25 kwietnia 2017

[Recenzja] Les McCann - "Invitation to Openness" (1972)



Les McCann to pianista jazzowy, który karierę zaczynał pod koniec lat 50. Popularność zyskał jednak dopiero dekadę później, po występie na Montreux Jazz Festival '69, udokumentowanym albumem "Swiss Movement" (sygnowanym wspólnie z saksofonistą Eddiem Harrisem). Zawarte na nim wykonanie "Compared to What" (kompozycji Gene'a McDanielsa po raz pierwszy nagranej przez McCanna w 1966 roku) stało się sporym przebojem. No właśnie - McCann wykonywał raczej komercyjną (choć nie bezwartościową) odmianę jazzu, taneczną, czasem z partiami wokalnymi. Dlatego tym większym zaskoczeniem jest album "Invitation to Openness", pokazujący McCanna od znacznie ambitniejszej strony.

Album został zarejestrowany podczas ledwie jednego majowego dnia 1971 roku, w bardzo rozbudowanym składzie. Oprócz Lesa McCanna w sesji udział wzięli: grający na instrumentach dętych Yusef Lateef, gitarzyści David Spinozza i Cornell Dupree, pianista Jodie Christian, basiści Bill Salter i Jimmy Rowser, perkusiści i perkusjonaliści Alphonse Mouzon, Donald Dean, Bernard Purdie, Buck Clarke i Ralph McDonald, oraz harfista Corky Hale. Wiele z tych nazwisk to ważne postacie na jazzowej scenie, a część z tych muzyków współpracowała także z wykonawcami bluesowymi, soulowymi i rockowymi (chociażby z BB Kingiem, Johnem Mayallem i Jamesem Brownem). Nie będę tutaj wymieniał wszystkich ich osiągnięć, bo zajęłoby to naprawdę dużo miejsca, ale polecam sprawdzić samemu.

Longplay składa się z zaledwie trzech, całkowicie instrumentalnych kompozycji (wszystkie są autorstwa McCanna). Już na początku pojawia się najdłuższa z nich, 26-minutowa "The Lovers", w wydaniu winylowym zajmująca całą stronę A. Utwór stanowi fantastyczny przegląd tego, co w tamtym czasie działo się w muzyce jazzowej. Eteryczne dźwięki pianina elektrycznego i zatopione w nich delikatne partie gitary to elektryczny jazz w stylu "In a Silent Way" Milesa Davisa. Z kolei bogate brzmienia perkusyjne mogą kojarzyć się z jego "Bitches Brew". Dźwięki harfy i wchodniobrzmiące solówki Lateefa wnoszą psychodeliczny klimat spiritual jazzu (z rejonów eksplorowanych przez Alice Coltrane i Pharaoha Sandersa). Natomiast bardziej energetyczne fragmenty z ostrzejszymi gitarami i funkową rytmiką to wzorowe fusion (przywodzące na myśl albumy Billy'ego Cobhama i grającego tutaj Alphonse'a Mouzona). To wszystko miesza się w różnych proporcjach, w utworze co rusz zmienia się dynamika i stale trwa wymiana solówek między instrumentalistami. Całość brzmi bardzo intrygująco i po prostu niesamowicie.

Nieco mniejsze wrażenie pozostawiają dwa krótsze, około 13-minutowe, utwory ze strony B. Nie zrozumcie mnie źle - to wciąż fajne granie, tylko już nie tak wyjątkowe. Naprawdę ładnie wypada "Beaux J. Poo Boo", płynący swobodnie, nieśpiesznie, może trochę monotonnie, ale właśnie w ten sposób budowany jest nastrój. W instrumentarium dominują subtelne partie pianina elektrycznego, uzupełniane przede wszystkim klimatycznymi solówkami na flecie i dodającymi momentami ostrości gitarami. Sporo dzieje się także w warstwie rytmicznej, dzięki rozbudowanej, pięcioosobowej sekcji perkusyjnej. "Poo Pye McGoochie (and His Friends)" jest nieco bardziej zróżnicowany, pojawia się więcej solówek na różnych instrumentach, momentami ocierających się o granie freejazzowe. Jednak powtarzający się co jakiś czas banalny syntezatorowy motyw, o brzmieniu, które dziś może tylko rozśmieszyć lub zażenować, zdecydowanie zaniża tu poziom. To niestety największa wada brzmień elektronicznych - coś, co kiedyś wydawało się nowoczesne i futurystyczne, dziś jest szczytem kiczu i obciachu. Szkoda, że w tym wypadku traci na tym naprawdę dobry materiał.

Gorąco polecam wszystkim rockowym słuchaczom skorzystanie z zaproszenia Lesa McCanna do otwartości. Słuchanie jazzu - zwłaszcza w tak dobrym wykonaniu, jak na tym albumie - pomaga znacznie rozszerzyć muzyczne horyzonty. I wcale nie chodzi w tym o to, aby przestać słuchać rocka, lecz nauczyć się wybierać z niego to, co najbardziej wartościowe. "Invitation to Openness" prawdopodobnie nie jest jednak dobrym wyborem na rozpoczęcie słuchania jazzu przez rockowych słuchaczy, gdyż elementy rockowe występują tu w naprawdę śladowych ilościach, o ile w ogóle. Za to album ten idealnie sprawdzi się jako kolejny krok na drodze poznawania jazzu, po przesłuchaniu opisanych już przeze mnie dokonań Soft Machine, Mahavishnu Orchestra, Billy'ego Cobhama, Alphonse'a Mouzona i Johna Abercrombiego.

Ocena: 8/10



Les McCann - "Invitation to Openness" (1972)

1. The Lovers; 2. Beaux J. Poo Boo; 3. Poo Pye McGoochie (and His Friends)

Skład: Les McCann - instr. klawiszowe; Yusef Lateef - saksofon, obój, flet, instr. perkusyjne; David Spinozza - gitara; Cornell Dupree - gitara; Jodie Christian - elektryczne pianino; Corky Hale - harfa; Bill Salter - bass; Jimmy Rowser - bass; Alphonse Mouzon - perkusja i instr. perkusyjne; Donald Dean - perkusja i instr. perkusyjne; Bernard Purdie - perkusja i instr. perkusyjne; William Clarke - instr. perkusyjne; Ralph McDonald - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Joel Dorn


17 komentarzy:

  1. Rewelacyjny album! Takie soulujące "In a Silent Way". Lektura obowiązkowa dla każdego, kto ma choćby jedno zdrowe ucho...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak btw.: jak patrzysz na statystyki to widzisz, że faktycznie ktoś czyta te recenzje płyt jazzowych czy nie czyta i walczysz z wiatrakami? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy jak na to patrzeć ;) Na każdą z tych recenzji było więcej wejść, niż w pierwszym miesiącu mojej pisaniny na dwadzieścia parę recenzji razem wziętych. Z drugiej strony, na tle innych ostatnio opublikowanych, powyższa i "Timeless" Abercrombiego mają wyraźnie mniej wyświetleń. Chociaż recenzje Cobhama i Mouzona były/są nieco bardziej poczytne.

      Usuń
    2. Ale i tak najwięcej wejść, pomijając nowości, było na Ramones i Aerosmith...

      Usuń
    3. Ej, to weźże posłuchaj dobrego punka, nie okropnego i zrecenzuj :P W sensie, punka i post punka. Może "Pink Flag" Wire, albo "Metal Box" PIL, albo, nie wiem, "Marquee Moon" Television. Chociaż, w sumie, pewnie tych płyt nie zrównasz z ziemią więc Twoje recenzje nie będą tak atrakcyjne, jak ta Ramonesów ;)

      Usuń
    4. To chyba musiałbym krytykować jakiś popularnych wykonawców, typu U2 czy Marillion :p Ale poza mnóstwem wejść na te właśnie recenzje, nie byłoby z tego korzyści. Przyszliby fani tych zespołów, wylali swoją frustrację i już by tu nigdy nie wrócili poczytać o czymś bardziej wartościowym ;) Ale może jak popiszę więcej o tych jazzach i dobrych punkach ("Marquee Moon" mam na liście do zrecenzowania), to przybędzie nowych czytelników, którzy zostaną na dłużej.

      Usuń
    5. Ja np. jeśli pytam o recenzje danego albumu czy wykonawcy - nawet jeśli widzę że ma już ocenę na RYM i jest ona dość negatywna, powiedzmy 4 albo 5 - to dlatego, by poznać jakąś "szerszą" opinię na temat danej płyty i utworów, które w Twojej opinii można jeszcze zakwalifikować jako te udane.

      Poza tym nie ma co się zrażać, że ktoś skrytykuje negatywną opinię. O gustach się nie dyskutuje, więc komentujący powinni odnieść się do niej w sposób wartościowy, dając sensowne argumenty. Jednych dana opinia zrazi, innych przyciągnie - nic się na to nie poradzi. Dlatego uważam, że powinno być też miejsce na bardziej negatywne recenzje - i swoją drogą promując też dobrą muzykę.

      Usuń
    6. Przypadkowe osoby, którym nie spodoba się jakaś recenzja, rzadko kiedy zostawiają merytoryczne komentarze ;)

      Mam wątpliwości czy próby uświadamiania ludzi, że słuchają byle czego, zachęcą ich do poznawania polecanych przeze mnie rzeczy.

      Usuń
    7. Co do drugiego akapitu - gdyby wszyscy lubili słuchać tego samego, świat byłby nudny :)

      Usuń
    8. Dlaczego? Byłoby wtedy więcej osób z którymi można porozmawiać o muzyce, bo jak każdy słucha czegoś innego, to ciężko znaleźć partnera do rozmowy. Tylko, że musiałaby to być jakaś muzyka na poziomie, bo o bezwartościowej nie byłoby co mówić, zresztą słuchacze takich bzdetów nie mają zwykle nic wartościowego do powiedzenia ;)

      Ale tak na serio, to niestety zbyt wiele osób nie potrafi rozmawiać o muzyce. Zobaczy taki opinię inną od swojej - posypią się wyzwiska bez żadnej merytorycznej wartości. Ktoś skrytykuje jego opinię - rzuci standardowym tekstem "o gustach się nie dyskutuje". Ale przecież gdyby się nie dyskutowało, to nie byłoby tych wszystkich recenzji, komentarzy, for muzycznych, itd. Nie tylko się dyskutuje, ale wręcz powinno się to robić. Tylko najpierw trzeba się tego nauczyć. Przede wszystkim tego, że choć odbiór muzyki jest kwestią subiektywną, to jej wartość, przynajmniej pod niektórymi aspektami, jak najbardziej można ocenić obiektywnie. Jednak dla niektórych wyrocznią jest ich własny gust, którego nie próbują rozwijać.

      Usuń
    9. W sumie z tym "o gustach się nie dyskutuje" to chodziło mi, że nie powinno się pisać typu "mój gust jest lepszy, znam się lepiej na muzyce" itp.

      W sumie staram się słuchać przeróżnej muzy i zespołów, od rocka progresywnego, funku, blues rocka czy rocka psychodelicznego (tym samym "rozwijam" swój gust - wiele zespołów poznałem dzięki temu blogowi), a mimo to nadal najbardziej trafia do mnie taki prosty, "niewyrafinowany" hard rock czy heavy metal, typu Iron Maiden, Black Sabbath, The Runaways, Aerosmith, TSA czy Van Halen. Chyba nie da się już mnie nawrócić na coś innego (czyt.: bardziej ambitnego) :)

      Usuń
    10. Ale Sabbath i Maiden, jak na standardy muzyki hard&heavy, to przecież całkiem ambitna muzyka ;) Doskonały punkt wyjścia, żeby zacząć słuchać bardziej wyrafinowanych rzeczy i wracać do nich, gdy przyjdzie ochota na posłuchanie czegoś mniej wymagającego.

      Usuń
    11. Dla mnie takim miernikiem "dobrej muzy" jest zawsze przyjemność ze słuchania, a przytoczone zespoły zdecydowanie mi ją zapewniają. To prawda, że Maideni i Sabbaci są nieco bardziej ambitni, ale nie tak jak np. wiele grup progresywnych (choć takiego ducha czuć w niektórych, rozbudowanych utworach Ironów).

      Ogólnie przesłuchałem już ok. 600 albumów (może nie jest to imponujący wynik, ale każdy został przesłuchany minimum 4 razy) i nadal poszerzam swoją wiedzę muzyczną, ale mimo to jestem już trochę za bardzo przywiązany do takich prostszych odmian rocka. Dlatego gdy pojawia się także jakaś recenzja albumu który znam, nawet negatywna (np. z wyżej wymienionych zespołów), to zawsze czytam ją z przyjemnością, bo mogę też porównać opinie :)

      Usuń
    12. Podoba mi się Twoje zdrowe podejście ;) Także to, że masz świadomość, że niekoniecznie Twoja muzyka jest tą najlepszą, ale nie przeszkadza Ci to w czerpaniu radości z jej słuchania. Dla mnie również najważniejszym kryterium nie jest żadne z tych obiektywnych, a to czy słuchanie danego albumu sprawia mi przyjemność i czy chcę do niego wracać. Jednocześnie staram się mieć do tych albumów dystans, nie przymykać oka na ich wady i mieć świadomość, że nie wszystkie z nich są tak samo wartościowe.

      Usuń
  3. Najlepszym zespołem jest moim zdaniem Iron Maiden, a potem cała reszta. Wiele grup walczy o 2. miejsce, ale co parę miesięcy jest ono inne.

    OdpowiedzUsuń
  4. stary dobry nieznajomy28 kwietnia 2017 20:03

    Czytam tę recenzję po raz któryś i przewraca mi się w środku jak widzę fragment z pretensjami o motyw na syntezatorze. Muzycy nie mogli przecież przeskoczyć ówczesnych możliwości techniki bądź przewidzieć że brzmienie za X lat to brzmienie będzie czerstwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie kwestia ówczesnej techniki. Już w tamtym czasie mnóstwo wykonawców miało na koncie eksperymenty z syntezatorami i rzadko kiedy brzmiało to aż tak tandetnie. Właściwie nie mogę sobie przypomnieć niczego choćby w połowie tak okropnego z taką samą lub wcześniejszą datą wydania.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.