12 maja 2017

[Recenzja] Caravan - "Waterloo Lily" (1972)



Album "In the Land of Grey and Pink", pomimo dobrej prasy, nie odniósł komercyjnego sukcesu. Jak zwykle zawiodła polityka wytwórni Decca, polegająca na wypuszczaniu małych nakładów płyt. Najbardziej rozczarowany tym faktem wydawał się być Dave Sinclair, który bez wahania przyjął ofertę ex-perkusisty Soft Machine, Roberta Wyatta, aby dołączyć do jego nowej grupy, Matching Mole. Pozostali muzycy Caravan postanowili jednak kontynuować karierę. Nowym klawiszowcem został Steve Miller z grupy Delivery. W składzie tym powstał zaledwie jeden album - niesłusznie niedoceniany "Waterloo Lily".

Miller - w przeciwieństwie do swojego poprzednika, grającego głównie na organach Hammonda, ale także na pianinie i melotronie - zdecydowanie preferował pianino elektryczne. Jego brzmienie nadało muzyce Caravan bardziej jazzowego charakteru. Słychać to przede wszystkim na przykładzie rozbudowanej, instrumentalnej kompozycji "Nothing at All / It's Coming Soon / Nothing at All (Reprise)", wyraźnie inspirowanej muzyką fusion (choć bardziej z rejonów, powiedzmy, Billy'ego Cobhama, niż Soft Machine). Oprócz pianina elektrycznego istotną rolę pełnią tutaj funkujące linie basu Richarda Sinclaira, oraz gościnne partie dwóch innych członków Delivery - saksofonisty Lola Coxhilla i gitarzysty Phila Millera. To jeden z najciekawszych utworów w dorobku grupy. Bynajmniej nie ustępuje mu druga rozbudowana kompozycja, "The Love in Your Eye / To Catch Me a Brother / Subsultus / Debouchement / Tilbury Kecks", także zdradzająca wpływy jazzowo-funkowe, a wyróżniająca się zgrabnie zorkiestrowanym początkiem. Fragmenty wokalne przyciągają uwagę ładną linią melodyczną, a instrumentalne zachwycają popisami muzyków, z których najbardziej porywające jest solo stałego współpracownika grupy, Jimmy'ego Hastingsa, na flecie.

Reszta albumu to już utwory o bardziej piosenkowym charakterze. Niestety, pozostawiające mieszane odczucia. Bardzo przyjemnie wypada otwierająca całość kompozycja tytułowa. Zgrabna melodycznie, uciekająca od przewidywalnej struktury i dość, jak na ten zespół, ciężka brzmieniowo. Jest tu świetna partia wokalna Richarda (szkoda, że jedyna na tym albumie) i lekko jazzujące fragmenty instrumentalnie. Pozostałe kawałki już tak udane nie są. "Songs and Signs" i "Aristocracy" są dość banalne, choć pierwszy z nich nieco ratują świetne partie elektrycznego pianina. Z kolei finałowy "The World is Yours", oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej, jest całkiem przyjemny pod względem instrumentalnym, jednak banalna partia wokalna Pye'a Hastingsa sprowadza go do przeciętności.

"Waterloo Lily" to bardzo dobry album, niesłusznie pozostający w cieniu dwóch, pomiędzy którymi został wydany. Fakt, że nie wszystkie utwory są tutaj na wysokim poziomie, jednak to mankament wszystkich wydawnictw Caravan. A najlepsze kompozycje są czymś naprawdę wyjątkowym.

Ocena: 8/10



Caravan - "Waterloo Lily" (1972)

1. Waterloo Lily; 2. Nothing at All / It's Coming Soon / Nothing at All (Reprise); 3. Songs and Signs; 4. Aristocracy; 5. The Love in Your Eye / To Catch Me a Brother / Subsultus / Debouchement / Tilbury Kecks; 6. The World is Yours

Skład; Pye Hastings - wokal (3-6) i gitara; Richard Sinclair - wokal (1) i gitara; Steve Miller - instr. klawiszowe; Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Lol Coxhill - saksofon (1,2); Phil Miller - gitara (2); Jimmy Hastings - flet i saksofon (5); Mike Cotton - trąbka (5); Barry Robinson - obój (5)
Producent: David Hitchcock


7 komentarzy:

  1. stary dobry nieznajomy13 maja 2017 15:18

    Ich debiut mnie cholernie do nich zniechęcił, ale może dam im jeszcze szansę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubisz psychodelii, czy tylko tej w wykonaniu Caravan?

      Usuń
    2. stary dobry nieznajomy13 maja 2017 16:35

      kiedyś myślałem, że lubię psychodelię, ale słysząc coraz więcej albumów z tego nurtu dochodzę do wniosku, że chyba nie. The Doors - wiadomo, klasa sama w sobie, ale zarówno wczesny Cream, Peter Piper At Gates Of Dawn czy takie grupy jak Vanilla Fudge i Iron Butterfly mnie utwierdzają, że jednak nie jest to moja bajka.

      Usuń
    3. W takim razie daj szansę Caravan, bo na następnych albumach jest mniej psychodelii, a więcej prog- i jazzrocka. Najlepszy jest drugi album (z zieloną okładką i tytułem tak długim, że nie powtórzę go z pamięci), chociaż większość pytanych odpowiedziałaby, że jeszcze lepszy jest trzeci ("In the Land...").

      A co do psychodelii, to też się nie zniechęcaj, bo są różne jej oblicza. I sporo lepszej muzyki od wymienionej - nawet od Doorsów ;) Vanilla Fudge i Iron Butterfly to w ogóle są słabe - i przeceniane! -zespoły. Cream był świetnym zespołem bluesrockowym, ale psychodelia w ich wykonaniu była taka sobie. A Pink Floyd najlepsze rzeczy stworzył po rozstaniu z Barrettem (np. koncertowa część "Ummagummy" to jeden z najdoskonalszych przykładów psychodelii).

      Usuń
    4. Postanowiłem zrobić dla Ciebie listę, co warto poznać z psychodelii. Część tych albumów na pewno już znasz, inne mogą Cię miło zaskoczyć. A nawet jeśli nie, to może komuś innemu się przyda taka lista ;)

      Najlepsze albumy z rockiem psychodelicznym:
      Arcadium - Breathe Awhile (1969)
      Blue Cheer - Vincebus Eruptum (1968)
      Cream - Disraeli Gears (1967)
      Damnation of Adam Blessing - Damnation of Adam Blessing (1969)
      Flower Travellin' Band - Satori (1971)
      Grateful Dead - trzy pierwsze albumy
      Group 1850 - Paradise Now (1969)
      Jefferson Airplane - Surrealistic Pillow (1967)
      Love - Da Capo (1966)
      Love - Forever Changes (1967)
      Peter Green - The End of the Game (1970)
      Pink Floyd - A Saucerful of Secrets (1968)
      Pink Floyd - Ummagumma (1969)
      Pink Floyd - Relics (1971)
      Quicksilver Messenger Service - Quicksilver Messenger Service (1968)
      Quicksilver Messenger Service - Happy Trails (1969)
      Salem Mass - Witch Burning (1971)
      Silver Apples - Silver Apples (1968)
      The 13th Floor Elevators - The Psychedelic Sounds of The 13th Floor Elevators (1966)
      The Beatles - Revolver (1966)
      The Butterfield Blues Band - East-West (1966) to akurat głównie blues, ale tytułowy utwór to jeden z najlepszych przykładów psychodelii
      The Byrds - Fifth Dimension (1966)
      The Crazy World of Arthur Brown - The Crazy World of Arthur Brown (1968)
      The Doors - trzy pierwsze albumy
      The Jimi Hendrix Experience - Are You Experienced (1967)
      The Jimi Hendrix Experience - Axis: Bold as Love (1967)
      The Rolling Stones - Their Satanic Majesties Request (1967)
      The Soft Machine - The Soft Machine (1968)
      The Soft Machine - Volume Two (1969)
      The United States of America - The United States of America (1968)
      Traffic - Mr. Fantasy (1967)
      Traffic - Traffic (1968)
      UFO - UFO 2: Flying (1971)
      Yardbirds - Have a Rave Up (1965)

      Poza tym na pewno grupa Hawkwind, ale nie znam jej na tyle dobrze, żeby wiedzieć, które albumy warto polecić.

      Usuń
    5. stary dobry nieznajomy16 maja 2017 20:21

      Jej, wielkie dzięki, myślę, że w porównaniu z różnymi listami z takich NME czy Blenderów to jest warte zapoznania się. Sporo rzeczy stąd znam tylko pobieżnie, a niektóre nie są dla mnie w ogóle psychodeliczne... Ale może też być tak, że słysząc nazwę "rock psychodeliczny" oczekiwałem czegoś zupełnie innego. Takiego Hendrixa ja odbierałem jako nieźle zagrany blueso-rock. Ale już taki Silver Apples to dla mnie dobra jazda, gdzie bardzo pasuje określenie "psychodeliczny".

      Mam pytanie - jakie elementy zawarte w blues/hard rocku sprawiają że staje się on już psychodeliczny? Dla mnie przykład czegoś psychodelicznego to pierwsza minuta "Death Walks Behind You" Atomic Rooster

      Usuń
    6. Wiesz, po prostu wpisałem na moim profilu na RYMie rock psychodeliczny i wyświetliło mi listę ocenionych albumów, które tak zostały otagowane. Spisałem te najciekawsze, dodałem kilka, których nie wyświetliło, o kilku innych pewnie zapomniałem, a sporo wyświetlonych bardzo mnie zdziwiło, bo sam bym nie wpadł, że mają coś wspólnego z psychodelią ;) W sumie ciężko jednoznacznie określić czym jest rock psychodeliczny. Dla mnie jest to taki charakterystyczny klimat narkotyczno-transowo-orientalny, połączony z typowymi dla drugiej połowy lat 60. eksperymentami z brzmieniem (ówczesne gitarowe efekty, zabawy z taśmami). Na pierwszych dwóch albumach Hendrixa jest sporo kawałków pasujących do tego opisu, ale wymieszanych ze "zwykłym" blues/hardrockiem. A np. "Happy Trails" QMS to dla mnie stuprocentowy blues rock, ale wszędzie tagowany jest jako rock psychodeliczny, więc dałem go na listę.

      A wstęp "Death Walks Behind You" mnie kojarzy się z soundtrackiem jakiegoś horroru ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.