31 lipca 2017

[Recenzja] Jefferson Airplane - "Surrealistic Pillow" (1967)



Jefferson Airplane to, obok Grateful Dead i Quicksilver Messenger Service, najważniejszy przedstawiciel psychodelicznej sceny San Francisco. Zespół zadebiutował najwcześniej z całej trójki, bo już w 1966 roku, albumem "Takes Off". Nie ma jednak co ukrywać, że to bardzo średnie wydawnictwo, niczym się nie wyróżniające na tle ówczesnego rocka. Dopiero drugi album, opublikowany w lutym 1967 roku "Surrealistic Pillow", okazał się artystycznym (i komercyjnym) sukcesem. To właśnie na nim grupa zwróciła się w stronę bardziej psychodelicznego grania, stając się jednym z najbardziej wpływowych wykonawców w tym nurcie.

Na sukces albumu bez wątpienia miało wpływ dołączenie charyzmatycznej wokalistki Grace Slick. Co prawda, samodzielnie zaśpiewała tylko w dwóch utworach, zresztą pochodzących z repertuaru jej poprzedniej grupy, The Great Society. Jednak to właśnie te dwa utwory - niesamowicie chwytliwy "Somebody to Love" i nieco posępny "White Rabbit" - uczyniły z zespołu prawdziwą gwiazdę, stając się jednymi z najsłynniejszych, a może po prostu najsłynniejszymi, hymnami hippisowskiego rocka. Zarówno ich muzyka, jak i teksty (pierwszy miłosny, drugi narkotyczny, inspirowany "Alicją w Krainie Czarów"), perfekcyjnie oddają ducha tamtych czasów - czasów flower-power.

Reszta albumu nieco ginie w cieniu tych dwóch przebojów. Niesłusznie, bo to równie interesujące granie. Dużo tutaj utworów o bardzo folkowym zabarwieniu i naprawdę ładnych melodiach ("My Best Friend", "Today", "Comin' Back to Me", "D.C.B.A.-25", "How Do You Feel", oraz instrumentalny "Embryonic Journey"). To jakby rozwinięcie folkowo-psychodelicznych eksperymentów The Byrds. Ale mamy tu także zdecydowanie rockową psychodelię ze szkoły The 13th Floor Elevators, z ostrzejszym, "kwaśnym" brzmieniem gitar ("She Has Funny Cars", "3/5 of a Mile in 10 Seconds", "Plastic Fantastic Lover", oraz oczywiście "Somebody to Love"). W obu wcieleniach grupa zachowuje swój własny charakter, dzięki czemu album brzmi bardzo spójnie i przemyślanie.

Ciekawostką jest gościnny udział Jerry'ego Garcii, gitarzysty Grateful Dead, który nie tylko zagrał w kilku utworach, ale także - zgodnie z opisem na okładce - był "doradcą duchowym". Biorąc pod uwagę zamiłowanie członków Wdzięcznego Nieboszczyka do środków psychoaktywnych, można się domyślać jakiego jeszcze udzielał wsparcia.

"Surrealistic Pillow" to prawdziwa esencja amerykańskiego rocka psychodelicznego. Nie byłoby co prawda tego albumu (na pewno nie w takim kształcie), gdyby nie wydane w poprzednim roku "Fifth Dimension" Byrdsów i "The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators", jednak każdy z nich miał inny charakter, wynikający z innych muzycznych korzeni ich twórców. Dopiero dzieło Jefferson Airplane stało się katalizatorem, łączącym folkową psychodelię z psychodelią garażową, tworząc styl, rozwijany później przez niezliczonych wykonawców. Za samą przyjemność ze słuchania zawartej tutaj muzyki dałbym ocenę 8, ale ze względu na historyczną wartość przyznaję dodatkowy punkt.

Ocena: 9/10



Jefferson Airplane - "Surrealistic Pillow" (1967)

1. She Has Funny Cars; 2. Somebody to Love; 3. My Best Friend; 4. Today; 5. Comin' Back to Me; 6. 3/5 of a Mile in 10 Seconds; 7. D.C.B.A.-25; 8. How Do You Feel; 9. Embryonic Journey; 10. White Rabbit; 11. Plastic Fantastic Lover

Skład: Marty Balin - wokal (1,3-5,11) i gitara; Grace Slick - wokal (1-3,7,10), instr. klawiszowe, flet; Paul Kantner - wokal (3,7,8) i gitara; Jorma Kaukonen - gitara; Jack Casady - bass, gitara; Spencer Dryden - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jerry Garcia - gitara (4,5,11)
Producent: Rick Jarrard


15 komentarzy:

  1. Ja 'JA' nie lubię. Grace Slick to dla mnie taka tamtejsza Mira Kubasińska, a dodatkowo maksymalnie wkurza mnie "Somebody to Love". Sieczka bumbum na perkusji.

    Jednak nie to jest klu dzisiejszego komentarza. Polecam Ci kraut jazzową płytę trębacza Manfreda Schoof "European Echoes". A z psychodelików Purple Image self titled i "Them Changes" Buddy Miles'a - ale ten drugi to bardziej funk. Coby przyjemniej się upalało ;)

    Mam nadzieję, że się Panu sposoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za propozycje ;) Dodałem wszystkie do playlist z albumami do przesłuchania. Z ostatniego słuchałem kiedyś fragmentów (w końcu B.M. to perkusista z mojego ulubionego albumu Hendrixa), ale nie zainteresowały mnie.

      Usuń
    2. Przecież ten Schoof to jest radykalny, szwabski free jazz, nie żaden kraut :P Swoją drogą to może i najbardziej, powiedzmy, niepozostawiająca nikogo obojętnym płyta Schoofa, ale kilka późniejszych, w zupełnie innym stylu (Scales, Light Lines, ) jest dużo lepszych jak dla mnie...

      Usuń
    3. No właśnie, po co wymyślać własne nazwy na coś, co już ma nazwę?

      Usuń
    4. właśnie - szwabski - czyli kraut ;)

      Usuń
  2. Czy będziesz w przyszlości recenzował płyty krautrockowe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem możliwe ;) Już zresztą recenzowałem Kin Ping Meh i Nosferatu, które zaliczane są do krautrocka (według mnie na wyrost, zwłaszcza ten drugi).

      Usuń
    2. Co sądzisz o The Beach Boys z ery Pet Sounds i o późniejszych albumach tego zespołu.

      Usuń
    3. The Beach Boys to banalne, wesołe melodyjki i praktycznie nic więcej ;) "Pet Sounds" na tle ich twórczości wyróżnia się nieco bardziej ambitnym podejściem. Ale jak pominąć tą całą otoczkę (koncept, bogatsze aranżacje), to zostaje niewiele więcej, niż na innych ich "dziełach".

      Usuń
  3. Kraut krautem, ale mam pytanie jeszcze odleglejsze od tematu recenzji - co sądzisz o surf-rocku (tym instrumentalnym, nie zaś o banalnej muzyczce ze słodkimi wokalami jak Bitch Boys sprzed "Pet Sounds")

    Taki motyw przewija się bowiem na mojej płycie... i jestem ciekaw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie miałbym o tym negatywne zdanie, gdybym to znał.

      Usuń
    2. Na pewno znasz główny, instrumentalny, motyw z filmu Pulp Fiction. A jak nie znasz zarówno motywu (wątpię) jak i filmu to przekąś Royale'a i obejrzył bo było nie było to klasyka (aczkolwiek z wiekiem coraz mniejsze wrażanie robił na mnie ten film)

      tak czy siak Dick Dale, który stoi za tym utworem to twórca surf rocka.

      Usuń
  4. A konkretnie o kogo biega? Trashmen? Surfaris?
    peiter

    OdpowiedzUsuń
  5. Ostatnio mi się przyśniło, że "After Bathing at Baxter's" oceniłeś na 10. Pewnie w życiu tak nie będzie/by nie było?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nawet ja nie mam snów o ocenianiu :D Nie, nie oceniłem tak tego albumu, ani nie ocenię.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.