23 czerwca 2017

[Recenzja] King Crimson - "Absent Lovers" (1998)



Trzecia z kolei koncertówka King Crimson z archiwalnym materiałem to zapis występu z 11 lipca 1984 roku. Był to ostatni koncert na trasie promującej album "Three of a Perfect Pair", a zarazem ostatni występ grupy przed dziesięcioletnią przerwą. Repertuar w znacznym stopniu opiera się na kompozycjach z "kolorowej trylogii" - obejmuje po sześć utworów z czerwonego "Discipline" i żółtego "Three of a Perfect Pair", oraz trzy z niebieskiego "Beat". Ze starszego repertuaru muzycy sięgnęli tylko po "Red" i "Larks' Tongues in Aspic (Part II)".

Podczas pierwszej części koncertu (której odpowiada pierwsza płyta) wybrzmiały głównie bardziej skomplikowane, pokręcone utwory, w rodzaju "Larks' Tongues in Aspic (Part III)", "Thela Hun Ginjeet", "Industry" czy "Indiscipline" (wzbogacony solówką Billa Bruforda na elektronicznej perkusji). Podobny charakter ma otwierająca całość, nieobecna na żadnym albumie studyjnym improwizacja "Entry of the Crims". Chwilę wytchnienia dają dwa utwory: ballada "Matte Kudasi" i chwytliwy kawałek tytułowy z promowanego albumu. Druga część (czyli druga płyta) to już w większości przystępniejsze - choć niebanalne w warstwie instrumentalnej - kompozycje, na czele z singlowymi "Elephant Talk", "Heartbeat" i "Sleepless". Wyjątek stanowią "Sartori in Tangier", "Larks' Tongues in Aspic (Part II)" (któremu, niestety, brakuje mocy studyjnego pierwowzoru i koncertowych wykonań z lat 70.) i "Discipline". Większość utworów różni się od swoich płytowych odpowiedników, choć wszystkie improwizacje są tu dość zdyscyplinowane i nie trwają tak długo, jak w poprzedniej dekadzie. Na żywo zyskały przede wszystkim kawałki z dwóch ostatnich części "trylogii", które zabrzmiały potężniej i... bardziej crimsonowo.

Cały album stanowi potwierdzenie, że ówczesny skład tworzyli fenomenalni instrumentaliści, przewyższający umiejętnościami wszystkich byłych członków grupy. "Absent Lovers" to doskonałe podsumowanie "kolorowego" okresu.

Ocena: 9/10



King Crimson - "Absent Lovers: Live in Montreal 1984" (1998)

CD1: 1. Entry of the Crims; 2. Larks' Tongues in Aspic (Part III); 3. Thela Hun Ginjeet; 4. Red; 5. Matte Kudasai; 6. Industry; 7. Dig Me; 8. Three of a Perfect Pair; 9. Indiscipline
CD2: 1. Sartori in Tangier; 2. Frame by Frame; 3. Man with an Open Heart; 4. Waiting Man; 5. Sleepless; 6. Larks' Tongues in Aspic (Part II); 7. Discipline; 8. Heartbeat; 9. Elephant Talk

Skład: Adrian Belew - wokal, gitara, perkusja; Robert Fripp - gitara, syntezator gitarowy; Tony Levin - bass, Chapman stick, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Robert Fripp i David Singleton

7 komentarzy:

  1. Wiem, że pytanie mocno nie w temacie, ale muszę wiedzieć... co sądzisz o Tool?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem, czy tak mocno? Muzycy Tool bardzo by chcieli być jak King Crimson, ale im nie wychodzi. To przeceniany zespół. Nagrywający zbyt długie albumy, na których niewiele się dzieje. Strasznie się przy nich wynudziłem. Najlepszy jest chyba ostatni, "10,000 Days", ze świetnym "Vicarious" na otwarcie. Potem jednak poziom spada.

      Usuń
  2. Tak podejrzewałem. Osobiście jestem zdziwiony, bo sam mogę słuchać tych ich przydługich albumów i ani przez chwile się nie nudzić. Nudzę to się no np. przy Dream Theater, których albumy od 2 do 7 uwielbiam, ale dalej zaczęli tak kombinować, że sami nie wiedzą chyba, co grają. Tool ma bardzo klimatyczne brzmienie i jednak trochę pomysłów, jak tą monotonią "pobawić" trochę ze słuchaczem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Dream Theater to jedna z najgorszych rzeczy, jakie przytrafiły się muzyce! Wzięli jakieś przypadkowe elementy z rocka progresywnego i heavy metalu, i połączyli je w cholernie nuudną całość, która jest wyłącznie pretekstem do pretensjonalnych, bezdusznych popisów technicznych. Pod względem kompozytorskim jest to kompletne dno.

      I na tym tle Tool wypada naprawdę rewelacyjnie. Ale jak się ma jego twórczość do klasycznego prog rocka? Do King Crimson? Do Gentle Giant? Słabiutko.

      Kurde, muzycy Gentle Giant potrafili w jednym 4-minutowym utworze zawrzeć więcej pomysłów, niż Tool (nie mówiąc o DT) na całym albumie, a wszystkie te pomysły idealnie się dopełniały, tworząc doskonałą, przemyślaną w każdej sekundzie całość.

      Usuń
  3. Odpowiadając na pytanie: Ani Dream Theater ani Tool nie mają się jakkolwiek do klasycznych zespołów progrockowych. No a King Crimson to już miażdży ich bezlitośnie. Jednak nie oceniam ich aż tak surowo. Jak porównam ich popisy do, powiedzmy, Yngwiee'a Malmsteena albo Dragonforce (najgorsza rzecz na świecie!!!), to wypadają znośnie. Gdyby każdy z technicznie nastawionych muzyków potrafił grać tak, jak John Petrucci albo Mike Portnoy, to byłoby naprawdę dobrze.

    Co do Gentle Giant, to skorzystam z okazji i serdecznie podziękuję za zainteresowanie mnie tą grupą. Jedna z najlepszych, jakie ostatnimi czasy osłuchiwałem. Trzeba mieć jaja, żeby wsadzić trąbkę i skrzypce do jednego, 4-minutowego utworu :D

    Prawda jest taka, że niemal każdy zespoł neoprogresywny, progresywny, czy pseudoprogresywny z lat 80. czy 90. wymięka przy tych z wcześniejszych dekad. Wiem, że w dużej mierze powtarzam to, co sam piszesz od dawna, ale trudno mi poradzić coś na to, że się z tym zgadzam i gusta przynajmniej w pewnym stopniu mam zbliżone do tego, co jest na tym blogu (może kiedyś będziemy mieli okazję się przy czymś posprzeczać :) )

    OdpowiedzUsuń
  4. O tak, ostatnio zmusiłem się do przesłuchania całego "Images and Words" i byłem zmordowany już pod koniec "Pull me Under" (potem tylko zrobił na mnie wrażenie "Metropolis")... Tool za to jest spoko, leciał w tle i mnie nie drażnił (debiut, reszty jeszcze nie miałem sposobności usłyszeć)

    Więcej pomysłów w 4 minutowym utworze niż Tool czy DT na całym albumie. A co z problemem pod tytułem "za dużo grzybów w barszczu"? jak się wrzuci całą masę rozwiązań w za krótki kawałek to ciężko wszystko zarejestrować za 1 razem. A chyba nie o to chodzi.

    Tralala, wczoraj wreszcie przesłuchałem cały "Ok Computer" - no tak, jaja mu ucięli i to wkurza maksymalnie, kilka utworów jest przegiętych (Paranoid Android, Let Down) kilka to proste melodyjki ubrane w pseudodramatyzm i pretensjonalność (Exit Music, The Tourist) ale jest też kilka utworów tchnących magią i niesamowitym klimatem (Airbag, Subterranenean, No Suprises) albo są spoko ("Lucky") ogólnie ode mnie na RYM 2/5 gwiazdek i parę kawałków do powracania.

    żeby skończyć dygresję - ile jeszcze opiszesz albumów KC przed ConstruKCtion of Light? Bo w sumie o studyjnych wydawnictwach z premierowym materiałem się najlepiej czyta ;)

    Ostatnio przesłuchałem "Io Sono Nato Libero" - polecam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Utwory Gentle Giant przy pierwszym, drugim przesłuchaniu mogą wydawać się nieco chaotyczne (zwłaszcza, jeśli ktoś jest przyzwyczajony do dużo prostszego grania), ale przy kolejnych okazuje się, że tam każdy dźwięk jest przemyślany i wszystkie układają się w logiczną całość ;)

      W dyskografii King Crimson z przełomu wieków zdecydowanie ciekawsze są nagrania koncertowe, niż studyjne. Następna recenzja KC będzie już dotyczyła czegoś znacznie świeższego i w pełni premierowego, ale nie będzie to jeszcze "ConstruKCtion of Light".

      Usuń