19 maja 2017

[Recenzja] King Crimson - "THRaKaTTaK" (1996)



"THRaKaTTaK" to najdziwniejsze i najbardziej kontrowersyjne wydawnictwo w dyskografii King Crimson. Trwający prawie godzinę album został zmontowany z koncertowych improwizacji granych przez zespół w trakcie utworu "THRAK". W sumie wykorzystano nagrania z kilkunastu występów, które odbyły się między 2 października, a 29 listopada 1995 roku, w Japonii i Stanach. Całość została bardzo sprawnie zmiksowana, nie słychać żadnych cięć, poszczególne fragmenty płynnie przechodzą w kolejne. Można odnieść wrażenie, że to jeden długi jam, zagrany przez muzyków dokładnie w takiej formie, w jakiej znalazł się na tej płycie. Warto też zwrócić uwagę na "studyjne" brzmienie albumu - publiczność daje o sobie znać może ze dwa razy, przez bardzo krótki czas.

"THRaKaTTaK" to nie jest przyjemny, ani łatwy album. Dla wielu - jeśli nie większości - słuchaczy może być wręcz asłuchalny. To King Crimson w najbardziej awangardowym wydaniu. Kompletna improwizacja bez żadnych reguł, praktycznie bez struktur, melodii i harmonii. Rzężące gitary, połamane, skomplikowane rytmy (a wręcz ich brak), schizofreniczne dźwięki pianina (tak naprawdę wydobywane z... gitary), przeciągłe, atonalne dźwięki kontrabasu i mroczne, elektroniczne tło - to tylko niektóre składniki tej dziwnej muzyki. Oczywiście nie wzięła się ona zupełnie znikąd. Można tu znaleźć pewne podobieństwa do "Larks' Tongues in Aspic (Part I)", co bardziej pokręconych fragmentów "kolorowej trylogii", oraz, co nie powinno dziwić, najdziwniejszych rzeczy z "THRAK", z którym "THRaKaTTaK" łączy także ciężkie, brudne brzmienie i mroczny klimat. Wcześniej jednak takie eksperymenty były równoważone bardziej konwencjonalnymi utworami, a tutaj nie ma nic poza nimi. I może dlatego sprawiają wrażenie jeszcze bardziej chaotycznych i porąbanych, niż cokolwiek nagranego wcześniej przez zespół. Choć czasem z tego zgiełku wyłaniają się naprawdę ładne dźwięki, jak chociażby w spokojniejszych momentach "The Slaughter of the Innocents" i "This Night Wounds Time". A propos, album podzielony jest na osiem ścieżek, jednak ten podział nie ma większego znaczenia (może z wyjątkiem klamry w postaci dwóch odsłon utworu "THRAK"). Jak już wspominałem na początku, wszystkie te improwizacje tworzą bardzo spójną - lecz nie monotonną - całość.

"THRaKaTTaK" to prawdopodobnie najdziwniejszy, najbardziej awangardowy i najmniej konwencjonalny album, jaki do tej pory słyszałem. A zarazem niesamowicie intrygujący i wciągający. Album polecam osobom dobrze osłuchanym z "dziwną" muzyką, chcącym otworzyć się na awangardę - może to być dobry wstęp do takiego grania.

Ocena: 8/10



King Crimson - "THRaKaTTaK" (1996)

1. THRAK; 2. Fearless and Highly Thrakked; 3. Mother Hold the Candle Steady While I Shave the Chicken's Lip; 4. THRaKaTTaK (Part I); 5. The Slaughter of the Innocents; 6. This Night Wounds Time; 7. THRaKaTTaK (Part II); 8. THRAK (Reprise)

Skład: Robert Fripp - gitara, efekty; Adrian Belew - gitara; Tony Levin - bass, kontrabas, Chapman stick; Trey Gunn - Warr guitar; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Pat Mastelotto - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson


7 komentarzy:

  1. stary dobry nieznajomy19 maja 2017 16:53

    Zwykle nie komentuję recenzji przed posłuchaniem przynajmniej fragmentu albumu, ale w tym wypadku - ta recenzja mnie zachęciła do sięgnięcia po album którym w życiu bym się nie zainteresował, bo w dyskografii KC otaczają go kaszanki mniejsze lub większe. Mam się szykować na odlot, po którym ciężko mi będzie wrócić do "normalnego" świata? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie bez względu na to, na co się nastawisz, będziesz zdziwiony tym, co usłyszysz ;) Choć to zależy też od tego, jak wiele koncertowego King Crimson już słyszałeś.

      Usuń
  2. Bez wątpienia jeden z dwóch wartych posłuchania albumów odrodzonego King Crimson. Muzyka, która płynie - choć niekoniecznie spokojnym strumieniem. Słychać tu wolność i radość grania, bez zbędnych słów.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Tak, znam, ale nie zachwyca mnie. Właściwie to zupełnie nie rozumiem tego albumu. Dla mnie brzmi jak jam kompletnie naćpanych muzyków, którzy przez półtora godziny grają w kółko ten sam kawałek.

      Z albumów Captaina Beefhearta, które słyszałem, właściwie tylko "Safe as Milk" dość mi się podoba.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.