2 maja 2017

[Recenzja] Alice Coltrane - "Ptah, the El Daoud" (1970)



Dotychczas w "jazzowych wtorkach" opisywałem albumy jazzrockowe lub przynajmniej o rock w jakimś stopniu zahaczające. Pora wypłynąć na szersze wody. Wybrałem jeden ze swoich ulubionych jazzowych longplayów - "Ptah, the El Daoud" utalentowanej pianistki i harfistki Alice Coltrane. Profesjonalna kariera Alice (wówczas McLeod) rozpoczęła się na początku lat 60., gdy dołączyła do kwartetu wibrafonisty Terry'ego Gibbsa, z którym nagrała dwa albumy. W tym właśnie okresie poznała Johna Coltrane'a, najsłynniejszego i prawdopodobnie najlepszego saksofonistę jazzowego. W 1966 roku Alice została zarówno żoną Johna, jak i członkinią jego nowego kwintetu. Niestety, już w lipcu 1967 roku John zmarł na raka wątroby. Zrozpaczona wdowa znalazła ukojenie w muzyce. Wkrótce potem zadebiutowała w roli lidera albumem "A Monastic Trio", wydanym w 1968 roku. Najbardziej kreatywny okres w jej karierze rozpoczął się jednak dwa lata później, wraz z trzecim longplayem, czyli właśnie "Ptah, the El Daoud".

Album został zarejestrowany podczas jednodniowej sesji nagraniowej, 26 stycznia 1970 roku, w domowym studiu Alicji. W nagraniach wziął udział naprawdę mocny skład. Saksofoniści Pharoah Sanders i Joe Henderson poza własnymi interesującymi dyskografiami, mają na koncie udział w niezliczonych sesjach u innych jazzmanów (Sanders współpracował m.in. z Johnem Coltranem). Basista Ron Carter to kolejna legenda jazzu - muzyk wspomagał swoją grą tylu znanych artystów, że łatwiej chyba byłoby wymienić z kim nie grał; największą sławę zyskał jednak jako członek Drugiego Wielkiego Kwintetu Milesa Davisa. Najmniej w tym gronie znany perkusista Ben Riley również zaliczył wiele interesujących sesji nagraniowych, m.in. u Theloniousa Monka i Sonny'ego Rollinsa.

Solowa twórczość Alice Coltrane stanowi swego rodzaju kontynuację idei Johna Coltrane'a. Nie jest to co prawda muzyka aż tak awangardowa, a zdecydowanie bardziej przystępna, niż freejazzowe eksperymenty Johna. Odnosi się natomiast do uduchowionego, transcendentnego charakteru jego późniejszych dzieł, począwszy od słynnego "A Love Supreme", uznawanego za pierwszy album spiritual jazzowy. Nurt ten charakteryzuje się hipnotycznym, mistycznym nastrojem, odniesieniami do religijności, a w kwestii czysto technicznej stanowi połączenie jazzowej awangardy i free jazzu z silnymi wpływami muzyki etnicznej, najczęściej indyjskiej, ale także afrykańskiej lub arabskiej. W nurt ten doskonale wpisuje się muzyka zawarta na "Ptah, the El Daoud".

Już na otwarcie pojawia się czternastominutowa kompozycja tytułowa, odwołująca się do egipskiego boga Ptaha. Wyrazista, mocna linia basu i ostre, ciężkie partie dwóch dopełniających się saksofonów tworzą bardzo gęsty nastrój, dla którego kontrapunkt stanowi dość subtelną gra perkusisty i lekkie dźwięki pianina, które dopiero w drugiej połowie utworu wychodzi na pierwszy plan. Dwie środkowe kompozycje są nieco krótsze i bardziej subtelne. "Turiya and Ramakrishna" z bardziej wyrazistą - i bardzo ładną - melodią, oraz o lekko hinduskim klimacie, zdominowany jest już całkowicie przez pianino, któremu towarzyszy tylko sekcja rytmiczna. Niesamowity, przepiękny nastrój przynosi "Blue Nile" - jedyny utwór z harfą i fletami, zamiast pianina i saksofonów. Finałowa "Mantra" to kolejna dłuższa, siedemnastominutowa kompozycja, o najbardziej freejazzowym charakterze, niemal ocierająca się o chaos, ale podobnie jak pozostałe utwory intrygująca klimatem.

"Ptah, the El Daoud" to przede wszystkim fantastyczny nastrój, ale wykonanie i same kompozycje również są pierwszorzędne. Jak już pisałem na wstępie, jest to jeden z tych jazzowych albumów, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Dlatego chciałbym go gorąco polecić innym rockowym słuchaczom, otwartym na nowe doświadczenia. Orientalny klimat tego albumu ma wiele wspólnego z rockiem psychodelicznym, więc warto spróbować.

Ocena: 9/10



Alice Coltrane - "Ptah, the El Daoud" (1970)

1. Ptah, the El Daoud; 2. Turiya and Ramakrishna; 3. Blue Nile; 4. Mantra

Skład: Alice Coltrane - pianino i harfa; Pharoah Sanders - saksofon i flet; Joe Henderson - saksofon i flet; Ron Carter - kontrabas; Ben Riley - perkusja
Producent: Ed Michel


2 komentarze:

  1. stary dobry nieznajomy3 maja 2017 00:53

    Dla recenzji takich płyt warto tu regularnie wchodzić!

    Masz w terminarzu recenzji uwzględniony album Alice i Santany - "Illuminations" ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Illuminations" nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak "Ptah" i następny album Alicji, "Journey in Satchidananda". Prawdę mówiąc, spora jego część mnie wynudziła. Ale kiedyś go sobie pewnie przypomnę i może wtedy podejmę się zrecenzowania.

      Usuń