pięknym wstępem Evansa, przechodzącym w genialny temat, zbudowany na zespołowym "call and response", po którym następują solowe popisy muzyków - najpierw prosta, lecz niezwykle efektowna solówka Davisa, następnie niesamowicie porywające solówki Coltrane'a i Cannonballa - by na koniec, tradycyjnie, wrócić do głównego tematu. "Freddie Freeloader" to energetyczny, dość prosty blues z chwytliwym tematem, lecz nie pozbawiony świetnych popisów solowych. Pierwszą stronę kończy prześliczna, czarująca fantastycznym klimatem ballada "Blue in Green", w której wiodącą rolę odgrywają partie Evansa, nie przypadkiem kojarzące się z twórczością Debussy'ego czy Satiego. Towarzyszą im subtelne dźwięki dęciaków (na których wyjątkowo grają tylko Davis i Coltrane), oraz bardzo delikatna gra sekcji rytmicznej. Najdłuższy na płycie "All Blues", z kolejnym świetnym tematem i ekscytującymi solówkami, udowadnia, że i Evans potrafił się odnaleźć w bardziej dynamicznym, bluesowym graniu. To jedyny utwór z albumu, oprócz "So What", który był wykonywany przez Milesa podczas koncertów. Finałowa ballada "Flamenco Sketches", zgodnie z tytułem inspirowana muzyką hiszpańską, to już praktycznie zapowiedź kolejnego przedsięwzięcia Davisa - albumu "Sketches of Spain".

Koniecznie muszę też wspomnieć o brzmieniu, które jest po prostu doskonałe. O ile na innych płytach z tamtych czasów wyraźnie słychać upływ czasu, tak tutaj brzmienie jest ponadczasowe. Trudno uwierzyć, że to nagrania sprzed prawie sześćdziesięciu lat, zarejestrowane za pomocą ledwie trzyśladowego magnetofonu. Nic a nic się nie zestarzały, równie dobrze mogłyby być nagrane jutro. Same kompozycje też w ogóle nie sprawiają wrażenia archaicznych. Wciąż brzmią tak samo świeżo i ekscytująco, jak ponad pół wieku temu - choć wtedy dodatkowo zachwycały nowatorstwem. Dziś już nie zadziwiają, bowiem większość późniejszego jazzu w mniejszym lub większym stopniu opiera się na rozwiązaniach i pomysłach z "Kind of Blue".

Podsumowanie? Chyba nie mam już nic do dodania. Nie wypada, bym polecał takie arcydzieło. To przecież jak polecanie wody lub powietrza. Po co zatem ta recenzja? Bo nie wypada także, by na stronie poważnie zajmującej się muzyką nie było obszernego opisu takiego dzieła.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Kind of Blue" (1959)

1. So What; 2. Freddie Freeloader; 3. Blue in Green; 4. All Blues; 5. Flamenco Sketches

Skład: Miles Davis - trąbka; John Coltrane - saksofon; Julian "Cannonball" Adderley - saksofon (1,2,4,5); Bill Evans - pianino (1,3-5); Wynton Kelly - pianino (2); Paul Chambers - kontrabas; Jimmy Cobb - perkusja
Producent: Teo Macero i Irving Townsend


7 sierpnia 2017

[Recenzja] Tim Buckley - "Happy Sad" (1969)



Tim Buckley to ciekawy przykład artysty, który odnosił komercyjne sukcesy, lecz jego twórczość zwykle spotykała się z niezrozumieniem . Tak naprawdę dopiero po jego śmierci nagrane przez niego albumy zyskały status kultowych. Częściowo przyczyniła się do tego popularność, jaką w latach 90. zdobył jego syn, Jeff. A poniekąd także ludzkie zamiłowanie do dramatu - obaj Buckleyowie zmarli w młodym wieku, obaj w tragicznych okolicznościach. Tim, mający już za sobą problemy z narkotykami, nieświadomie zażył zabójczą dawkę heroiny, podaną przez jednego z jego przyjaciół. Jeff utopił się podczas kąpieli w rzece.

Z twórczością Tima Buckleya warto jednak zapoznać się dla niej samej. Muzyk zadebiutował w 1966 roku eponimicznym albumem, który choć pokazywał jego nieprzeciętne umiejętności wokalne, to muzycznie nie wyróżniał się niczym na tle innych folkowych wydawnictw z tamtych czasów. Już rok później ukazał się kolejny longplay, "Goodbye and Hello", zawierający nie tylko lepsze kompozycje (jak np. "Phantasmagoria in Two" czy "I Never Asked to Be Your Mountain"), ale także pokazujący większe ambicje muzyka. Warto wyróżnić przede wszystkim rozbudowany utwór tytułowy, pełen zmian tempa i nastrojów, zachwycający bogactwem motywów. Mimo folkowej, akustycznej aranżacji, będący swego rodzaju zapowiedzią rocka progresywnego... Album osiągnął nieznaczny sukces komercyjny, a krytycy zaczęli porównywać Buckleya do Dylana. On sam się z tym nie zgadzał, twierdząc, że nie jest nawet muzykiem folkowym, a jazzmanem. Co ciekawe, ta deklaracja znalazła potwierdzenie na jego następnym dziele, wydanym w 1969 roku "Happy Sad".

"Happy Sad" to przełomowy album w dorobku Buckleya, który po raz pierwszy samodzielnie stworzył wszystkie utwory (wcześniej część tekstów pisał mu Larry Beckett). Choć longplay okazał się jego największym komercyjnym sukcesem (dochodząc do 81. miejsca na liście Billboardu), zawarta na nim muzyka jest znacznie bardziej eksperymentalna, niż na poprzednich wydawnictwach, choć jeszcze nie tak awangardowa, jak na kolejnych. Na albumie przeważają dość długie, rozbudowane kompozycje (tylko jedna trwa poniżej pięciu minut, a dwie najdłuższe przekraczają dziesięć minut). Warstwa instrumentalna zdominowana jest przez dźwięki wibrafonu, którym towarzyszą partie akustycznego basu, bogate brzmienia perkusyjne, oraz nierzadko schowane w tle gitary. Wspomniana inspiracja jazzem najbardziej słyszalna jest w otwierającym album "Strange Feelin'", zbudowanym na melodii "All Blues" Milesa Davisa, a także w wielowątkowym "Love from Room 109 at the Islander" i prześlicznej balladzie "Dream Letter". Poruszające partie wokalne w tych dwóch ostatnich potwierdzają ogromny talent Tima. Pełnie jego wokalnych możliwości można natomiast podziwiać w dwunastominutowym "Gypsy Woman", wyróżniającym się bardzo swobodnym, jamowym charakterem. Nie brakuje tu jednak prostszych, bardziej piosenkowych utworów, czego dowodem bardzo melodyjny "Buzzin' Fly", oraz przypominający o folkowych korzeniach muzyka, niespełna trzyminutowy "Sing a Song for You".

"Happy Sad" to bardzo piękny album. Ambitny, dość eksperymentalny, ale niespecjalnie trudny w odbiorze - w każdym razie nie dla osób choć trochę osłuchanych z folkiem i jazzem. A nie ma przecież żadnego racjonalnego powodu, by rockowi słuchacze bali się tych gatunków. Przy całej ich różnorodności, każdy powinien znaleźć w nich coś dla siebie. 

Ocena: 8/10



Tim Buckley - "Happy Sad" (1969)

1. Strange Feelin'; 2. Buzzin' Fly; 3. Love from Room 109 at the Islander (On Pacific Coast Highway); 4. Dream Letter; 5. Gypsy Woman; 6. Sing a Song for You

Skład: Tim Buckley - wokal i gitara; Lee Underwood - gitara i instr. klawiszowe; John Miller - bass; David Friedman - wibrafon, marimba i instr. perkusyjne; Carter Collins - kongi
Producent: Zal Yanovsky i Jerry Yester


4 sierpnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "The construKction of light" (2000)



"The construKction of light" to prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjny studyjny album King Crimson, często uznawany po prostu za najsłabszy. Zespół przystąpił do jego nagrywania w drugiej połowie 1999 roku, po zakończeniu koncertowania jako tzw. "ProjeKcty". W składzie zabrakło Billa Bruforda i Tony'ego Levina. Pierwszy z nich odszedł z powodu narastającego konfliktu z Robertem Frippem, oraz różnic artystycznych (coraz bardziej nużyło go granie rocka, chciał realizować swoje jazzowe ambicje); drugi natomiast zaangażował się w pomoc innym wykonawcom jako muzyk sesyjny i koncertowy, przez co nie miał już czasu dla Crimson. Mało brakowało, a z zespołu odszedłby także Adrian Belew, pesymistycznie nastawiony do przyszłości zespołu i zmęczony dyktaturą Frippa. Ostatecznie jednak dał się odwieść od swojego zamiaru. W składzie pozostali także Trey Gunn i Pat Mastelotto. Fripp żartobliwie określił to wcielenie grupy jako "podwójny duet".

"The construKction of light" pod względem brzmienia jest najbardziej przytłaczającym, najcięższym i najbrzydszym albumem King Crimson. Wynika to po części z jego masteringu - wszystkie ścieżki instrumentalne i wokalne są tak samo głośne, czego efektem jest brak dynamiki i irytujące natężenie dźwięku. Ale jest też wynikiem samych kompozycji, rozwijających pomysły, jakie narodziły się podczas koncertowych improwizacji "ProjeKctów". Jest to zatem granie bardzo eksperymentalne, pokręcone, pozbawione wyraźnych struktur, a często zupełnie niemelodyczne. Gitary są mocno przesterowane lub przetworzone innymi efektami, perkusja brzmi elektronicznie, a w tle czasem pojawiają się ambientowe klawisze. Znaczna część albumu jest instrumentalna, a gdy już pojawia się wokal Belewa, to zawsze elektronicznie zmodyfikowany na różne sposoby.

Najgorsze jednak, że zespół wyraźnie nie miał wystarczająco pomysłów, by zapełnić cały album. Świadczą o tym... nowe opracowania starych pomysłów. Dziewięciominutowy "FraKctured" to nic innego, jak wariacje na temat solówki Frippa z "Fracture" (utworu z wydanego w 1974 roku "Starless and Bible Black"), bardzo zresztą monotonne i nużące. Z kolei trwająca blisko kwadrans (razem z wyróżnioną jako osobny utwór kodą) czwarta odsłona "Larks' Tongues in Aspic" sprawia wrażenie przypadkowego zlepku różnych motywów. To takie granie dla samego grania, gdzie muzycy popisują się swoimi technicznymi umiejętnościami, ale absolutnie nic z tego nie wynika. Dopiero podczas wspomnianej kody ("Coda: I Have a Dream") utwór nabiera bardziej konkretnego kształtu, ale te kilka ostatnich minut nie jest już w stanie go uratować. Te dwa długie utwory to razem blisko połowa całego albumu. Dwadzieścia pięć minut zbytecznego, zupełnie nieinspirującego grania.

Nieco ciekawiej prezentuje się reszta longplaya. Bardzo dobre wrażenie wywołuje tytułowy "The ConstruKction of Light", z intrygująco przeplatającymi się partiami dwóch gitar, których czyste brzmienie wywołuje natychmiastowe skojarzenia z "Kolorową trylogią". W ostatniej części utworu (wyróżnionej na płycie jako osobna ścieżka) pojawia się bardzo chwytliwa partia wokalna Belewa - jest to jedyny tak melodyjny fragment albumu. No dobrze, jest jeszcze "Into the Frying Pan", udający konwencjonalną rockową piosenkę, ale ani przez chwilę nią nie będący. Melodia jest tu całkiem nośna, lecz muzycy nie zrezygnowali ze zgrzytliwego, przetworzonego brzmienia i swojej skłonności do udziwniania. Nieźle wypada także otwierający całość "ProzaKc Blues" - crimsonowa, a więc mocno zakręcona, wersja bluesa. Utwór opiera się na zaskakująco, w kontekście tego longplaya, wyrazistym motywie. Wyróżnia się także kuriozalną partią wokalną, wyraźnie inspirowaną Captainem Beefheartem. Całości dopełnia "The World's My Oyster Soup Kitchen Floor Wax Museum", czyli - jak można domyślić się po samym tytule - najbardziej zwariowany kawałek, tak muzycznie, jak i wokalnie.

A tak, jest jeszcze bonusowy "Heaven and Earth", bardzo elektroniczny, momentami wręcz ambientowy. To zapowiedź tak samo zatytułowanego albumu, wydanego jeszcze w tym samym roku, pod szyldem ProjeKct X. Zawarte są na nim improwizacje (włącznie z nieznacznie dłuższą wersją "Heaven and Earth") zarejestrowane podczas sesji nagraniowej "The construKction of light", charakteryzujące się jeszcze bardziej eksperymentalnym charakterem. Słychać w tej muzyce silne wpływy ówczesnej elektroniki - ambientu, industrialu, IDMu (czyli Intelligent Dance Music). Bardziej rockowe, gitarowe dźwięki pojawiają się tylko w niektórych nagraniach. Dla stricte rockowych słuchaczy taka muzyka może być niesłuchalna. Jednak bez wątpienia jest ona bardziej intrygująca i inspirująca, niż połowa materiału z albumu wydanego jako King Crimson.

W chwili wydania "The construKction of light" był najsłabszym albumem opublikowanym pod nazwą King Crimson. Poziom zaniżają dwa najdłuższe, przekombinowane utwory. Gdyby je usunąć, zostałaby cztery solidne kompozycje - w sam raz na porządną EPkę, zasługującą na zdecydowanie wyższą ocenę. Ewentualnie, repertuaru mogłyby dopełnić elektroniczne eksperymenty z "Heaven and Earth" - ale to mogłoby negatywnie wpłynąć na spójność całości, powstał by album o dwóch zupełnie różnych obliczach.

Ocena: 6/10

Ocena "Heaven and Earth": 7/10



King Crimson - "The construKction of light" (2000)

1. ProzaKc Blues; 2. The ConstruKction of Light; 3. Into the Frying Pan; 4. FraKctured; 5. The World's My Oyster Soup Kitchen Floor Wax Museum; 6. Larks' Tongues in Aspic (Part Four); 7. Coda: I Have a Dream; 8. Heaven and Earth

Skład: Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Adrian Belew - gitara i wokal; Trey Gunn - bass, Warr Guitar; Pat Mastelotto - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson


ProjeKct X - "Heaven and Earth" (2000)

1. The Business of Pleasure; 2. Hat in the Middle; 3. Side Window; 4. Maximizer; 5. Strange Ears (aging rapidly); 6. Overhead Floor Mats Under Toe; 7. Six O'Clock; 8. Superbottomfeeder; 9. One E And; 10. Two Awkward Moments; 11. Demolition; 12. Conversation Pit; 13. Cin Alayı; 14. Heaven and Earth; 15. Belew Jay Way

Skład: Robert Fripp - gitara, efekty; Adrian Belew - gitara, perkusja (3); Trey Gunn - bass, gitara barytonowa; Pat Mastelotto - perkusja, instr. perkusyjne, loopy
Producent: Pat Mastelotto i Bill Munyon