31 maja 2017

[Recenzja] Breakout - "Na drugim brzegu tęczy" (1969)



Debiutancki album grupy Breakout, "Na drugim brzegu tęczy", to pierwszy prawdziwie (choć nie całkiem) rockowy album, jaki ukazał się w Polsce. Zespół ewidentnie był pod wpływem anglosaskiej muzyki. Co prawda, dziś można stwierdzić, że longplay jest spóźnioną o jakieś dwa lata odpowiedzią na tamtejsze granie, jednak trzeba pamiętać, że to były nieco inne czasy, gdy wszystko z Zachodu dochodziło tu ze znacznym opóźnieniem. Jedno jest pewne. W 1969 roku nikt w Polsce nie brzmiał tak, jak Breakout. Ciężkie gitarowe riffy i mocna gra sekcji rytmicznej w takich kawałkach, jak "Poszłabym za tobą", "Na drugim brzegu tęczy", czy "Gdybyś kochał, hej!", wyraźnie zdradzają wpływy prekursorów hard rocka - Cream i, zwłaszcza, The Jimi Hendrix Experience. Zespół nie ogranicza się jednak do kopiowania wspomnianych klasyków. W "Poszłabym za tobą" pojawia się interesujące zwolnienie z solówką na flecie, a utwór tytułowy wzbogacony jest jazzującymi partiami saksofonu - na obu tych instrumentach zagrał Włodzimierz Nahorny, uznany muzyk jazzowy. Wyróżnić warto także oparty na bluesowych zagrywkach "Nie ukrywaj - wszystko wiem", przywodzące na myśl bardziej psychodeliczne kawałki Cream "Masz na to czas" (w którym fajnym smaczkiem jest cytat z "Satisfaction" Stonesów) i "Gdzie chcesz iść".

O ile wspomnianym dotąd utworom nic nie mogę zarzucić pod względem muzycznym, tak problem stanowi warstwa wokalna. Bigbitowy śpiew Miry Kubasińskiej nie pasuje do tego typu muzyki i sprawia, że brzmi ona archaicznie. Gdyby śpiewał tutaj ktoś inny (np. gitarzysta Tadeusz Nalepa, który zresztą odpowiada tutaj za chórki i drugi wokal w "Gdybyś kochał, hej!"), utwory mogłyby robić znacznie lepsze wrażenie i nie zestarzeć się tak bardzo. Dlatego też zdecydowanie słabiej wypadają tutaj łagodniejsze nagrania, w których wszystko podporządkowane jest wysuniętemu na pierwszy plan wokalowi - "Powiedzieliśmy już wszystko" i przeróbka niemenowskiego "Czy mnie jeszcze pamiętasz?". Trochę ratują je jednak partie Nahornego i pulsujący bas Michała Muzolfa. Czymś zupełnie niezrozumiałym i niepotrzebnym jest natomiast "Wołanie przez Dunajec" - dziwaczne połączenie rocka i... muzyki góralskiej, nagrany z pomocą żeńskiego chóru Alibabki. Jeszcze bardziej kuriozalne i nie na miejscu jest tango "Po ten księżyc złoty", ale to już ewidentny żart, nie trwający nawet minutę. Bez tych dwóch nagrań longplay byłby na pewno spójniejszy i po prostu lepszy.

Resumując, "Na drugim brzegu tęczy" jest albumem bardzo ważnym, przełomowym dla polskiej muzyki, lecz mającym liczne mankamenty. I, nie ma co ukrywać, dość wtórnym wobec muzyki anglosaskiej. Co było dużą zaletą w chwili wydania, gdy dostęp do zachodnich płyt był bardzo utrudniony, ale z dzisiejszej perspektywy już nią nie powinno być. Nawet jeśli ta wtórność ukrywana jest typowo polskim podejściem do partii wokalnych, gdyż właśnie one są tutaj najsłabszym ogniwem. Na szczęście, zespół wyciągnął z tego wnioski w przyszłości... ale o tym napiszę w kolejnych recenzjach.

Ocena: 6/10



Breakout - "Na drugim brzegu tęczy" (1969)

1. Poszłabym za tobą; 2. Nie ukrywaj - wszystko wiem; 3. Na drugim brzegu tęczy; 4. Czy mnie jeszcze pamiętasz?; 5. Wołanie przez Dunajec; 6. Masz na to czas; 7. Gdybyś kochał, hej!; 8. Powiedzieliśmy już wszystko; 9. Gdzie chcesz iść; 10. Po ten księżyc złoty

Skład: Mira Kubasińska - wokal; Tadeusz Nalepa - gitara, dodatkowy wokal; Michał Muzolf - bass; Józef Hajdasz - perkusja
Gościnnie: Włodzimierz Nahorny - saksofon i flet; Alibabki - dodatkowy wokal (5)
Producent: Wojciech Piętowski i Halina Jastrzębska-Marciszewska


29 maja 2017

[Recenzja] The 13th Floor Elevators - "The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" (1966)



W drugiej połowie lat 60. muzyka rockowa przeszła fascynującą ewolucję. Jej czysto rozrywkowy charakter i prostota zastąpione zostały coraz bardziej odważnymi i ambitnymi eksperymentami. Muzycy, do tamtej pory czerpiący wyłącznie z bluesa, rock and rolla i rhythm and bluesa, nagle zaczęli szukać inspiracji także w innych gatunkach - folku, jazzie, muzyce poważnej, orientalnej, afrykańskiej, latynoskiej... - a także sięgać po nietypowe instrumentarium i eksperymentować z brzmieniem, wykorzystując technologiczne nowinki. Oprócz poszerzenia spektrum swoich muzycznych zainteresowań, chętnie zaczęli poszerzać także swoją percepcję - za pomocą środków psychoaktywnych. Stąd też wzięło się określenie rock psychodeliczny. Twórcą tej nazwy był podobno Tommy Hall, który użył jej jako opisu muzyki swojego zespołu, The 13th Floor Elevators.

Grupa powstała w 1965 roku w Austin, stolicy stanu Texas. Początkowo używała nazwy The Lingsmen, jednak z czasem zmieniono ją bardziej adekwatną dla grupy złożonej z eksperymentujących z przeróżnymi substancjami ćpunów (The 13th Floor, trzynaste piętro, bo trzynastą literą alfabetu jest m jak marihuana, a Elevators, czyli windy, miały symbolizować percepcyjne zdolności człowieka, które muzycy chcieli przekroczyć). W styczniu 1966 grupa nagrała swój pierwszy singiel, "You're Gonna Miss Me" (wykonywany już przez poprzedni zespół śpiewającego gitarzysty Roky'ego Ericksona, The Spades), który zupełnie niespodziewanie, po kilku miesiącach od premiery, stał się umiarkowanym przebojem na liście Billboardu. Wytwórnia, chcąc wykorzystać ten sukces, zmusiła zespół do przyśpieszenia pracy nad debiutanckim longplayem. Błyskawiczna sesja (cztery godziny nagrywania, sześć godzin miksowania) odbyła się na początku października, a już w połowie miesiąca wydawnictwo trafiło do sprzedaży.

"The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" w zamyśle miał być albumem koncepcyjnym, opisującym kolejne stadia narkotycznego "tripu". Niestety, przedstawiciele wytwórni zmienili ustaloną przez zespół kolejność utworów (uznali, że całość musi rozpoczynać przebój "You're Gonna Miss Me"), przez co cały koncept szlag trafił. Wytwórnia kompletnie nie rozumiała muzycznej wizji zespołu, o czym świadczy również inna ingerencja w materiał - zdjęcie pogłosu z gitary Stacy 'ego Sutherlanda, który nadawał muzyce bardziej przestrzennego i psychodelicznego charakteru. Na szczęście, pozostawiono najbardziej unikalny element brzmienia zespołu, czyli partie Tommy'ego Halla na... dzbanku. Zainspirowały go stare "jug bandy", używające do grania domowej roboty instrumentów lub po prostu sprzętów codziennego użytku. Za pomocą dzbanków mogły imitować tubę lub inne dęciaki. Hall stworzył jednak własną technikę gry, która pozwalała mu wydobywać zupełnie oryginalne dźwięki, nadające muzyce Elevators unikalnego brzmienia. Jednak poza tym elementem - i narkotycznymi tekstami - album brzmi dość zachowawczo, nie wyróżniając się na tle garażowego rocka z pierwszej połowy dekady. Same kompozycje są na ogół bardzo konwencjonalne. Wyjątek stanowią mroczniejszy "Roller Coaster" i oniryczny "Kingdom of Heaven", będące najbardziej oryginalnymi, psychodelicznymi i inspirującymi utworami na longplayu. Ewentualnie dodać można jeszcze "Fire Engine", ze względu na dziwną warstwę wokalną, choć pod względem muzycznym jest to generyczny rhythm and blues. Z pozostałych, zwyczajniejszych utworów, warto wyróżnić chwytliwe "You're Gonna Miss Me" i "Reverberation", a także folkowy "Splash 1 (Now I'm Home)".

"The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" to bardzo ważny album, którego naprawdę świetnie się słucha. W takich przypadkach najłatwiej jednak o wyolbrzymienie czyjegoś wpływu. Tymczasem w 1966 roku - i to nieco wcześniej - ukazały się co najmniej dwa albumy, które okazały się bardziej wpływowe i esencjonalne dla rocka psychodelicznego, a mowa oczywiście o "Revolver" The Beatles i "Fifth Dimension" The Byrds. Na ich tle, debiut The 13th Floor Elevators wypada bardziej konwencjonalnie i zachowawczo. Wyraźnie tkwi jeszcze w poprzedniej rockowej epoce, choć zawiera pewne innowacyjne pomysły. Niewątpliwie jest to album, którego wstyd nie znać.

Ocena: 8/10



The 13th Floor Elevators - "The Psychedelic Sounds of the 13th Floor Elevators" (1966)

1. You're Gonna Miss Me; 2. Roller Coaster; 3. Splash 1 (Now I'm Home); 4. Reverberation; 5. Don't Fall Down; 6. Fire Engine; 7. Thru the Rhythm; 8. You Don't Know; 9. Kingdom of Heaven; 10. Monkey Island; 11. Tried to Hide

Skład: Roky Erickson - wokal i gitara; Tommy Hall - dzbanek i wokal; Stacy Sutherland - gitara; Ronnie Leatherman - bass (2,4-11); John Ike Walton - perkusja i instr. perkusyjne; Benny Thurman - bass (1,3)
Producent: Lelan Rogers


28 maja 2017

Rock in Peace: Gregg Allman (8.12.1947 - 27.5.2017)



Wczoraj zmarł Gregg Allman - jeden z najwspanialszych rockowych wokalistów i utalentowany klawiszowiec, najbardziej znany z grupy The Allman Brothers Band. W zespole tym, założonym przez jego starszego brata Duane'a (tragicznie zmarłego w 1971 roku), występował niemal od samego początku, aż do rozwiązania go w 2014 roku. Brał udział w nagrywaniu wszystkich albumów grupy. Trzy z nich to bezdyskusyjna - choć niestety nie przez wszystkich znana - klasyka muzyki rockowej. Debiutancki longplay z 1969 roku to jeden z najdoskonalszych albumów bluesrockowych. Pełna energii, oraz porywających solówek i melodii muzyka, praktycznie bez słabych punktów. To co najmniej ta sama półka, co dwa najważniejsze albumy bluesrockowe, definiujące ten styl - "Blues Breakers" Johna Mayalla i Erica Claptona, oraz "East-West" The Butterfield Blues Band. Wydany dwa lata później "At Fillmore East" jest z kolei prawdopodobnie najwspanialszą rockową koncertówką, z niesamowitymi improwizacjami sześcioosobowego składu, daleko wykraczającymi poza rockowo-bluesowe schematy. Trzecim albumem jest natomiast wydany w 1972 roku "Eat a Peach", zawierający nagrania zarówno studyjne (nieco słabsze od tych z debiutu), jak i koncertowe (równie wspaniałe, jak na "At Fillmore East", zresztą częściowo zarejestrowane podczas tych samych występów). Jeśli ktoś, w przeciwieństwie do mnie, lubi country i rock z południa Stanów, to na pewno zachwycą go także albumy "Idlewild South" (1970) i "Brothers and Sisters" (1973). Natomiast trzy wcześniej wymienione powinien przesłuchać każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką.

Pisząc te słowa, słuchałem utworu "Whipping Post" z "At Fillmore East". Za każdym razem, gdy słyszę to wykonanie, myślę, że to jeden z kilku najpiękniejszych i najwspanialszych momentów w historii muzyki.


26 maja 2017

[Recenzja] King Crimson - "Epitaph" (1997)



Przez blisko trzy dekady od powstania King Crimson, dyskografia zespołu prezentowała się bardzo skromnie. Solidnie udokumentowane zostały tylko występy składu, w którym Robertowi Frippowi towarzyszyli John Wetton, Bill Bruford i David Cross (najpierw albumem "USA", później obszernym, 4-płytowym boksem "The Great Deceiver"). Poza tym, był jeszcze album "Earthbound" - fatalnej jakości rejestracja z czasów "Islands". I to wszystko. Sytuacja zaczęła się zmieniać w drugiej połowie lat 90. - koncertowe poczynania zespołu zaczęły być dokumentowane na bieżąco, a ponadto zaczęto licznie publikować wydawnictwa z materiałem archiwalnym. Pierwszy album tego drugiego typu to wydany na początku 1997 roku "Epitaph", zawierający nagrania z 1969 roku, dokonane w oryginalnym składzie King Crimson, który wraz z Frippem tworzyli Greg Lake, Ian McDonald i Michael Giles.

Dwupłytowe wydawnictwo rozpoczynają fragmenty radiowych sesji dla radia BBC, które odbyły się 6 maja i 19 sierpnia 1969 roku. Podczas pierwszej z nich zespół wykonał utwory "21st Century Schizoid Man" i "The Court of the Crimson King" (a także "I Talk to the Wind", którego tutaj nie ma), jeszcze nie tak dopracowane, jak późniejsze nagrania albumowe (longplay "In the Court of the Crimson King" nagrywany był od czerwca do sierpnia, ukazał się w październiku). Zwracają uwagę linie wokalne Lake'a i brak przesteru na jego partii w pierwszym z nich. Z drugiej sesji pochodzą natomiast utwory "Epitaph" (mający nieco lżejszy klimat od wersji albumowej, ale poza tym nieróżniący się od niej drastycznie) i "Get Thy Bearings" z repertuaru folkowego muzyka Donovana, przearanżowany na styl grupy i nieco wydłużony.

Na pierwszej płycie znalazł się ponadto materiał koncertowy, zarejestrowany 21 listopada w nowojorskim Fillmore East i 14 grudnia w Fillmore West w San Francisco. Na repertuar składają się: dwa utwory z debiutu, "Epitaph" i "21st Century Schizoid Man"; kompozycje "A Man, a City" i oparta na fragmencie "Planet" Gustava Holsta "Mars", czyli wczesne wersje utworów "Pictures of a City" i "The Devil's Triangle" (nagranych przez zespół na drugi album, "In the Wake of Poseidon"); a także niezarejestrowana nigdy w studiu kompozycja składająca się z trzech części - subtelnego wstępu z bardzo ładnymi partiami gitary Frippa i fletu McDonalda ("Mantra"), dość nijakiej części wokalnej o lekko jazzującym klimacie ("Travel Weary Capricorn") i nieciekawej improwizacji parodiującej muzykę z westernów ("Improv: Travel Bleary Capricorn").

Drugą płytę w całości wypełniają nagrania z występu w Fillmore West, ale z 15 grudnia. Oprócz niczym nie zaskakujących wykonań "The Court of the Crimson King", "A Man, a City", "Epitaph", "21st Century Schizoid Man" i "Mars", znalazło się tu także wykonanie utworu "Why Don't You Just Drop In" z repertuaru  Giles, Giles and Fripp. W tej wersji nie tylko skrócono tytuł, do samego "Drop In", ale też znacznie go przearanżowano, nadano mroczniejszego klimatu, dzięki czemu brzmi zupełnie inaczej, zdecydowanie ciekawiej i poważniej. Utwór stanowi przede wszystkim fantastyczny popis wokalny Grega Lake'a, zaś w warstwie instrumentalnej dominują pozornie chaotyczne partie saksofonu Iana McDonalda. Kompozycja nigdy nie została zarejestrowana w takiej postaci w studiu, jednak na fragmentach tutejszej aranżacji opiera się utwór "The Letters" z albumu "Islands".

"Epitaph" to bardzo ciekawe uzupełnienie dwóch pierwszych albumów King Crimson. Dzięki niemu można poznać wczesne wersje kilku klasycznych kompozycji zespołu, a także poznać kilka wcześniej niewydanych. Nie jest to jednak wydawnictwo pozbawione wad. Bardzo wiele do życzenia pozostawia brzmienie pierwszej płyty, praktycznie bootlegowe (druga płyta brzmi jednak całkiem w porządku). Nie da się też ukryć, że choć oryginalny skład grupy potrafił tworzyć piękne kompozycje i wspaniały, magiczny klimat, to nie był zbyt dobry w koncertowych improwizacjach. W porównaniu z koncertówkami zarejestrowanymi w późniejszych składach, "Epitaph" wypada po prostu blado.

Ocena: 8/10



King Crimson - "Epitaph" (1997)

CD1: 1. 21st Century Schizoid Man; 2. The Court of the Crimson King; 3. Get thy Bearings; 4. Epitaph; 5. A Man, a City; 6. Epitaph; 7. 21st Century Schizoid Man; 8. Mantra; 9. Travel Weary Capricorn; 10. Improv: Travel Bleary Capricorn; 11. Mars
CD2: 1. The Court of the Crimson King; 2. Drop In; 3. A Man, a City; 4. Epitaph; 5. 21st Century Schizoid Man; 6. Mars

Skład: Greg Lake - wokal i bass; Robert Fripp - gitara; Ian McDonald - saksofon, flet, klarnet i instr. klawiszowe; Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson


23 maja 2017

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Tauhid" (1967)



Pharoah Sanders (właśc. Farrell Sanders) to jeden z najwybitniejszych i najsłynniejszych saksofonistów jazzowych. Doświadczenie zdobywał grając m.in. z Sanem Ra, Ornettem Colemanem, Donem Cherrym i Johnem Coltranem. Szczególnie owocna była współpraca z tym ostatnim, z którym nagrał kilka bardzo cenionych albumów ("Kulu Sé Mama", "Om", "Meditations" i "Ascension"). Jako solista Sanders zadebiutował w 1965 roku albumem "Pharaoh". Jednak to nagrany w listopadzie 1966 roku "Tauhid" jest jego pierwszym ważnym wydawnictwem. W sesji wzięli udział tacy doświadczeni muzycy, jak basista Henry Grimes, perkusista Roger Blank i pianista Dave Burrell (jak zwykle w przypadku jazzowych sidemanów, listy ich osiągnięć są tak imponujące, że wymienienie ich zajęłoby zbyt wiele miejsca), oraz dopiero początkujący, lecz utalentowany gitarzysta Sonny Sharrock (który również wiele osiągnął, zarówno jako sideman, jak i solista).

Na "Tauhid" Sanders wykorzystuje doświadczenie zdobyte podczas współpracy z Coltranem, wręcz rozwija niektóre z jego pomysłów. Przy czym głównym źródłem inspiracji był raczej "A Love Supreme", niż albumy, w których nagrywaniu brał udział. Sanders odwołuje się do duchowych poszukiwań Coltrane'a, a tym samym adaptuje do swojej twórczości wpływy muzyki afrykańskiej i orientalnej. "Tauhid" jest zatem jednym z pierwszych albumów, którego zawartość można nazwać spiritual jazzem. Podobnie jak na innych albumach z tego nurtu, słyszalne są tutaj jego freejazzowe korzenie, jednak całość jest znacznie bardziej przystępna od "czystego" free jazzu.

Całość rozpoczyna się od naprawdę imponującego, 17-minutowego "Upper Egypt and Lower Egypt". Utwór można podzielić na trzy części. Pierwsza jest bardzo klimatyczna, a za tworzenie tego niesamowitego nastroju odpowiadają przeróżne "egzotyczne" perkusjonalia, rozedrgane partie gitary i subtelne pianino. Druga część jest bardziej freejazzowa, składa się z solówki Sandersa na flecie i dość ascetycznych uderzeń perkusji. Ostatnia część to naprawdę wspaniały finał, z hipnotyzującym basem, bardzo melodyjnymi - żeby nie napisać: "przebojowymi" - zagrywkami na pianinie i gitarze, oraz charakterystycznym, ostrym brzmieniem tenorowego saksofonu Pharoaha. Pojawia się tu też jego dość oszczędna partia wokalna.

Druga strona longplaya nie robi aż tak wielkiego wrażenia, jednak wciąż jest to muzyka na wysokim poziomie. Króciutki "Japan", napisany przez Sandersa po wizycie a w Kraju Kwitnącej Wiśni, nawiązuje do tamtejszej muzyki. Opiera się na wyjątkowo prostej, lecz bardzo urokliwej melodii. Nie przekonuje mnie jedynie wokaliza Pharoaha, która wypada nieco irytująco. Ostatni utwór, prawie równie długi co pierwszy, to składający się z trzech części "Medley": "Aum" to najbardziej freejazzowy fragment longplaya, momentami ocierający się o chaos; w "Venus" partie instrumentalne stają się bardziej uporządkowane, choć wciąż nie brakuje bardziej zgiełkliwych momentów; natomiast w "Capricorn Rising" robi się już całkiem melodyjnie, ładnie i nastrojowo.

"Tauhid" dopiero przygotowuje grunt pod największe dzieła Pharoaha Sandersa, jednak sam w sobie też jest bardzo interesującym i wartym poznania albumem. Bez wątpienia może spodobać się także otwartym na inne gatunki słuchaczom rocka.

Ocena: 8/10



Pharoah Sanders - "Tauhid" (1967)

1. Upper Egypt and Lower Egypt; 2. Japan; 3. Medley: Aum / Venus / Capricorn Rising

Skład: Pharoah Sanders - saksofon, flet, wokal; Dave Burrell - pianino; Sonny Sharrock - gitara; Henry Grimes - kontrabas; Roger Blank - perkusja; Nat Bettis - instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele


22 maja 2017

[Recenzja] Silver Apples - "Silver Apples" (1968)



Silver Apples to jeden z najbardziej oryginalnych i prekursorskich zespołów, jakie powstały w latach 60. ubiegłego wieku. Druga połowa tej dekady była niezwykle twórczym i kreatywnym czasem dla muzyki rockowej. Jednak eksperymentalna muzyka Silver Apples nawet wówczas była czymś bardzo innowacyjnym, wyprzedzającym swój czas, przez co nie spotkała się ze zrozumieniem ówczesnych słuchaczy. Co ciekawe, muzycy grupy zaczynali od grania najzwyklejszego rocka w kapeli o nazwie The Overland Stage Electric Band. Zespół występował w małych klubach, supportując innych wykonawców, a na repertuar składały się wyłącznie covery aktualnych przebojów. Wokalista Simeon Oliver Coxe miał jednak znacznie większe ambicje. Po tym, gdy jeden z jego znajomych zaprezentował mu zbudowany w latach 40. generator drgań, Coxe postanowił wzbogacić nim brzmienie swojego zespołu. Pozostali członkowie, z wyjątkiem perkusisty Dana Taylora, nie byli tym jednak zainteresowani. W rezultacie grupa się rozpadła, a Coxe i Taylor stworzyli nowy duet. Nazwę Silver Apples zaczerpnęli z poematu "The Song of the Wandering Aeungus" irlandzkiego poety Williama Butlera Yeatsa.

Aby zapełnić pustkę, wynikającą z braku gitarzysty i basisty, Simeon skonstruował ogromne urządzenie przypominające stół, w którego skład wchodziło dziewięć generatorów drgań i ponad osiemdziesiąt elementów służących do sterowania oraz kontrolowania zmian brzmienia, tonacji i akordów. Używając do grania jednocześnie dłoni, stóp, a nawet łokci, Coxe mógł grać w tym samym czasie partie solowe i rytmiczne. Co ciekawe, muzyk nigdy nie nauczył się grać na tradycyjnej klawiaturze.

Z powodu swojego niekonwencjonalnego brzmienia, zespół miał pewne problemy ze znalezieniem wydawcy, jednak w końcu udało się podpisać kontrakt z małą, niezależną wytwórnią Kapp Records. W czerwcu 1968 roku ukazał się jej nakładem debiutancki album duetu, zatytułowany w najprostszy możliwy sposób, czyli po prostu "Silver Apples". Znalazło się na nim dziewięć utworów, w tym osiem autorstwa duetu (z tekstami napisanymi przez zaprzyjaźnionego Stanleya Warrena lub - w przypadku "Misty Mountain" - Eileen Lewellen); repertuaru dopełniła kompozycja "Dancing Gods", oparta na autentycznej pieśni Indian Nawah. Poszczególne utwory składają się z tych samych elementów: bardzo rytmicznej, transowej perkusji i elektronicznego pulsu pełniącego rolę linii basu, stanowiących podkład dla beznamiętnego śpiewu i elektronicznych ozdobników - przeważnie są to atonalne, świdrujące dźwięki (np. w "Oscillations", "Lovefingers"), choć czasem układają się w bardziej wyraziste melodie ("Seagreen Serenades"). Chociaż pozornie niewiele się tutaj dzieje, trudno oderwać się tego albumu, wciągającego hipnotyzującym brzmieniem. To brzmienie ewidentnie zdradza, że album został nagrany pięćdziesiąt lat temu, jednak wiele zastosowanych tutaj rozwiązań było nowatorskich. Przykładem zastosowanie sampli w "Program" i "Whirly-Bird" - owszem, technika ta była już wcześniej znana, jednak żaden rockowy wykonawca nie korzystał z niej w tak zaawansowany sposób. Żaden też nie grał tak zimniej i transowej muzyki (a czasem wręcz złowieszczej, jak "Dust" czy kojarzący się z jakimś pogańskim rytuałem "Dancing Gods").

Silver Apples nie był jedynym rockowym zespołem, który już w tamtych czas eksperymentował z elektroniką (równolegle działały takie grupy, jak Fifty Foot Hose czy The United States of America), ale był tym, który wykorzystywał ją na największą skalę, prawie całkowicie rezygnując z "prawdziwych" instrumentów. Z zastosowanych tutaj rozwiązań całymi garściami czerpali później krautrockowcy i twórcy muzyki elektronicznej. Zaś pewna archaiczność tego albumu i prymitywne brzmienie samodzielnie skonstruowanego syntezatora, działają tylko na korzyść, nadając całości jeszcze bardziej unikalnego charakteru. Ewidentnym minusem jest natomiast brak dobrych kompozycji - wysoka ocena jest wyłącznie zasługą brzmienia, klimatu i oryginalności.

Ocena: 8/10



Silver Apples - "Silver Apples" (1968)

1. Oscillations; 2. Seagreen Serenades; 3. Lovefingers; 4. Program; 5. Velvet Cave; 6. Whirly-Bird; 7. Dust; 8. Dancing Gods; 9. Misty Mountain

Skład: Simeon Oliver Coxe - wokal i generator drgań; Dan Taylor - wokal, perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Barry Bryant


19 maja 2017

[Recenzja] King Crimson - "THRaKaTTaK" (1996)



"THRaKaTTaK" to najdziwniejsze i najbardziej kontrowersyjne wydawnictwo w dyskografii King Crimson. Trwający prawie godzinę album został zmontowany z koncertowych improwizacji granych przez zespół w trakcie utworu "THRAK". W sumie wykorzystano nagrania z kilkunastu występów, które odbyły się między 2 października, a 29 listopada 1995 roku, w Japonii i Stanach. Całość została bardzo sprawnie zmiksowana, nie słychać żadnych cięć, poszczególne fragmenty płynnie przechodzą w kolejne. Można odnieść wrażenie, że to jeden długi jam, zagrany przez muzyków dokładnie w takiej formie, w jakiej znalazł się na tej płycie. Warto też zwrócić uwagę na "studyjne" brzmienie albumu - publiczność daje o sobie znać może ze dwa razy, przez bardzo krótki czas.

"THRaKaTTaK" to nie jest przyjemny, ani łatwy album. Dla wielu - jeśli nie większości - słuchaczy może być wręcz asłuchalny. To King Crimson w najbardziej awangardowym wydaniu. Kompletna improwizacja bez żadnych reguł, praktycznie bez struktur, melodii i harmonii. Rzężące gitary, połamane, skomplikowane rytmy (a wręcz ich brak), schizofreniczne dźwięki pianina (tak naprawdę wydobywane z... gitary), przeciągłe, atonalne dźwięki kontrabasu i mroczne, elektroniczne tło - to tylko niektóre składniki tej dziwnej muzyki. Oczywiście nie wzięła się ona zupełnie znikąd. Można tu znaleźć pewne podobieństwa do "Larks' Tongues in Aspic (Part I)", co bardziej pokręconych fragmentów "kolorowej trylogii", oraz, co nie powinno dziwić, najdziwniejszych rzeczy z "THRAK", z którym "THRaKaTTaK" łączy także ciężkie, brudne brzmienie i mroczny klimat. Wcześniej jednak takie eksperymenty były równoważone bardziej konwencjonalnymi utworami, a tutaj nie ma nic poza nimi. I może dlatego sprawiają wrażenie jeszcze bardziej chaotycznych i porąbanych, niż cokolwiek nagranego wcześniej przez zespół. Choć czasem z tego zgiełku wyłaniają się naprawdę ładne dźwięki, jak chociażby w spokojniejszych momentach "The Slaughter of the Innocents" i "This Night Wounds Time". A propos, album podzielony jest na osiem ścieżek, jednak ten podział nie ma większego znaczenia (może z wyjątkiem klamry w postaci dwóch odsłon utworu "THRAK"). Jak już wspominałem na początku, wszystkie te improwizacje tworzą bardzo spójną - lecz nie monotonną - całość.

"THRaKaTTaK" to prawdopodobnie najdziwniejszy, najbardziej awangardowy i najmniej konwencjonalny album, jaki do tej pory słyszałem. A zarazem niesamowicie intrygujący i wciągający. Album polecam osobom dobrze osłuchanym z "dziwną" muzyką, chcącym otworzyć się na awangardę - może to być dobry wstęp do takiego grania.

Ocena: 8/10



King Crimson - "THRaKaTTaK" (1996)

1. THRAK; 2. Fearless and Highly Thrakked; 3. Mother Hold the Candle Steady While I Shave the Chicken's Lip; 4. THRaKaTTaK (Part I); 5. The Slaughter of the Innocents; 6. This Night Wounds Time; 7. THRaKaTTaK (Part II); 8. THRAK (Reprise)

Skład: Robert Fripp - gitara, efekty; Adrian Belew - gitara; Tony Levin - bass, kontrabas, Chapman stick; Trey Gunn - Warr guitar; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Pat Mastelotto - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson


18 maja 2017

Rock in Peace: Chris Cornell (20.7.1964 - 18.5.2017)



Śmierć Chrisa Cornella to niespodziewana i szokująca wiadomość. 52-letni muzyk mógł jeszcze nagrać wiele albumów - w przygotowaniu był przecież nowy album Soundgarden, w planach reaktywacja Audioslave. Zaledwie wczoraj wieczorem Chris, z pierwszą z tych grup, zagrał swój ostatni koncert, a dziś rano świat obiegła ta druzgocząca informacja.

W ostatnich latach nie wracałem do jego dokonań, z wyjątkiem albumów solowych (w celach recenzenckich). Był jednak czas, gdy zasłuchiwałem się w albumach "Badmotorfinger", "Superunknown" i "Temple of the Dog". Do dziś uważam je za jedne z najlepszych rockowych wydawnictw lat 90. Co ciekawe, dopiero dziś po raz pierwszy przesłuchałem w całości debiutancki longplay Soundgarden, "Ultramega OK". Już na nim zespół zaprezentował swój oryginalny styl, a Cornell pokazał wielki talent wokalny, lecz jest to w sumie dopiero skromna zapowiedź późniejszych dokonań. Przełomowym wydawnictwem w karierze Chrisa był projekt Temple of the Dog i nagrany z nim album, który odniósł wielki sukces, nie tylko komercyjny, lecz także artystyczny. Coraz lepsze i bardziej dojrzałe albumy nagrywał także z Soundgarden - "Badmotorfinger", "Superunknown" i "Down on the Upside". Ten ostatni, niestety, spotkał się z niezrozumieniem słuchaczy, co przyczyniło się do rozpadu grupy. Wówczas Cornell rozpoczął karierę solową, podczas której niewiele miał wzlotów, za to raz zaliczył kompletny upadek (album "Scream", zbudowany z najgorszych elementów współczesnego popu). W międzyczasie nagrał trzy longplaye z grupą Audioslave, którą współtworzył z instrumentalistami Rage Against the Machine - niestety, efekty tej współpracy są mocno rozczarowujące. Za to w 2012 roku ukazał się długo wyczekiwany nowy album Soundgarden, "King Animal", który okazał się całkiem udanym powrotem. Jednocześnie Cornell kontynuował swoją solową karierę - dwa lata temu wydał akustyczny album "Higher Truth", na którym dał wyraz swojemu uwielbieniu dla Led Zeppelin i The Beatles.

Muzyczny dorobek, jaki pozostawił po sobie Chris Cornell, utrzymany jest na różnym poziomie. Od płyt-pomników epoki grunge'u, przez wydawnictwa przeciętne, po praktycznie niesłuchalne. Mimo wszystko, powinniśmy go zapamiętać jako jednego z najlepszych rockowych wokalistów ostatniego trzydziestolecia.


17 maja 2017

[Recenzja] Ry Cooder & Vishwa Mohan Bhatt - "A Meeting by the River" (1993)



Przykłady wpływów tradycyjnej muzyki indyjskiej w rocku i jazzie można mnożyć. Znacznie trudniej wskazać je w muzyce bluesowej. Jest oczywiście kompozycja "East-West" grupy The Butterfield Blues Band - bez wątpienia jeden z najambitniejszych utworów w całym gatunku. Poza tym warto wspomnieć o albumie "A Meeting by the River" - projekcie Ry Coodera i Vishwy Mohana Bhatta. Cooder to amerykański gitarzysta, znany m.in. ze współpracy z Captainem Beefheartem, Taj Mahalem, Neilem Youngiem, czy Stonesami. Natomiast Bhatt to indyjski muzyk, grający na skonstruowanym przez siebie instrumencie, Mohan veena, będącym tak zmodyfikowaną gitarą akustyczną, aby przypominała (brzmieniem i sposobem wydobywania go) hindustański instrument vichitra veena. Obaj muzycy po raz pierwszy spotkali się we wrześniu 1992 roku, gdzieś nad rzeką Ganges, i już po niecałej godzinie znajomości zagrali improwizowany, niećwiczony wcześniej jam, podczas którego towarzyszyli im Sukhvinder Singh Namdhari i Joachim Cooder (14-letni syn Ry), grający na tradycyjnych indyjskich instrumentach perkusyjnych - tabli i darbuce. "A Meeting by the River" jest właśnie zapisem tej sesji.

Album składa się z czterech instrumentalnych utworów o średnim czasie trwania wynoszącym dziesięć minut. Nagrania mają bardzo spontaniczny charakter, jednak partie Coodera i Bhatta (przez obu grane wyłącznie techniką slide) zaskakująco dobrze ze sobą współgrają, interesująco się przeplatając lub wybrzmiewając unisono. Trudno uwierzyć, że muzycy nigdy wcześniej ze sobą nie grali, a większość utworów jest całkowicie improwizowana (jedynie finałowy "Isa Lei" luźno opiera się na melodii fidżyjskiej pieśni o tym samym tytule). Charakterystyczne brzmienie Mohan veena i indyjskich perkusjonalii przywołuje klimat Środkowego Wschodu. "Longing" dodatkowo posiada strukturę typową dla tradycyjnych indyjskich rag. Ry Cooder doskonale się w tym klimacie odnajduje. Najciekawiej robi się jednak wtedy, gdy to on przejmuje inicjatywę. Dzieje się tak w jednym utworze, "Ganges Delta Blues". Połączenie tradycyjnego bluesa akustycznego z hindustańskim brzmieniem jest czymś naprawdę oryginalnym, intrygującym i nadspodziewanie udanym. To zarazem najbardziej energetyczny i porywający fragment całości. Pozostałe nagrania mają bardziej relaksacyjny charakter, czarują klimatem i ładnymi melodiami, ale brakuje w nich czegoś niezwykłego, łamiącego konwencje.

"A Meeting by the River" nie jest ani najlepszą, ani najbardziej zaskakującą próbą połączenia zachodniej i wschodniej kultury. Niemniej jednak to bardzo ciekawy album, który warto poznać. Choćby dla samej możliwości poszerzenia swoich horyzontów.

Ocena: 8/10



Ry Cooder & Vishwa Mohan Bhatt - "A Meeting by the River" (1993)

1. A Meeting by the River; 2. Longing; 3. Ganges Delta Blues; 4. Isa Lei

Skład: Ry Cooder - gitara; Vishwa Mohan Bhatt - Mohan veena; Sukhvinder Singh Namdhari - tabla; Joachim Cooder - darbuka
Producent: Kavichandran Alexander i Jayant Shah


16 maja 2017

[Recenzja] Dewan Motihar Trio, Irene Schweizer Trio, Manfred Schoof, Barney Wilen ‎- "Jazz Meets India" (1967)



Mogłoby się wydawać, że niewiele łączy klasyczną muzykę indyjską z jazzem. Korzenie tej pierwszej sięgają tysięcy lat, a przez większość tego czasu pełniła głównie religijną, medytacyjną rolę. Jazz powstał po drugiej stronie świata niewiele ponad sto lat temu, a początkowo miał wyłącznie rozrywkowy charakter. Z czasem jednak ewoluował w coraz bardziej ambitne rejony. I już pod koniec lat 50. ubiegłego wieku niektórzy jazzmani, z Johnem Coltranem na czele, zaczęli szukać inspiracji w muzyce hindustańskiej (klasycznej muzyce indyjskiej z północnej części Indii i otaczających je krajów), przede wszystkim wykorzystując charakterystyczne dla niej skale. Co jednak istotne, żaden z tych jazzmanów nie wpadł na pomysł wykorzystania w swoich nagraniach tradycyjnego indyjskiego instrumentarium.

Tymczasem w połowie lat 60., George Harrison, będący pod wpływem indyjskiego mistrza sitaru, Raviego Shankara, postanowił wykorzystać ten instrument w utworze Beatlesów, "Norwegian Wood". Beatlesi byli wówczas najbardziej wpływowym zespołem rockowym, więc nie trzeba było długo czekać, na reakcję "konkurencji". W krótkim czasie kolejne zespoły zaczęły czerpać inspiracje z muzyki hindustańskiej i nierzadko wykorzystywać indyjskie instrumentarium, co przyczyniło się do powstania nowego nurtu, zwanego rockiem psychodelicznym. Wróćmy jednak do jazzu. W 1966 roku ukazał się album "Indo-Jazz Suite" The Joe Harriott Double Quintet, będący prawdopodobnie pierwszą próbą połączenia indyjskiego i jazzowego instrumentarium, a także charakterystycznych cech obu tych rodzajów muzyki. Z naprawdę dobrym efektem. Jednak pomysł ten został dopracowany do perfekcji dopiero rok później.

Pomysłodawcą projektu "Jazz Meets India" był Joachim-Ernst Berendt - niemiecki producent, dziennikarz i promotor jazzu. Berendt zgłosił do Maniego Neumeiera, wówczas perkusisty tria szwajcarskiej pianistki Irene Schweizer, z pytaniem, czy zna jakiś indyjskich instrumentalistów. Okazało się, że muzyk studiował z sitarzystą Dewanem Motiharem, uczniem samego Raviego Shankara, a zarazem lidera tria, w którego skład wchodzili także tamburzysta Kusum Thakur i grający na tabli Keshay Sathe. Co ciekawe, Motihar i Sathe brali udział w nagrywaniu wspomnianego "Indo-Jazz Suite". Berendt zasugerował nagranie wspólnego albumu przez Dewan Motihar Trio i Irene Schweizer Trio (skład tego drugiego uzupełniał basista Uli Trepte, który w 1968 roku, wraz z Neumeierem, założył krautrockowy zespół Guru Guru). Zgodnie z sugestią Neumeiera, w nagraniach wzięła udział także sekcja dęta, w postaci grającego na trąbce i kornecie Manfreda Schoofa (pochodzącego z Niemiec przedstawiciela europejskiego free jazzu), oraz francuskiego saksofonisty Barneya Wilena (znanego ze współpracy m.in. z Milesem Davisem i Artem Blakeyem).

Album "Jazz Meets India" składa się z trzech utworów. Rozpoczyna go najdłuższy z nich, prawie 18-minutowy "Sun Love". Przez pierwszych kilka minut słychać wyłącznie muzyków Dewan Motihar Trio, grających w tradycyjnym hindustańskim stylu, tworząc rewelacyjny klimat. Dopiero w piątej minucie stopniowo dołączają instrumentaliści Irene Schweizer Trio, dodając nieco jazzowego charakteru i bardziej złożoną rytmikę. W dalszej części pojawiają się dęciaki, nadające zdecydowanie freejazzowego charakteru. W "Sun Love" wpływy Wchodu i Zachodu mieszają się w najrówniejszych proporcjach, czyniąc ten utwór najciekawszym fragmentem całości. Choć dalej też jest bardzo intrygująco. Niewiele ponad pięciominutowy "Yaad" najwięcej ma wspólnego z tradycyjną muzyką hindustańską. To bardzo subtelny utwór o medytacyjnym charakterze, z wokalizami Motihara i dominującą rolą indyjskich instrumentów, delikatnie wspartych partiami pianina i dęciaków. Z kolei 15-minutowy "Brigach And Ganges" ma najbardziej freejazzowy charakter, nie tak odległy od dokonań Johna Coltrane'a, chociaż partie indyjskich instrumentalistów nadają zupełnie inny klimat.

"Jazz Meets India" to genialne połączenie jazzu i tradycyjnej muzyki hindustańskiej. Bardzo oryginalne i perfekcyjnie wykonane. Ten album stanowi obowiązkową pozycję dla wszystkich wielbicieli takich klimatów, jak również wszystkich osób zainteresowanych poszerzaniem swoich muzycznych horyzontów.

Ocena: 9/10



Dewan Motihar Trio, Irene Schweizer Trio, Manfred Schoof, Barney Wilen ‎- "Jazz Meets India" (1967)

1. Sun Love; 2. Yaad; 3. Brigach And Ganges

Skład: Dewan Motihar - sitar, wokal; Kusum Thakur - tambura; Keshay Sathe - tabla; Irene Schweizer - pianino; Uli Trepte - kontrabas; Mani Neumeier - perkusja; Manfred Schoof - trąbka i kornet; Barney Wilen - saksofon
Producent: Joachim E. Berendt


12 maja 2017

[Recenzja] Caravan - "Waterloo Lily" (1972)



Album "In the Land of Grey and Pink", pomimo dobrej prasy, nie odniósł komercyjnego sukcesu. Jak zwykle zawiodła polityka wytwórni Decca, polegająca na wypuszczaniu małych nakładów płyt. Najbardziej rozczarowany tym faktem wydawał się być Dave Sinclair, który bez wahania przyjął ofertę ex-perkusisty Soft Machine, Roberta Wyatta, aby dołączyć do jego nowej grupy, Matching Mole. Pozostali muzycy Caravan postanowili jednak kontynuować karierę. Nowym klawiszowcem został Steve Miller z grupy Delivery. W składzie tym powstał zaledwie jeden album - niesłusznie niedoceniany "Waterloo Lily".

Miller - w przeciwieństwie do swojego poprzednika, grającego głównie na organach Hammonda, ale także na pianinie i melotronie - zdecydowanie preferował pianino elektryczne. Jego brzmienie nadało muzyce Caravan bardziej jazzowego charakteru. Słychać to przede wszystkim na przykładzie rozbudowanej, instrumentalnej kompozycji "Nothing at All / It's Coming Soon / Nothing at All (Reprise)", wyraźnie inspirowanej muzyką fusion (choć bardziej z rejonów, powiedzmy, Billy'ego Cobhama, niż Soft Machine). Oprócz pianina elektrycznego istotną rolę pełnią tutaj funkujące linie basu Richarda Sinclaira, oraz gościnne partie dwóch innych członków Delivery - saksofonisty Lola Coxhilla i gitarzysty Phila Millera. To jeden z najciekawszych utworów w dorobku grupy. Bynajmniej nie ustępuje mu druga rozbudowana kompozycja, "The Love in Your Eye / To Catch Me a Brother / Subsultus / Debouchement / Tilbury Kecks", także zdradzająca wpływy jazzowo-funkowe, a wyróżniająca się zgrabnie zorkiestrowanym początkiem. Fragmenty wokalne przyciągają uwagę ładną linią melodyczną, a instrumentalne zachwycają popisami muzyków, z których najbardziej porywające jest solo stałego współpracownika grupy, Jimmy'ego Hastingsa, na flecie.

Reszta albumu to już utwory o bardziej piosenkowym charakterze. Niestety, pozostawiające mieszane odczucia. Bardzo przyjemnie wypada otwierająca całość kompozycja tytułowa. Zgrabna melodycznie, uciekająca od przewidywalnej struktury i dość, jak na ten zespół, ciężka brzmieniowo. Jest tu świetna partia wokalna Richarda (szkoda, że jedyna na tym albumie) i lekko jazzujące fragmenty instrumentalnie. Pozostałe kawałki już tak udane nie są. "Songs and Signs" i "Aristocracy" są dość banalne, choć pierwszy z nich nieco ratują świetne partie elektrycznego pianina. Z kolei finałowy "The World is Yours", oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej, jest całkiem przyjemny pod względem instrumentalnym, jednak banalna partia wokalna Pye'a Hastingsa sprowadza go do przeciętności.

"Waterloo Lily" to bardzo dobry album, niesłusznie pozostający w cieniu dwóch, pomiędzy którymi został wydany. Fakt, że nie wszystkie utwory są tutaj na wysokim poziomie, jednak to mankament wszystkich wydawnictw Caravan. A najlepsze kompozycje są czymś naprawdę wyjątkowym.

Ocena: 8/10



Caravan - "Waterloo Lily" (1972)

1. Waterloo Lily; 2. Nothing at All / It's Coming Soon / Nothing at All (Reprise); 3. Songs and Signs; 4. Aristocracy; 5. The Love in Your Eye / To Catch Me a Brother / Subsultus / Debouchement / Tilbury Kecks; 6. The World is Yours

Skład; Pye Hastings - wokal (3-6) i gitara; Richard Sinclair - wokal (1) i gitara; Steve Miller - instr. klawiszowe; Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Lol Coxhill - saksofon (1,2); Phil Miller - gitara (2); Jimmy Hastings - flet i saksofon (5); Mike Cotton - trąbka (5); Barry Robinson - obój (5)
Producent: David Hitchcock


10 maja 2017

[Recenzja] McKenna Mendelson Mainline ‎- "Stink" (1969)



Moda na muzykę bluesrockową, która rozkwitła w drugiej połowie lat 60., nie ominęła także Kanady. Jednym z reprezentantów tamtejszej sceny jest założona latem 1968 roku grupa McKenna Mendelson Mainline. Powstała z inicjatywy gitarzysty Mike'a McKenny, wcześniej członka bluesowego Luke & The Apostles, oraz wokalisty i multiinstrumentalisty Joego Mendelsona, do tamtej pory występującego jako solista. Składu dopełnili perkusista Tony Nolasco i basista Denny Gerrard. Zespół nagrał w tej konfiguracji personalnej kilka utworów demo (głównie przeróbek bluesowych standardów), które pod koniec 1969 roku zostały wydane na albumie "Blues". W międzyczasie grupa zmieniła basistę (na Mike'a Harrisona z popularnej w Kanadzie grupy rhythm'n'bluesowej Grant Smith & The Power) i udała się do Wielkiej Brytanii, gdzie zdobyła pewną popularność, koncertując m.in. u boku Keef Hartley Band. Tam też nagrała swój właściwy debiut, zatytułowany "Stink".

Wydawnictwo składa się z dziesięciu utworów autorstwa Mendelsona. Materiał jest dość zróżnicowany. Przynajmniej jak na ten rodzaj muzyki. Energetyczne boogie ("One Way Ticket", "She's Alright", "T.B. Blues", "Better Watch Out") przeplata się z równie żywiołowym bluesem ("Beltmaker", "Drive You") i bardzo tradycyjnymi, wolnymi "dwunastotaktowcami" ("Mainline", oraz dwunastominutowy "Bad Woman"), zaś całości dopełniają kawałki o ewidentnie żartobliwym charakterze, utrzymane na pograniczu akustycznego bluesa i country ("Think I'm Losing My Marbles" i "Don't Give Me No Goose for Christmas Grandma"). Uwagę przyciągają przede wszystkim fantastyczne gitarowe popisy McKenny. Sekcja rytmiczna gra bez szaleństw, za to wyraźnie zaznacza swoją obecność. Wszechobecne partie harmonijki przyjemnie dopełniają brzmienie. Jeśli do czegoś miałbym się przyczepić, to tylko do partii wokalnych. Mendelson nie ma zbyt dobrych warunków głosowych i zamiast dostosować się do swoich ograniczeń, często udziwnia swoje partie, brzmiąc wówczas nieco komicznie.

"Stink" to w sumie bardzo przyjemny album, który powinien spodobać się wszystkim wielbicielom blues rocka w jego bardziej tradycyjnej odmianie (tzn. bez hardrockowych inklinacji). Warto też sięgnąć po wspomniany album "Blues" (zawierający m.in. wczesne wersje "Bad Woman" i "T.B. Blues", a także świetnie rozimprowizowany utwór "Help Me"), zaś szerokim łukiem omijać należy późniejsze dokonania grupy, nagrane już bez Mendelsona i wydane pod skróconym szyldem Mainline. 

Ocena: 7/10



McKenna Mendelson Mainline ‎- "Stink" (1969)

1. One Way Ticket; 2. She's Alright; 3. Beltmaker; 4. Mainline; 5. Think I'm Losing My Marbles; 6. Drive You; 7. T.B. Blues; 8. Better Watch Out; 9. Bad Women; 10. Don't Give Me No Goose for Christmas Grandma

Skład: Joe Mendelson - wokal, gitara akustyczna, harmonijka, pianino; Mike McKenna - gitara; Mike Harrison - bass; Tony Nolasco - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: McKenna Mendelson Mainline


9 maja 2017

[Recenzja] Alice Coltrane - "Journey in Satchidananda" (1971)



Na początku lat 70., Alice Coltrane, poszukując religijnej i duchowej prawdy, poznała hinduskiego guru Swamiego Satchidanandę. Za jego namową, udała się do Indii, gdzie rozwijała swoje zainteresowanie filozofią wschodu oraz hinduizmem, przyjmując nawet nowe imię, Swamini Turiyasangitananda. Doświadczenia te miały istotny wpływ na charakter jej kolejnego albumu, "Journey in Satchidananda", mocno inspirowanego muzyką hinduską.

Znaczna część longplaya została zarejestrowana w nowojorskim studiu Alice, podczas jednodniowej sesji, w listopadzie 1970 roku. W nagraniach ponownie wziął udział Pharoah Sanders, a także perkusista Rashied Ali (współpracownik Johna Coltrane'a w jego ostatnich latach życia; grał również na debiucie Alicji, "A Monastic Trio"), basista Cecil McBee (lista muzyków z którymi współpracował jest tak długa, że nawet wymienienie tych najsłynniejszych zajęłoby zbyt wiele miejsca), oraz indyjski muzyk Tulsi, grający na tamburze - instrumencie podobnym z wyglądu i brzmienia do sitaru, jednak nie służącym do grania melodii, a monotonnego, mantrowego akompaniamentu sprzyjającego medytacji.

Dwa pierwsze utwory, tytułowy "Journey in Satchidananda" i "Shiva-Loka", mają podobny, mantrowy charakter. Dominującą rolę pełnią w nich harfa i tambura, tworzące prawdziwie mistyczny klimat, ciekawie dopełniany jazzową grą schowanej w tle sekcji rytmicznej i - tylko w drugim z nich - saksofonową solówką Sandersa. Króciutki, niespełna trzyminutowy "Stopover Bombay", klimatem bliższy jest poprzedniego albumu Alice, "Ptah, the El Daoud". Zbudowany na wyrazistej partii kontrabasu, której towarzyszą pianino, saksofon i gęste tło perkusyjnych talerzy. W "Something About John Coltrane" wraca brzmienie tambury, tym razem jednak pełni rolę tła dla fortepianowych pasaży Alice, basowych popisów Cecila McBee i niemal freejazzowych solówek Pharoaha. Utwór powstał na bazie tematów wymyślonych przez Johna Coltrane'a, co tłumaczy jego tytuł.

Ostatni utwór, "Isis and Osiris", został zarejestrowany nieco wcześniej, a mianowicie w lipcu 1970 roku, podczas nowojorskiego koncertu Alice Coltrane. Towarzyszył jej wówczas skład złożony z Sandersa, Aliego, a także basisty Charliego Hadena (kolejnego instrumentalistę, który wspomagał niezliczonych artystów, nie tylko jazzowych) i Vishnu Wooda, grającego na oudzie - arabskim instrumencie przypominającym gitarę akustyczną, ale pozbawionym progów. Zgodnie z tytułem (Izyda i Ozyrys to starożytni bogowie egipscy), klimat jest tym razem bardziej bliskowschodni, ale zupełnie inny, niż na "Ptah, the El Daoud", dzięki długiej solówce Wooda, nadającej arabskiego charakteru. Pomimo innych inspiracji, utwór nie odstaje od reszty albumu, posiada ten sam, hipnotyzujący nastrój.

"Journey in Satchidananda" to kolejny rewelacyjny album Alice Coltrane i jeden z najwspanialszych przykładów spiritual jazzu. Klimat tego albumu jest naprawdę niesamowity i wciągający. Żadne słowa go nie oddadzą, najlepiej więc samemu posłuchać, do czego gorąco zachęcam.

Ocena: 9/10



Alice Coltrane - "Journey in Satchidananda" (1971)

1. Journey in Satchidananda; 2. Shiva-Loka; 3. Stopover Bombay; 4. Something About John Coltrane; 5. Isis and Osiris

Skład: Alice Coltrane - harfa i pianino; Pharoah Sanders - saksofon, instr. perkusyjne; Rashied Ali  - perkusja; Tulsi - tambura (1-4); Cecil McBee - kontrabas (1-4); Majid Shabazz - instr. perkusyjne (1-4); Vishnu Wood - oud (5); Charlie Haden - kontrabas (5)
Producent: Alice Coltrane i Ed Michel


5 maja 2017

[Recenzja] King Crimson - "THRAK" (1995)



Na początki lat 90. Robert Fripp ponownie reaktywował King Crimson. W nowym składzie uwzględnił wszystkich muzyków, którzy towarzyszyli mu w czasach "kolorowej trylogii", a także dwóch nowicjuszy - perkusjonalistę Pata Mastelotto, oraz Treya Gunna, grającego na Chapman stick i Warr guitar (elektrycznych instrumentach strunowych, pełniących podobną rolę, co gitara basowa). Konfiguracja ta została przez Frippa nazwana "podwójnym triem", ponieważ znalazło się w niej dwóch gitarzystów, dwóch basistów i dwóch perkusistów. Pod koniec 1994 roku ukazało się pierwsze wydawnictwo odświeżonego King Crimson - sześcioutworowa EPka "VROOOM". Aż cztery pochodzące z niej utwory zostały powtórzone - w innych wersjach - na wydanym pół roku później longplayu "THRAK". Opublikowanie takiej obszernej zapowiedzi nie było zbyt fortunnym posunięciem - zespół odkrył na niej wszystkie swoje atuty. W rezultacie, album nie przyniósł żadnych niespodzianek.

Utwory zawarte na longplayu, podobnie jak te z EPki, można podzielić na trzy grupy. Do pierwszej zaliczyć należy instrumentalne kompozycje, oparte na ciężkich gitarowych riffach i skomplikowanej grze sekcji rytmicznej, zdające się nawiązywać do utworu "Red". Do tej grupy zaliczają się przede wszystkim nagrania "VROOOM" i "THRAK", oba znane już z EPki, jednak znacząco różniące się od swoich pierwowzorów. Pierwszy z nich został ponad dwukrotnie wydłużony i zaprezentowany w kilku odsłonach (otwierające całość "VROOOM" i "Coda: Marine 475", oraz zamykające ją "VROOOM VROOOM" i "VROOOM VROOOM: Coda"). Drugi jest natomiast niemal o połowę krótszy, a zatem bardziej zwarty od oryginału. Zmieniło się także - i to zdecydowanie na korzyść - brzmienie, które na albumie jest mniej skompresowane, bardziej dynamiczne. Do tej grupy zaliczyć można także "B'Boom", czyli perkusyjną solówkę Bruforda i Mastelotto.

Druga grupa to pokręcone utwory, pełne gitarowego brudu i zwariowanych partii wokalnych Belewa, a pod względem struktury dalekie od konwencjonalnych schematów. Na EPce zwiastunem takiego oblicza grupy była kompozycja "Sex Sleep Eat Drink Dream", na albumie pojawiająca się w chyba jeszcze bardziej odjechanej wersji. W podobnym stylu utrzymane są utwory "Dinosaur" i "People". Ten pierwszy momentami brzmi naprawdę przebojowo, a za sprawą wykorzystania melotronu przywołuje odrobinę klimatu najstarszych dokonań zespołu. Drugi ma natomiast bardziej elektroniczne brzmienie, wywołujące skojarzenia z "kolorową trylogią". Skoro już mowa o elektronice, to warto wspomnieć o dwóch instrumentalnych przerywnikach, "Radio I" i "Radio II", nagranych przez Frippa za pomocą tzw. "soundscapes". Te dwa nagrania są rzeczywiście czymś zupełnie świeżym, ale razem nie trwają nawet dwóch minut.

Trzecia grupa to subtelne ballady, z czystymi partiami gitar, stonowaną rytmiką i romantycznym śpiewem Belewa. Do znanego już z EPki "One Time" dołączył jeszcze ładniejszy "Walking on Air" (to w ogóle jeden z piękniejszych utworów King Crimson, a cholernie niedoceniany), oraz podzielony na dwie części "Inner Garden". Wszystkie trzy przywodzą na myśl ballady z "kolorowych" albumów (vide "Matte Kudasi", "Two Hands"), choć ich brzmienie jest mniej syntetyczne. Spotkać można się z opiniami, że nie pasują one do reszty i psują spójność całości. Jednak moim zdaniem ciekawie ją urozmaicają i dają chwilę wytchnienia pomiędzy bardziej skomplikowanymi i agresywnymi kompozycjami.

"THRAK" zdaje się być swego rodzaju pomostem między twórczością King Crimson z okresu 1972-74, a "kolorową trylogią", czerpiąc sporo elementów z obu tych etapów. Jednocześnie brzmienie jest bardziej współczesne, osadzone w latach 90., może nawet lekko grunge'owe. Wykonanie jak zwykle jest doskonałe, kompozycje się bronią, ale jako całość zdecydowanie nie jest to jeden z najlepszych albumów zespołu. Prawdę mówiąc, prawie wszystkie wcześniejsze są lepsze (z wyjątkiem tylko "Three of a Perfect Pair" i "Beat", choć na obu są pojedyncze utwory bardziej udane od czegokolwiek z "THRAK"). Mimo wszystko, warto ten album znać. 

Ocena: 7/10



King Crimson - "THRAK" (1995)

1. VROOOM; 2. Coda: Marine 475; 3. Dinosaur; 4. Walking on Air; 5. B'Boom; 6. THRAK; 7. Inner Garden I; 8. People; 9. Radio I; 10. One Time; 11. Radio II; 12. Inner Garden II; 13. Sex Sleep Eat Drink Dream; 14. VROOOM VROOOM; 15. VROOOM VROOOM: Coda

Skład: Adrian Belew - wokal i gitara; Robert Fripp - gitara, melotron, efekty, dodatkowy wokal; Tony Levin - bass, kontrabas, dodatkowy wokal; Trey Gunn - Chapman stick, Warr guitar, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; Pat Mastelotto - instr. perkusyjne
Producent: King Crimson i David Bottrill


3 maja 2017

[Blog] 5 lat Rock'n'Roll Will Never Die!



Dokładnie pięć lat temu, 3 maja 2012 roku, został opublikowany pierwszy wpis na Rock'n'Roll Will Never Die! - recenzja debiutanckiego albumu Black Sabbath. Od tamtej pory przybyło tutaj ponad tysiąc dwieście recenzji i artykułów, prawie trzy tysiące komentarzy, a całkowita liczba wyświetleń strony zbliża się do miliona, natomiast fanpage został polubiony przez ponad sześćset osób. 

5 najwyżej ocenionych albumów z ostatniego 5-lecia:


Na koniec tego okolicznościowego wpisu chciałbym podziękować wszystkim regularnym Czytelnikom, dzięki którym strona cały czas się rozwija (choć nie wszystkie sugestie i prośby jestem w stanie realizować). Zachęcam do dalszego odwiedzania, bo przez ostatnie pięć lat zdołałem zaprezentować ledwie niewielką część wartej poznania muzyki.

[Recenzja] Taj Mahal - "Taj Mahal" (1968)



Amerykański bluesman Taj Mahal (właść. Henry Saint Clair Fredericks) od dawna był na mojej liście "do przesłuchania", jednak wciąż go omijałem, nie spodziewając się po jego płytach niczego nadzwyczajnego. Był to spory błąd. Debiutancki album artysty, zatytułowany po prostu "Taj Mahal", to jedno z najlepszych muzycznych wydawnictw, jakie w ostatnim czasie przesłuchałem. Teoretycznie jest to bardzo typowy longplay z elektrycznym bluesem, składający się w zdecydowanej większości ze standardów. Zagrane zostały jednak naprawdę porywająco, z mnóstwem bluesrockowej energii. Dynamicznego, niemal hardrockowego wykonania "Diving Duck Blues" (z repertuaru Sleepy Johna Estesa) mogłaby pozazdrościć niejedna "biała" kapela bluesowa. Z kolei tutejsza wersja "Statesboro Blues" (Blind Williego McTella) bez żadnych wątpliwości była inspiracją dla The Allman Brothers Band, gdy grali ten utwór podczas słynnych występów w Fillmore East. A "Leaving Trunk" (kolejna kompozycja Estesa) może i nie ma tutaj ciężaru późniejszej przeróbki Keef Hartley Band, ale wypada równie wspaniale. Oprócz kipiących energią utworów, znalazły się tutaj także dwa zagrane bardziej tradycyjnie, wolne bluesy - "Dust My Broom" (napisany przez Roberta Johnsona, ale oparty na wykonaniu Elmore'a Jamesa) i "The Celebrated Walkin' Blues" (nieznanego autorstwa). Wrażenie robi zwłaszcza ten drugi, rozimprowizowany do dziewięciu minut i interesująco wzbogacony partiami mandoliny.

Fantastyczne wykonanie bluesowych standardów, z mnóstwem porywających solówek na gitarze i harmonijce, napędzane energetyczną grą sekcji rytmicznej, a także ze świetnym wokalem, czynią debiut Taj Mahala jednym z najlepszych albumów bluesrockowych. Nie muszę już chyba dodawać, że gorąco polecam ten longplay?

Ocena: 8/10



Taj Mahal - "Taj Mahal" (1968)

1. Leaving Trunk; 2. Statesboro Blues; 3. Checkin' Up on My Baby; 4. Everybody's Got to Change Sometime; 5. EZ Rider; 6. Dust My Broom; 7. Diving Duck Blues; 8. The Celebrated Walkin' Blues

Skład: Taj Mahal - wokal, gitara, harmonijka; Jesse Ed Davis - gitara (1-7), pianino (3,6); Ry Cooder - gitara (1,2,4,5), mandolina (8); James Thomas - bass (1,2,4,5); Sandy Konikoff - perkusja (1,2,4,5); Bill Boatman - gitara (6,7); Gary Gilmore - bass (6,7); Cuck Blackwell - perkusja (6,7)
Producent: Bob Irwin i David Rubinson


2 maja 2017

[Recenzja] Alice Coltrane - "Ptah, the El Daoud" (1970)



Dotychczas w "jazzowych wtorkach" opisywałem albumy jazzrockowe lub przynajmniej o rock w jakimś stopniu zahaczające. Pora wypłynąć na szersze wody. Wybrałem jeden ze swoich ulubionych jazzowych longplayów - "Ptah, the El Daoud" utalentowanej pianistki i harfistki Alice Coltrane. Profesjonalna kariera Alice (wówczas McLeod) rozpoczęła się na początku lat 60., gdy dołączyła do kwartetu wibrafonisty Terry'ego Gibbsa, z którym nagrała dwa albumy. W tym właśnie okresie poznała Johna Coltrane'a, najsłynniejszego i prawdopodobnie najlepszego saksofonistę jazzowego. W 1966 roku Alice została zarówno żoną Johna, jak i członkinią jego nowego kwintetu. Niestety, już w lipcu 1967 roku John zmarł na raka wątroby. Zrozpaczona wdowa znalazła ukojenie w muzyce. Wkrótce potem zadebiutowała w roli lidera albumem "A Monastic Trio", wydanym w 1968 roku. Najbardziej kreatywny okres w jej karierze rozpoczął się jednak dwa lata później, wraz z trzecim longplayem, czyli właśnie "Ptah, the El Daoud".

Album został zarejestrowany podczas jednodniowej sesji nagraniowej, 26 stycznia 1970 roku, w domowym studiu Alicji. W nagraniach wziął udział naprawdę mocny skład. Saksofoniści Pharoah Sanders i Joe Henderson poza własnymi interesującymi dyskografiami, mają na koncie udział w niezliczonych sesjach u innych jazzmanów (Sanders współpracował m.in. z Johnem Coltranem). Basista Ron Carter to kolejna legenda jazzu - muzyk wspomagał swoją grą tylu znanych artystów, że łatwiej chyba byłoby wymienić z kim nie grał; największą sławę zyskał jednak jako członek Drugiego Wielkiego Kwintetu Milesa Davisa. Najmniej w tym gronie znany perkusista Ben Riley również zaliczył wiele interesujących sesji nagraniowych, m.in. u Theloniousa Monka i Sonny'ego Rollinsa.

Solowa twórczość Alice Coltrane stanowi swego rodzaju kontynuację idei Johna Coltrane'a. Nie jest to co prawda muzyka aż tak awangardowa, a zdecydowanie bardziej przystępna, niż freejazzowe eksperymenty Johna. Odnosi się natomiast do uduchowionego, transcendentnego charakteru jego późniejszych dzieł, począwszy od słynnego "A Love Supreme", uznawanego za pierwszy album spiritual jazzowy. Nurt ten charakteryzuje się hipnotycznym, mistycznym nastrojem, odniesieniami do religijności, a w kwestii czysto technicznej stanowi połączenie jazzowej awangardy i free jazzu z silnymi wpływami muzyki etnicznej, najczęściej indyjskiej, ale także afrykańskiej lub arabskiej. W nurt ten doskonale wpisuje się muzyka zawarta na "Ptah, the El Daoud".

Już na otwarcie pojawia się czternastominutowa kompozycja tytułowa, odwołująca się do egipskiego boga Ptaha. Wyrazista, mocna linia basu i ostre, ciężkie partie dwóch dopełniających się saksofonów tworzą bardzo gęsty nastrój, dla którego kontrapunkt stanowi dość subtelną gra perkusisty i lekkie dźwięki pianina, które dopiero w drugiej połowie utworu wychodzi na pierwszy plan. Dwie środkowe kompozycje są nieco krótsze i bardziej subtelne. "Turiya and Ramakrishna" z bardziej wyrazistą - i bardzo ładną - melodią, oraz o lekko hinduskim klimacie, zdominowany jest już całkowicie przez pianino, któremu towarzyszy tylko sekcja rytmiczna. Niesamowity, przepiękny nastrój przynosi "Blue Nile" - jedyny utwór z harfą i fletami, zamiast pianina i saksofonów. Finałowa "Mantra" to kolejna dłuższa, siedemnastominutowa kompozycja, o najbardziej freejazzowym charakterze, niemal ocierająca się o chaos, ale podobnie jak pozostałe utwory intrygująca klimatem.

"Ptah, the El Daoud" to przede wszystkim fantastyczny nastrój, ale wykonanie i same kompozycje również są pierwszorzędne. Jak już pisałem na wstępie, jest to jeden z tych jazzowych albumów, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Dlatego chciałbym go gorąco polecić innym rockowym słuchaczom, otwartym na nowe doświadczenia. Orientalny klimat tego albumu ma wiele wspólnego z rockiem psychodelicznym, więc warto spróbować.

Ocena: 9/10



Alice Coltrane - "Ptah, the El Daoud" (1970)

1. Ptah, the El Daoud; 2. Turiya and Ramakrishna; 3. Blue Nile; 4. Mantra

Skład: Alice Coltrane - pianino i harfa; Pharoah Sanders - saksofon i flet; Joe Henderson - saksofon i flet; Ron Carter - kontrabas; Ben Riley - perkusja
Producent: Ed Michel


1 maja 2017

[Recenzja] Jerusalem - "Jerusalem" (1972)



Wyobraźcie sobie taką sytuację. Po kilku latach grania w amatorskim zespole, nagle zaczynają się wami interesować tacy fonograficzni giganci, jak EMI i Decca (a konkretnie ich pododdziały Harvest i Deram). Wybieracie ofertę tych drugich, wchodzicie do studia, żeby nagrać debiutancki album, a waszym producentem zostaje sam Ian Gillan z będącego właśnie na absolutnym szczycie Deep Purple. Następnie wyruszacie w trasę, supportując takie gwiazdy, jak wspomniane Deep Purple, Black Sabbath, Uriah Heep, czy Status Quo. Ok, to ostatnie to trochę obciach, ale też szansa zaprezentowania się szerszej publiczności. Sukces wydaje się już tylko kwestą czasu...

Wszystko to przydarzyło się naprawdę zespołowi o dźwięcznej nazwie Jerusalem. Jego historia sięga 1967 roku, gdy wówczas nastoletni Paul Dean, Ray Sparrow i Chris Skelcher wybrali się na koncert Johna Mayalla i Bluesbreakers. Byli pod takim wrażeniem, że dzień później postanowili stworzyć własną grupę, nie przejmując się tym, że dotąd nie mieli nawet w rękach żadnych instrumentów. Podział ról nastąpił zupełnie przypadkiem - Dean został basistą i wokalistą, Sparrow perkusistą, a Skelcher gitarzystą. Przyszli muzycy zakupili tani sprzęt i rozpoczęli próby, podczas których uczyli się grać bluesa. Gdy nabrali wystarczającej pewności siebie, zaczęli dawać niewielkie występy. W ciągu kilku kolejnych lat zmienił się skład (Skelchera zastąpili Bill Hinde i Bob Cooke, doszedł też wokalista Lynden Williams), a grana przez niego muzyka ewoluowała zgodnie z obowiązującymi trendami. A było to w czasach, gdy blues za sprawą Cream i Jimiego Hendrixa zmienił się w blues rock, a następnie dzięki Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple przeobraził w hard rock. Muzycy Jerusalem poszli nawet o krok dalej, grając bardziej agresywnie, niż współcześni im wykonawcy. Przypadkiem o istnieniu grupy dowiedział się Ian Gillan, który dostrzegł w niej potencjał i postanowił zająć się jej dalszą karierą.

Choć Jerusalem wróżono wielki sukces, coś poszło nie tak. Debiutancki longplay ("oryginalnie" zatytułowany nazwą grupy) okazał się komercyjną klapą, a zespół został wkrótce rozwiązany. Być może zawiodła wytwórnia - w końcu Decca ma na koncie wiele spektakularnych porażek (na czele z wyrzuceniem na bruk szukających wydawcy Beatlesów) i skupiając się na promocji swojego sztandarowego wykonawcy, The Rolling Stones (także po wygaśnięciu kontraktu, produkując mnóstwo przeróżnych składanek), olewała początkujące grupy, przeznaczając dla nich zbyt małe nakłady płyt (w ten sposób przepadło chociażby świetne T2). A może zawiódł menagement, w osobie Gillana, który skupiał się przede wszystkim na własnej karierze w Deep Purple. Wszak grupa właśnie wydała swój największy bestseller, album "Machine Head", i chcąc umocnić swoją pozycję w muzycznym biznesie, intensywnie koncertowała po całym cywilizowanym świecie. Jest też trzecia możliwość. Zespół mógł po prostu nie mieć predyspozycji, na które liczyli Gillan i przedstawiciele wytwórni.

Album Jerusalem zwraca uwagę przede wszystkim bardzo ciężkim, surowym i agresywnym brzmieniem. W tamtym czasie podobne, choć trochę bardziej "muliste", brzmienie miała chyba tylko amerykańska grupa Sir Lord Baltimore. Na Wyspach Brytyjskich nikt tak nie brzmiał do czasu pojawienia się pierwszych grup metalowych pod koniec lat 70. Na longplayu dominują energetyczne kawałki w szybkim tempie, jak "When the Wolf Sits", "Midnight Steamer", czy świetny otwieracz "Frustration", wyraźnie inspirowany twórczością Deep Purple (nawet zbyt wyraźnie, bo momentami ociera się o plagiat "Speed King"). Czasem zespół ubarwia utwory fragmentami o nieco jamowym charakterze (to zapewne zasługa bluesowych korzeni muzyków), brzmiąc wówczas niemal jak grupa UFO na albumie "Flying" ("I See the Light", "Murderer's Lament", "Primitive Man"). Największym urozmaiceniem jest jednak kompozycja "Beyond the Grave" - łagodniejsza, o psychodelicznym charakterze, z lekkimi wpływami folku. Niestety, muzykom trochę brakowało zdolności kompozytorskich i żaden utwór (może poza wspomnianym prawie-plagiatem) nie zapada w pamięć. Grę na instrumentach opanowali natomiast w dostatecznym stopniu, ale nic ponadto. Zdecydowanie najlepsze są partie basu. Przeszkadzać może krzykliwy głos wokalisty, choć jak na początek lat 70. jego agresywny sposób śpiewania jest dość nowatorski. W "She Came Like a Bat from Hell" i "Hooded Eagle" można go wręcz pomylić z młodym Jamesem Hetfieldem.

"Jerusalem" to w sumie całkiem ciekawy przykład "proto-metalu", na którym zgromadzono potężną dawkę energii, ciężaru i agresji. Z drugiej strony, pod względem kompozytorskim i wykonawczym album nie oferuje niczego nadzwyczajnego (ale też nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu). Polecam przede wszystkim fanom Sir Lord Baltimore, Deep Purple z "In Rock", UFO z "Flying" i wczesnego Budgie, a także zespołów z Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu.

Ocena: 7/10



Jerusalem - "Jerusalem" (1972)

1. Frustration; 2. Hooded Eagle; 3. I See the Light; 4. Murderer's Lament; 5. When the Wolf Sits; 6. Midnight Steamer; 7. Primitive Man; 8. Beyond the Grave; 9. She Came Like a Bat from Hell

Skład: Lynden Williams - wokal; Bill Hinde - gitara; Bob Cooke - gitara; Paul Dean - bass; Ray Sparrow - perkusja
Producent: Ian Gillan