18 maja 2017

Rock in Peace: Chris Cornell (20.7.1964 - 18.5.2017)



Śmierć Chrisa Cornella to niespodziewana i szokująca wiadomość. 52-letni muzyk mógł jeszcze nagrać wiele albumów - w przygotowaniu był przecież nowy album Soundgarden, w planach reaktywacja Audioslave. Zaledwie wczoraj wieczorem Chris, z pierwszą z tych grup, zagrał swój ostatni koncert, a dziś rano świat obiegła ta druzgocząca informacja.

W ostatnich latach nie wracałem do jego dokonań, z wyjątkiem albumów solowych (w celach recenzenckich). Był jednak czas, gdy zasłuchiwałem się w albumach "Badmotorfinger", "Superunknown" i "Temple of the Dog". Do dziś uważam je za jedne z najlepszych rockowych wydawnictw lat 90. Co ciekawe, dopiero dziś po raz pierwszy przesłuchałem w całości debiutancki longplay Soundgarden, "Ultramega OK". Już na nim zespół zaprezentował swój oryginalny styl, a Cornell pokazał wielki talent wokalny, lecz jest to w sumie dopiero skromna zapowiedź późniejszych dokonań. Przełomowym wydawnictwem w karierze Chrisa był projekt Temple of the Dog i nagrany z nim album, który odniósł wielki sukces, nie tylko komercyjny, lecz także artystyczny. Coraz lepsze i bardziej dojrzałe albumy nagrywał także z Soundgarden - "Badmotorfinger", "Superunknown" i "Down on the Upside". Ten ostatni, niestety, spotkał się z niezrozumieniem słuchaczy, co przyczyniło się do rozpadu grupy. Wówczas Cornell rozpoczął karierę solową, podczas której niewiele miał wzlotów, za to raz zaliczył kompletny upadek (album "Scream", zbudowany z najgorszych elementów współczesnego popu). W międzyczasie nagrał trzy longplaye z grupą Audioslave, którą współtworzył z instrumentalistami Rage Against the Machine - niestety, efekty tej współpracy są mocno rozczarowujące. Za to w 2012 roku ukazał się długo wyczekiwany nowy album Soundgarden, "King Animal", który okazał się całkiem udanym powrotem. Jednocześnie Cornell kontynuował swoją solową karierę - dwa lata temu wydał akustyczny album "Higher Truth", na którym dał wyraz swojemu uwielbieniu dla Led Zeppelin i The Beatles.

Muzyczny dorobek, jaki pozostawił po sobie Chris Cornell, utrzymany jest na różnym poziomie. Od płyt-pomników epoki grunge'u, przez wydawnictwa przeciętne, po praktycznie niesłuchalne. Mimo wszystko, powinniśmy go zapamiętać jako jednego z najlepszych rockowych wokalistów ostatniego trzydziestolecia.


8 komentarzy:

  1. stary dobry nieznajomy18 maja 2017 17:34

    Wiem o tym od kilku ładnych godzin, lecz dopiero teraz zaczęło to do mnie dochodzić.

    Po głosie Cornella było słychać jak się starzeje. Jego ostatni solowy album brzmi trochę tak, jakby za śpiewanie postanowił wziąć się Kot Sylwester, także "King Animal" brzmi wokalnie inaczej od starszych od niego o 15 i więcej lat płyt.

    Zaraz, piszesz o niezrozumieniu przez słuchaczy "Down On The Upside", a tymczasem sam kiedyś go tutaj zrugałeś. Czyżbyś był jednym z nich? Czy może Twój odbiór tego albumu zmienił się po recenzji na lepszy?

    Zrecenzujesz Ultramegę, na którą poluję na wszelkich aukcjach? Mi się ten album bardzo podobał, kto wie czy nie najbardziej z całego SG ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że teraz oceniłbym "Down on the Upside" wyżej. W sumie przydałoby się poprawić te opublikowane recenzje Soundgarden i uzupełnić o brakujące. "Ultramega" zaskoczyła mnie pozytywnie coverem Howlin' Wolfa ;)

      Usuń
    2. Ultramega OK jest reedycja na Allegro po 48,95. Ja parę lat temu kupiłem na eBayu od gościa z Australii. W Polsce to był wtedy absolutny rarytas.

      Usuń
  2. Kwestia gustu z jego twórczością po Soundgarden;) Audioslave lubię, solowe płyty też:)

    OdpowiedzUsuń
  3. stary dobry nieznajomy19 maja 2017 19:23

    Audioslave ze względu na instrumentalistów to dla mnie zuooo, jakby próba zrobienia RATM z Cornellem. Jedynie ostatnia płyta jest słuchalna, taka trochę seventisowa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj słuchałem tego ostatniego albumu ("Revelations") i rzeczywiście jest nieco lepszy od debiutu, który jest absolutnie przeciętnym wydawnictwem post-grunge'owym.

      Usuń
    2. stary dobry nieznajomy20 maja 2017 15:12

      Odświeżam sobie teraz dyskografię SG i zauważyłem, że Badmotor nie podoba mi się już tak jak kiedyś, ale słyszę i doceniam fakt, że jest to muzyka na wysokim poziomie (bo jest). I mam takie pytanie do Ciebie - co robisz jak masz płytę która Tobie subiektywnie się nie podoba, ale artystycznie jej poziom jest wysoki i nawet danie zachowawczej siódemki byłoby nie fair? Nie piszesz recenzji czy piszesz ją trochę wbrew sobie?

      Usuń
    3. Raczej nie piszę. Nie bez przyczyny nie ma tu np. recenzji Franka Zappy czy Captaina Beefhearta. Nie trafia do mnie taka pastiszowa stylistyka, ale z drugiej strony słyszę, że jest to muzyka na wysokim poziomie artystycznym. Na ogół jednak muzyka na wysokim poziomie przemawia do mnie.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.