16 czerwca 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "The Least We Can Do Is Wave to Each Other" (1970)



Van der Graaf Generator to ostatni z wielkich progresywnych zespołów, którego jeszcze nie recenzowałem. Grupa, podobnie jak Gentle Giant, nigdy nie zdobyła popularności na miarę Pink Floyd, King Crimson, Yes, Genesis, Jethro Tull i Emerson, Lake & Palmer, choć tworzyła równie interesującą i nowatorską muzykę. Stało się tak bynajmniej nie bez powodu. O ile tamte zespoły potrafiły pogodzić eksperymentalne podejście i instrumentalny kunszt z przystępnością, tak twórczość Generatora okazała się zbyt trudna w odbiorze, by porwać tłumy. Grupa została doceniona jedynie przez prawdziwych wielbicieli rocka progresywnego (tych, dla których nie kończy się on na "Ciemnej stronie księżyca", "Dworze Karmazynowego Króla" i innych popularnych, łatwo przyswajalnych wydawnictwach).

Korzenie Van der Graaf Generator sięgają 1967 roku. Początkowo zespół składał się z trzech muzyków: śpiewającego gitarzysty Petera Hammila, grającego na perkusji i dęciakach Chrisa Judge'a Smitha, oraz organisty Nicka Pearne'a. Nazwę wymyślił Smith, a zainspirował go... generator elektrostatyczny wynaleziony przez amerykańskiego fizyka Roberta Van de Graaffa (błąd w pisowni był ponoć dziełem przypadku). Na tym etapie był to kompletnie amatorski zespół, nie mający nawet porządnych instrumentów (podobno podczas pierwszych występów Smith grał na... maszynie do pisania). Muzycy mieli jednak wystarczająco ambicji i zapału, żeby rozesłać swoje demo do wytwórni płytowych. Zainteresowanie wykazali przedstawiciele Mercury Records, którzy z miejsca zaproponowali podpisanie kontraktu. Podpisali go wyłącznie Hammil i Smith, ponieważ Pearne wybrał kontynuowanie studiów. Jego miejsce wkrótce zajął Hugh Banton, klasycznie szkolony klawiszowiec. Niedługo później menadżerem grupy został Tony Stratton-Smith. Za jego namową, do zespołu przyjęto basistę Keitha Ellisa i perkusistę Guya Evansa. W rozszerzonym składzie nie potrafił odnaleźć się Smith, który podjął decyzję o odejściu. Wcześniej zdążył jednak wziąć udział w nagraniu debiutanckiego singla zespołu (z utworami "People You Were Going To" i "Firebrand").

Co ciekawe, mała płyta ukazała się nakładem Polydor Records, co wkurzyło przedstawicieli Mercury. W odwecie wymusili wycofanie jej ze sprzedaży, a także uniemożliwili dalsze funkcjonowanie zespołu, który w efekcie się rozpadł.  Hammil zdecydował się wówczas rozpocząć karierę solową. Na przełomie lipca i sierpnia 1969 roku odbyła się dwudniowa sesja nagraniowa, z Bantonem, Ellisem i Evansem jako muzykami sesyjnymi. Ostatecznie album, zatytułowany "The Aerosol Grey Machine", ukazał się jednak pod szyldem grupy. Był to wynik kompromisu, dzięki któremu Hammil mógł wywiązać się z kontraktu i uwolnić od niego. Longplay ukazał się wyłącznie w Stanach, w niewielkim nakładzie (dopiero w połowie lat 70. wydano go także w innych krajach). Nie była to jednak wielka strata, ponieważ zawarta na nim muzyka jest, delikatnie mówiąc, bardzo przeciętna, zarówno pod względem kompozytorskim (cały materiał został napisany przez Hammila), jak i wykonawczym, a ponadto wtórna wobec innych wykonawców. Pozytywnym skutkiem była natomiast reaktywacja zespołu. Z dwoma nowymi muzykami - basistą  Nicem Potterem (Ellis nie mógł wrócić, ponieważ w międzyczasie dołączył do grupy Juicy Lucy) i saksofonistą Davidem Jacksonem. W grudniu nagrany został właściwy debiut Van der Graaf Generator, "The Least We Can Do Is Wave to Each Other". Album o wiele dojrzalszy i bardziej dopracowany od "The Aerosol Grey Machine", mający już wszystkie cechy stylu rozwijanego potem na kolejnych wydawnictwach zespołu.

Autorem lub współautorem wszystkich utworów jest Hammil, jednak tym razem także pozostali muzycy zaangażowali się w aranżację, dzięki czemu utwory opierają się na większej interakcji instrumentalistów. Na album składa się sześć utworów - po trzy na każdą stronę winylowego wydania, ułożonych tak, że po środku obu stron umieszczone zostały spokojniejsze utwory o balladowym charakterze. Podniosły "Refugees", nieodparcie kojarzy się z "Whiter Shade of Pale", zaś "Out of My Book" ma lekko folkowy klimat. Pomimo łagodnych aranżacji i wyrazistych melodii, nie są to zwyczajne piosenki o konwencjonalnej strukturze. Muzycy całkowicie zrezygnowali z refrenów. Utwory po prostu płynną, stopniowo się rozwijając. W warstwie muzycznej pozostałych utworów dominują potężne partie klawiszy i saksofonów (Jackson, będąc pod wpływem Rolanda Kirka, często grał jednocześnie na saksofonie altowym i tenorowym), wspartych intensywną grą sekcji rytmicznej. Partie gitarowe pojawiają się tutaj sporadycznie. Wyjątek stanowi "Whatever Would Robert Have Said?", wzbogacony akompaniamentem gitary akustycznej Hammila i zagrywkami Pottera na gitarze elektrycznej. Najciekawiej wypada tu jednak część instrumentalna, w której większą rolę odgrywają brzmienia organów i jazzujące solówki Jacksona. Pozostałe utwory można opisać jako połączenie teatralności wczesnego Genesis (charakterystyczne, czasem aż za bardzo ekspresyjne partie wokalne Hammila) i ciężkiego, mrocznego klimatu King Crimson. Świetne otwarcie stanowi "Darkness (11/11)", oparty na pulsującym basie i budujących nastrój klawiszach, zakończony rozdzierającą solówką na saksofonach. "White Hammer" początkowo sprawia wrażenie miłej, melodyjnej piosenki, jednak klimat stopniowo się zagęszcza. prowadząc do zaskakującego, ciężkiego finału z posępnymi organami i agresywną, freejazzową solówką Jacksona. Album kończy najdłuższa i najbardziej złożona, pełna kontrastów kompozycja, "After the Flood", pomysłowo łącząca elementy rocka, jazzu i folku w interesującą całość.

"The Least We Can Do Is Wave to Each Other" to bardzo udany debiut. Mimo pewnych podobieństw do King Crimson czy Genesis, brzmiący całkiem oryginalnie. Zespół już tutaj wypracował swój rozpoznawalny styl i charakterystyczne brzmienie, oparte przede wszystkim na saksofonie i organach. Pod względem wykonawczym mogę przyczepić się jedynie do czasem zbyt pretensjonalnych partii wokalnych; w warstwie instrumentalnej wszystko jest bez zarzutu. Same kompozycje mogłyby być natomiast trochę lepsze - zachwycać nie tylko pomysłowymi aranżacjami i wirtuozerskim wykonaniem, ale także nieco bardziej wyrazistymi melodiami.

Ocena: 8/10



Van der Graaf Generator - "The Least We Can Do Is Wave to Each Other" (1970)

1. Darkness (11/11); 2. Refugees; 3. White Hammer; 4. Whatever Would Robert Have Said?; 5. Out of My Book; 6. After the Flood

Skład: Peter Hammill - wokal i gitara, pianino (2); Hugh Banton - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Nic Potter - bass, gitara (4); David Jackson - saksofon i flet, dodatkowy wokal; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Mike Hurwitz - wiolonczela (2); Gerry Salisbury - kornet (3)
Producent: John Anthony


3 komentarze:

  1. Jak dla mnie to takie progresywno-psychodeliczne Powerslave -> świetny Darkness na dzień dobry, potem nuda, nuda, z małym przebłyskiem w końcówce Whitehammer, znowu trochę nudy i na koniec świetny kawałek, chociaż nie do końca łapię koncept z tym co się w nim dzieje od 8 minuty (ale folk wypaśny, muszę przyznać)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uważam, że ten album jest nieco niedoceniony, pozostający w cieniu swoich następców. Jak dla mnie Darkness, Refugees, After the Flood to ścisła czołówka VDGG. Czy planujesz napisać recenzje kolejnych albumów ? Chętnie bym je przeczytał :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak ;) Recenzje tego zespołu będą pojawiać się w niektóre piątki.

      Usuń