1 maja 2017

[Recenzja] Jerusalem - "Jerusalem" (1972)



Wyobraźcie sobie taką sytuację. Po kilku latach grania w amatorskim zespole, nagle zaczynają się wami interesować tacy fonograficzni giganci, jak EMI i Decca (a konkretnie ich pododdziały Harvest i Deram). Wybieracie ofertę tych drugich, wchodzicie do studia, żeby nagrać debiutancki album, a waszym producentem zostaje sam Ian Gillan z będącego właśnie na absolutnym szczycie Deep Purple. Następnie wyruszacie w trasę, supportując takie gwiazdy, jak wspomniane Deep Purple, Black Sabbath, Uriah Heep, czy Status Quo. Ok, to ostatnie to trochę obciach, ale też szansa zaprezentowania się szerszej publiczności. Sukces wydaje się już tylko kwestą czasu...

Wszystko to przydarzyło się naprawdę zespołowi o dźwięcznej nazwie Jerusalem. Jego historia sięga 1967 roku, gdy wówczas nastoletni Paul Dean, Ray Sparrow i Chris Skelcher wybrali się na koncert Johna Mayalla i Bluesbreakers. Byli pod takim wrażeniem, że dzień później postanowili stworzyć własną grupę, nie przejmując się tym, że dotąd nie mieli nawet w rękach żadnych instrumentów. Podział ról nastąpił zupełnie przypadkiem - Dean został basistą i wokalistą, Sparrow perkusistą, a Skelcher gitarzystą. Przyszli muzycy zakupili tani sprzęt i rozpoczęli próby, podczas których uczyli się grać bluesa. Gdy nabrali wystarczającej pewności siebie, zaczęli dawać niewielkie występy. W ciągu kilku kolejnych lat zmienił się skład (Skelchera zastąpili Bill Hinde i Bob Cooke, doszedł też wokalista Lynden Williams), a grana przez niego muzyka ewoluowała zgodnie z obowiązującymi trendami. A było to w czasach, gdy blues za sprawą Cream i Jimiego Hendrixa zmienił się w blues rock, a następnie dzięki Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple przeobraził w hard rock. Muzycy Jerusalem poszli nawet o krok dalej, grając bardziej agresywnie, niż współcześni im wykonawcy. Przypadkiem o istnieniu grupy dowiedział się Ian Gillan, który dostrzegł w niej potencjał i postanowił zająć się jej dalszą karierą.

Choć Jerusalem wróżono wielki sukces, coś poszło nie tak. Debiutancki longplay ("oryginalnie" zatytułowany nazwą grupy) okazał się komercyjną klapą, a zespół został wkrótce rozwiązany. Być może zawiodła wytwórnia - w końcu Decca ma na koncie wiele spektakularnych porażek (na czele z wyrzuceniem na bruk szukających wydawcy Beatlesów) i skupiając się na promocji swojego sztandarowego wykonawcy, The Rolling Stones (także po wygaśnięciu kontraktu, produkując mnóstwo przeróżnych składanek), olewała początkujące grupy, przeznaczając dla nich zbyt małe nakłady płyt (w ten sposób przepadło chociażby świetne T2). A może zawiódł menagement, w osobie Gillana, który skupiał się przede wszystkim na własnej karierze w Deep Purple. Wszak grupa właśnie wydała swój największy bestseller, album "Machine Head", i chcąc umocnić swoją pozycję w muzycznym biznesie, intensywnie koncertowała po całym cywilizowanym świecie. Jest też trzecia możliwość. Zespół mógł po prostu nie mieć predyspozycji, na które liczyli Gillan i przedstawiciele wytwórni.

Album Jerusalem zwraca uwagę przede wszystkim bardzo ciężkim, surowym i agresywnym brzmieniem. W tamtym czasie podobne, choć trochę bardziej "muliste", brzmienie miała chyba tylko amerykańska grupa Sir Lord Baltimore. Na Wyspach Brytyjskich nikt tak nie brzmiał do czasu pojawienia się pierwszych grup metalowych pod koniec lat 70. Na longplayu dominują energetyczne kawałki w szybkim tempie, jak "When the Wolf Sits", "Midnight Steamer", czy świetny otwieracz "Frustration", wyraźnie inspirowany twórczością Deep Purple (nawet zbyt wyraźnie, bo momentami ociera się o plagiat "Speed King"). Czasem zespół ubarwia utwory fragmentami o nieco jamowym charakterze (to zapewne zasługa bluesowych korzeni muzyków), brzmiąc wówczas niemal jak grupa UFO na albumie "Flying" ("I See the Light", "Murderer's Lament", "Primitive Man"). Największym urozmaiceniem jest jednak kompozycja "Beyond the Grave" - łagodniejsza, o psychodelicznym charakterze, z lekkimi wpływami folku. Niestety, muzykom trochę brakowało zdolności kompozytorskich i żaden utwór (może poza wspomnianym prawie-plagiatem) nie zapada w pamięć. Grę na instrumentach opanowali natomiast w dostatecznym stopniu, ale nic ponadto. Zdecydowanie najlepsze są partie basu. Przeszkadzać może krzykliwy głos wokalisty, choć jak na początek lat 70. jego agresywny sposób śpiewania jest dość nowatorski. W "She Came Like a Bat from Hell" i "Hooded Eagle" można go wręcz pomylić z młodym Jamesem Hetfieldem.

"Jerusalem" to w sumie całkiem ciekawy przykład "proto-metalu", na którym zgromadzono potężną dawkę energii, ciężaru i agresji. Z drugiej strony, pod względem kompozytorskim i wykonawczym album nie oferuje niczego nadzwyczajnego (ale też nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu). Polecam przede wszystkim fanom Sir Lord Baltimore, Deep Purple z "In Rock", UFO z "Flying" i wczesnego Budgie, a także zespołów z Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu.

Ocena: 7/10



Jerusalem - "Jerusalem" (1972)

1. Frustration; 2. Hooded Eagle; 3. I See the Light; 4. Murderer's Lament; 5. When the Wolf Sits; 6. Midnight Steamer; 7. Primitive Man; 8. Beyond the Grave; 9. She Came Like a Bat from Hell

Skład: Lynden Williams - wokal; Bill Hinde - gitara; Bob Cooke - gitara; Paul Dean - bass; Ray Sparrow - perkusja
Producent: Ian Gillan


1 komentarz:

  1. I właśnie takie recki lubię najbardziej. Album musowo do przesłuchania w najbliższym czasie.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.