29 maja 2017

[Recenzja] The 13th Floor Elevators - "The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" (1966)



W drugiej połowie lat 60. muzyka rockowa przeszła fascynującą ewolucję. Jej czysto rozrywkowy charakter i prostota zastąpione zostały coraz bardziej odważnymi i ambitnymi eksperymentami. Muzycy, do tamtej pory czerpiący wyłącznie z bluesa, rock and rolla i rhythm and bluesa, nagle zaczęli szukać inspiracji także w innych gatunkach - folku, jazzie, muzyce poważnej, orientalnej, afrykańskiej, latynoskiej... - a także sięgać po nietypowe instrumentarium i eksperymentować z brzmieniem, wykorzystując technologiczne nowinki. Oprócz poszerzenia spektrum swoich muzycznych zainteresowań, chętnie zaczęli poszerzać także swoją percepcję - za pomocą środków psychoaktywnych. Stąd też wzięło się określenie rock psychodeliczny. Twórcą tej nazwy był podobno Tommy Hall, który użył jej jako opisu muzyki swojego zespołu, The 13th Floor Elevators.

Grupa powstała w 1965 roku w Austin, stolicy stanu Texas. Początkowo używała nazwy The Lingsmen, jednak z czasem zmieniono ją bardziej adekwatną dla grupy złożonej z eksperymentujących z przeróżnymi substancjami ćpunów (The 13th Floor, trzynaste piętro, bo trzynastą literą alfabetu jest m jak marihuana, a Elevators, czyli windy, miały symbolizować percepcyjne zdolności człowieka, które muzycy chcieli przekroczyć). W styczniu 1966 grupa nagrała swój pierwszy singiel, "You're Gonna Miss Me" (wykonywany już przez poprzedni zespół śpiewającego gitarzysty Roky'ego Ericksona, The Spades), który zupełnie niespodziewanie, po kilku miesiącach od premiery, stał się umiarkowanym przebojem na liście Billboardu. Wytwórnia, chcąc wykorzystać ten sukces, zmusiła zespół do przyśpieszenia pracy nad debiutanckim longplayem. Błyskawiczna sesja (cztery godziny nagrywania, sześć godzin miksowania) odbyła się na początku października, a już w połowie miesiąca wydawnictwo trafiło do sprzedaży.

"The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" w zamyśle miał być albumem koncepcyjnym, opisującym kolejne stadia narkotycznego "tripu". Niestety, przedstawiciele wytwórni zmienili ustaloną przez zespół kolejność utworów (uznali, że całość musi rozpoczynać przebój "You're Gonna Miss Me"), przez co cały koncept szlag trafił. Wytwórnia kompletnie nie rozumiała muzycznej wizji zespołu, o czym świadczy również inna ingerencja w materiał - zdjęcie pogłosu z gitary Stacy 'ego Sutherlanda, który nadawał muzyce bardziej przestrzennego i psychodelicznego charakteru. Na szczęście, pozostawiono najbardziej unikalny element brzmienia zespołu, czyli partie Tommy'ego Halla na... dzbanku. Zainspirowały go stare "jug bandy", używające do grania domowej roboty instrumentów lub po prostu sprzętów codziennego użytku. Za pomocą dzbanków mogły imitować tubę lub inne dęciaki. Hall stworzył jednak własną technikę gry, która pozwalała mu wydobywać zupełnie oryginalne dźwięki, nadające muzyce Elevators unikalnego brzmienia. Jednak poza tym elementem - i narkotycznymi tekstami - album brzmi dość zachowawczo, nie wyróżniając się na tle garażowego rocka z pierwszej połowy dekady. Same kompozycje są na ogół bardzo konwencjonalne. Wyjątek stanowią mroczniejszy "Roller Coaster" i oniryczny "Kingdom of Heaven", będące najbardziej oryginalnymi, psychodelicznymi i inspirującymi utworami na longplayu. Ewentualnie dodać można jeszcze "Fire Engine", ze względu na dziwną warstwę wokalną, choć pod względem muzycznym jest to generyczny rhythm and blues. Z pozostałych, zwyczajniejszych utworów, warto wyróżnić chwytliwe "You're Gonna Miss Me" i "Reverberation", a także folkowy "Splash 1 (Now I'm Home)".

"The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" to bardzo ważny album, którego naprawdę świetnie się słucha. W takich przypadkach najłatwiej jednak o wyolbrzymienie czyjegoś wpływu. Tymczasem w 1966 roku - i to nieco wcześniej - ukazały się co najmniej dwa albumy, które okazały się bardziej wpływowe i esencjonalne dla rocka psychodelicznego, a mowa oczywiście o "Revolver" The Beatles i "Fifth Dimension" The Byrds. Na ich tle, debiut The 13th Floor Elevators wypada bardziej konwencjonalnie i zachowawczo. Wyraźnie tkwi jeszcze w poprzedniej rockowej epoce, choć zawiera pewne innowacyjne pomysły. Niewątpliwie jest to album, którego wstyd nie znać.

Ocena: 8/10



The 13th Floor Elevators - "The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" (1966)

1. You're Gonna Miss Me; 2. Roller Coaster; 3. Splash 1 (Now I'm Home); 4. Reverberation; 5. Don't Fall Down; 6. Fire Engine; 7. Thru the Rhythm; 8. You Don't Know; 9. Kingdom of Heaven; 10. Monkey Island; 11. Tried to Hide

Skład: Roky Erickson - wokal i gitara; Tommy Hall - dzbanek i wokal; Stacy Sutherland - gitara; Ronnie Leatherman - bass (2,4-11); John Ike Walton - perkusja i instr. perkusyjne; Benny Thurman - bass (1,3)
Producent: Lelan Rogers


7 komentarzy:

  1. stary dobry nieznajomy29 maja 2017 15:23

    Jaka jest Twoim zdaniem optymalna długość albumu muzycznego? Ten ma zaledwie 34 minuty. Za długi album wiadomo, to często wada. A może być coś takiego jak za krótki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Optymalna długość to od ok. 35 do ok. 45 minut. To wystarczająco długo, żeby zaprezentować dużo ciekawych pomysłów, ale nie tak długo, by znudzić (choć niektórym się to udaje). Krótsze wydawnictwa kwalifikują się raczej do bycia EPkami.

      Usuń
  2. Jak na razie, na poniedziałki zdecydowanie warto najbardziej czekać. Nie pierwszy raz nie zawiodłem się na rekomendacji Pawła. Świetny album.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam wrażenie że Debiut 13FE, w odróżnieniu od wymienionych przez Ciebie "Revolver" i "Fifth Dimension" ma tę właściwość, że jego rewolucyjność wydaje się być wiecznie aktualna. To nie tylko była jedna z głównych inspiracji dla muzyki rockowej w ogóle, ale też dla jej kolejnych nurtów - rocka psychodelicznego, punka, alternatywy lat 80', czy współczesnej muzyki gitarowej. Czy tak było z The Beatles? Chyba nie do końca...

    Jest tak dlatego, że o ile Byrdsi zawsze byli głównie zespołem folkowy, o ile Beatlesi wywodzili się z tradycji popu i cały czas, nawet w tych wszystkich eksperymentach z puszczaniem taśmy od tyłu i graniem na sitarze, cały czas trzymali się muzyki pop, o tyle 13th Floor Elevators to był zespół na wskroś rockowy. I przez to we wszystkich bardziej wyzwolonych, czy wręcz gwałtownych ruchowych utworach słychać jakieś odbicia ich debiutu. Dlatego, jak sam napisałeś, wstyd tej płyty nie znać.

    OdpowiedzUsuń
  4. będzie kiedyś coś o Velvet Underground ?

    OdpowiedzUsuń
  5. Widzę że trafiłeś w moje rejony. Apropos albumów ważnych wtedy - nie zapomninałbym o jeynce i dwójce MothersOfInvention
    peiter

    OdpowiedzUsuń