28 maja 2017

Rock in Peace: Gregg Allman (8.12.1947 - 27.5.2017)



Wczoraj zmarł Gregg Allman - jeden z najwspanialszych rockowych wokalistów i utalentowany klawiszowiec, najbardziej znany z grupy The Allman Brothers Band. W zespole tym, założonym przez jego starszego brata Duane'a (tragicznie zmarłego w 1971 roku), występował niemal od samego początku, aż do rozwiązania go w 2014 roku. Brał udział w nagrywaniu wszystkich albumów grupy. Trzy z nich to bezdyskusyjna - choć niestety nie przez wszystkich znana - klasyka muzyki rockowej. Debiutancki longplay z 1969 roku to jeden z najdoskonalszych albumów bluesrockowych. Pełna energii, oraz porywających solówek i melodii muzyka, praktycznie bez słabych punktów. To co najmniej ta sama półka, co dwa najważniejsze albumy bluesrockowe, definiujące ten styl - "Blues Breakers" Johna Mayalla i Erica Claptona, oraz "East-West" The Butterfield Blues Band. Wydany dwa lata później "At Fillmore East" jest z kolei prawdopodobnie najwspanialszą rockową koncertówką, z niesamowitymi improwizacjami sześcioosobowego składu, daleko wykraczającymi poza rockowo-bluesowe schematy. Trzecim albumem jest natomiast wydany w 1972 roku "Eat a Peach", zawierający nagrania zarówno studyjne (nieco słabsze od tych z debiutu), jak i koncertowe (równie wspaniałe, jak na "At Fillmore East", zresztą częściowo zarejestrowane podczas tych samych występów). Jeśli ktoś, w przeciwieństwie do mnie, lubi country i rock z południa Stanów, to na pewno zachwycą go także albumy "Idlewild South" (1970) i "Brothers and Sisters" (1973). Natomiast trzy wcześniej wymienione powinien przesłuchać każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką.

Pisząc te słowa, słuchałem utworu "Whipping Post" z "At Fillmore East". Za każdym razem, gdy słyszę to wykonanie, myślę, że to jeden z kilku najpiękniejszych i najwspanialszych momentów w historii muzyki.


10 komentarzy:

  1. Wielka szkoda, że odszedł kolejny wielki artysta starego, dobrego rocka. Zostałem fanem The Allman Brothers Band dzięki temu blogowi i ich muzyka wywarła na mnie duże wrażenie. Szczególnie koncertowe płyty są dla mnie genialne. Czy Paweł planuje recenzje pozostałych albumów grupy? Powrót zespołu w latach 90 uważam za bardzo udany. Powstało kilka ciekawych płyt studyjnych ale też sporo koncertowych. Myślę że warto o nich napisać, bo ostatnio na blogu króluje jazz. Czas wrócić do starego rocka :-) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie planuję recenzować kolejnych albumów ABB. Te z nich, które słyszałem, były raczej nudne. Chętnie natomiast posłuchałbym więcej koncertówek z okresu, kiedy jeszcze żył Duane. Ale czy będą z tego recenzję - nie wiem.

      Nie więcej niż 1/3 nowych recenzji to jazz, reszta to rock. Ile jeszcze może być wybitnych albumów rockowych, o których jeszcze nie pisałem? Niewiele, bo przez te 5 lat mocno już wyeksploatowałem ten gatunek. Za to interesującego jazzu jest do opisania mnóstwo ;) Polecam otworzyć się na taką muzykę. Przecież Allmani, Mayall, Butterfield czy Gallagher wiele z niej czerpali.

      Usuń
    2. Najsłynniejsz koncertowa płyta to At Fillmore east ze wspaniałym Stormy Monday(nie wiem czy to ich komopzycja) oraz z Mountian Jam trwającym ponad 30 min.To chyba najdłuży utwór w histori rocka.

      Usuń
    3. "Stormy Monday", a właściwie "Call It Stormy Monday (But Tuesday Is Just as Bad)" to utwór bluesmana T-Bone'a Walkera. Jeden z najpopularniejszych bluesowych standardów. Któż tego nie grał - John Mayall, Freddie King, Albert King, B.B. King, Jethro Tull, Cream, Gary Moore - to tylko nieliczni. Wersja Allmanów jest być może tą najbardziej znaną.

      A "Mountain Jam" na "At Fillmore East" nie ma. Chyba, że masz reedycję, ale w oryginale go nie ma. Został zarejestrowany podczas tych samych koncertów, lecz trafił na następny album - "Eat a Peach". Istnieją dłuższe utwory.

      Usuń
    4. Istnieją dłuższe, i to nie tylko improwizowane jamy, a w całości skomponowane (!) utwory, jak np. blisko 45-minutowy "Thick as a Brick" Jethro Tull ;)

      Usuń
  2. Czyli mam rozumieć, że rock będzie już tylko okazjonalnie a jeszcze więcej miejsca poświęcisz na jazz? 1/3 recenzji jazzowych na blogu rockowym to jednak dużo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o ścisłość, to w nazwie jest nie sam "rock", a "rock'n'roll". A rock and roll to nie tylko styl muzyki (o którym de facto nigdy nie pisałem), ale także styl życia. Polecam poczytać o Milesie Davisie - niezły rockandrollowiec był z niego ;)

      Naprawdę nie widzę sensu w ograniczaniu się do pisania o muzyce rockowej, a tym bardziej w momencie, gdy większość tej wartościowej jest już opisana. Gdybym tak zrobił, to za niedługo byłby tu publikowane same obojętne recenzje przeciętnych albumów i negatywne beznadziejnych. Wolę polecać to, co dobre, nawet jeśli odchodzę od pierwotnych założeń tej strony. Ale to tylko rozszerzenie tematyki, nie zmiana.

      Usuń
  3. Bezdyskusyjna - chyba tak, zwłaszcza z amerykańskiej perspektywy."Nie przez wszystkich znana" - delikatnie powiedziane. Bardzo delikatnie. Ale to jest temat na osobny artykuł pt. "Wpływ widzimisia kilkunastu redaktorów w 70/80/90/00 na gusta przeciętnego rocksłuchacza"

    peiter

    Ps - no strasznie tych Allmanów nakosiło, czy tam jest ktokolwiek żywy z megaskładu?

    OdpowiedzUsuń