23 maja 2017

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Tauhid" (1967)



Pharoah Sanders (właśc. Farrell Sanders) to jeden z najwybitniejszych i najsłynniejszych saksofonistów jazzowych. Doświadczenie zdobywał grając m.in. z Sanem Ra, Ornettem Colemanem, Donem Cherrym i Johnem Coltranem. Szczególnie owocna była współpraca z tym ostatnim, z którym nagrał kilka bardzo cenionych albumów ("Kulu Sé Mama", "Om", "Meditations" i "Ascension"). Jako solista Sanders zadebiutował w 1965 roku albumem "Pharaoh". Jednak to nagrany w listopadzie 1966 roku "Tauhid" jest jego pierwszym ważnym wydawnictwem. W sesji wzięli udział tacy doświadczeni muzycy, jak basista Henry Grimes, perkusista Roger Blank i pianista Dave Burrell (jak zwykle w przypadku jazzowych sidemanów, listy ich osiągnięć są tak imponujące, że wymienienie ich zajęłoby zbyt wiele miejsca), oraz dopiero początkujący, lecz utalentowany gitarzysta Sonny Sharrock (który również wiele osiągnął, zarówno jako sideman, jak i solista).

Na "Tauhid" Sanders wykorzystuje doświadczenie zdobyte podczas współpracy z Coltranem, wręcz rozwija niektóre z jego pomysłów. Przy czym głównym źródłem inspiracji był raczej "A Love Supreme", niż albumy, w których nagrywaniu brał udział. Sanders odwołuje się do duchowych poszukiwań Coltrane'a, a tym samym adaptuje do swojej twórczości wpływy muzyki afrykańskiej i orientalnej. "Tauhid" jest zatem jednym z pierwszych albumów, którego zawartość można nazwać spiritual jazzem. Podobnie jak na innych albumach z tego nurtu, słyszalne są tutaj jego freejazzowe korzenie, jednak całość jest znacznie bardziej przystępna od "czystego" free jazzu.

Całość rozpoczyna się od naprawdę imponującego, 17-minutowego "Upper Egypt and Lower Egypt". Utwór można podzielić na trzy części. Pierwsza jest bardzo klimatyczna, a za tworzenie tego niesamowitego nastroju odpowiadają przeróżne "egzotyczne" perkusjonalia, rozedrgane partie gitary i subtelne pianino. Druga część jest bardziej freejazzowa, składa się z solówki Sandersa na flecie i dość ascetycznych uderzeń perkusji. Ostatnia część to naprawdę wspaniały finał, z hipnotyzującym basem, bardzo melodyjnymi - żeby nie napisać: "przebojowymi" - zagrywkami na pianinie i gitarze, oraz charakterystycznym, ostrym brzmieniem tenorowego saksofonu Pharoaha. Pojawia się tu też jego dość oszczędna partia wokalna.

Druga strona longplaya nie robi aż tak wielkiego wrażenia, jednak wciąż jest to muzyka na wysokim poziomie. Króciutki "Japan", napisany przez Sandersa po wizycie a w Kraju Kwitnącej Wiśni, nawiązuje do tamtejszej muzyki. Opiera się na wyjątkowo prostej, lecz bardzo urokliwej melodii. Nie przekonuje mnie jedynie wokaliza Pharoaha, która wypada nieco irytująco. Ostatni utwór, prawie równie długi co pierwszy, to składający się z trzech części "Medley": "Aum" to najbardziej freejazzowy fragment longplaya, momentami ocierający się o chaos; w "Venus" partie instrumentalne stają się bardziej uporządkowane, choć wciąż nie brakuje bardziej zgiełkliwych momentów; natomiast w "Capricorn Rising" robi się już całkiem melodyjnie, ładnie i nastrojowo.

"Tauhid" dopiero przygotowuje grunt pod największe dzieła Pharoaha Sandersa, jednak sam w sobie też jest bardzo interesującym i wartym poznania albumem. Bez wątpienia może spodobać się także otwartym na inne gatunki słuchaczom rocka.

Ocena: 8/10



Pharoah Sanders - "Tauhid" (1967)

1. Upper Egypt and Lower Egypt; 2. Japan; 3. Medley: Aum / Venus / Capricorn Rising

Skład: Pharoah Sanders - saksofon, flet, wokal; Dave Burrell - pianino; Sonny Sharrock - gitara; Henry Grimes - kontrabas; Roger Blank - perkusja; Nat Bettis - instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele


4 komentarze:

  1. Co to jest dokladniej free jazz,coś nagral Komeda na swojej najsłynnej płycie Astigmatic albo Herbie Hancock na Sextant?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej jak późne albumy Coltrane'a, przede wszystkim te wymienione w tekście ;) Czyli ogólnie muzyka wykraczająca poza wcześniej ustalony kanon jazzu, oparta na bardzo swobodnych improwizacjach, nie opartych na ustalonych wcześniej schematach, aranżacjach czy progresjach akordów, wskazówkami dla muzyków są tylko centra tonalne.

      Ogólnie raczej nie przepadam za free jazzem, poza kilkoma, najwyżej kilkunastoma albumami (nie wliczam do tego teraz spiritual jazzu, który bardzo lubię). Inne brzmią dla mnie jak chaotyczny hałas ;)

      "Astigmatic" to hard-bop lekko zahaczający o awangardę, a "Sextant" fusion/jazz-funk. Jazz ma co najmniej tyle samo podgatunków, co rock. Większości wciąż nie potrafię od siebie odróżnić ;)

      Usuń
    2. Na stronach internetowych płyty H.Hancock z pierwszej połowy lat 70 też są określane jako awangarda.A Astigmatic jako post-bop/awangarda.
      Czytałem też że free jazz należy do jazzu akustycznego(tradycyjnego).
      Mam też pytanie czym rózni się post-bop od hard-bopu?

      Usuń
    3. Nie jestem ekspertem od jazzu, ale jestem pewien, że jazz akustyczny i tradycyjny to dwie zupełnie inne rzeczy. Jazz tradycyjny to sprzed II wojny światowej, np. swing. Natomiast wszystkie powojenne odmiany to już jazz nowoczesny. Jedną z pierwszych odmian był bepop, który potem przerodził się w bardziej ekspresyjny hard-bop. A post-bop to, zdaje się, określenie jazzu lat 60., który był mieszanką wcześniejszych odmian jazzu nowoczesnego.

      Cały jazz tradycyjny był akustyczny. Jazz nowoczesny może być zarówno akustyczny (zwłaszcza wcześniejsze odmiany), jak i elektryczny (np. fusion, jazz-funk). Jeśli dobrze pamiętam, to cały free jazz, jaki słyszałem, jest akustyczny, ale biorąc pod uwagę swobodę cechującą ten styl, wydaje mi się, że nie musi to być regułą i może być też grany z elektrycznym instrumentarium.

      Awangarda to w ogóle nie jest konkretny styl. "Avant garde" to z francuskiego "straż przednia". W ten sposób określa się rzeczy nowatorskie, wyprzedzające swój czas, inspirujące innych.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.