25 lipca 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Giant Steps" (1960)



"Giant Steps" to kolejny wielki krok w karierze Johna Coltrane'a. Album ugruntował jego pozycję na scenie jazzowej. Po sukcesie, jaki osiągnął, Coltrane nie musiał już udzielać się na płytach innych wykonawców, mógł w końcu skupić się na własnej działalności. Większość longplaya została zarejestrowana podczas dwudniowej sesji, 4 i 5 maja 1959 roku. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej John i basista Paul Chambers brali udział w ostatniej sesji na słynny album Milesa Davisa, "Kind of Blue". Na "Giant Steps" towarzyszą im pianista Tommy Flanagan i perkusista Art Taylor (obaj brali udział w nagraniu wielu znaczących albumów jazzowych), z wyjątkiem utworu "Naima", zarejestrowanego podczas innej sesji, 2 grudnia 1959, w którym zagrali pianista Wynton Kelly i perkusista Jimmy Cobb (znani przede wszystkim z występu na... "Kind of Blue").

Większość tematów Coltrane skomponował w samotności. Pewnie dlatego część z nich zadedykował bliskim sobie osobom - kuzynce z którą się wychowywał ("Cousin Mary"), ówczesnej żonie ("Naima"), pasierbicy ("Syeeda's Song Flute"), a także Chambersowi ("Mr. P.C."). Wszystkie solówki zostały oczywiście zaimprowizowane. Coltrane przejął od Davisa metodę, aby nie ćwiczyć z zespołem utworów przed wejściem do studia. Dzięki tej spontaniczności, nagrania zachowywały świeżość i zyskiwały na żywiołowości. A to było szczególnie ważne tworząc taki album, jak "Giant Steps", składający się głównie z szybkich, bardzo ekspresyjnych utworów. Najlepszym przykładem jest finałowy "Mr. P.C." - ileż w tym nagraniu jest energii i żywiołowości. Przewodni motyw jest wręcz prekursorem hardrockowych riffów, porywające solówki Coltrane'a mają w sobie sporo agresji, a sekcja rytmiczna zapewnia odpowiednio ciężki podkład. Niemal tak samo ekspresyjnie wypada także tytułowy "Giant Steps", z typowymi dla Coltrane'a szybkimi zmianami akordów, będącymi kulminacją jego poszukiwań w zakresie harmonii. Dla gęstych partii Johna wymyślono nawet określenie "kotary dźwięku", które bardzo dobrze oddaje jego ówczesny styl gry. Ale album ma też łagodniejsze oblicze, choć odkryte tylko raz - w subtelnym i bardzo uroczym "Naima". Zarówno ten utwór, jak i tytułowy, stały się popularnymi standardami.

"Giant Steps" to niekwestionowana klasyka jazzu. John Coltrane stworzył na ten album jedne ze swoich najlepszych tematów, a cały zespół zachwyca świetnym zgraniem i wzajemną interakcją, prawdziwą wirtuozerią, oraz niesamowitą ekspresją (nie przypadkiem wielu rockowych wykonawców wymieniało Coltrane'a jako inspirację). A choć od premiery longplaya minęło prawie 60 lat, jego brzmienie w ogóle się nie zestarzało.

Ocena: 9/10



John Coltrane - "Giant Steps" (1960)

1. Giant Steps; 2. Cousin Mary; 3. Countdown; 4. Spiral; 5. Syeeda's Song Flute; 6. Naima; 7. Mr. P.C.

Skład: John Coltrane - saksofon; Paul Chambers - kontrabas; Tommy Flanagan - pianino (1-5,7); Art Taylor - perkusja (1-5,7); Wynton Kelly - pianino (6); Jimmy Cobb - perkusja (6)
Producent: Nesuhi Ertegün


5 komentarzy:

  1. Posłuchaj "Ascension" jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś :D Tam dopiero jest szaleństwo. Chyba nawet King Crimson nie panowało nad chaosem tak dobrze, jak Coltrane.

    Kojarzysz "The Black Saint and the Sinner Lady"? Myślę, że warto wspomnieć o tym krążku na blogu w ramach jazzowych recenzji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Szaleństwo" to dobre określenie dla "Ascension" i innych późnych albumów Coltrane'a ;)

      "The Black Saint..." słuchałem i pewnie kiedyś zrecenzuję. Nie jest to mój ulubiony album Mingusa.

      Usuń
  2. Też nie mogę doczekać się Mingusa.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam poczytałem Twojego bloga i podoba mi się chociaż od ok 20 lat siedzę w zasadzie tylko w jazzie ale przerabiałem prog rocka będąc młodym chłopakiem.

    Jeśli Mr PC jest epigonem hard rocka to co dopiero Haittian Fight Song Mingusa cholernie zabawne. Po drugie na tej sesji nie było ZESPOŁU a Coltrane napisał GIANT STEPS jako ćwiczenie na swój własny użytek. Jaki cieżki podkład błagam o czym mowa ??? To nie Black Sabbath. Naima Wynton Kelly gra na pianinie a bębni Jimmy Cobb. Lex Humphries i Cedar Walton byli również obecni odpowiednio drums i piano przymierzani do sesji ale ostały się tylko alternatywne tejki warto o tym napisać problem w tym że Coltrane wtedy nie miał |zespołu|, Classic Quartet wykrystalizował się troche później. Jedyne zastrzeżenie do tej sesji to takie e nie ma tu żadnej interakcji co stwierdził nawet sam zainteresowany. Coltrane improwizował w ok 30 procentach co i tak jest ewenementem bo progrockowcy robili to w 1 procencie. Poza tym w zasadzie wszystkie utwory z tej płyty stały się standardami jazzowymi i w każdej akademii muzycznej na całym świecie każdy instrumentalista musi umieć je zagrać Poza tym super robota !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze, nie napisałem "epigonem", tylko "prekursorem", co ma zupełnie odwrotne znaczenie. Jak na przełom lat 50./60. brzmi to bardzo ciężko i ekspresyjnie. Ale chodzi też o to, że gdyby temat z "Mr. P.C." został zagrany nuta w nutę na rockowym instrumentarium, to mielibyśmy wzorowy hardrockowy riff. Quicksilver Messenger Service zrobili tak z "Take Five" Dave Brubeck Quartet, szkoda, że żaden rockowy wykonawca nie wpadł na pomysł przerobienia kompozycji Coltrane'a.

      Po drugie, o udziale Kelly'ego i Cobba jest mowa w pierwszym akapicie.

      Po trzecie, zespół w znaczeniu grupa muzyków biorąca udział w nagraniach, a niekoniecznie związana ze sobą na dłużej.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.