22 czerwca 2017

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard - "Flying Microtonal Banana" (2017)



Australijski septet King Gizzard & the Lizard Wizard wyrasta na jednego z najważniejszych i najciekawszych przedstawicieli retro rocka. Grupa istnieje od 2010 roku i od tego czasu zdążyła wydać już dziesięć albumów studyjnych (z których dwa najnowsze ukazały się w tym roku). Na każdym z nich muzycy eksplorują nieco inne rejony. Podstawą zawsze jest rock psychodeliczny i garażowy, a wzbogacały go już m.in. wpływy muzyki ze spaghetti westernów (drugi w dyskografii "Eyes Like the Sky"), jazz rocka (szósty "Quarters!", składający się czterech utworów trwających równo 10 minut 10 sekund) czy folku (siódmy "Paper Mâché Dream Balloon"). Głośniej o zespole zrobiło się w zeszłym roku, za sprawą ósmego longplaya, "Nonagon Infinity" (na którym wszystkie utwory płynnie się przenikają, włącznie z ostatnim, który "przechodzi" w pierwszy, tworząc iluzję nigdy nie kończącego się albumu). Dobra prasa i komercyjny sukces wydawnictwa dodały zespołowi jeszcze więcej energii. Muzycy zbudowali własne studio i korzystając z nieograniczonego czasu postanowili przygotować cykl czterech lub pięciu albumów, zatytułowany "Explorations Into Microtonal Tuning". W lutym ukazała się pierwsza część, "Flying Microtonal Banana"; druga, "Murder of the Universe", właśnie trafia do sprzedaży; kolejne również mają ukazać się w tym roku.

Pomysł cyklu narodził się, gdy lider zespołu, Stu Mackenzie, zakupił gitarę pozwalającą grać w skalach mikrotonowych. Takie skale były używane w muzyce starożytnej Grecji, są także podstawą muzyki bliskiego, środkowego i dalekiego wschodu. Charakteryzuje się ona podziałem oktawy na więcej interwałów, niż typowe dla muzyki zachodniej dwanaście półtonów (przeważnie około 22-24). Mackenzie zafascynował się brzmieniem nowego instrumentu do tego stopnia, że wypłacił pozostałym muzykom po 200$ na zakup nowych lub przerobienie posiadanych instrumentów, aby też mogli grać mikrotonami. Stąd też nazwa "Explorations Into Microtonal Tuning" - założeniem cyklu jest właśnie eksplorowanie muzyki mikrotonowej. Efekt tych eksperymentów - przynajmniej na pierwszej odsłonie, "Flying Microtonal Banana" - jest naprawdę intrygujący. Album wypełnia hipnotyzująca, transowa muzyka, oparta na nerwowych rytmach, utrzymana w szybkim tempie, cechująca się wyraźnymi naleciałościami orientalnymi. Czasem bliżej jest muzyki indyjskiej (np. "Open Water"), kiedy indziej arabskiej (np. "Billabong Valley" i utwór tytułowy, w których istotną rolę odgrywa brzmienie surmy - aerofonu pochodzenia środkowowschodniego). Poszczególne utwory są do siebie dość podobne, różnią się przede wszystkim intensywnością (od subtelniejszego "Melting", po niemal hardrockowo zadziorne kawałki w rodzaju "Anoxia" i "Doom City"). Ta pozorna monotonia służy jednak wytworzeniu mantrowego klimatu, typowego dla muzyki wschodniej. Całość zachowuje psychrockowy charakter i aż kipi od świetnych, wpadających w ucho melodii (np. wspomniane "Open Water" i "Billabong Valley", energetyczny "Rattlesnake", czy oparty na rewelacyjnym basie "Nuclear Fusion").

Muszę przyznać, że dawno nie słyszałem tak dobrego nowego albumu, jak "Flying Microtonal Banana". Z jednej strony ewidentnie czerpiącego z pomysłów eksperymentujących grup rockowych z przełomu lat 60./70., a z drugiej brzmiącego współcześnie i świeżo. Dziwaczny, ale na swój sposób piękny longplay. Jeżeli kolejne odsłony "Explorations Into Microtonal Tuning" będą równie dobre, to może nie spełni się moja niedawna przepowiednia o końcu muzyki rockowej w 2017 roku. Choć z drugiej strony - jeden zespół, kontynuujący na swój sposób eksperymenty sprzed pół wieku, niewielkie ma szansę wpłynąć na ogólną kondycję współczesnego rocka.

Ocena: 8/10



King Gizzard & the Lizard Wizard - "Flying Microtonal Banana" (2017)

1. Rattlesnake; 2. Melting; 3. Open Water; 4. Sleep Drifter; 5. Billabong Valley; 6. Anoxia; 7. Doom City; 8. Nuclear Fusion; 9. Flying Microtonal Banana

Skład: Stu Mackenzie - wokal (1-4,7,8), gitara, bass (2,8), surma (1,3,5-7,9), instr. perkusyjne (1-3,9); Joey Walker - gitara (1,3,4,6,8,9), bass (5), wokal (6); Cook Craig - gitara (1,3,7), bass (4,6); Lucas Skinner - bass (1-3,7); Ambrose Kenny-Smith - instr. klawiszowe (1-3,5,8,9), harmonijka (1,4,7-9), wokal (5); Michael Cavanagh - perkusja i instr. perkusyjne; Eric Moore - perkusja (1,3), instr. perkusyjne (9)
Producent: King Gizzard & the Lizard Wizard


7 komentarzy:

  1. 10 albumów w 7 lat - normalnie jak na początku lat 60. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet w 5, bo pierwszy ukazał się w 2012 roku ;)

      Usuń
    2. Mają rozmach... No cóż, trzeba będzie niedługo przesłuchać tę płytkę. A będą kiedyś recki tych wcześniejszych, powstałych w zabójczo szybkim tempie krążków?

      Usuń
    3. Możliwe, że kiedyś się pojawią ;) Dotąd słyszałem w całości tylko jeden, ale nie był tak dobry. Natomiast już szykuję recenzję "Murder of the Universe". Premiera jutro, ale już słyszałem i mogę zdradzić, że jest równie ciekawy, choć inny ;)

      Usuń
    4. Miło usłyszeć/przeczytać, że obecnie powstają jeszcze jakieś ciekawe albumy.

      Usuń
    5. zespół australijski, a na wikipedii jeden z gatunków jaki przypisują do tego albumu to krautrock...

      Usuń
    6. Krautrock oznacza dosłownie "szwabski rock", ale opisuje bardzo charakterystyczną odmianę rocka progresywnego, a nie po prostu rock z Niemiec. Dlatego o nieniemieckich zespołach grających w podobny sposób można powiedzieć, że grają krautrock ;) W przypadku KG&tLW jest to co prawda spore nadużycie, lecz pewne podobieństwa są tu słyszalne, jak charakterystyczna dla krautrocka transowość i mechaniczność. A to arabizowanie z "FMB" kojarzy mi się z krautrockową grupą Agitation Free i jej albumem "Malesch".

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.