26 lipca 2017

[Recenzja] Breakout - "Karate" (1972)



"Karate" to bezpośrednia kontynuacja albumu "Blues". Niestety, w międzyczasie z zespołu odszedł Dariusz Kozakiewicz. Pozostali muzycy zdecydowali się nie przyjmować nikogo na jego miejsce. W rezultacie, jedynym grającym tutaj gitarzystą jest Tadeusz Nalepa. Do jego gry ciężko się przyczepić, do perfekcji opanował bluesowe zagrywki, lecz jego solówki nie są aż tak porywające, jak te grane przez Kozakiewicza. Brak drugiej gitary ma też jednak pewien pozytywny skutek - dzięki temu sekcja rytmiczna dostała więcej przestrzeni do wypełnienia. Wyraziste partie basu Jerzego Goleniewskiego nie pełnią wyłącznie funkcji rytmicznej, ale także - a może i przede wszystkim - melodyczną.

Nagrywając ten album, zespół wyraźnie był pod silnym wpływem muzyki Fleetwood Mac z Peterem Greenem, co słychać w takich utworach, jak "Daje ci próg", "Śliska dzisiaj droga" i zwłaszcza w klasycznym 12-taktowym bluesie "Nocą puka ktoś". Ten ostatni brzmi wręcz jak polskojęzyczna wersja "Need Your Love So Bad" - utworu oryginalnie nagranego przez Little Williego Johna, ale rozpopularyzowanego właśnie przez Fleetwood Mac. Zespół nie ogranicza się jednak do jednej odmiany bluesa. "Takie moje miasto jest" zahacza o boogie, a "Jest gdzieś taki dom" to klasyczny akustyczny blues. Z kolei "Zaprowadzić ciebie muszę tam" przywodzi na myśl jazzujące utwory Ten Years After, a "Rzeka dzieciństwa" ma w sobie coś z koncertowych nagrań The Allman Brothers Band lub Rory'ego Gallaghera (aczkolwiek zachowuje "piosenkową" formę). Jest też odrobina hardrockowego riffowania w tytułowym instrumentalu "Karate", wyróżniającym się mocno jamowym charakterem (znalazło tu nawet krótkie solo na bębnach). Natomiast bardzo melodyjny "Powiedzmy to" - świetnie zinterpretowany wokalnie przez Nalepę, a w warstwie muzycznej zdominowany przez gitarę akustyczną i harmonijkę - może kojarzyć się z twórczością Johna Mayalla z okresu "The Turning Point".

"Karate" oceniam odrobinę słabiej, niż "Blues". Zabrakło elementu zaskoczenia, album nie wnosi nic nowego do twórczości zespołu. To jednak wciąż solidna porcja naprawdę dobrej muzyki, czerpiącej z najbardziej szlachetnych wzorców.

Ocena: 8/10



Breakout - "Karate" (1972)

1. Daję ci próg; 2. Takie moje miasto jest; 3. Nocą puka ktoś; 4. Powiedzmy to; 5. Rzeka dzieciństwa; 6. Jest gdzieś taki dom; 7. Śliska dzisiaj droga; 8. Zaprowadzić ciebie muszę tam; 9. Karate

Skład: Tadeusz Nalepa - wokal i gitara; Jerzy Goleniewski - bass; Józef Hajdasz - perkusja; Tadeusz Trzciński - harmonijka; Mira Kubasińska - marakasy
Producent: Janusz Urbański


14 komentarzy:

  1. Z treści wynika, że jest tu strasznie dużo zapożyczeń. Czy aby ocena nie jest podwyższona okolicznościami historycznymi? Bo to wydaje się być podobna sytuacja jak w wypadku Still Got The Blues i After Hours

    "Jerzy'ego"?

    sól na bębnach chyba bardzo nie lubisz :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blues polega na zapożyczeniach. Nie ma nic złego w inspirowaniu się innymi, dopóki nie popełnia się ewidentnego plagiatu - a tutaj jest tylko jeden taki moment.

      Z tym Jerzym to faktycznie wpadka. Za bardzo przywykłem do pisania o zagranicznych wykonawcach i odmiany tamtejszych imion ;)

      Nie znoszę długich solówek perkusyjnych. Jako taki krótki przerywnik mi nie przeszkadzają.

      Usuń
    2. A jak oceniasz to solo perkusyjne - pozytywnie? Jak dla mnie jest świetne.

      Usuń
    3. a jest jakieś solo perk. które oceniasz jako bezbłędne/porywające/genialne (i synonimy)/

      Usuń
    4. Nie, to za mocne słowa. W jazzie jest mnóstwo dobrych solówek perkusyjnych. Z perkusistów grających w rockowych zespołach tylko Ginger Baker (czyli muzyk mający jazzowe doświadczenie) potrafi mnie zainteresować swoją grą, ale nie aż tak, bym w pewnym momencie jego kilkunastominutowych popisów nie poczuł znużenia.

      Usuń
    5. Chyba naprawdę - w przeciwieństwie do mnie - nie lubisz tego instrumentu :) A solo z "Karate" wg mnie nie ustępuje wcale wielu popisom Bakera.

      Usuń
    6. To nie kwestia nielubienia perkusji, tylko granych na niej solówek. Po pierwsze dlatego, że perkusjonalia to jedyna grupa instrumentów, na których nie da się zagrać melodii. Po drugie dlatego, że prawie zawsze są grane bez udziału innych instrumentów, co potęguje (moje) wrażenie bezsensownego, chaotycznego hałasu. Nie rozumiem dlaczego się tak przyjęło - przecież solówki na gitarach czy klawiszach w zdecydowanej większości są grane z akompaniamentem innych instrumentów, a perkusyjne praktycznie nigdy. I dlatego jest to dla mnie cholernie nudne.

      Usuń
    7. A ja lubię, bo to właśnie takie nietypowe, i uwielbiam odgłos brzmienia bębnów :)

      Usuń
    8. Tak bardzo nietypowe, że praktycznie na każdym rockowym, bluesowym i jazzowym koncercie może je usłyszeć ;) No, przynajmniej na koncertach zespołów zaczynających w latach 60./70.

      Usuń
    9. Chodziło mi o tą nietypowość którą wskazałeś, że na perkusji nie da się zagrać melodii - a mimo to są na nich solówki :)

      Usuń
  2. Moim zdaniem solówki Neila Pearta z Rush też nie są nudne i ja w nich słyszę melodię :-) A solówki z akompaniamentem a właściwie podkładem puszczanym z taśmy to grał Cozy Powell.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat było strasznie kiczowate.

      Dobrze rozwiązali to muzycy Quicksilver Messenger Service w "Who Do You Love" z "Happy Trails", gdzie podczas sola perkusisty w tle cały czas słychać gitarę, dzięki czemu zachowana jest ciągłość i spójność utworu.

      Usuń
  3. Ale chyba jeszcze nikt w czasie solówki perkusyjnej nie grał podkładu na hammondach. Ale to mogłoby brzmieć!!! Chyba że coś mi umknęło...:-)

    OdpowiedzUsuń