7 lipca 2017

[Recenzja] Nosferatu - "Nosferatu" (1970)



W ostatnim czasie w "Progresywnych Piątkach" pojawiały się wyłącznie zespoły z pierwszej ligi progrockowego mainstreamu. Dziś dla równowagi zaprezentuję coś zdecydowanie mniej znanego, choć równie interesującego. Bohaterem dzisiejszej recenzji jest niemiecki sekstet Nosferatu, istniejący przez krótki czas na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Zespół pozostawił po sobie zaledwie jeden album (i ani jednego utworu więcej), za to będący jedną z największych pereł tzw. nieznanego kanonu rocka (NKR). To ten sam poziom, co debiuty T2 i Lucifer's Friend. Nawet okładka jest równie zniechęcająca i niezapowiadająca niczego wybitnego (gdyby nie rok wydania, można by pomyśleć, że to dziełko jakiejś podrzędnej grupy metalowej). Nieco inna jest natomiast stylistyka. Mówiąc półżartem, tak mógłby grać King Crimson, gdyby po wydaniu "In the Wake of Poseidon" z zespołu odszedł Robert Fripp, a pozostali muzycy przyjęli na jego miejsce gitarzystę i organistę zapatrzonych w ówczesną hardrockową czołówkę.

"Nosferatu" to dojrzały debiut. Wpływy brytyjskiego proga, krautrocka, psychodelii, bluesa, jazzu i hard rocka mieszają się tutaj ze sobą, tworząc zaskakująco spójny i całkiem oryginalny styl. Muzycy nie od razu odkrywają wszystkie karty, bo całość rozpoczyna najkrótszy i najprostszy utwór - "Highway". Zadziorny i bardzo chwytliwy, napędzany energetyczną grą sekcji rytmicznej, stanowiącej tło dla gitarowo-organowych popisów (wywołujących skojarzenia z Deep Purple lub, nawet bardziej, Uriah Heep) i nieco krzykliwej partii wokalnej, która zarówno barwą, jak i sposobem artykulacji, przypomina śpiew Grega Lake'a. Świetne otwarcie, będące jednak ledwie przystawką przed tym, co dzieje się dalej. Już następny na trackliście "Willie the Fox" to ponad dziesięciominutowa kompozycja, zbudowana na kontraście przebojowych, dynamicznych części wokalnych z długim, klimatycznym zwolnieniem. Stricte rockowe instrumentarium świetnie dopełniane jest przez partie fletu i jazzującego saksofonu.

Niewiele krótsze są dwa kolejne utwory - oba przekraczają osiem minut. "Found My Home" opiera się na fantastycznie zintegrowanych partiach fletu, organów, gitary i sekcji rytmicznej. W długim instrumentalnym fragmencie każdy muzyk ma szansę na zaprezentowanie swoich umiejętności. Całości dopełnia świetna i znów bardzo chwytliwa partia wokalna. "No. 4" wyróżnia się bardziej ponurym nastrojem, charakterystyczną dla krautrocka, transową grą sekcji rytmicznej, oraz najbardziej jazzowymi partiami saksofonu. To także jedyny utwór, w którym zamiast organów pojawia się pianino, trochę łagodzące mroczny klimat. Dwa ostatnie utwory są już nieco krótsze, choć oba przekraczają sześć minut. "Work Day" to kolejna kompozycja zbudowana na dynamicznych kontrastach. Początek i zakończenie to intensywne, a zarazem melodyjne granie, zbudowane na gitarowo-saksofonowych riffach, zaś w środku pojawia się bardzo psychodeliczne zwolnienie. Słychać tu zarówno wpływ King Crimson (szczególnie w "lake'owej" partii wokalnej), jak i Uriah Heep. Rozpędzony finał albumu, "Vanity Fair", to z kolei świetne połączenie hardrockowego czadu z progresywno-jazzującymi partiami saksofonu. Podobnie jak poprzednie utwory, charakteryzuje się naprawdę świetną, przebojową melodią.

Jedyny album grupy Nosferatu to doskonały rockowy materiał, który powinien zainteresować zarówno słuchaczy prostszych, jak i bardziej ambitnych odmian stylu (dzięki połączeniu dobrych melodii i niebanalnej muzyki). Kompozycje i wykonanie są na naprawdę wysokim poziomie. Nawet brzmienie jest bardzo dobre. Zespół naprawdę miał predyspozycje, by stać się przynajmniej jednym z czołowych przedstawicieli niemieckiej sceny rockowej. Niestety, album został wydany w małym nakładzie, jedynie w ojczyźnie muzyków. A ponieważ wydawca całkowicie olał promocję (nie ukazał się żaden singiel), premiera longplaya została praktycznie niezauważona. Doprowadziło to do rychłego rozpadu zespołu. Dopiero po wielu latach, album zyskał uznanie wśród kolekcjonerów płyt i internetowych poszukiwaczy takich zapomnianych pereł. Dziś oryginalne wydanie longplaya jest warte fortunę (jedyny aktualnie dostępny egzemplarz na Discogs.com kosztuje... ponad 1800 euro). Na szczęście, dostępne są znacznie tańsze reedycje (zarówno winylowe, jak i kompaktowe), choć z ich dostępnością w Polsce może być problem.

Ocena: 9/10



Nosferatu - "Nosferatu" (1970)

1. Highway; 2. Willie the Fox; 3. Found My Home; 4. No. 4; 5. Work Day; 6. Vanity Fair

Skład: Michael Thierfelder - wokal; Michael Meixner - gitara; Reinhard Grohé - instr. klawiszowe; Christian Felke - saksofon i flet; Michael Kessler - bass; Byally Braumann - perkusja
Producent: Tony Hendrik


6 komentarzy:

  1. PurpleSabbath8 lipca 2017 01:16

    Doskonała mieszanka proga z hard rockiem i psychodelicznymi naleciałościami. To połączenie ciężkich gitar z fletem jest wprost niesamowite. Dzięki za kolejną wspaniałą rekomendacje!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nareszcie coś z pereł tzw"rarytasowego rocka"których listę podsyłąłem przy okazji jubileuszu bloga.Genialna płyta.Może teraz coś z podobnie wstrętną okładką ale wspaniałą zawartością CREATIVE ROCK - GORILLA?

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam te wszystkie hard rockowe NKRy, które Paweł wynajduje nie wiadomo skąd. Ta płyta jest jednak zupełnie czymś innym. Takiej wybuchowej mieszanki hard rocka z innymi stylami jeszcze nie słyszałem. Rany boskie, czego tu nie ma? Flet, saksofon i hammond to tego jeszcze gitara a wszystko doskonale ze sobą funkcjonuje. Np. taki Found My Home to majsterszyk, można słuchać bez końca tuch instrumentalnych popisów. No i piękny motyw na flecie... To jeden z najbardziej intrygujących numerów jakie ostatnio słyszałem. Albo genialny wręcz hipnotuzujący No.4 z klimatyczną partią saksofonu. Ta muzyka jest autentycznie niesamowita a bogactwo różnych brzmień zachwyca. Mnie za pierwszym razem nie weszło, ale po trzecim przesłuchaniu to już było to!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ten album - w przeciwieństwie do kilku innych - przypadł Ci do gustu ;) Faktycznie świetna muzyka. Już przy pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, że muszę mieć ten longplay w kolekcji.

      Usuń
  4. Oj tam, większość NKR-ów mi się podoba a niektóre wręcz uwielbiam. Jedynie Adam Blessing mi nie podszedł, ale jeszcze dam mu szansę. Zauważyłem, że te klimaty jazzowe zaczynają mi się coraz bardziej podoba co trochę mnie niepokoi :-) Ale jedna rzecz zwróciła jeszcze moją uwagę, otóż niemal na każdej płycie najsłabszym ogniwem jest wokal (oprócz Johna Lawtona z Lucifer`s Friend). Niestety wokaliści są bezbarwni i pozbawieni charyzmy. Oczywiście nie jest tak że nie nadaje się to do słuchania, bo aż tak źle nie jest. Ale łatwiej trafić na dobrego gitarzystę niż wokalistę, bo partie gitar zwykle są bardzo ciekawe. podsumowując, wielkie dzięki za te wszystkie NKRy!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się tak zastanowić, to u znanych zespołów też często najsłabszym ogniwem jest właśnie wokal.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.