31 lipca 2017

[Recenzja] Jefferson Airplane - "Surrealistic Pillow" (1967)



Jefferson Airplane to, obok Grateful Dead i Quicksilver Messenger Service, najważniejszy przedstawiciel psychodelicznej sceny San Francisco. Zespół zadebiutował najwcześniej z całej trójki, bo już w 1966 roku, albumem "Takes Off". Nie ma jednak co ukrywać, że to bardzo średnie wydawnictwo, niczym się nie wyróżniające na tle ówczesnego rocka. Dopiero drugi album, opublikowany w lutym 1967 roku "Surrealistic Pillow", okazał się artystycznym (i komercyjnym) sukcesem. To właśnie na nim grupa zwróciła się w stronę bardziej psychodelicznego grania, stając się jednym z najbardziej wpływowych wykonawców w tym nurcie.

Na sukces albumu bez wątpienia miało wpływ dołączenie charyzmatycznej wokalistki Grace Slick. Co prawda, samodzielnie zaśpiewała tylko w dwóch utworach, zresztą pochodzących z repertuaru jej poprzedniej grupy, The Great Society. Jednak to właśnie te dwa utwory - niesamowicie chwytliwy "Somebody to Love" i nieco posępny "White Rabbit" - uczyniły z zespołu prawdziwą gwiazdę, stając się jednymi z najsłynniejszych, a może po prostu najsłynniejszymi, hymnami hippisowskiego rocka. Zarówno ich muzyka, jak i teksty (pierwszy miłosny, drugi narkotyczny, inspirowany "Alicją w Krainie Czarów"), perfekcyjnie oddają ducha tamtych czasów - czasów flower-power.

Reszta albumu nieco ginie w cieniu tych dwóch przebojów. Niesłusznie, bo to równie interesujące granie. Dużo tutaj utworów o bardzo folkowym zabarwieniu i naprawdę ładnych melodiach ("My Best Friend", "Today", "Comin' Back to Me", "D.C.B.A.-25", "How Do You Feel", oraz instrumentalny "Embryonic Journey"). To jakby rozwinięcie folkowo-psychodelicznych eksperymentów The Byrds. Ale mamy tu także zdecydowanie rockową psychodelię ze szkoły The 13th Floor Elevators, z ostrzejszym, "kwaśnym" brzmieniem gitar ("She Has Funny Cars", "3/5 of a Mile in 10 Seconds", "Plastic Fantastic Lover", oraz oczywiście "Somebody to Love"). W obu wcieleniach grupa zachowuje swój własny charakter, dzięki czemu album brzmi bardzo spójnie i przemyślanie.

Ciekawostką jest gościnny udział Jerry'ego Garcii, gitarzysty Grateful Dead, który nie tylko zagrał w kilku utworach, ale także - zgodnie z opisem na okładce - był "doradcą duchowym". Biorąc pod uwagę zamiłowanie członków Wdzięcznego Nieboszczyka do środków psychoaktywnych, można się domyślać jakiego jeszcze udzielał wsparcia.

"Surrealistic Pillow" to prawdziwa esencja amerykańskiego rocka psychodelicznego. Nie byłoby co prawda tego albumu (na pewno nie w takim kształcie), gdyby nie wydane w poprzednim roku "Fifth Dimension" Byrdsów i "The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators", jednak każdy z nich miał inny charakter, wynikający z innych muzycznych korzeni ich twórców. Dopiero dzieło Jefferson Airplane stało się katalizatorem, łączącym folkową psychodelię z psychodelią garażową, tworząc styl, rozwijany później przez niezliczonych wykonawców. Za samą przyjemność ze słuchania zawartej tutaj muzyki dałbym ocenę 8, ale ze względu na historyczną wartość przyznaję dodatkowy punkt.

Ocena: 9/10



Jefferson Airplane - "Surrealistic Pillow" (1967)

1. She Has Funny Cars; 2. Somebody to Love; 3. My Best Friend; 4. Today; 5. Comin' Back to Me; 6. 3/5 of a Mile in 10 Seconds; 7. D.C.B.A.-25; 8. How Do You Feel; 9. Embryonic Journey; 10. White Rabbit; 11. Plastic Fantastic Lover

Skład: Marty Balin - wokal (1,3-5,11) i gitara; Grace Slick - wokal (1-3,7,10), instr. klawiszowe, flet; Paul Kantner - wokal (3,7,8) i gitara; Jorma Kaukonen - gitara; Jack Casady - bass, gitara; Spencer Dryden - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jerry Garcia - gitara (4,5,11)
Producent: Rick Jarrard


28 lipca 2017

[Recenzja] Czesław Niemen - "Enigmatic" (1969)



Zaczęło się od żartu. W trakcie Festiwalu w Sopocie w 1968 roku, Wojciech Młynarski powiedział do Czesława Niemena następujące słowa: gdybyś tak skrobnął muzykę do wiersza Norwida "Bema pamięci żałobny rapsod", to byłoby dopiero coś. Niemen postanowił podjąć wyzwanie. Tak narodził się pomysł na album "Enigmatic", składający się z wokalno-muzycznych interpretacji wierszy kilku polskich poetów. Oprócz wspomnianego dzieła Cypriana Kamila Norwida, Niemen wziął na warsztat także twórczość Adama Asnyka ("Jednego serca"), Tadeusza Kubiaka ("Kwiaty ojczyste"), oraz Kazimierz Przerwa-Tetmajer ("Mów do mnie jeszcze"), do których samodzielnie napisał muzykę.

Było to najbardziej ambitne, także pod względem muzycznym, dzieło w jego dotychczasowej karierze. Longplay powszechnie uznawany jest za pierwszy polski album w stylistyce rocka progresywnego. Trudno temu zaprzeczyć (ba, to jeden z pierwszych progrockowych albumów w ogóle), aczkolwiek Niemen nie zrywa tu całkiem ze swoją przeszłością. To tak naprawdę album z okresu przejściowego, pomiędzy bigbitowo-soulowym Niemenem z poprzednich płyt, a tym już prawdziwie progrockowo-eksperymentalnym z kolejnych. Znajduje to potwierdzenie nawet w składzie biorącym udział w nagraniach - z jednej strony udzielają się tutaj muzycy jazzowi (perkusista Czesław Bartkowski, saksofoniści Michał Urbaniak i Zbigniew Namysłowski), a z drugiej - popowy chórek Alibabki.

Pierwsza strona winylowego wydania została w całości przeznaczona na "Bema pamięci żałobny rapsod" - ponad szesnastominutowy utwór, składający się z trzech wyraźnie odrębnych, lecz zachowujących spójność, części. W pierwszej słychać wyłącznie chór, organy Hammonda i dzwony, co tworzy podniosły, niemalże mszalny nastrój. Środkowa, instrumentalna część przypomina eksperymenty Pink Floyd z tamtego okresu, szczególnie z kompozycji "A Saucerful of Secrets". I w końcu ostatnia, najdłuższa część, która zachowując podniosły nastrój, zawiera więcej rockowej ekspresji, dzięki grze sekcji rytmicznej, gitarowym solówkom Tomasza Jaśkiewicza, oraz pełnej pasji partii wokalnej Niemena. To naprawdę wyjątkowy utwór, który ciężko do czegokolwiek porównać (z wyjątkiem środkowej części).

Druga strona już tak wyjątkowa nie jest. "Jednego serca" w warstwie instrumentalnej wypada naprawdę dobrze, zdradza inspirację bluesem i - ze względu na rozbudowane partie dęciaków - grupą Colosseum. Nie najgorzej pasuje tutaj partia wokalna Niemena, przypominająca o jego fascynacji soulem. Ale już chórki Alibabek, dodające utworowi jarmarcznego charakteru, są kompletnie nie na miejscu. W identyczny sposób zepsuto "Kwiaty ojczyste" - w warstwie muzycznej znów udany, jeszcze bardziej bluesowy, z niemal hendrixowskim wstępem i jazzującymi solówkami na saksofonie. Jednak odpustowe wokalizy Alibabek są tak żenujące, że całkowicie odbierają mi przyjemność ze słuchania tego utworu. Kończąca całość, rockowo-soulowa ballada "Mów do mnie jeszcze", wypada przyjemnie, lecz nie wyróżnia się niczym szczególnym. Przynajmniej chórki są mniej nachalne, dzięki czemu nie irytują tak bardzo, jak w dwóch poprzednich utworach.

"Enigmatic" to album zasługujący na poznanie przede wszystkim ze względu na bardzo oryginalny i intrygujący "Bema pamięci żałobny rapsod". Pozostałe utwory są niestety nieudanym mezaliansem zachodniego rocka z polską jarmarcznością. Choć gdyby nie te okropne chórki, śmiało można by powiedzieć, że to album na światowym poziomie. Oczywiście, wciąż nie byłoby to dzieło na miarę debiutu King Crimson, "Valentyne Suite" Colosseum, czy floydowej "Ummagummy" (wszystkie te albumy ukazały się w tym samym roku), jednak przy odrobinie promocji mogłoby zdobyć uznanie zachodnich słuchaczy ambitniejszego rocka. Zwłaszcza, że zawarta tutaj muzyka nie wydaje się w ogóle spóźniona wobec dokonań anglosaskich wykonawców - co, jak na polski album z tamtych lat, jest prawdziwym fenomenem.

Ocena: 7/10



Czesław Niemen - "Enigmatic" (1969)

1. Bema pamięci żałobny rapsod; 2. Jednego serca; 3. Kwiaty ojczyste; 4. Mów do mnie jeszcze

Skład: Czesław Niemen - wokal i organy; Tomasz Jaśkiewicz - gitara; Janusz Zieliński - bass; Czesław Bartkowski - perkusja
Gościnnie: Michał Urbaniak - saksofon i flet (2,3); Zbigniew Namysłowski - saksofon (2,3); Zbigniew Sztyc - saksofon (2,3); Alibabki - chórki (3-4); Romuald Miazga - kierownictwo chóru (1)
Producent: Zofia Gajewska


26 lipca 2017

[Recenzja] Breakout - "Karate" (1972)



"Karate" to bezpośrednia kontynuacja albumu "Blues". Niestety, w międzyczasie z zespołu odszedł Dariusz Kozakiewicz. Pozostali muzycy zdecydowali się nie przyjmować nikogo na jego miejsce. W rezultacie, jedynym grającym tutaj gitarzystą jest Tadeusz Nalepa. Do jego gry ciężko się przyczepić, do perfekcji opanował bluesowe zagrywki, lecz jego solówki nie są aż tak porywające, jak te grane przez Kozakiewicza. Brak drugiej gitary ma też jednak pewien pozytywny skutek - dzięki temu sekcja rytmiczna dostała więcej przestrzeni do wypełnienia. Wyraziste partie basu Jerzego Goleniewskiego nie pełnią wyłącznie funkcji rytmicznej, ale także - a może i przede wszystkim - melodyczną.

Nagrywając ten album, zespół wyraźnie był pod silnym wpływem muzyki Fleetwood Mac z Peterem Greenem, co słychać w takich utworach, jak "Daje ci próg", "Śliska dzisiaj droga" i zwłaszcza w klasycznym 12-taktowym bluesie "Nocą puka ktoś". Ten ostatni brzmi wręcz jak polskojęzyczna wersja "Need Your Love So Bad" - utworu oryginalnie nagranego przez Little Williego Johna, ale rozpopularyzowanego właśnie przez Fleetwood Mac. Zespół nie ogranicza się jednak do jednej odmiany bluesa. "Takie moje miasto jest" zahacza o boogie, a "Jest gdzieś taki dom" to klasyczny akustyczny blues. Z kolei "Zaprowadzić ciebie muszę tam" przywodzi na myśl jazzujące utwory Ten Years After, a "Rzeka dzieciństwa" ma w sobie coś z koncertowych nagrań The Allman Brothers Band lub Rory'ego Gallaghera (aczkolwiek zachowuje "piosenkową" formę). Jest też odrobina hardrockowego riffowania w tytułowym instrumentalu "Karate", wyróżniającym się mocno jamowym charakterem (znalazło tu nawet krótkie solo na bębnach). Natomiast bardzo melodyjny "Powiedzmy to" - świetnie zinterpretowany wokalnie przez Nalepę, a w warstwie muzycznej zdominowany przez gitarę akustyczną i harmonijkę - może kojarzyć się z twórczością Johna Mayalla z okresu "The Turning Point".

"Karate" oceniam odrobinę słabiej, niż "Blues". Zabrakło elementu zaskoczenia, album nie wnosi nic nowego do twórczości zespołu. To jednak wciąż solidna porcja naprawdę dobrej muzyki, czerpiącej z najbardziej szlachetnych wzorców.

Ocena: 8/10



Breakout - "Karate" (1972)

1. Daję ci próg; 2. Takie moje miasto jest; 3. Nocą puka ktoś; 4. Powiedzmy to; 5. Rzeka dzieciństwa; 6. Jest gdzieś taki dom; 7. Śliska dzisiaj droga; 8. Zaprowadzić ciebie muszę tam; 9. Karate

Skład: Tadeusz Nalepa - wokal i gitara; Jerzy Goleniewski - bass; Józef Hajdasz - perkusja; Tadeusz Trzciński - harmonijka; Mira Kubasińska - marakasy
Producent: Janusz Urbański


25 lipca 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Giant Steps" (1960)



"Giant Steps" to kolejny wielki krok w karierze Johna Coltrane'a. Album ugruntował jego pozycję na scenie jazzowej. Po sukcesie, jaki osiągnął, Coltrane nie musiał już udzielać się na płytach innych wykonawców, mógł w końcu skupić się na własnej działalności. Większość longplaya została zarejestrowana podczas dwudniowej sesji, 4 i 5 maja 1959 roku. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej John i basista Paul Chambers brali udział w ostatniej sesji na słynny album Milesa Davisa, "Kind of Blue". Na "Giant Steps" towarzyszą im pianista Tommy Flanagan i perkusista Art Taylor (obaj brali udział w nagraniu wielu znaczących albumów jazzowych), z wyjątkiem utworu "Naima", zarejestrowanego podczas innej sesji, 2 grudnia 1959, w którym zagrali pianista Wynton Kelly i perkusista Jimmy Cobb (znani przede wszystkim z występu na... "Kind of Blue").

Większość tematów Coltrane skomponował w samotności. Pewnie dlatego część z nich zadedykował bliskim sobie osobom - kuzynce z którą się wychowywał ("Cousin Mary"), ówczesnej żonie ("Naima"), pasierbicy ("Syeeda's Song Flute"), a także Chambersowi ("Mr. P.C."). Wszystkie solówki zostały oczywiście zaimprowizowane. Coltrane przejął od Davisa metodę, aby nie ćwiczyć z zespołem utworów przed wejściem do studia. Dzięki tej spontaniczności, nagrania zachowywały świeżość i zyskiwały na żywiołowości. A to było szczególnie ważne tworząc taki album, jak "Giant Steps", składający się głównie z szybkich, bardzo ekspresyjnych utworów. Najlepszym przykładem jest finałowy "Mr. P.C." - ileż w tym nagraniu jest energii i żywiołowości. Przewodni motyw jest wręcz prekursorem hardrockowych riffów, porywające solówki Coltrane'a mają w sobie sporo agresji, a sekcja rytmiczna zapewnia odpowiednio ciężki podkład. Niemal tak samo ekspresyjnie wypada także tytułowy "Giant Steps", z typowymi dla Coltrane'a szybkimi zmianami akordów, będącymi kulminacją jego poszukiwań w zakresie harmonii. Dla gęstych partii Johna wymyślono nawet określenie "kotary dźwięku", które bardzo dobrze oddaje jego ówczesny styl gry. Ale album ma też łagodniejsze oblicze, choć odkryte tylko raz - w subtelnym i bardzo uroczym "Naima". Zarówno ten utwór, jak i tytułowy, stały się popularnymi standardami.

"Giant Steps" to niekwestionowana klasyka jazzu. John Coltrane stworzył na ten album jedne ze swoich najlepszych tematów, a cały zespół zachwyca świetnym zgraniem i wzajemną interakcją, prawdziwą wirtuozerią, oraz niesamowitą ekspresją (nie przypadkiem wielu rockowych wykonawców wymieniało Coltrane'a jako inspirację). A choć od premiery longplaya minęło prawie 60 lat, jego brzmienie w ogóle się nie zestarzało.

Ocena: 9/10



John Coltrane - "Giant Steps" (1960)

1. Giant Steps; 2. Cousin Mary; 3. Countdown; 4. Spiral; 5. Syeeda's Song Flute; 6. Naima; 7. Mr. P.C.

Skład: John Coltrane - saksofon; Paul Chambers - kontrabas; Tommy Flanagan - pianino (1-5,7); Art Taylor - perkusja (1-5,7); Wynton Kelly - pianino (6); Jimmy Cobb - perkusja (6)
Producent: Nesuhi Ertegün


24 lipca 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "The Grateful Dead" (1967)



Grateful Dead to jeden z czołowych przedstawicieli hipisowskiego rocka. Choć na późniejszych albumach zespół odszedł od grania psychodelii, właśnie z nią najbardziej jest kojarzony. Podobnie jak 13th Floor Elevators, muzycy Wdzięcznego Nieboszczyka próbowali oddać swoją muzyką stan po zażyciu środków psychoaktywnych. Ich debiutancki album, "The Grateful Dead", jest pod tym względem jeszcze dość zachowawczy. Psychodelii tu stosunkowo niewiele, obecna jest głównie za sprawą organowego tła w części utworów. Zdecydowanie przeważa tu granie o bluesrockowym charakterze.

Longplay w znacznym stopniu składa się z przeróbek cudzych kompozycji. Muzycy sięgnęli zarówno po popularne bluesowe standardy, jak "Sitting on Top of the World" Mississippi Sheiks, czy "Good Morning, Little School Girl" Sonny'ego Boya Williamsona (później nagrane przez, odpowiednio, Cream i Ten Years After, w bardziej rockowych wersjach), jak i do dorobku zapomnianego jugbandowego muzyka Noaha Lewisa, z którego wybrali aż dwie kompozycje - "New, New Minglewood Blues" i "Viola Lee Blues". Watro na chwilę zatrzymać się przy tym ostatnim utworze. Rozbudowany do dziesięciu minut, wzbogacony długą częścią instrumentalną ze świetnymi popisami gitarzystów o jamowym charakterze, jest próbą odtworzenia w studiu tego, co grupa prezentowała podczas koncertów. Innym ciekawym coverem jest "Morning Dew" z repertuaru folkowej piosenkarki Bonnie Dobson. W porównaniu do późniejszych wersji Jeff Beck Group, Damnation of Adam Blessing, czy Nazareth, interpretacja Grateful Dead bliższa jest folkowego pierwowzoru, choć nie całkiem pozbawiona rockowej zadziorności, w czym zasługa zgrabnych gitarowych solówek. A co z autorskimi kompozycjami? Są tylko dwie: "The Golden Road (to Unlimited Devotion)" i "Cream Puff War". Obie to całkiem zwyczajne, melodyjne piosenki, o lekko psychodelicznym zabarwieniu.

Zespół dopiero na kolejnych albumach (zwłaszcza koncertowych) pokazał na co naprawdę go stać, jednak debiut również zasługuje na uwagę. Longplay doskonale oddaje ducha epoki, w której powstał. 

Ocena: 7/10



Grateful Dead - "The Grateful Dead" (1967)

1. The Golden Road (to Unlimited Devotion); 2. Beat It On Down the Line; 3. Good Morning, Little School Girl; 4. Cold Rain and Snow; 5. Sitting on Top of the World; 6. Cream Puff War; 7. Morning Dew; 8. New, New Minglewood Blues; 9. Viola Lee Blues

Skład: Jerry Garcia - wokal (1,4-7,9) i gitara; Bob Weir - wokal (2,8,9) i gitara; Ron McKernan - instr. klawiszowe, harmonijka, wokal (3); Phil Lesh - bass, dodatkowy wokal; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: David Hassinger


21 lipca 2017

[Recenzja] Van Der Graaf Generator - "Pawn Hearts" (1971)



"Pawn Hearts" to najsłynniejszy album Van Der Graaf Generator. Podobnie jak inne wydawnictwa grupy, nie odniósł sukcesu na dwóch najważniejszych rynkach - brytyjskim i amerykańskim. Zdobył natomiast zaskakującą popularność we Włoszech, gdzie doszedł na sam szczyt notowania najlepiej sprzedających się albumów. Zespół stał się tam prawdziwą gwiazdą. W samym 1972 roku grupa zagrała tam aż trzy trasy koncertowe, czasem w ciągu jednego wieczoru występując trzykrotnie. Tak intensywne koncertowanie było jednak zdecydowanie ponad siły muzyków. W dodatku wcale nie poprawiło ich sytuacji finansowej, wciąż tonęli w długach. Jeszcze w tym samym 1972 roku grupa podjęła decyzję o zawieszeniu działalności (a tak naprawdę o przeobrażeniu w solowy zespół Petera Hammila, nagrywający i występujący pod jego nazwiskiem).

"Pawn Hearts" początkowo miał być albumem dwupłytowym. Pierwszą płytę miały wypełniać nowe kompozycje, natomiast drugą - nowe wersje, nagrane na żywo, ale w studiu, "przebojów" z poprzednich albumów, a także - wzorem floydowej "Ummagummy" - indywidualne utwory poszczególnych muzyków. Choć zespół zrealizował swój zamysł w studiu, wydawca kategorycznie odmówił publikacji podwójnego albumu. W rezultacie opublikowane zostały wyłącznie premierowe kompozycje nagrane przez cały zespół (część pozostałych nagrań można znaleźć na niektórych kompaktowych reedycjach). Album w oryginalnej wersji europejskiej składa się z trzech utworów - blisko dziesięciominutowych "Lemmings" i "Man-Erg" na stronie A, oraz ponad dwudziestominutowego "A Plague of Lighthouse Keepers" na stronie B. Oryginalne amerykańskie i kanadyjskie wydanie dodatkowo, jako drugi utwór na stronie A, zawiera singlowy "Theme One" - rockową interpretację radiowego dżingla, skomponowanego przez George'a Martina dla BBC Radio 1.

Album, nawet w porównaniu z wcześniejszymi wydawnictwami Generatora, jest dość trudny w odbiorze i skomplikowany. A może powinienem napisać, że album jest udziwniony? Już na otwarcie pojawia się długi "Lemmings", w którym dzieje się tyle, że nie sposób tego wszystkiego ogarnąć nawet po kilku przesłuchaniach. Kompozycja sprawia wrażenie chaosu, pełnego dysonansów, agresywnych partii instrumentów i wręcz schizofrenicznych partii wokalnej, choć nie brak tu też bardziej melodyjnych fragmentów, pojawiających się znienacka w zupełnie niespodziewanych miejscach. Jest w tym utworze coś hipnotyzującego, naprawdę intrygującego. Odrobinę uspokojenia przynosi "Man-Erg", którego znaczna część to po prostu zgrabna ballada, z dużą ilością subtelnych klawiszy i wyrazistą melodią. Jednak ta sielanka w pewnym momencie zostaje gwałtownie przerwana bardziej agresywnymi i pokręconymi dźwiękami. Finałowa suita "A Plague of Lighthouse Keepers" to natomiast dziesięć krótkich utworów, z tekstami opowiadającymi jedną historię, ale dość odrębnych pod względem muzycznym, przez co całości nieco brakuje spójności. Choć poszczególne momenty wypadają naprawdę dobrze. Nie brakuje ładnych melodii, świetnych partii instrumentalnych, ani bardziej awangardowych momentów. Gościnnie znów wystąpił tutaj Robert Fripp z King Crimson, jednak jego gitarowa solówka wypada wyjątkowo przeciętnie.

"Pawn Hearts" zdecydowanie nie jest moim ulubionym albumem Van Der Graaf Generator (zdecydowanie preferuję poprzedni, "H to He, Who Am the Only One"), jednak niezaprzeczalnie jest to dzieło, które powinien znać każdy szanujący siebie słuchacz rocka progresywnego. 

Ocena: 8/10



Van Der Graaf Generator - "Pawn Hearts" (1971)

1. Lemmings; 2. Man-Erg; 3. A Plague of Lighthouse Keepers

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet, dodatkowy wokal; Hugh Banton - instr. klawiszowe, bass, dodatkowy wokal; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Robert Fripp - gitara
Producent: John Anthony


19 lipca 2017

[Recenzja] Mira Kubasińska & Breakout - "Mira" (1971)



W 1971 roku ukazały się dwa albumy Breakoutu, nagrane w nieco innym składzie i znacznie różniące się pod względem stylistycznym. Po zrealizowaniu ambicji nagrania albumu bluesowego, przyszedł czas na przygotowanie kolejnego longplaya z Mirą Kubasińską. Ze składu występującego na "Bluesie" zostali tylko Tadeusz Nalepa, Jerzy Goleniewski i Tadeusz Trzciński. Józefa Hajdasza chwilowo zastąpił Jan Mazurek, a Dariusz Kozakiewicz, niestety, definitywnie pożegnał się z grupą. W studiu pojawił się natomiast Włodzimierz Nahorny, który wspomagał zespół na dwóch pierwszych albumach. Większość utworów została napisana przez ten sam tandem, który stworzył materiał na "Blues" - muzykę skomponował Nalepa, a teksty dostarczył Bogdan Loebl (z wyjątkiem "Tysiąc razy kocham", ze słowami A. Płockiego i J. Tomasza, oraz tradycyjnej ludowej pieśni "Miałam cały świat").

Pod względem stylistycznym album jest bardzo zróżnicowany. Nalepie udało się nawet przemycić trochę bluesa ("Tysiąc razy kocham" i "Kwiaty nam powiędły", oparty na riffie z zeppelinowskiego "Communication Breakdown") i hard rocka ("Luiza"). Akurat te utwory mógł jednak zostawić dla bluesowego wcielenia grupy. Z wiadomego powodu - śpiew Miry zupełnie nie pasuje do takiej muzyki. Jej wokal zaskakująco dobrze wypada za to w "W co mam wierzyć" - zgrabnej, melodyjnej piosence, z gitarą akustyczną i przyjemnie pulsującym basem, oraz jazzującymi partiami saksofonu w końcówce. To najbardziej ciekawy fragment całości, obok "Do kogo idziesz", łączącego klimatyczne zwrotki (bezsprzecznie zainspirowane utworem "Still I'm Sad" The Yardbirds), z zaostrzonym, hardrockowym refrenem. Całkiem przyjemnie wypada także folkowy "A miałeś przyjść", z solówkami na flecie. Ale już inspirowane poezją śpiewaną i muzyką ludową "Zapytam ptaków", "Byłeś we śnie tylko" i "Miałam cały świat", są dla mnie praktycznie niesłuchalne.

Album "Mira" to po prostu logiczna kontynuacja dwóch pierwszych longplayów Breakoutu. Jak zwykle, nie obyło się bez oczywistych zapożyczeń od zachodnich grup rockowych. Jednak tym razem pojawiło się nieco więcej wpływów typowo polskiej muzyki. To akurat nie wyszło na dobre, przynajmniej moim zdaniem. Mimo wszystko, album ma kilka naprawdę dobrych fragmentów, które powinny przypaść do gustu osobom, których nie odstrasza śpiew Miry.

Ocena: 6/10



Mira Kubasińska & Breakout - "Mira" (1971)

1. Do kogo idziesz; 2. W co mam wierzyć; 3. Tysiąc razy kocham; 4. Zapytam ptaków; 5. Kwiaty nam powiędły; 6. A miałeś przyjść; 7. Byłeś we śnie tylko; 8. Luiza; 9. Miałam cały świat

Skład: Mira Kubasińska - wokal; Tadeusz Nalepa - gitara, dodatkowy wokal; Jerzy Goleniewski - bass; Jan Mazurek - perkusja; Włodzimierz Nahorny - flet i saksofon; Tadeusz Trzciński - harmonijka
Producent: -


18 lipca 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Ascenseur pour l'échafaud" (1958)



Pod koniec 1957 roku Miles Davis chwilowo rozwiązał swój kwintet i udał się do Francji, gdzie koncertował wraz z innymi słynnymi jazzmanami pod szyldem Birdland All-Stars. Na miejscu otrzymał propozycję nagrania ścieżki dźwiękowej do nowego filmu Louisa Malle'a, "Ascenseur pour l'échafaud" (w Polsce znanego jako "Windą na szafot"). Malle, wielki miłośnik jazzu, osobiście namówił Davisa do współpracy. Trębacz początkowo nie był zainteresowany, lecz zmienił zdanie po obejrzeniu filmu. Sesja nagraniowa odbyła się 4 i 5 grudnia 1957 roku w Paryżu. Milesowi towarzyszyli głównie francuscy muzycy - saksofonista Barney Wilen, pianista René Urtreger, oraz kontrabasista Pierre Michelot - a także amerykański perkusista Kenny Clarke. Muzycy nie ćwiczyli wcześniej materiału, do nagrań podeszli spontanicznie. Davis jedynie przedstawił reszcie zarys fabuły, oraz przygotowane przez siebie sekwencje harmoniczne, na bazie których mieli improwizować.

"Windą na szafot" to thriller w stylu noir. Musiał więc zostać zilustrowany odpowiednio klimatyczną i ponurą muzyką. Davis poradził sobie znakomicie, mimo braku doświadczenia w tworzeniu muzyki do filmów. Dominują dość wolne tempa, a brzmienie trąbki Milesa zostało celowo przytłumione, co pomaga w budowaniu właściwego nastroju. Słuchając takich utworów, jak np. "L' Assassinat de Carala", "Julien Dans L'Ascenseur", "Au Bar du Petit Bac" czy "Chez Le Photographe Du Motel", trudno nie zobaczyć oczami wyobraźni typowej scenerii kina noir - ciemnych ulic dużego miasta w deszczową noc. Warto też zwrócić uwagę na "Visite Du Vigile", będący właściwie solowym popisem basisty, tworzącym mroczny nastrój. Są tu też jednak dwa mniej klimatyczne, żywsze utwory - "Sur L'Autoroute" i "Dîner au Motel". Pasują one do charakteru scen, w których się pojawiają (podobnie jak pozostałe nagrania), ale z biegiem lat bardzo się zestarzały. Płyty słuchałoby się znacznie lepiej, gdyby zamieszczone zostały na niej wyłącznie te bardziej wyciszone utwory, które wciąż mogą zaintrygować swoim nastrojem.

Soundtrack, trwający w sumie niewiele ponad dwadzieścia pięć minut, w Europie został wydany na 10-calowej płycie. W Stanach nagrania ukazały się natomiast wyłącznie na składance "Jazz Track" (wypełniły jej pierwszą stronę; podczas gdy na drugiej znalazły się trzy utwory nagrane przez sekstet sformułowany przez Davisa po powrocie do USA). Kompaktowe reedycje "Ascenseur pour l'échafaud" zwykle zawierają dodatkowy materiał, w postaci alternatywnych wersji zarejestrowanych w trakcie sesji (różniących się bardziej naturalnym brzmieniem i odrobinę dłuższymi improwizacjami).

"Ascenseur pour l'échafaud" to jedno z najciekawszych wydawnictw z wczesnego dorobku Milesa Davisa. Trębaczowi i pozostałym muzykom udało się stworzyć bardzo klimatyczny i oryginalny materiał (współcześnie postrzegany jako pierwowzór tzw. dark jazzu), który, z małymi wyjątkami, wciąż brzmi bardzo interesująco.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Ascenseur pour l'échafaud" (1958)

1. Générique; 2. L' Assassinat de Carala; 3. Sur L'Autoroute; 4. Julien Dans L'Ascenseur; 5. Florence Sur Les Champs Élysées; 6. Dîner au Motel; 7. Évasion De Julien; 8. Visite Du Vigile; 9. Au Bar du Petit Bac; 10. Chez Le Photographe Du Motel

Skład: Miles Davis - trąbka; Barney Wilen - saksofon; René Urtreger - pianino; Pierre Michelot - kontrabas; Kenny Clarke - perkusja
Producent: -


16 lipca 2017

[Recenzja] Ramones - "Leave Home" (1977)



Hey Ho, Let's Go! Drugi album Ramones jest dokładnie taki sam, jak pierwszy.

Ocena: 1/10



Ramones - "Leave Home" (1977)

1. Glad to See You Go; 2. Gimme Gimme Shock Treatment; 3. I Remember You; 4. Oh Oh I Love Her So; 5. Carbona Not Glue; 6. Suzy Is a Headbanger; 7. Pinhead; 8. Now I Wanna Be a Good Boy; 9. Swallow My Pride; 10. What's Your Game; 11. California Sun; 12. Commando; 13. You're Gonna Kill That Girl; 14. You Should Never Have Opened That Door

Skład: Joey Ramone - bełkot; Johnny "Umiem Zagrać Trzy Akordy" Ramone - gitara; Dee Dee "Gram Na Jednej Strunie" Ramone - bass; Tommy Ramone - okładanie na oślep bębnów
Producent: Tony Bongiovi i Tommy Ramone


14 lipca 2017

[Recenzja] King Crimson - "The ProjeKcts" (1999)



W sierpniu 1996 roku grupa King Crimson zakończyła intensywną trasę promującą album "THRAK". Po powrocie do domu, Robert Fripp zabrał się za przegląd bogatych archiwów zespołu, w celu wydania co ciekawszych materiałów na płytach. Powoli zaczął też myśleć nad nagraniem nowego albumu. Niestety, ponowne zebranie razem sześcioosobowego składu nie było łatwe, a gdy już do tego doszło - prawie rok po ostatnim wspólnym występie - okazało się, że muzycy nie mają żadnych pomysłów na nowe utwory. Problem został rozwiązany przypadkiem, gdy Bill Bruford zaproponował Frippowi zagranie w duecie kilku całkowicie improwizowanych występów. Pomysł spodobał się Robertowi tak bardzo, że postanowił podzielić King Crimson na kilka mniejszych, 3-4 osobowych "fraKcji". Tak narodziła się idea "ProjeKctów".

W sumie powstały wówczas cztery "ProjeKcty" (później pojawiło się ich jeszcze kilka, ale to już temat na inną okazję). W składzie każdego z nich znaleźli się Fripp i Trey Gunn. Bruford towarzyszył im tylko w pierwszym, Tony Levin - w pierwszym i czwartym, Adrian Belew - w drugim, a Pat Mastelotto - w trzecim i czwartym. Pomiędzy grudniem 1997 roku, a marcem 1999 roku, każdy z "ProjeKctów" dał od kilku do kilkudziesięciu improwizowanych koncertów. Wszystkie z nich zostały zarejestrowane w celu późniejszego przeanalizowania i wyłonienia pomysłów do opracowania na następny album King Crimson. Kompletne zapisy większości z tych występów zostały w ciągu kolejnych kilkunastu lat wydane na płytach lub udostępnione do odpłatnego ściągnięcia. Wcześniej jednak, w latach 1998-99, działalność każdego z "ProjeKctów" została podsumowana jedną koncertówką, zmiksowaną z co ciekawszych fragmentów różnych występów. Każda z nich ukazała się jako osobne wydawnictwo, a następnie wszystkie zebrano w boksie zatytułowanym "The ProjeKcts". Równolegle ukazała się także jednopłytowa składanka "The Deception of the Thrush: A Beginners' Guide to ProjeKcts", zawierająca niezbyt przekonujący wybór ze wszystkich czterech płyt boksu.

ProjeKct One zaprezentował się podczas czterech występów w londyńskiej Jazz Café, na przestrzeni pierwszych czterech dni grudnia 1997 roku. Ich fragmenty wypełniają album "Live at the Jazz Café", będący zarazem pierwszą płytą omawianego boksu. Niestety, pozostawia ona mieszane odczucia. Choć w przeszłości muzycy wielokrotnie pokazali, że koncertowe improwizacje to ich żywioł, tutaj wyraźnie nie klei im się współpraca. Wyraźnie brakuje tu zgrania. Szczególnie partie Bruforda zdają się rozmijać z grą pozostałych instrumentalistów. Całość wydaje się pozbawiona jakiegokolwiek zamysłu, jest raczej dziełem całkowitego przypadku. Tylko czasem pojawia się jakiś lepszy pomysł, na ogół nic z tego grania nie wynika. Poszczególne improwizacje zlewają się w monotonną całość, choć czasem bliżej im do tego, co zespół grał w latach 1973-74 ("4 i 1"), kiedy indziej do industrialnych eksperymentów z okresu "kolorowej trylogii" ("3 i 2"), a tu i ówdzie pobrzmiewa nieco jazzu (szczególnie w końcówce "1 ii 2"). Zdecydowanie wyróżnia się, w dodatku na plus, jeden fragment - najdelikatniejszy, wręcz ambientowy "2 ii 3".

ProjeKct Two powstał zupełnie przypadkowo, gdy Fripp i Gunn odwiedzili Belewa w jego domowym studiu. Muzycy postanowili trochę razem pograć (Belew, na co dzień gitarzysta i wokalista, zasiadł za elektroniczną perkusją), a ponieważ całkiem nieźle im to szło, podjęli spontaniczną decyzję o nagraniu albumu studyjnego. Dwupłytowy longplay "Space Groove", zarejestrowany w ciągu trzech dni pod koniec listopada 1997 roku, wypełnia półtora godziny instrumentalnej, całkowicie improwizowanej muzyki. Następnie muzycy wyruszyli w trasę. P2 dał w sumie najwięcej koncertów ze wszystkich czterech "ProjeKctów" - trwająca od lutego do lipca 1998 roku trasa objęła trzydzieści trzy koncerty, głównie w Stanach, ale także w Kanadzie, Wielkiej Brytanii i Japonii. Fragmenty niektórych z tych występów zostały skompilowane na albumie "Live Groove", będącym drugą płytą boksu. Muzycy tej konfiguracji na scenie byli bardzo dobrze zgrani, słychać między nimi chemię. Improwizacje zdają się być bardziej przemyślane, pojawiają się w nich bardziej wyraziste motywy, a nawet ślady melodii (np. "Sus-tayn-Z", "Live Groove"). Pomysły z "Heavy ConstruKction", "Light ConstruKction" i "Contrary ConstruKction" zostały później wykorzystane w tytułowym utworze z "The ConstruKction of Light", a "The Deception of the Thrush" wszedł do koncertowego repertuaru King Crimson. Ciekawostką jest wykonanie "21st Century Schizoid Man" - zaledwie dwuminutowe, instrumentalne, o zdecydowanie elektronicznym brzmieniu.

Kolejny był ProjeKct Four, który na przełomie października i listopada 1998 roku dał siedem koncertów na zachodnim wybrzeżu Stanów. Ostatnim zaś ProjeKct Three, który w marcu 1999 wystąpił pięciokrotnie w Teksasie. Numerację zamieniono prawdopodobnie ze względu na ilość członków występujących w danej konfiguracji. W obu składach znalazł się Mastelotto, grający na elektronicznej perkusji, a do P4 dołączył także Levin. Płyty tych ProjeKctów - "Masque" P3 i "West Coast Live" P4 - potwierdzają, że muzykom King Crimson najlepiej improwizowało się w składach trzyosobowych. Wówczas instrumentalistom udawało się wchodzić w ciekawe interakcje, unikając chaosu, pojawiającego się podczas gry w większym składzie. Podobnie, jak "Live Groove", "Masque" sprawia wrażenie dobrze przemyślanego materiału, niekiedy mamy tu do czynienia z niemal tradycyjnymi utworami (np. "Masque 2" i "Masque 4", nie tak odległe od co bardziej piosenkowych utworów z "kolorowej trylogii", mimo braku konwencjonalnych struktur), choć nie brakuje też bardziej spontanicznego grania. Zwraca uwagę bardzo nowoczesne i oryginalne brzmienie, będące przede wszystkim zasługą Mastelotto. Całość zachowuje jednak crimsonowski klimat, dzięki charakterystycznej grze Frippa (chociażby w ciężkich "Masque 9" i "Masque 10"). "West Coast Live" zawiera muzykę o podobnym charakterze, niemal równie nowoczesną brzmieniowo, jednak już nie tak ekscytującą, bardziej monotonną. Najciekawiej wypadają tu orientalnie zabarwiony "Hindu Fizz" i powtórzony "The Deception of the Thrush".

Podsumowując całość, najciekawiej wypadły "ProjeKcty" trzyosobowe. "Live Groove" P2 zawiera najbardziej dopracowany materiał, który w największym stopniu wpłynął na kształt kolejnego studyjnego albumu King Crimson. Z kolei "Masque" P3 zachwyca nie tylko dopracowaniem i nieco większą (niż u P2) spontanicznością, ale również pomysłowym brzmieniem, co czyni go najbardziej intrygującą płytą zestawu. Oba albumy oceniam na 8/10. "West Coast Live" P4 zdaje się być dopiero rozgrzewką przed tym, co zaprezentował P3 - brzmienie nie jest jeszcze do końca ukształtowane, a improwizacje są mniej porywające. Nie do końca przekonuje także "Live at the Jazz Café" P1, sprawiający wrażenie, jakby muzycy nie byli pewni, co właściwie chcą osiągnąć, a ponadto wyraźnie brakuje im zgrania. P1 i P4 otrzymują ode mnie ocenę 6/10. Poniższa ocena całego boksu jest średnią ocen poszczególnych płyt.

Ocena: 7/10



King Crimson - "The ProjeKcts" (1999)

CD1: ProjeKct One - Live at the Jazz Café

1. 4 i 1; 2. 4 ii 1; 3. 1 ii 2; 4. 4 ii 4; 5. 2 ii 3; 6. 3 i 2; 7. 3 ii 2; 8. 2 ii 4; 9. 4 i 3

Skład: Robert Fripp - gitara; Trey Gunn - Warr guitar; Tony Levin - bass, Chapman stick, syntezator; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: ProjeKct One



CD2: ProjeKct Two - Live Groove

1. Sus-tayn-Z; 2. Heavy ConstruKction; 3. The Deception of the Thrush; 4. X-chayn-jiZ; 5. Light ConstruKction; 6. Vector Shift to Planet Detroit; 7. Contrary ConstruKction; 8. Live Groove; 9. Vector Shift to Planet Belewbeloid; 10. 21st Century Schizoid Man

Skład: Robert Fripp - gitara; Trey Gunn - Warr guitar, głos; Adrian Belew - perkusja
Producent:  ProjeKct Two



CD3: ProjeKct Three - Masque

1. Masque 1; 2. Masque 2; 3. Masque 3; 4. Masque 4; 5. Masque 5; 6. Masque 6; 7. Masque 7; 8. Masque 8; 9. Masque 9; 10. Masque 10; 11. Masque 11; 12. Masque 12; 13. Masque 13

Skład: Robert Fripp - gitara; Trey Gunn - Warr guitar, głos; Pat Mastelotto - perkusja
Producent: Robert Fripp, Tön Pröb, David Singleton, Alex R. Mundy, Pat Mastelotto



CD4: ProjeKct Four - West Coast Live


1. Ghost (Part 1); 2. Ghost (Part 1); 3. Ghost (Part 1); 4. Ghost (Part 1); 5. Deception of the Thrush; 6. Hindu Fizz; 7. ProjeKction; 8. Ghost (Part 2); 9. Ghost (Part 2); 10. Ghost (Part 2); 11. Ghost (Part 2); 12. Ghost (Part 2)

Skład: Robert Fripp - gitara; Trey Gunn - Warr guitar, głos; Tony Levin - bass, Chapman stick; Pat Mastelotto - perkusja
Producent: Robert Fripp, Tön Pröb, David Singleton, 






King Crimson - "The Deception of the Thrush: A Beginners' Guide to ProjeKcts" (1999)


1. Masque 1; 2. Masque 2; 3. Masque 3; 4. Masque 4; 5. Masque 5; 6. Masque 6; 7. Masque 7; 8. 4 i 1; 9. 2 ii 3; 10. 4 ii 4; 11. Sus-tayn-Z; 12. The Deception of the Thrush; 13. Ghost (Part 1); 14. Ghost (Part 2)

Skład: Robert Fripp - gitara; Trey Gunn - Warr guitar, głos; Pat Mastelotto - perkusja (1-7,13,14); Tony Levin - bass i Chapman stick (8-10,13,14), syntezator (8-10); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne (8-10); Adrian Belew - perkusja (11,12)
Producent: Robert Fripp






11 lipca 2017

[Recenzja] Miles Davis Quintet - "Cookin'" / "Relaxin'" / "Workin'" / "Steamin'" (1957-61)



Dzisiejsza recenzja wyjątkowo dotyczy aż czterech różnych albumów, wydanych na przestrzeni pięciu lat. Poświęcenie im wspólnej recenzji uzasadnione jest tym, że wszystkie zawierają materiał zarejestrowany podczas dwóch sesji - 11 maja i 26 października 1956 roku. Były to ostatnie nagrania Milesa Davisa i jego kwintetu - Pierwszego Wielkiego Kwintetu Milesa Davisa - dla wytwórni Prestige. Dokonano ich zresztą wyłącznie w celu wypełnienia kontraktu, gdyż Miles dostał lepszą ofertę od Columbia Records. Kwintet w tym samym czasie, ale w innym studiu, pracował już nad debiutem dla nowej wytwórni, "'Round About Midnight", opublikowanym w marcu 1957 roku. W lipcu* ukazało się natomiast pierwsze z omawianych tutaj wydawnictw - "Cookin' with Miles Davis Quintet". W sumie właśnie to zrobiliśmy - przyszliśmy i ugotowaliśmy - tłumaczył ten tytuł Miles (w jazzowym slangu "gotowanie" oznacza jamowanie). Na płycie znalazły się wyłącznie nagrania z październikowej sesji. Pozostałe zawierają już materiał z obu sesji. Jeszcze w tym samym roku ukazał się "Relaxin' with...". Kolejne nagrania zostały opublikowane dopiero w roku 1959  ("Workin' with...") i 1961 ("Steamin' with...").

Podczas obu sesji muzycy grali zarówno interpretacje jazzowych standardów (m.in. "My Funny Valentine" Richarda Rodgersa), jak i własne kompozycje, autorstwa samego Milesa ("Tune Up", "The Theme", "Half Nelson"), lub innych członków kwintetu - Reda Garlanda ("Blues by Five") i Johna Coltrane'a ("Trane's Blues"). Wykonanie jest naprawdę świetne. Choć materiał ten powstał wyłącznie w celu wywiązania się z kontraktu, muzycy nie mieli zamiaru odwalać chałtury. Dali z siebie wszystko, choć z drugiej strony, specjalnie się nie przygotowywali do tych sesji. Tak, jak mówił Miles, zespół po prostu przyszedł i zagrał, bez wcześniejszych prób. Kwintet w tamtym czasie był już wystarczająco zgrany, a ta spontaniczność wyszła zdecydowanie na korzyść. Muzycy grają tutaj bardzo swobodnie, nie unikając długich improwizacji. Najlepiej słychać to na przykładzie "Cookin' with...", który choć wydany został jako pierwszy, zawiera cztery utwory zarejestrowane jako ostatnie. Właśnie wtedy muzykom udało się wejść na absolutne wyżyny. Rozbudowane "Blues by Five", "Airegin" i "Tune Up / When Lights are Low" to najlepsze (obok "Dear Old Stockholm" z "'Round About Midnight") studyjne nagrania tego składu, z porywającymi solowymi popisami muzyków i ich doskonałą interakcją. Warto też zwrócić uwagę na urocze wykonanie tematu "My Funny Valentine", który następnie na długo wszedł do koncertowego repertuaru kwintetu. Innym utworem, który stał się stałym elementem występów, jest "The Theme", którego dwie wersje trafiły na "Workin' with...". Na tej części znalazły się głównie nagrania z pierwszej sesji, zresztą te najciekawsze. Czego najlepszym dowodem długa improwizacja "Trane's Blues", będąca swego rodzaju zapowiedzią longplaya "Blue Train". Pozostałe dwie płyty wypadają nieco słabiej. "Relaxin' with...", zgodnie zresztą z tytułem, zawiera spokojniejszy, mniej ekscytujący materiał. Z kolei "Steamin' with...", zawiera nagrania, które raczej nie przypadkiem wydano jako ostatnie - wykonanie jest na dobrym poziomie, ale brakuje naprawdę porywających momentów, a i same tematy są mniej charakterystyczne.

Ostatnie dwie sesje Milesa Davisa dla Prestige przyniosły wiele świetnego materiału. Większość najlepszych nagrań znalazła się na "Cookin' with..." i "Workin' with...". Te dwie płyty naprawdę warto poznać. Jeśli natomiast ktoś chciałby mieć wszystkie, to warto rozważyć zakup boksu "The Legendary Prestige Quintet Sessions" z 2006 roku, zawierającego na czterech kompaktach kompletne zapisy majowej i październikowej sesji (włącznie z nieobecnym na wyżej opisanych wydawnictwach wykonaniem "'Round Midnight"), sześć nagrań z debiutanckiej sesji kwintetu z 16 listopada 1955 roku (po raz pierwszy wydanych w 1956 roku na longplayu "Miles"), oraz osiem niepublikowanych wcześniej nagrań koncertowych, zarejestrowanych podczas trzech różnych występów w latach 1955, 1956 i 1958 (ten ostatni odbył się już bez udziału Reda Garlanda, którego miejsce zajął Bill Evans).

Ocena: patrz niżej

* Według danych z RateYourMusic.com - inne źródła podają jedynie rok wydania, bez dokładnej daty.



Miles Davis Quintet - "Cookin' with Miles Davis Quintet" (1957)

Ocena: 8/10

1. My Funny Valentine; 2. Blues by Five; 3. Airegin; 4. Tune Up / When Lights are Low

Skład: Miles Davis - trąbka; John Coltrane - saksofon; Red Garland - pianino; Paul Chambers - kontrabas; Philly Joe Jones - perkusja
Producent: Bob Weinstock

Miles Davis Quintet - "Relaxin' with Miles Davis Quintet" (1957)

Ocena: 7/10

1. If I Were a Bell; 2. You're My Everything; 3. I Could Write a Book; 4. Oleo; 5. It Could Happen to You; 6. Woody 'n' You

Skład: jak wyżej
Producent: jak wyżej


Miles Davis Quintet - "Workin' with Miles Davis Quintet" (1959)

Ocena: 8/10

1. It Never Entered My Mind; 2. Four; 3. In Your Own Sweet Way; 4. The Theme (Take 1); 5. Trane's Blues; 6. Ahmad's Blues; 7. Half Nelson; 8. The Theme (Take 2)

Skład: jak wyżej
Producent: jak wyżej


Miles Davis Quintet - "Steamin' with Miles Davis Quintet" (1961)

Ocena: 7/10

1. Surrey with the Fringe on Top; 2. Salt Peanuts; 3. Something I Dreamed Last Night; 4. Diane; 5. Well, You Needn't; 6. When I Fall in Love

Skład: jak wyżej
Producent: jak wyżej




10 lipca 2017

[Recenzja] Fifty Foot Hose - "Cauldron" (1967)



O grupie Fifty Foot Hose wspominałem już w recenzjach zespołów The United States of America i Silver Apples. Właściwie powinienem opisać ją wcześniej, gdyż to właśnie ona jako pierwsza zdecydowała się urozmaicić muzykę rockową odważnym wykorzystaniem prymitywnych syntezatorów, własnoręcznie zbudowanych z generatorów drgań, oscylatorów i innych urządzeń. Jej jedyny album, zatytułowany "Cauldron", ukazał się już w grudniu 1967 roku, wyprzedzając o cztery miesiące jedyny longplay The USA, a debiut Silver Apples o siedem. Warto jednak podkreślić, że dzieło Fifty Foot Hose nie jest tak radykalne, jak twórczość Silver Apples (w której całe instrumentarium jest zredukowane do generatora drgań i perkusji) i odrobinę mniej eksperymentalne od dokonań The USA. Większość nagranych przez zespół utworów, mimo zastosowania elektroniki, ma zdecydowanie rockowy charakter.

Założycielem Fifty Foot Hose był Cork Marcheschi, wcześniej basista rhythm'n'bluesowego Ethix. Zespół ten nie zdobył popularności, warto jednak wspomnieć o wydanym przez niego w 1966 roku singlu z utworem "Bad Trip" - bardzo eksperymentalną, atonalną improwizacją, którą, zgodnie z zamysłem członków zespołu, można odtwarzać z dowolną prędkością*. Marcheschi w tamtym czasie zainteresował się twórcami muzyki eksperymentalnej i elektronicznej, takimi jak Terry Riley, John Cage, czy Edgard Varèse. Pod ich wpływem skonstruował własny syntezator (używając do tego m.in. thereminu, gitarowych efektów, kartonowej tuby i głośnika z bombowca z czasów drugiej wojny światowej), który zamierzał wykorzystać w swoim nowym projekcie. Wkrótce nawiązał współpracę z wokalistką Nancy Blossom i jej mężem, gitarzystą Davidem Blossomem. Trio nagrało demo, dzięki któremu udało się podpisać kontrakt. Przed nagraniem albumu, skład został rozszerzony o drugiego gitarzystę Larry'ego Evansa, basistę Terry'ego Hansleya, oraz perkusistę Kima Kimseya.

Pierwszą stronę longplaya wypełniają głównie rockowe piosenki - bardzo przyjemny, chwytliwy "If Not This Time", nieco beatlesowski "The Things That Concern You" (jedyny utwór, w którym rolę wokalisty pełni Evans), oraz ostry, oparty na przesterowanych gitarach "The Things That Concern You", z odpowiednio agresywnym śpiewem Nancy. Barwa jej głosu kojarzy się z Dorothy Moskowitz, jednak o ile śpiew wokalistki The USA wydaje się być celowo beznamiętny, tak śpiew Blossom przepełniony jest emocjami. Zazwyczaj śpiewa jednak dużo subtelniej, co wychodzi jej przepięknie. Warstwa instrumentalna we wspomnianych utworach zdominowania jest przez rockowe instrumentarium, a rola elektroniki ogranicza się do wypełniania przestrzeni dodatkowymi dźwiękami. Są tu też jednak takie rzeczy, jak dwuminutowe intro "And After", czy trzy króciutkie przerywniki ("Opus 777", "Opus 11", "For Paula"), które w całości składają się z elektronicznego buczenia.

Bardziej eksperymentalny charakter ma druga strona albumu. Nawet w najbardziej piosenkowych "Rose" i "God Bless the Child" (oryginalnie wykonywanym przez Billie Holiday) elektronika odgrywa większą rolę, dopełniając pozostałe instrumenty w bardziej zdecydowany sposób. To jednak nic przy tym, co dzieje się w dwóch pozostałych utworach. Dziesięciominutowy, w znacznej części instrumentalny "Fantasy" to prawdziwy psychodeliczno-spacerockowy odlot, z hipnotyzującą grą sekcji rytmicznej, długimi gitarowymi solówkami i podkreślającymi "kosmiczny" klimat syntezatorami. Niesamowicie wypada krótka część wokalna, z rewelacyjnym śpiewem Nancy. Najbardziej niekonwencjonalny utwór pojawia się natomiast na sam koniec. Finałowy "Cauldron" zdominowany jest przez brzmienia syntezatora, pozamuzyczne odgłosy i elektronicznie zmodyfikowany wokal. Brzmi to naprawdę dziwnie i wręcz złowieszczo. Żaden rockowy zespół nie nagrał wcześniej niczego podobnego. Za to naśladowców było wielu.

Rok 1967 przyniósł wiele przełomowych albumów, a "Cauldron" bez wątpienia jest jednym z nich, choć nie wymienia się go jednym tchem z innymi. To jednak wyłącznie kwestia tego, że w chwili wydania longplay został praktycznie niezauważony. Wydany przez małą wytwórnię i niepromowany żadnym singlem, rozszedł się w bardzo małej ilości egzemplarzy. Dopiero po latach zespół dorobił się kultowego statusu - choć w nieco mniejszym stopniu, niż pozostali, wspomniani we wstępie, pionierzy łączenia muzyki rockowej z elektroniką. 

Ocena: 8/10

* Utwór "Bad Trip", choć nagrany przez inny zespół, jest obecny na niektórych kompaktowych reedycjach "Cauldron". Wydanie z 1996 roku ("Cauldron... Plus Rare and Unissued Tracks") zawiera dwie wersje utworu - obie zgrane z oryginalnego singla, ale pierwsza po odtworzeniu go z prędkością 33 rpm, a druga 45 rpm. Pozostałe bonusy to kawałek "Skin" (strona A tego samego singla), oraz cztery nagrania demo, zarejestrowane już przez Fifty Foot Hose. 



Fifty Foot Hose - "Cauldron" (1967)

1. And After; 2. If Not This Time; 3. Opus 777; 4. The Things That Concern You; 5. Opus 11; 6. Red the Sign Post; 7. For Paula; 8. Rose; 9. Fantasy; 10. God Bless the Child; 11. Cauldron

Skład: Nancy Blossom - wokal; Cork Marcheschi - syntezator, theremin; Larry Evans - gitara, wokal (4); David Blossom - gitara, pianino, zanza; Terry Hansley - bass; Kim Kimsey - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Dan Healy


7 lipca 2017

[Recenzja] Nosferatu - "Nosferatu" (1970)



W ostatnim czasie w "Progresywnych Piątkach" pojawiały się wyłącznie zespoły z pierwszej ligi progrockowego mainstreamu. Dziś dla równowagi zaprezentuję coś zdecydowanie mniej znanego, choć równie interesującego. Bohaterem dzisiejszej recenzji jest niemiecki sekstet Nosferatu, istniejący przez krótki czas na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Zespół pozostawił po sobie zaledwie jeden album (i ani jednego utworu więcej), za to będący jedną z największych pereł tzw. nieznanego kanonu rocka (NKR). To ten sam poziom, co debiuty T2 i Lucifer's Friend. Nawet okładka jest równie zniechęcająca i niezapowiadająca niczego wybitnego (gdyby nie rok wydania, można by pomyśleć, że to dziełko jakiejś podrzędnej grupy metalowej). Nieco inna jest natomiast stylistyka. Mówiąc półżartem, tak mógłby grać King Crimson, gdyby po wydaniu "In the Wake of Poseidon" z zespołu odszedł Robert Fripp, a pozostali muzycy przyjęli na jego miejsce gitarzystę i organistę zapatrzonych w ówczesną hardrockową czołówkę.

"Nosferatu" to dojrzały debiut. Wpływy brytyjskiego proga, krautrocka, psychodelii, bluesa, jazzu i hard rocka mieszają się tutaj ze sobą, tworząc zaskakująco spójny i całkiem oryginalny styl. Muzycy nie od razu odkrywają wszystkie karty, bo całość rozpoczyna najkrótszy i najprostszy utwór - "Highway". Zadziorny i bardzo chwytliwy, napędzany energetyczną grą sekcji rytmicznej, stanowiącej tło dla gitarowo-organowych popisów (wywołujących skojarzenia z Deep Purple lub, nawet bardziej, Uriah Heep) i nieco krzykliwej partii wokalnej, która zarówno barwą, jak i sposobem artykulacji, przypomina śpiew Grega Lake'a. Świetne otwarcie, będące jednak ledwie przystawką przed tym, co dzieje się dalej. Już następny na trackliście "Willie the Fox" to ponad dziesięciominutowa kompozycja, zbudowana na kontraście przebojowych, dynamicznych części wokalnych z długim, klimatycznym zwolnieniem. Stricte rockowe instrumentarium świetnie dopełniane jest przez partie fletu i jazzującego saksofonu.

Niewiele krótsze są dwa kolejne utwory - oba przekraczają osiem minut. "Found My Home" opiera się na fantastycznie zintegrowanych partiach fletu, organów, gitary i sekcji rytmicznej. W długim instrumentalnym fragmencie każdy muzyk ma szansę na zaprezentowanie swoich umiejętności. Całości dopełnia świetna i znów bardzo chwytliwa partia wokalna. "No. 4" wyróżnia się bardziej ponurym nastrojem, charakterystyczną dla krautrocka, transową grą sekcji rytmicznej, oraz najbardziej jazzowymi partiami saksofonu. To także jedyny utwór, w którym zamiast organów pojawia się pianino, trochę łagodzące mroczny klimat. Dwa ostatnie utwory są już nieco krótsze, choć oba przekraczają sześć minut. "Work Day" to kolejna kompozycja zbudowana na dynamicznych kontrastach. Początek i zakończenie to intensywne, a zarazem melodyjne granie, zbudowane na gitarowo-saksofonowych riffach, zaś w środku pojawia się bardzo psychodeliczne zwolnienie. Słychać tu zarówno wpływ King Crimson (szczególnie w "lake'owej" partii wokalnej), jak i Uriah Heep. Rozpędzony finał albumu, "Vanity Fair", to z kolei świetne połączenie hardrockowego czadu z progresywno-jazzującymi partiami saksofonu. Podobnie jak poprzednie utwory, charakteryzuje się naprawdę świetną, przebojową melodią.

Jedyny album grupy Nosferatu to doskonały rockowy materiał, który powinien zainteresować zarówno słuchaczy prostszych, jak i bardziej ambitnych odmian stylu (dzięki połączeniu dobrych melodii i niebanalnej muzyki). Kompozycje i wykonanie są na naprawdę wysokim poziomie. Nawet brzmienie jest bardzo dobre. Zespół naprawdę miał predyspozycje, by stać się przynajmniej jednym z czołowych przedstawicieli niemieckiej sceny rockowej. Niestety, album został wydany w małym nakładzie, jedynie w ojczyźnie muzyków. A ponieważ wydawca całkowicie olał promocję (nie ukazał się żaden singiel), premiera longplaya została praktycznie niezauważona. Doprowadziło to do rychłego rozpadu zespołu. Dopiero po wielu latach, album zyskał uznanie wśród kolekcjonerów płyt i internetowych poszukiwaczy takich zapomnianych pereł. Dziś oryginalne wydanie longplaya jest warte fortunę (jedyny aktualnie dostępny egzemplarz na Discogs.com kosztuje... ponad 1800 euro). Na szczęście, dostępne są znacznie tańsze reedycje (zarówno winylowe, jak i kompaktowe), choć z ich dostępnością w Polsce może być problem.

Ocena: 9/10



Nosferatu - "Nosferatu" (1970)

1. Highway; 2. Willie the Fox; 3. Found My Home; 4. No. 4; 5. Work Day; 6. Vanity Fair

Skład: Michael Thierfelder - wokal; Michael Meixner - gitara; Reinhard Grohé - instr. klawiszowe; Christian Felke - saksofon i flet; Michael Kessler - bass; Byally Braumann - perkusja
Producent: Tony Hendrik


6 lipca 2017

[Recenzja] Kairon; IRSE! ‎- "Ruination" (2017)



W dzisiejszych czasach nowym wykonawcom nie jest łatwo się przebić. Z wielu powodów. Jednym z nich jest Internet. Owszem, dzięki niemu łatwo dotrzeć do odbiorców, nawet bez konieczności wydania albumu. Jednak przez mnogość stron promujących muzykę, internetowych kanałów radiowych, ale i samych wykonawców - każdy z nich dotrze do niewielkiej grupy słuchaczy. W czasach, gdy istniały tylko media tradycyjne, a ich ilość była znacznie mniejsza, wystarczyło zostać docenionym przez jedno z nich, by zyskać rozpoznawalność wśród znacznie większego grona odbiorców, niż jest to możliwe dzisiaj. Problemem jest też z pewnością to, że w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat powstało tyle muzyki, że ciężko nagrać coś, czego ktoś kiedyś nie zagrał lepiej. Dawniej muzykom łatwiej było uniknąć plagiatu. Łatwiej też było wymyślić nieużywaną przez nikogo nazwę dla zespołu, która im prostsza i łatwiejsza do zapamiętania, tym bardziej ułatwiała zdobycie popularności. Dziś zespoły przybierają coraz bardziej udziwnione i nieprzyjazne nazwy, które choć mogą zaintrygować, to z dużym prawdopodobieństwem mogą też zniechęcić do sięgnięcia po ich twórczość. Przykładem może być niedawno opisywany przeze mnie King Gizzard & the Lizard Wizard, albo bohater niniejszej recenzji - Kairon; IRSE!.

Pochodząca z Finlandii grupa zadebiutowała w 2011 roku albumem "the Defect in that one is bleach / We're hunting wolverines", jednak uznanie na świecie zdobyła trzy lata później, za sprawą wydanego wówczas krążka "Ujubasajuba". Zawartą na nim muzykę można określić jako połączenie shoegaze'u i post-rocka. A więc zupełnie nie "moich" klimatów. Jednak już na kolejnym longplayu, wydanym w lutym tego roku (a więc znów po trzyletniej przerwie) "Ruination", zespół dokonał wartego uwagi zwrotu stylistycznego. Muzycy postanowili nagrać album wyraźnie inspirowany klasycznym rockiem progresywnym, z King Crimson i Yes na czele. Wiem, nie brzmi to zbyt zachęcająco. Wszak działają już dziesiątki wykonawców, którzy mając tak zacne inspiracje, grają nudny, anemiczny i bezjajeczny retro-prog. Kairon; IRSE! ma jednak coś, czego brakuje większości współczesnych wykonawców. Pomysł na siebie. Na "Ruination" wpływy rocka progresywnego łączącą się z wciąż obecnymi w twórczości grupy elementami shoegaze'u, tworząc może nie tyle nową jakość, co przynajmniej namiastkę czegoś oryginalnego.

Połączenie tych dwóch, kompletnie różnych, muzycznych światów najlepiej słychać na przykładzie utworu "Porphyrogennetos", w którym shoegaze'owa "ściana dźwięku" i charakterystycznie rozmyte brzmienie (dominujące w pierwszej, bardziej piosenkowej części utworu, opartej na fantastycznie pulsującym basie), spotyka się z progrockowym kombinowaniem (dominującym w dalszej, instrumentalnej części). Jeszcze bliższy shoegaze'u jest "Llullaillaco", łączący melancholijny charakter i ostre brzmienie. Pewne naleciałości tego stylu pojawiają się także w najcięższym na płycie "Starlik", ciekawie wzbogaconym pozornie chaotycznymi partiami saksofonu. Inspiracje rockiem progresywnym są natomiast najbardziej ewidentne w dwóch odsłonach kompozycji "Sinister Waters", trwających w sumie ponad 25 minut i zbudowanych na typowo progrockowych patentach, a także w tytułowym "Ruination", którego podniosły charakter nieodparcie kojarzy się z debiutem King Crimson. Na pochwałę zasługuje wysoki poziom wykonania całego albumu, a także odpowiednio rozbudowane instrumentarium - poza wspomnianym saksofonem, słychać tu także skrzypce, klarnet i klawisze. Same kompozycje są niestety niezbyt zapamiętywalne - brak w nich charakterystycznych motywów i wyrazistych melodii. A największym mankamentem całości jest zniewieściały i, mówiąc wprost, kiepski wokal. Dmitry Melet powinien skupić się na grze na basie (w czym jest naprawdę dobry), a mikrofon odstąpić komuś o ciekawszej barwie i przede wszystkim o większych możliwościach wokalnych.

"Ruination" to jedno z ciekawszych wydawnictw bieżącego roku. Pomimo wspomnianych wyżej niedoskonałości, warto poznać ten album, jako przykład kreatywnego podejścia do grania w stylu retro. W natłoku kiepskich epigonów, cieszą tacy wykonawcy, jak Kairon; IRSE! czy wspomniany wcześniej King Gizzard & the Lizard Wizard, którzy mimo ewidentnych inspiracji muzyką sprzed niemal pół wieku, potrafią zabrzmieć dość świeżo.

Ocena: 7/10



Kairon; IRSE! ‎- "Ruination" (2017)

1. Sinister Waters I; 2. Sinister Waters II; 3. Llullaillaco; 4. Starik; 5. Porphyrogennetos; 6. Ruination

Skład: Dmitry Melet - wokal i bass, skrzypce; Niko Lehdontie - gitara i instr. klawiszowe; Lasse Luhta - gitara; Johannes Kohal - perkusja
Gościnnie: Andreas Heino - saksofon i klarnet
Producent: Juho Vanhanen i Kairon; IRSE!


5 lipca 2017

[Recenzja] November - "En ny tid är här..." (1970)



Szwecja z muzyką rockową* kojarzy się od stosunkowo krótkiego czasu. Dopiero w XXI wieku nastąpił tam prawdziwy wysyp rockowych zespołów. A ściślej mówiąc, retro rockowych zespołów, które postawiły sobie za cel imitowanie stylu jednej lub kilku grup działających na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku, a pochodzących zawsze z Wielkiej Brytanii lub Stanów. Tymczasem już we wspomnianym okresie, Szwecja mogła pochwalić się swoim własnym rockowym power triem, kontynuującym tradycje The Jimi Hendrix Experience i Cream.

Trio November powstało pod koniec lat 60. w Sztokholmie. Nazwa upamiętnia pewien listopadowy wieczór 1969 roku, gdy muzycy zagrali jako support przed grupą Fleetwood Mac. Muzykę graną przez zespół można nazwać zarówno ciężkim blues rockiem, jak i bluesowo zabarwionym hard rockiem. Słychać w niej podobieństwo do wspomnianych już wykonawców - Hendrixa, Cream i Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena) - ale także do Ten Years After, Led Zeppelin, czy nawet Black Sabbath z pierwszego albumu (momentami brzmienie jest niemal tak samo ciężkie). Inspiracje to zacne i efekt nie mógł być zły. Zwłaszcza, że w tamtym czasie wszyscy muzycy przywiązywali wagę do napisania jak najlepszych kompozycji i zagrania ich najlepiej jak potrafią, zamiast skupiać się na postarzaniu brzmienia o 40 lat i próbach przywołania tamtego klimatu, jak robi zdecydowana większość retrorockowców.

"En ny tid är här...", debiutancki album November, to zbiór krótkich, prostych utworów, opartych na zadziornych gitarowych riffach i solówkach, które nie dominują jednak brzmienia całości, pozwalając wykazać się sekcji rytmicznej. Muzycy nie są wirtuozami, ale grają naprawdę przyzwoicie i solidnie. Od anglosaskich wykonawców November odróżnia się dzięki szwedzkojęzycznym tekstom. Przyznam, że z tego powodu trochę się obawiałem sięgać po twórczość zespołu, mając w pamięci szwedzkojęzyczne partie wokalne grupy Trettioåriga Kriget, które są naprawdę okropne (w przeciwieństwie do muzyki). Tutaj jednak brzmią one naprawdę fajnie, melodyjnie i bezpretensjonalnie. Co ciekawe, gdy zespół występował w Wielkiej Brytanii, gdzie zdobył nieznaczną popularność, wokalista śpiewał teksty po angielsku, co jednak nie podobało się publiczności, chcącej usłyszeć oryginalne wersje. Same kompozycje są całkiem niezłe. Dominują kawałki łączące rockowy czad ze zgrabnymi melodiami (z "Mount Everest", "En annan värld" i "En enkel sång om dej" na czele). "Lek att du är barn igen" został ciekawie urozmaicony niemal folkowymi partiami fletu, ale muzycy potrafili zabrzmieć też naprawdę ciężko, czego dowodem "Varje gång jag ser dig känns det lika skönt". Wyłącznie jako żart należy zaś traktować finałową miniaturkę "Balett blues", wzbogaconą archaiczną partią pianina.

Tytuł albumu "En ny tid är här..." można przetłumaczyć jako "Nadeszły nowe czasy". Faktycznie, dla Szwecji debiut November był czymś bardzo świeżym i oryginalnym. Wcześniej niewielu tamtejszych wykonawców decydowało się na śpiewanie w ojczystym języku, ani na granie takiej muzyki. Oczywiście, w stosunku do muzyki anglosaskiej, twórczość November jest bardzo wtórna. Co nie znaczy, że gorsza.

Ocena: 8/10

* Uprzedzając ewentualne komentarze: pisząc o muzyce rockowej, mam na myśli muzykę rockową, nie metalową, która już w latach 80. miała w Szwecji sporo przedstawicieli popularnych na całym świecie (od Europe do bardziej poważnych Candlemass i Bathory). W latach 70. działało tam kilka, może kilkanaście grup rockowych - w tym opisane już przeze mnie Kvartetten Som Sprängde i Trettioåriga Kriget - jednak ich popularność była wyłącznie lokalna.



November - "En ny tid är här..." (1970)

1. Mount Everest; 2. En annan värld; 3. Lek att du är barn igen; 4. Sekunder (förvandlas till år); 5. En enkel sång om dej; 6. Varje gång jag ser dig känns det lika skönt; 7. Gröna blad; 8. Åttonde; 9. Ta ett steg i sagans land; 10. Balett blues

Skład: Christer Stålbrant - wokal i bass; Richard Rolf - gitara; Björn Inge - perkusja, dodatkowy wokal
Gościnnie: Jan Kling - flet (1,3);  Caroline Williams - dodatkowy wokal (3,9)
Producent: Roger Wallis


4 lipca 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Blue Train" (1958)



W kwietniu 1957 roku John Coltrane wyleciał z kwintetu Milesa Davisa. Powodem było jego uzależnienie od heroiny, które przekładało się na mniejsze zaangażowanie w granie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że sam Davis był w tamtym czasie czysty i nie chcąc wracać do nałogu, nie zamierzał przebywać w towarzystwie ćpunów. Coltrane ostatecznie wrócił do kwintetu pod koniec roku (lub, w zależności od źródła, na początku następnego). W międzyczasie zdążył rzucić swoje nałogi, nawiązać owocną współpracę z Theloniousem Monkiem, oraz przygotować dwa solowe wydawnictwa. Debiutancki "Coltrane" (1957) przeszedł bez większego echa, za to następny, "Blue Train", stał się jednym z najsłynniejszych longplayów jazzowych. Album, będący jedynym wydawnictwem Coltrane'a dla słynnej wytwórni Blue Note, jest wynikiem jednodniowej sesji nagraniowej, która odbyła się 15 września 1957 roku. Poza samym Coltranem uczestniczyła w niej także sekcja rytmiczna kwintetu Davisa - basista Paul Chambers i perkusista Philly Joe Jones - a także pianista Kenny Drew z grupy Art Blakey's Jazz Messengers, oraz jej dwaj przyszli członkowie - trębacz Lee Morgan i puzonista Curtis Fuller.

Longplay składa się z pięciu utworów, z których cztery to autorskie kompozycje Coltrane'a, a jeden, ballada "I'm Old Fashioned", to popularny jazzowy standard (skomponowany w 1942 roku przez Johnny'ego Mercera i Jerome'a Kerna). Część premierowych nagrań także z czasem stała się standardami, na stałe zapisując się w jazzowym kanonie. Jednym z nich jest oczywiście tytułowy "Blue Train", oparty na charakterystycznym temacie. Nie mniejszą popularność zdobył "Moment's Notice", który - wraz z "Lazy Bird" - jest wczesnym przykładem zastosowania przez Johna nietypowych w ówczesnym jazzie, nowatorskich rozwiązań harmonicznych (tzw. Coltrane changes, jak je później nazwano). Pod względem stylistycznym materiał utrzymany jest w ramach hardbopu, z wyraźnym wpływem bluesa, nadającym całości dość melancholijnego nastroju. Rozpoznawane tematy i porywające solówki sprawiają, że album wciąż, sześćdziesiąt lat po nagraniu, jest bardzo atrakcyjny - choć część współczesnych słuchaczy może odrzucić jego archaiczne brzmienie. Dlatego dziś większą popularnością cieszą się późniejsze dokonania muzyka, z "A Love Supreme" na czele. On sam zawsze jednak podkreślał, że "Blue Train" jest jednym z jego ulubionych własnych albumów i przynajmniej przez jakiś czas uważał go za swoje największe osiągnięcie.

Myślę, że najlepszym podsumowaniem tej recenzji, a zarazem usprawiedliwieniem jej lakoniczności, będą słowa samego Johna Coltrane'a: Nie mam pojęcia, jak można słowami opowiedzieć, co gram. Niech muzyka mówi sama za siebie*.

Ocena: 8/10

* DeVito Chris, Coltrane według Coltrane'a. Wywiady z Johnem Coltrane'em, Wydawnictwo Kosmos Kosmos, 2017



John Coltrane - "Blue Train" (1958)

1. Blue Train; 2. Moment's Notice; 3. Locomotion; 4. I'm Old Fashioned; 5. Lazy Bird

Skład: John Coltrane - saksofon; Lee Morgan - trąbka; Curtis Fuller - puzon; Kenny Drew - pianino; Paul Chambers - kontrabas; Philly Joe Jones - perkusja
Producent: Alfred Lion


3 lipca 2017

[Recenzja] Townes Van Zandt - "Townes Van Zandt" (1969)



Trzeci album Townesa Van Zandta tylko częściowo składa się z premierowego materiału. Z dziesięciu utworów aż cztery to nowe wersje kompozycji z debiutu ("For the Sake of the Song", "Waiting Around to Die", "I'll Be Here in the Morning" i "(Quicksilver Daydreams of) Maria"). Przyczyną tego nie był jednak kryzys twórczy muzyka, a jego niezadowolenie ze zbyt bogatych aranżacji oryginalnych wersji. Tym razem aranżacje - zarówno tych starszych kawałków, jak i premierowych - są bardzo ascetyczne (choć w "Maria" znów pojawia się partia smyczków). Townes śpiewa przeważnie z akompaniamentem samej gitary akustycznej, do której czasem dochodzi harmonijka, perkusja, oraz - tylko w jednym utworze - gitara basowa. Co ciekawe, w opisie longplaya zabrakło informacji kto gra na tych instrumentach.

Pod względem stylistycznym, album - w odniesieniu do swojego folkowego poprzednika - bliższy jest muzyki country. Dominują tutaj utwory w tym stylu, ale nie drażnią mnie, ponieważ ratuje je emocjonalny, przepełniony autentycznym smutkiem śpiew Van Zandta. Najlepiej wypadają tu jednak te kompozycje, które z typowym country niewiele mają wspólnego. Prawdziwą perłą jest "Waiting Around to Die", oparty na nieskomplikowanej, lecz efektownej partii gitary, prosto nabijanym rytmie i harmonijkowych ozdobnikach, stanowiących podkład dla przejmującej partii wokalnej Townesa, śpiewającego gorzki, autobiograficzny tekst. Równie wspaniale wypada "Lungs", o dość mrocznym klimacie, a zarazem posiadający bardzo chwytliwą linią wokalną i nośną gitarową zagrywkę, oraz fantastyczne solówki na gitarze rezofonicznej. Świetnym utworem jest także "Fare Thee Well, Miss Carousel" - bardzo dynamicznym (to właśnie tutaj pojawia się kompletna sekcja rytmiczna), przebojowym i zaskakujący pogodnym (ale tylko pod względem muzycznym, bo tekst jest typowy dla jego autora). Pozostałe utwory robią na mnie mniejsze wrażenie, ale pod względem melodycznym są niemal tak samo piękne jak powyższe. Na wyróżnienie zasługują przede wszystkim "For the Sake of the Song", "I'll Be Here in the Morning", "Maria" i "None But the Rain".

O ile na poprzednim albumie Van Zandta, "Our Mother the Mountain", country pojawia się w śladowych ilościach, tak na "Townes Van Zandt" jest już pierwiastkiem dominującym. O dziwo, album naprawdę mi się podoba. Choć to akurat głównie zasługa tych utworów, które mają najmniej wspólnego z country.

Ocena: 8/10



Townes Van Zandt - "Townes Van Zandt" (1969)

1. For the Sake of the Song; 2. Columbine; 3. Waiting Around to Die; 4. Don't You Take It Too Bad; 5. Colorado Girl; 6. Lungs; 7. I'll Be Here in the Morning; 8. Fare Thee Well, Miss Carousel; 9. (Quicksilver Daydreams of) Maria; 10. None But the Rain

Skład: Townes Van Zandt - wokal i gitara
Producent: Jim Malloy i Kevin Eggers