10 maja 2017

[Recenzja] McKenna Mendelson Mainline ‎- "Stink" (1969)



Moda na muzykę bluesrockową, która rozkwitła w drugiej połowie lat 60., nie ominęła także Kanady. Jednym z reprezentantów tamtejszej sceny jest założona latem 1968 roku grupa McKenna Mendelson Mainline. Powstała z inicjatywy gitarzysty Mike'a McKenny, wcześniej członka bluesowego Luke & The Apostles, oraz wokalisty i multiinstrumentalisty Joego Mendelsona, do tamtej pory występującego jako solista. Składu dopełnili perkusista Tony Nolasco i basista Denny Gerrard. Zespół nagrał w tej konfiguracji personalnej kilka utworów demo (głównie przeróbek bluesowych standardów), które pod koniec 1969 roku zostały wydane na albumie "Blues". W międzyczasie grupa zmieniła basistę (na Mike'a Harrisona z popularnej w Kanadzie grupy rhythm'n'bluesowej Grant Smith & The Power) i udała się do Wielkiej Brytanii, gdzie zdobyła pewną popularność, koncertując m.in. u boku Keef Hartley Band. Tam też nagrała swój właściwy debiut, zatytułowany "Stink".

Wydawnictwo składa się z dziesięciu utworów autorstwa Mendelsona. Materiał jest dość zróżnicowany. Przynajmniej jak na ten rodzaj muzyki. Energetyczne boogie ("One Way Ticket", "She's Alright", "T.B. Blues", "Better Watch Out") przeplata się z równie żywiołowym bluesem ("Beltmaker", "Drive You") i bardzo tradycyjnymi, wolnymi "dwunastotaktowcami" ("Mainline", oraz dwunastominutowy "Bad Woman"), zaś całości dopełniają kawałki o ewidentnie żartobliwym charakterze, utrzymane na pograniczu akustycznego bluesa i country ("Think I'm Losing My Marbles" i "Don't Give Me No Goose for Christmas Grandma"). Uwagę przyciągają przede wszystkim fantastyczne gitarowe popisy McKenny. Sekcja rytmiczna gra bez szaleństw, za to wyraźnie zaznacza swoją obecność. Wszechobecne partie harmonijki przyjemnie dopełniają brzmienie. Jeśli do czegoś miałbym się przyczepić, to tylko do partii wokalnych. Mendelson nie ma zbyt dobrych warunków głosowych i zamiast dostosować się do swoich ograniczeń, często udziwnia swoje partie, brzmiąc wówczas nieco komicznie.

"Stink" to w sumie bardzo przyjemny album, który powinien spodobać się wszystkim wielbicielom blues rocka w jego bardziej tradycyjnej odmianie (tzn. bez hardrockowych inklinacji). Warto też sięgnąć po wspomniany album "Blues" (zawierający m.in. wczesne wersje "Bad Woman" i "T.B. Blues", a także świetnie rozimprowizowany utwór "Help Me"), zaś szerokim łukiem omijać należy późniejsze dokonania grupy, nagrane już bez Mendelsona i wydane pod skróconym szyldem Mainline. 

Ocena: 7/10



McKenna Mendelson Mainline ‎- "Stink" (1969)

1. One Way Ticket; 2. She's Alright; 3. Beltmaker; 4. Mainline; 5. Think I'm Losing My Marbles; 6. Drive You; 7. T.B. Blues; 8. Better Watch Out; 9. Bad Women; 10. Don't Give Me No Goose for Christmas Grandma

Skład: Joe Mendelson - wokal, gitara akustyczna, harmonijka, pianino; Mike McKenna - gitara; Mike Harrison - bass; Tony Nolasco - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: McKenna Mendelson Mainline


15 komentarzy:

  1. jaki jest sens takich recenzji? Wyciąganie kolejnych, nic nie wnoszących albumów bluesrockowych, które powielają znane patenty i w efekcie są na jedno kopyto ,robi się nudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm... A jaki jest sens takich nic nie wnoszących komentarzy?

      Album z pewnością może się spodobać komuś, kto dowie się o jego istnieniu z tej recenzji.

      Usuń
  2. Sorry.. nie wytrzymałem - generalnie rzecz ujmując, BLUES JEST NA JEDNO KOPYTO. Czyli co ? Zapominamy o blues'ie ? Ależ byłaby to zgroza. A gdzie jest powiedziane, że blues'owe bądź blues rock'owe kapele mają za zadanie cokolwiek wnosić ? I cóż miałoby to oznaczać ? Jeśli duży palec u nogi prawej czy lewej zaczyna nam "tańczyć" to świadczy o jednym - jest X-TRA.. I to jest sedno muzycznej twórczości i jej zadanie - ma nas pobudzać i cieszyć. Do diabła z całą resztą... A McKenna ? Warto przypomnieć tych chłopaków, kompletnie u nas nieznanych. Zabawne - obie wspomniane płyty "przerabiałem" przedwczoraj z niezmienną od lat przyjemnością. To co prawda nie arcydzieła, niemniej kawał rzetelnego muzykowania, którego słuchanie z pewnością nie jest stratą czasu. Takie "Jokery" z pewnością należy wyciągać z obszernej muzycznej talii. Dodają kolorytu przeszłości, a niejednokrotnie smakują jak wyszukane trufle. Wielu nie brakowało umiejętności a jedynie odrobiny szczęścia. Cóż bywa. Istotne, że po latach ukazują się wydawnictwa, niejednemu zmieniające muzyczne horyzonty. Czasami ogrom wspaniałej muzycznej przeszłości jest przytłaczający - tak bardzo chciałoby się mieć ją na wyciągnięcie ręki.. i choć wszystkiego mieć nie można, poszukujmy zapomnianego. SZUKAJMY bo warto !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale to samo było na tym blogu (i w muzycznej historii) już setki razy i lepiej zrobione... blues nie będzie w nieskończoność poszerzał nikomu horyzontów, dojdzie do momentu w którym usłyszy się, jak zaściankowe to granie. Podobnie hardrockowi epigoni pokroju Jerusalem. Po co przerabiać tak bezbarwne i pozbawione charakteru płyty jak tamta?

      Usuń
    2. Większość Czytelników chce czytać o takiej muzyce i poznawać nowe albumy w lubianych przez siebie stylach. Akurat z bluesa i hard rocka, nie wspominając o heavy metalu, już nic odkrywczego nie zostało do zrecenzowania. Więc pozostaje mi opisywanie tego, co nie jest oryginalne, ale słuchalne i, kolokwialnie mówiąc, dość fajne. O rzeczach poszerzających horyzonty piszę w inne dni. Ograniczenie się tylko do nich byłoby samobójem - całkowitym odcięciem się od dotychczasowych Czytelników i ich oczekiwań.

      Usuń
  3. Liternictwo na okładce przypomina oficjalny plakat "A Clockwork Orange" Kubricka. Ciekawe, może jest to jakaś wskazówka do interpretacji albumu:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Blues nie był, nie jest i nie będzie nikomu poszerzał horyzontów - jest abecadłem, które pozwala nam odróżniać arcydzieła od gniotów. Nie doceniając jego istoty nigdy tak naprawdę nie usłyszy się MUZYKI. Blues zaściankowy !? Blues to PROSTOTA, a ona nie przemija. Jest ponadczasowa. Reszta to - czasami choć piękne - tylko motyle MODY.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blues nie, ale blues rock jak najbardziej może poszerzać horyzonty. Doskonale rozumiem, co ma na myśli Anonimowy. Np. ktoś kto słucha Cream, prędzej czy później zainteresuje się późniejszymi dokonaniami członków zespołu. I o ile solowy Clapton to ślepa uliczka, tak dokonania Jacka Bruce'a mogą być świetnym wprowadzeniem do świata jazzu (solowy "Things We Like" i album z Tony Williams Lifetime), podobnie jak poczynania Gingera Bakera, które dodatkowo mogą zainteresować muzyką afrykańską (Ginger Baker's Air Force i przede wszystkim koncertówka z Felą Kutim). Zespoły bluesrockowe często miały naprawdę szerokie horyzonty. The Butterfield Blues Band na "East-West" wprowadzili elementy jazzu i psychodelii. John Mayall eksperymentował z graniem akustycznym i jazzem ("The Turning Point", "Jazz Blues Fusion"), a kilku grających z nim muzyków stworzyło jeden z pierwszych jazzrockowych (czy też bluesjazzowych, jak sami twierdzą) zespołów, czyli Colosseum. Rory Gallagher regularnie nagrywał kawałki folkowe, a czasem zahaczał o - znowu! - jazz. Improwizacje The Allman Brothers Band z Fillmore East również daleko wykraczają poza czysty blues rock. Wiele albumów z tego stylu odegrało decydującą rolę w rozwoju muzyki rockowej, żeby wspomnieć tylko o albumach Cream, Hendrixa, Jeff Beck Group, Led Zeppelin i - również zaczynającego od bluesa - Black Sabbath, które są podstawą całej muzyki "hard & heavy", a zarazem ścisłą czołówką najbardziej wartościowych rzeczy, jakie się w niej pojawiły.

      Jak o tym wszystkim teraz myślę, to uważam, że 8 to za wysoka ocena dla tego albumu. Wahałem się czy nie dać 7, ale przez pośpiech, w jakim powstawała recenzja, trochę zawyżyłem. Raczej unikam pisania o albumach, z którymi się dobrze nie osłuchałem. To był jeden z kilku wyjątków.

      Natomiast nie zgadzam się z Anonimowym, że w ogóle nie warto pisać o takich albumach. Nie będę powtarzał tego, co już wcześniej pisałem, dodam tylko, że ta strona to w przede wszystkim swego rodzaju dziennik, w którym opisuje przesłuchane albumy i swoje opinie o nich. Misja poszerzenia muzycznych horyzontów Czytelników nie jest moim głównym celem, choć mam nadzieję, że chociaż niektórymi wpisami ją realizuję ;)

      Usuń
    2. O,dziennik? To może opisz Ramsztajna, widzę że ostatnio przesłuchałeś całą dyskografię?

      Usuń
    3. Nie przesłuchałem. Dawno temu miałem nieprzyjemność poznać wystarczającą ilość ich nagrań, żeby być pewnym, że cała ich dyskografia to jedno wielkie gówno.

      Usuń
  5. Ale chyba o to chodzi że zapatrzyłeś się w swoich recenzjach ostatnio na blues rocka czy bluesa zapominając o innych gatunkach muzyki. Większość ostatnio twoich recenzji są bluesowe, wyjątkiem King Crimson czy hard rockowy Jerusalem. Ale 3/4 albumów ostatnio to blues. Może dla odmiany coś bardziej z rocka progresywnego czy tam symfonicznego, art rocka? Bo ostatnio rzadkość to u Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alice Coltrane to blues? Caravan i King Crimson to blues, czy raczej wspomniany rock progresywny?

      Ten komentarz wydaje się spóźniony o jakiś rok. Wtedy rzeczywiście dominował tutaj blues rock i bluesowo zabarwiony hard rock. A teraz tego typu recenzji jest coraz mniej. Wśród 40 najnowszych tylko 9 opisuje albumy bluesowe lub bluesrockowe. To mniej niż 1/4. Za to co tydzień pojawia się coś z jazzu i coś z rocka progresywnego.

      Usuń
    2. stary dobry nieznajomy12 maja 2017 20:48

      Bywają tu albumy fajne, ale też bywają kaszany - z mojego punktu widzenia albumy hard/blues/classic rockowe z szóstkami i siódemkami to coś dla nikogo... nowych słuchaczy mogą tylko zniechęcić do gatunku, a ci starzy znają dziesiątki, setki lepszych wydawnictw.

      Usuń
    3. Są też tacy, którzy zachwycają się tymi szóstkami i siódemkami, mimo setek przesłuchanych płyt. Dlatego czasem polecam też rzeczy, które według mnie nie są jakieś rewelacyjne (choć lepsze niż przeciętne), ale komuś mogą się spodobać bardziej.

      Usuń
  6. Absolutnie nie kwestionuję poszukiwań własnego JA przez Cream, Colosseum, Mayall'a, Rory'ego czy ABB - to akurat moi ulubieńcy - ale nazywanie blues'a zaściankowym to czyste barbarzyństwo.Jeśli ktoś wypowiada takie słowa nie ma pojęcia o MUZYCE.

    OdpowiedzUsuń