28 kwietnia 2017

[Recenzja] Caravan - "In the Land of Grey and Pink" (1971)



Najsłynniejszy album Caravan jest taki, jak jego okładka - bajkowy w klimacie, pastelowy w brzmieniu. Longplay składa się z czterech krótszych utworów, wypełniających stronę A winylowego wydania, oraz ponad 20-minutowej suity, zajmującej stronę B. Głównymi twórcami materiału są Richard i David Sinclairowie. Kompozytorski wkład Pye'a Hastingsa jest znacznie mniejszy, niż na poprzednich albumach. Podpisał się tylko pod jednym utworem, "Love to Love You (And Tonight Pigs Will Fly)", zresztą najsłabszym, irytująco banalnym i zaniżającym poziom całości. Niestety, kompozycje kuzynów Sinclairów też nie zawsze są najwyższych lotów, czego przykładem otwierający całość "Golf Girl", o popowo miałkiej melodii zbudowanej wokół prostego tematu na trąbce. Nieco lepiej wypada tytułowy "In the Land of Grey and Pink", pozornie nieciekawy, ale zwracający uwagę ładnymi klawiszowymi pasażami w instrumentalnej części.

Prawdziwą perłą jest natomiast siedmiominutowy "Winter Wine", rozpoczynający się folkowo, ale po chwili nabierający rockowej dynamiki i stopniowo rozwijający się w coraz bardziej zachwycający sposób. Wspaniała melodia i niebanalna warstwa instrumentalna czynią z niego jeden z najwspanialszych utworów w dorobku Caravan. Już dla samej tej kompozycji obowiązkowo trzeba zapoznać się tym longplayem. A jest tu przecież jeszcze wspomniana suita "Nine Feet Underground", podzielona na osiem "segmentów", jednak całkiem spójna. Dominują w niej udane klawiszowe popisy Davida Sinclaira, świetnie dopełniane pulsującym basem Richarda. Nie zaszkodziłoby jednak, gdyby utwór był nieco krótszy. Pominięta powinna zastać przede wszystkim ostatnia, niemal hardrockowa część, która nie dość, że trochę nie pasuje klimatem do reszty utworu (i reszty albumu), to jeszcze opiera się na riffie ocierającym się o plagiat riffu "Sunshine of Your Love" Cream, a trochę też tego z "You Really Got Me" The Kinks.

"In the Land of Grey and Pink" to żadne arcydzieło - ot, przyjemny album, z kilkoma naprawdę dobrymi momentami, ale i kilkoma mniej udanymi, a także jedną ewidentną pomyłką. Sądzę, że "siódemka" jest tu w pełni uzasadnioną oceną.

Ocena: 7/10



Caravan - "In the Land of Grey and Pink" (1971)

1. Golf Girl; 2. Winter Wine; 3. Love to Love You (And Tonight Pigs Will Fly); 4. In the Land of Grey and Pink; 5. Nine Feet Underground

Skład: Richard Sinclair - wokal (1,2,4,5) i bass; David Sinclair - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Pye Hastings - gitara, wokal (3,5); Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - flet i saksofon; John Beecham - trąbka (1); Dave Grinstead - efekty
Producent: David Hitchcock


25 kwietnia 2017

[Recenzja] Les McCann - "Invitation to Openness" (1972)



Les McCann to pianista jazzowy, który karierę zaczynał pod koniec lat 50. Popularność zyskał jednak dopiero dekadę później, po występie na Montreux Jazz Festival '69, udokumentowanym albumem "Swiss Movement" (sygnowanym wspólnie z saksofonistą Eddiem Harrisem). Zawarte na nim wykonanie "Compared to What" (kompozycji Gene'a McDanielsa po raz pierwszy nagranej przez McCanna w 1966 roku) stało się sporym przebojem. No właśnie - McCann wykonywał raczej komercyjną (choć nie bezwartościową) odmianę jazzu, taneczną, czasem z partiami wokalnymi. Dlatego tym większym zaskoczeniem jest album "Invitation to Openness", pokazujący McCanna od znacznie ambitniejszej strony.

Album został zarejestrowany podczas ledwie jednego majowego dnia 1971 roku, w bardzo rozbudowanym składzie. Oprócz Lesa McCanna w sesji udział wzięli: grający na instrumentach dętych Yusef Lateef, gitarzyści David Spinozza i Cornell Dupree, pianista Jodie Christian, basiści Bill Salter i Jimmy Rowser, perkusiści i perkusjonaliści Alphonse Mouzon, Donald Dean, Bernard Purdie, Buck Clarke i Ralph McDonald, oraz harfista Corky Hale. Wiele z tych nazwisk to ważne postacie na jazzowej scenie, a część z tych muzyków współpracowała także z wykonawcami bluesowymi, soulowymi i rockowymi (chociażby z BB Kingiem, Johnem Mayallem i Jamesem Brownem). Nie będę tutaj wymieniał wszystkich ich osiągnięć, bo zajęłoby to naprawdę dużo miejsca, ale polecam sprawdzić samemu.

Longplay składa się z zaledwie trzech, całkowicie instrumentalnych kompozycji (wszystkie są autorstwa McCanna). Już na początku pojawia się najdłuższa z nich, 26-minutowa "The Lovers", w wydaniu winylowym zajmująca całą stronę A. Utwór stanowi fantastyczny przegląd tego, co w tamtym czasie działo się w muzyce jazzowej. Eteryczne dźwięki pianina elektrycznego i zatopione w nich delikatne partie gitary to elektryczny jazz w stylu "In a Silent Way" Milesa Davisa. Z kolei bogate brzmienia perkusyjne mogą kojarzyć się z jego "Bitches Brew". Dźwięki harfy i wchodniobrzmiące solówki Lateefa wnoszą psychodeliczny klimat spiritual jazzu (z rejonów eksplorowanych przez Alice Coltrane i Pharaoha Sandersa). Natomiast bardziej energetyczne fragmenty z ostrzejszymi gitarami i funkową rytmiką to wzorowe fusion (przywodzące na myśl albumy Billy'ego Cobhama i grającego tutaj Alphonse'a Mouzona). To wszystko miesza się w różnych proporcjach, w utworze co rusz zmienia się dynamika i stale trwa wymiana solówek między instrumentalistami. Całość brzmi bardzo intrygująco i po prostu niesamowicie.

Nieco mniejsze wrażenie pozostawiają dwa krótsze, około 13-minutowe, utwory ze strony B. Nie zrozumcie mnie źle - to wciąż fajne granie, tylko już nie tak wyjątkowe. Naprawdę ładnie wypada "Beaux J. Poo Boo", płynący swobodnie, nieśpiesznie, może trochę monotonnie, ale właśnie w ten sposób budowany jest nastrój. W instrumentarium dominują subtelne partie pianina elektrycznego, uzupełniane przede wszystkim klimatycznymi solówkami na flecie i dodającymi momentami ostrości gitarami. Sporo dzieje się także w warstwie rytmicznej, dzięki rozbudowanej, pięcioosobowej sekcji perkusyjnej. "Poo Pye McGoochie (and His Friends)" jest nieco bardziej zróżnicowany, pojawia się więcej solówek na różnych instrumentach, momentami ocierających się o granie freejazzowe. Jednak powtarzający się co jakiś czas banalny syntezatorowy motyw, o brzmieniu, które dziś może tylko rozśmieszyć lub zażenować, zdecydowanie zaniża tu poziom. To niestety największa wada brzmień elektronicznych - coś, co kiedyś wydawało się nowoczesne i futurystyczne, dziś jest szczytem kiczu i obciachu. Szkoda, że w tym wypadku traci na tym naprawdę dobry materiał.

Gorąco polecam wszystkim rockowym słuchaczom skorzystanie z zaproszenia Lesa McCanna do otwartości. Słuchanie jazzu - zwłaszcza w tak dobrym wykonaniu, jak na tym albumie - pomaga znacznie rozszerzyć muzyczne horyzonty. I wcale nie chodzi w tym o to, aby przestać słuchać rocka, lecz nauczyć się wybierać z niego to, co najbardziej wartościowe. "Invitation to Openness" prawdopodobnie nie jest jednak dobrym wyborem na rozpoczęcie słuchania jazzu przez rockowych słuchaczy, gdyż elementy rockowe występują tu w naprawdę śladowych ilościach, o ile w ogóle. Za to album ten idealnie sprawdzi się jako kolejny krok na drodze poznawania jazzu, po przesłuchaniu opisanych już przeze mnie dokonań Soft Machine, Mahavishnu Orchestra, Billy'ego Cobhama, Alphonse'a Mouzona i Johna Abercrombiego.

Ocena: 8/10



Les McCann - "Invitation to Openness" (1972)

1. The Lovers; 2. Beaux J. Poo Boo; 3. Poo Pye McGoochie (and His Friends)

Skład: Les McCann - instr. klawiszowe; Yusef Lateef - saksofon, obój, flet, instr. perkusyjne; David Spinozza - gitara; Cornell Dupree - gitara; Jodie Christian - elektryczne pianino; Corky Hale - harfa; Bill Salter - bass; Jimmy Rowser - bass; Alphonse Mouzon - perkusja i instr. perkusyjne; Donald Dean - perkusja i instr. perkusyjne; Bernard Purdie - perkusja i instr. perkusyjne; William Clarke - instr. perkusyjne; Ralph McDonald - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Joel Dorn


24 kwietnia 2017

[Recenzja] Deep Purple - "The BBC Sessions 1968-1970" (2011)



Nowy album Deep Purple, "Infinite" podzielił fanów grupy na tych, którzy są w stanie dostrzec jego wady i na tych, których zachwyci każde gówno sygnowane tą nazwą. Bez względu jednak na to, jak bardzo w ostatnich latach muzycy zdziadzieli - i nie mam tu na myśli ich wieku, a podejście do grania, całkiem już pozbawione kreatywności - to nie sposób zapomnieć, jak wiele zrobili kiedyś dla muzyki rockowej. W pierwszej połowie lat 70. niewiele grup mogło się równać z Deep Purple. Nawet zbiór sesji radiowych z tego (i nieco wcześniejszego) okresu zasługuje na uwagę.

Album "The BBC Sessions 1968-1970" składa się z dwóch płyt kompaktowych. Pierwszą z nich wypełniają nagrania dokonane w radiowych studiach pomiędzy czerwcem 1968, a lipcem 1969 roku. Zespół wciąż występował wtedy w swoim oryginalnym składzie, z wokalistą Rodem Evansem i basistą Nickiem Simperem. Podobnie, jak na trzech studyjnych longplayach Mark I, repertuar w znacznym stopniu składa się z cudzych kompozycji. Muzycy zaprezentowali m.in. własną wersje beatlesowskiego "Help!", a także przeróbki utworów "I'm So Glad" Skipa Jamesa i "Hey Joe" Billy'ego Robertsa, spopularyzowanych w drugiej połowie lat 60. przez - odpowiednio - grupy Cream i The Jimi Hendrix Experience. Nie zabrakło również największego przeboju tej inkarnacji zespołu, czyli "Hush" z repertuaru Billy'ego Joego Royala. Utwór pojawia się tutaj w dwóch wersjach - ciekawsza jest wcześniejsza, z debiutanckiej sesji grupy, dzięki dłuższym popisom instrumentalistów. Zespół zarejestrował także kilka swoich wczesnych kompozycji, jak popowy "One More Rainy Day", zadziorniejszy, lecz bardzo chwytliwy "Emmaretta", oraz zapowiadające późniejsze dokonania, hardrockowe instrumentale "And the Adress" i "Wring That Neck". Niespodzianką są dwa utwory spoza regularnych albumów grupy. Przeróbka ballady "It's All Over" Bena E. Kinga jest zbyt cukierkowata, za to autorski "Hey Bop a Re Bop" jest naprawdę fajny, głównie za sprawą ostrych, nieco psychodelicznych popisów Ritchiego Blackmore'a.

Tylko połowa tych nagrań była wcześniej wydana (na reedycjach albumów "Shades of Deep Purple", "The Book of Taliesyn" i "Deep Purple"), pozostałe dopiero tutaj mają swoją premierę. Wykonania są dość zachowawcze i nieznacznie odbiegają od studyjnych pierwowzorów. Brzmienie niestety pozostawia wiele do życzenia. Dodatkowo irytują zapowiedzi radiowego DJ-a, nakładające się na wstępy lub zakończenia kilku utworów. Całości dopełnia półtoraminutowy fragment wywiadu z Rodem Evansem.

Druga płyta to już nagrania najsłynniejszego składu grupy, tzw. Mark II, z Ianem Gillanem i Rogerem Gloverem na miejscach Evensa i Simpera, zarejestrowane pomiędzy sierpniem 1969, a wrześniem 1970 roku. Bardzo ciekawy jest już sam początek, w postaci utworów "Ricochet" - wczesnej wersji "Speed King", jeszcze bez wstępu i z innym tekstem - oraz "The Bird Has Flown", czyli jednego z bardzo nielicznych utworów Mark I granych także przez następny skład. Szkoda tylko, że było to zarazem ostatnie wykonanie tego utworu, jednego z najlepszych we wczesnym repertuarze Deep Purple, tutaj świetnie zinterpretowanego przez Gillana. Podczas kolejnych sesji zespół zaprezentował prawie wszystkie utwory z albumu "In Rock" - z wyjątkiem "Flight of the Rat", ale za to z singlowym "Black Night", oraz udanymi instrumentalnymi jamami "Jam Stew" i "Grabsplatter". Jest też kolejna wersja "Speed King", już z właściwym tekstem, ale znów bez wstępu. A także porywające wykonanie "Child in Time", z rewelacyjnymi improwizacjami w części instrumentalnej.

Wszystkie utwory z drugiej płyty były już wcześniej wydane - większość z nich w obszernym boksie "Listen, Learn, Read On" z 2002 roku, a "Grabsplatter" znacznie wcześniej, bo na składance "The Anthology" z 1985 roku. Tym razem wykonania trochę bardziej odbiegają od wersji studyjnych i to zazwyczaj na korzyść tutejszych. W porównaniu z pierwszym dyskiem, lepsze jest też brzmienie (szczególnie w przypadku "Hard Lovin' Man", którzy brzmi nawet lepiej niż na albumie - w końcu wyraźnie słychać bas). Niestety, znów pojawiają się radiowe zapowiedzi. Uzupełnieniem jest fragment wywiadu z Jonem Lordem.

"The BBC Sessions 1968-1970" bez wątpienia jest pozycją wartą poznania (dla wielbicieli Deep Purple i klasycznego hard rocka - obowiązkową), ciekawą pod względem historycznym, ale ze względu na wszystkie opisane wyżej mankamenty, nie mogę wystawić wyższej oceny.

Ocena: 7/10



Deep Purple - "The BBC Sessions 1968-1970" (2011)

CD1: 1. Hush*; 2. One More Rainy Day*; 3. Help!*; 4. And the Address*; 5. Hey Bop a Re Bop; 6. Emmaretta; 7. Wring That Neck; 8. Brian Matthew interviews Rod Evans*; 9. Hey Joe; 10. It's All Over; 11. The Painter; 12. Laléna; 13. The Painter*; 14. I'm So Glad*; 15. Hush*
CD2: 1. Ricochet; 2. The Bird Has Flown; 3. Speed King; 4. Jam Stew; 5. Hard Lovin' Man; 6. Bloodsucker; 7. Living Wreck; 8. Jon Lord interview; 9. Black Night; 10. Grabsplatter; 11. Into the Fire; 12. Child in Time

* nagrania wcześniej niepublikowane

Skład: Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne; Rod Evans - wokal (CD1); Nick Simper - bass i dodatkowy wokal (CD1); Ian Gillan - wokal (CD2); Roger Glover - bass (CD2)
Producent: Deep Purple


21 kwietnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "Three of a Perfect Pair" (1984)



"Three of a Perfect Pair" to ostatnia część tzw. "kolorowej trylogii" - trzech albumów King Crimson nagranych w latach 80. przez ten sam skład, spójnych stylistycznie i ozdobionych podobnymi, minimalistycznymi okładkami z jednolitym tłem w innym kolorze. Po bardzo udanym, odświeżającym styl grupy "Discipline" i dobrym, choć nierównym "Beat", przyszła pora na... najsłabszą odsłonę trylogii.

"Three of a Perfect Pair" wyraźnie dzieli się na dwie części, odpowiadające dwóm stronom wydania winylowego. Strona A, zatytułowana "The Left Side", to utwory o bardziej piosenkowym charakterze. Tytułowy "Three of a Perfect Pair", "Model Man", "Sleepless" i "Man with an Open Heart", pomimo pewnych udziwnień (zwłaszcza w warstwie rytmicznej), to kawałki bardzo melodyjne, wręcz przebojowe. W przypadku "Sleepless" dosłownie - to największy singlowy przebój zespołu. Jedyny któremu udało się trafić na brytyjskie notowanie (choć 79. miejsce nie robi wrażenia). Zwraca uwagę bardziej syntetyczne brzmienie - oprócz tradycyjnego instrumentarium zespół sięgnął po syntezatory i elektroniczną perkusję. Stronę kończy łagodny instrumental "Nuages (That Which Passes, Passes Like Clouds)", w którym te technologiczne nowinki pełnią dominującą rolę, uzupełnia je jednak cieplejsza gitarowa partia Roberta Frippa.

"The Right Side", czyli strona B, to bardziej eksperymentalne oblicze grupy. Dominują utwory instrumentalne. "Industry", zgodnie z tytułem, brzmi bardzo industrialnie, mechanicznie. Muzykom udało się stworzyć tutaj świetny, mroczny klimat. "Dig Me" wyróżnia się dziwną partią wokalną i sprawiającym wrażenie kompletnego chaosu warstwą muzyczną. Równie przypadkowy wydaje się mroczny, zdominowany przez elektroniczne brzmienia "No Warning". Całość kończy trzecia część kompozycji "Larks' Tongues in Aspic", jeszcze bardziej pokomplikowana i pokręcona od poprzednich dwóch (z wydanego jedenaście lat wcześniej tak samo zatytułowanego albumu), świetnie wykorzystująca charakterystyczne dla tego albumu brzmienia elektroniczne.

"Three of a Perfect Pair" jako całość nie przekonuje, a raczej wywołuje ambiwalentne odczucia. Są tutaj naprawdę interesujące momenty (jak "Industry", "Larks'...", czy zgrabnie łączący przebojowość z bardziej ambitnym podejściem utwór tytułowy), ale czasem zespół za bardzo zapuszcza się w mainstreamowe rejony (jak na ten zespół zbyt konwencjonalne, wręcz banalne "Man with an Open Heart" i "Modal Man"), a kiedy indziej znów za bardzo komplikuje (przede wszystkim "Dig Me"). W sumie nie dziwi decyzja Roberta Frippa o ponownym rozwiązaniu grupy.

Ocena: 6/10



King Crimson - "Three of a Perfect Pair" (1984)

1. Three of a Perfect Pair; 2. Model Man; 3. Sleepless; 4. Man with an Open Heart; 5. Nuages (That Which Passes, Passes Like Clouds); 6. Industry; 7. Dig Me; 8. No Warning; 9. Larks' Tongues in Aspic (Part III)

Skład: Adrian Belew - wokal i gitara; Robert Fripp - gitara; Tony Levin - bass, Chapman stick, syntezator, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson


19 kwietnia 2017

[Recenzja] Albert King, Steve Cropper & Pop Staples - "Jammed Together" (1969)



Blues i blues rock to jedne z moich ulubionych rodzajów muzyki. Jednak od jakiegoś czasu mam z nimi pewien problem. Otóż wciąż bardzo chętnie wracam do swoich ulubionych albumów w tych stylach, ale nowo poznawane nie robią na mnie żadnego wrażenia lub wręcz odpychają. Bez wątpienia jest to spowodowane samą specyfiką bluesa, czyli powielaniem wciąż tych samych, ściśle określonych schematów. Po przesłuchaniu kilku stricte bluesowych i kilkudziesięciu bluesrockowych (te drugie nierzadko odchodzą od utartych schematów, stąd to rozróżnienie), kolejne nie mogą już niczym zaskoczyć, ani zachwycić. Kiedy myślałem, że nie znajdę w tych stylach już nic, co by mnie zainteresowało, trafiłem na album "Jammed Together", sygnowany nazwiskami Steve'a Croppera, Popa Staplesa i Alberta Kinga.

Najbardziej znanym z tej trójki jest oczywiście Albert King. Jeden z najbardziej uznanych i wpływowych gitarzystów bluesowych, a także jeden z pionierów elektrycznego bluesa. Razem z Freddiem Kingiem i B.B. Kingiem jest zaliczany do tzw. "Trzech Królów Bluesa". Inspirowali się nim m.in. tacy gitarzyści, jak Eric Clapton, Jimi Hendrix, Mike Bloomfield czy Gary Moore. Najbardziej znanym utworem Kinga jest "Born Under a Bad Sign", napisany dla niego przez Bookera T. Jonesa i Williama Bella, później nagrany m.in. przez grupy Cream i The Butterfield Blues Band. Popularność zdobyło także jego wykonanie bluesowego standardu "As the Years Go Passing By".

Gitarzystą z zupełnie innej bajki zdaje się być Pop Staples - członek istniejącej od końca lat 40. do połowy lat 90. gospelowej grupy The Staple Singers. Cóż może go łączyć z Kingiem? Otóż obaj nagrywali dla tej samej wytwórni, Stax Records. Łączy ich także osoba Steve'a Croppera, gitarzysty zespołu Booker T. & the M.G.'s, który oprócz nagrywania własnych albumów, zajmował się również wspomaganiem innych artystów zakontraktowanych przez Stax Records. Cropper grał zarówno na albumach The Staple Singers, jak i Alberta Kinga. Ponadto występował w zespole Blues Brothers i nagrywał jako solista.

Pomysł nagrania przez tę trójkę "Jammed Together" zapewne wyszedł od wytwórni, jednak efekt jest naprawdę udany. Na repertuar składają się głównie instrumentalne utwory, eksponujące gitarowe popisy Kinga, Croppera i Staplesa. Ale i pozostali instrumentaliści - w tym klawiszowiec Booker T Jones, basista Duck Dunn i perkusista Al Jackson, czyli wszyscy pozostali członkowie Booker T. & the M.G.'s - wyraźnie zaznaczają swoją obecność. Przede wszystkim w "Opus De Soul", w którym istotną rolę odgrywają świetne partie klawiszy, a miejsce na krótką solówkę dostał Dunn. Czasem pojawia się też sekcja dęta ("Baby, What You Want Me to Do", "Don't Turn Your Heater Down"). Zazwyczaj to jednak gitary całkowicie determinują charakter kompozycji, jak w porywających, bardzo energetycznych "Big Bird" i "Knock on Wood", albo w zabawnym "Homer's Theme". Ponadto na albumie znalazły się trzy utwory z partiami wokalnym - po jednym w wykonaniu każdego z gitarzystów. Słabiutko niestety wypada "Water" z przeciętnym śpiewem Croppera i zbyt popową, banalną warstwą muzyczną. Rewelacyjnie wyszły natomiast przeróbki klasycznych kompozycji "What'd I Say" Raya Charlesa i "Tupelo" Johna Lee Hookera, śpiewane odpowiednio przez Kinga i Staplesa, nie tylko ze względu na partie wokalne, ale przede wszystkim dzięki porywającej grze wszystkich muzyków - wspaniałym, rozbudowanym gitarowym popisom i fantastycznej, interesującej grze sekcji rytmicznej.

Już dawno nie słuchałem z taką przyjemnością żadnego nieznanego mi wcześniej albumu bluesowego. Dlatego jestem pewien, że "Jammed Together" przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom tego stylu. Gorąco polecam.

Ocena: 8/10



Albert King, Steve Cropper & Pop Staples - "Jammed Together" (1969)

1. What'd I Say; 2. Tupelo; 3. Opus De Soul; 4. Baby, What You Want Me to Do; 5. Big Bird; 6. Homer's Theme; 7. Trashy Dog; 8. Don't Turn Your Heater Down; 9. Water; 10. Knock on Wood

Skład: Albert King - gitara, wokal (1); Steve Cropper - gitara, wokal (9); Pop Staples - gitara (1-6,8,9), wokal (2); Duck Dunn - bass; Al Jackson - perkusja; Booker T Jones - instr. klawiszowe; Isaac Hayes - instr. klawiszowe; Memphis Horns - instr. dęte (4,8)
Producent: Al Bell i Al Jackson


18 kwietnia 2017

[Recenzja] John Abercrombie - "Timeless" (1975)



John Abercrombie to jeden z najbardziej znanych gitarzystów jazzowych. Jego kariera rozpoczęła się pod koniec lat 60., gdy wspólnie z Billym Cobhamem i Braćmi Brecker (wziętymi muzykami sesyjnymi, grającymi na instrumentach dętych) stworzył jedną z pierwszych grup łączących jazz z rockiem, nazwaną Dreams. Po jej rozwiązaniu, Abercrombie udzielał się jako sideman. W tej roli wystąpił m.in. na albumach Cobhama ("Crosswinds" i "Total Eclipse"), Gila Evansa ("The Gil Evans Orchestra Plays the Music of Jimi Hendrix"), a nawet na anglojęzycznym longplayu Czesława Niemena, "Mourner's Rhapsody". W czerwcu 1974 roku, podczas zaledwie dwudniowej sesji, po raz pierwszy wystąpił w roli lidera. Towarzyszyli mu wówczas klawiszowiec Jan Hammer (Mahavishnu Orchestra, Jeff Beck) i perkusista Jack DeJohnette (lista jego osiągnięć jest bardzo długa, ale największą sławę przyniósł mu udział w nagraniach albumów "Bitches Brew" i "Jack Johnson" Milesa Davisa). Wynikiem tej sesji jest album "Timeless".

Longplay wypełnia sześć kompozycji (cztery Abercrombiego i dwie Hammera), utrzymanych w stylistyce elektrycznego jazzu, na ogół dość szybkich i dynamicznych, ale na jazzowy sposób (np. "Lungs", "Ralph's Piano Waltz"). Brzmienie albumu jest wręcz krystalicznie czyste i znacznie lżejsze od agresywnych, ciężkich partii Johna McLaughlina z albumów Mahavishnu Orchestra, czy nawet z "Jacka Johnsona" (z wyjątkiem drugiej połowy "Red and Orange", najbardziej jazzrockowego fragmentu longplaya). Bardzo ładnie wypadają na albumie łagodniejsze tematy ("Love Song", "Remembering"). A prawdziwą perłą jest niesamowity, przepiękny utwór tytułowy. Zaczyna się dość niepozornie, ambientowymi plamami klawiszy i zatopionymi w nich, delikatnymi dźwiękami gitary. Jednak po czterech minutach klawisze milkną i rozbrzmiewa prawdziwie magiczny popis Abercrombiego, wydobywającego cudowne dźwięki ze swojej gitary, z subtelnym akompaniamentem perkusji i - w dalszej części - organowym tłem. Piękno w najczystszej postaci, po prostu niebiańska muzyka.

"Timeless" to naprawdę udany debiut. Ale przecież w takim składzie nie mogło powstać nic słabego. Po wydaniu albumu, Abercrombie i DeJohnette kontynuowali swoją współpracę i razem z basistą Davem Hollandem (kolejnym muzykiem, który zyskał sławę grając z Milesem Davisem) wydali w latach 70. dwa udane albumy, "Gateway" i "Gateway 2", utrzymane na pograniczu jazzu i rocka.

Ocena: 8/10



John Abercrombie - "Timeless" (1975)

1. Lungs; 2. Love Song; 3. Ralph's Piano Waltz; 4. Red and Orange; 5. Remembering; 6. Timeless

Skład: John Abercrombie - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jack DeJohnette - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Manfred Eicher


14 kwietnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "Beat" (1982)



"Beat" to pierwszy album w historii King Crimson nagrany w dokładnie tym samym składzie, co poprzedni. Pod względem stylistycznym stanowi zaś bezpośrednią kontynuację "Discipline". Zespół jeszcze dalej zapuszcza się w rejony new wave i post-punku. Utwory opierają się zazwyczaj na nieoczywistych, połamanych rytmach i interesująco przeplatających się partiach dwóch gitar o czystym, przestrzennym brzmieniu (np. "Neal and Jack and Me", "Waiting Man" czy instrumentalny "Sartori in Tangier"). Sporym zaskoczeniem są utwory o zdecydowanie mniej skomplikowanym charakterze i wręcz popowych melodiach. Jak singlowy "Heartbeat", który chętnie odtwarzały amerykańskie stacje radiowe. I trudno się temu dziwić, bo utwór wyróżnia się naprawdę zapadającą w pamięć melodią. Taki kawałek mógłby zostać nagrany w tamtym czasie przez jakieś - za przeproszeniem - U2, gdyby tylko muzycy tej grupy potrafili tworzyć tak dobre kompozycje i mieli odrobinę ambicji. Drugim bardziej "popowym" utworem jest delikatna ballada "Two Hands", z interesującym klimatem tworzonym przede wszystkim przez perkusjonalia Billa Bruforda. Z drugiej strony, są tu także utwory o bardziej eksperymentalnym charakterze, jak zwariowany "Neurotica", z iście obłąkaną warstwą muzyczną i głównie mówioną partią wokalną Adriana Belewa, oraz finałowy instrumental "Requiem", całkowicie pozbawiony struktury, sprawiający wrażenie chaotycznej improwizacji, w której zupełnie przypadkowe partie poszczególnych muzyków zupełnie ze sobą nie współgrają, a jednak jest w tym coś intrygującego.

"Beat" to album niespójny, pokazujący niezdecydowanie muzyków co do kierunku, w jakim chcieliby pójść (czy grać bardziej piosenkowo, czy bardziej eksperymentalnie), a jako całość nie tak udany, jak "Discipline". Są tu jednak naprawdę dobre momenty, dla których warto poznać ten album.

Ocena: 7/10



King Crimson - "Beat" (1982)

1. Neal and Jack and Me; 2. Heartbeat; 3. Sartori in Tangier; 4. Waiting Man; 5. Neurotica; 6. Two Hands; 7. The Howler; 8. Requiem

Skład: Adrian Belew - wokal i gitara, perkusja (3); Robert Fripp - gitara, organy; Tony Levin - bass, Chapman stick, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rhett Davies


13 kwietnia 2017

[Recenzja] Jethro Tull - "The String Quartets" (2017)



Minęło już czternaście lat, odkąd ukazał się ostatni longplay Jethro Tull ("The Christmas Album"), a prawie dwadzieścia od ostatniego z zupełnie premierowym materiałem ("J-Tull Dot Com"). Wydawało się, że Ianowi Andersonowi wystarcza nagrywanie solowych albumów. Niespodziewanie wrócił jednak do nazwy zespołu, którą sygnuje swoje najnowsze wydawnictwo. "The String Quartets" to prawdziwe kuriozum. Album zawiera nowe aranżacje klasycznych utworów Jethro Tull, nagrane przez Andersona bez pomocy żadnego z dotychczasowych członków zespołu. Ich miejsce zajął... kwartet smyczkowy. To on pełni tu dominującą rolę, wspomagany jedynie fletem i z rzadka innymi instrumentami, jak gitara akustyczna, mandolina, pianino i czelesta. Partie wokalne zachowały się tylko w połowie kompozycji.

Sam pomysł wydaje się ciekawy i mogło z tego wyjść coś naprawdę interesującego. Niestety, nie wyszło, a powodem tego jest zbyt kurczowe trzymanie się oryginalnych, prostych aranżacji, które zostały przygotowane na głośne, rockowe instrumenty. A nie na kwartet smyczkowy, który grając te same partie brzmi po prostu biednie. Wyjątek stanowią utwory z albumu "Songs from the Wood": "Velvet Green", "Ring Out, Solstice Bells" i tytułowy (tutaj opublikowane pod nowymi tytułami "Velvet Gold", "Ring Out These Bells" i "Songs and Horses" - ostatni z nich zawiera fragment "Heavy Horses"). Oryginalne wersje czerpały wiele z muzyki dawnej i miały dość złożone aranżacje, dzięki czemu idealnie nadają się do zaprezentowania w takich wersjach. Wszystkie brzmią naprawdę ładnie. Najgorzej zaś wypadły "Locomotive Breath" i "Aqualung" (tutaj jako "Loco" i "Aquafugue"), które straciły całą swoją energię i z trudem można w nich rozpoznać motywy z oryginalnych wersji. Pozostałe nagrania mieszczą się gdzieś po środku.

Nie sposób uniknąć stwierdzenia, że "The String Quartets" to album dla nikogo. Całkowita rezygnacja z rockowych elementów, sprawia, że rockowi słuchacze nie mają czego tu szukać. Słuchacze muzyki klasycznej raczej też nie znajdą tu nic dla siebie, ze względu na prostotę użytych tu środków muzycznych. Longplay zainteresuje pewnie tylko najbardziej zagorzałych wielbicieli Jethro Tull, ale i dla nich będzie to tylko ciekawostka, a w najlepszym przypadku - nieinwazyjna muzyka tła. Osobiście doceniam pomysł, ale jego wykonanie mnie nie przekonuje.

Ocena: 5/10



Jethro Tull - "The String Quartets" (2017)

1. In the Past (Living In the Past); 2. Sossity Waiting (Sossity: You’re a Woman / Reasons for Waiting); 3. Bungle (Bungle In the Jungle); 4. We Used to Bach (We Used to Know / Bach Prelude C Maj); 5. Farm, the Fourway (Farm on the Freeway); 6. Songs and Horses (Songs from the Wood / Heavy Horses); 7. Only the Giving (Wond'ring Aloud); 8. Loco (Locomotive Breath); 9. Pass the Bottle (A Christmas Song); 10. Velvet Gold (Velvet Green); 11. Ring Out These Bells (Ring Out, Solstice Bells); 12. Aquafugue (Aqualung)

Skład: Ian Anderson - flet, wokal (2,4,7,9,11,12), gitara (7), mandolina (9); Matthew Denton - skrzypce; Michelle Fleming - skrzypce; Eoin Schmidt-Martin - altówka; Emma Denton - wiolonczela
Gościnnie: John O'Hara - pianino (4), czelesta (12)
Producent: Ian Anderson


11 kwietnia 2017

[Recenzja] Billy Cobham - "A Funky Thide of Sings" (1975)



Wpływ funku był obecny w solowej twórczości Billy'ego Cobhama od samego początku, czyli od debiutanckiego "Spectrum", ale dopiero na "A Funky Thide of Sings" - czwartym longplayu tego genialnego perkusisty - stał się on dominującym elementem. Na albumie dominują krótkie, proste utwory, o wyrazistych melodiach i niemalże piosenkowych strukturach. Oparte na wyrazistej, pulsującej grze Cobhama i basisty Alexa Blake'a, oraz roztańczonych partiach rozbudowanej sekcji dętej, często z towarzyszeniem ostrych solówek cenionego - choć wówczas dopiero początkującego - jazzowego gitarzysty Johna Scofielda (który później współpracował m.in. z Charlesem Mingusem, Milesem Davisem, Joem Hendersonem i Herbiem Hancockiem) oraz nienachalnych syntezatorów. W dwóch utworach - "Panhandler" i tytułowym "A Funky Thide of Sings" - dodatkowo pojawiają się kongi, na których zagrał Rebop Kwaku Baah (znany ze współpracy z zespołami Traffic i Can). Z mocno rozrywkowym, imprezowym charakterem pierwszych sześciu utworów kontrastują dwie ostatnie kompozycje. "A Funky Kind of Thing" to długie, prawie dziesięciominutowe perkusyjne solo, mające kilka świetnych momentów (w końcu Cobham bije na głowę każdego rockowego perkusistę), jednak całość trochę mnie męczy. Rewelacyjny jest natomiast dwunastominutowy finał albumu, "Moody Modes" - najbardziej jazzowy, z pięknymi partiami instrumentalistów i ciekawymi zmianami nastroju.

"A Funky Thide of Sings" to kolejne potwierdzenie talentu Billy'ego Cobhama. Bardzo dobry album, choć zdecydowanie mniej rockowy od poprzednich. Dlatego polecam go przede wszystkim wielbicielom funku i - ze względu na ostatni utwór - jazzu.

Ocena: 8/10



Billy Cobham - "A Funky Thide of Sings" (1975)

1. Panhandler; 2. Sorcery; 3. A Funky Thide of Sings; 4. Thinking of You; 5. Some Skunk Funk; 6. Light at the End of the Tunnel; 7. A Funky Kind of Thing; 8. Moody Modes

Skład: Billy Cobham - perkusja, instr. perkusyjne, syntezatory; Alex Blake - bass; Michael Brecker - saksofon; Randy Brecker - trąbkaGlenn Ferris - puzon; John Scofield - gitara; Milcho Leviev - instr. klawiszowe
Gościnnie: Larry Schneider - saksofon (1,3); Walt Fowler - trąbka (1,3); Tom Malone - puzon i flet (1,3); Rebop Kwaku Baah - kongi (1,3)
Producent: Billy Cobham, Mark Meyerson, Donald Elfman i Naomi Yoshii


10 kwietnia 2017

[Recenzja] Deep Purple - "Infinite" (2017)



"Infinite" to dwudziesty - i być może ostatni - album tej zasłużonej, lecz od dawna nieekscytującej grupy. Przedpremierowe zapowiedzi nie nastrajały pozytywnie. Po przesłuchaniu longplaya mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że oba single dały dobry pogląd na to, czego spodziewać się po całości. "Time for Bedlam" - pierwszy ujawniony utwór, a zarazem otwieracz albumu - to taki typowy hardrockowy kawałek w szybkim tempie, lecz wygładzony brzmieniowo i pozbawiony dobrej melodii. Zaskoczeniem była elektroniczna klamra utworu, z przetworzonym głosem Iana Gillana, brzmiąca kuriozalnie i zbyt pretensjonalnie. Jak się okazuje, to nie jedyny utwór, w którym zespół próbuje ukryć braki kompozytorskie udziwnioną, taką niby-nowoczesną aranżacją. W "On Top of the World" pojawia się niemal identyczny fragment z deklamacją Gillana i elektronicznym podkładem, ale umieszczony w środku kompozycji. Z kolei "Get Me Outta Here" w całości opiera się na elektroniczne zniekształconym brzmieniu sekcji rytmicznej, które kompletnie nie pasuje do reszty utworu. Aranżacje są sporym problemem tego albumu. Chociażby to pianino bezsensownie plumkające w "One Night in Vegas", tworząc rażący dysonans z dość zadziornym brzmieniem pozostałych instrumentów.

Drugą zapowiedzią albumu był utwór "All I Got Is You" - spokojniejszy, momentami wręcz poprockowy, ale dość chwytliwy i po kilku przesłuchaniach nawet wpadający w ucho, ponadto wyróżniający się nietypowym dla grupy użyciem syntezatorów. Na tle całości wypada całkiem przyzwoicie. Zdecydowanie lepiej od innych kawałków, w których muzycy zbliżają się do popu - "Johnny's Band" ze sztampowym refrenem i kiczowatym brzmieniem klawiszy, oraz mdłym i znów nieco udziwnionym "Birds of Prey". Nieco różnorodności zapewniają trzy pozostałe utwory. "Hip Boots" to najbardziej energetyczny fragment albumu, nawet niezły pod względem melodycznym, a zarazem najbardziej purplowy. Choć bardziej odpowiada mi instrumentalna wersja z EPki "Time for Bedlam", bo partia Gillana pozostawia wiele do życzenia - ale do tego wrócę jeszcze później. "The Suprising" to z kolei próba stworzenia utworu... progrockowego. Można się domyślić z jakim skutkiem - cała "progresywność" ogranicza się do kilku zmian nastroju i wszechobecnego patosu. Najbardziej zaskakuje finał albumu. Zespół, po raz pierwszy od czasu niezatytułowanego albumu z 1969 roku, postanowił umieścić na longplayu cudzą kompozycję. Wybór niespodziewanie padł na "Roadhouse Blues" The Doors. Wersja Purpli utrzymana jest w bluesowym klimacie oryginału, nie zrezygnowano z partii harmonijki i pianina, zdecydowanie jednak brakuje energii, jaką miał pierwowzór. Zamiast tego utwór został niepotrzebnie rozwleczony.

Brak dobrych melodii i energii, wygładzone brzmienie, oraz udziwnione aranżacje to nie jedyne wady "Infinite". Wykonanie jest tu rzemieślnicze, a wiec solidne i poprawne, lecz nie porywające. Klawiszowe solówki Dona Aireya i gitarowe Steve'a Morse'a utrzymane są w typowej dla grupy konwencji, lecz nie mają nic do zaoferowania poza samą techniką. Brakuje wyrazistych, zapamiętywalnych motywów i riffów. Sekcja rytmiczna ogranicza się do trzymania rytmu. Największym problemem jest jednak głos Gillana. Wiadomo, że od ponad dwudziestu lat ma problemy ze śpiewaniem, ale obecnie jest już naprawdę tragicznie. W wielu utworach bardziej mówi, niż śpiewa, a gdy już decyduje się na to drugie, brzmi po prostu krucho, jakby robił to już resztami sił. Nie przypadkiem tak często jego wokal jest tutaj tak często modyfikowany elektronicznymi efektami. Podsumowując to wszystko, uważam "Infinite" za jeden z najgorszych albumów w historii Deep Purple. Chyba tylko "Slaves and Masters" stawiam niżej.

Ocena: 2/10



Deep Purple - "Infinite" (2017)

1. Time for Bedlam; 2. Hip Boots; 3. All I Got Is You; 4. One Night in Vegas; 5. Get Me Outta Here; 6. The Surprising; 7. Johnny's Band; 8. On Top of the World; 9. Birds of Prey; 10. Roadhouse Blues

Skład: Ian Gillan - wokal, harmonijka (10); Steve Morse - gitara, dodatkowy wokal; Don Airey - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Gościnnie: Bob Ezrin - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Tommy Denander - gitara (8)
Producent: Bob Ezrin


8 kwietnia 2017

[Blog] Looking Back: luty / marzec

Winyle, wszędzie winyle. W Biedronce, w Lidlu... Nawet giełdy płytowe odbywają się już nie tylko w małych klubach, a w centrach handlowych. Przyznam, że patrzę na to z niepokojem. Bo wzrost zainteresowania to wzrost cen. Te już są znacznie wyższe, niż sześć, siedem lat temu, gdy sam zainteresowałem się czarnymi krążkami. Trudniej też zdobyć rzadsze tytuły. O ofercie marketów nawet nie warto wspominać - kilka przypadkowych tytułów popularnych wykonawców (i to remasterowanych). Ale i na giełdach przeważają tytuły dla początkujących. Mdli mnie już na samą myśl przerzucania setek okładek Genesis, Pink Floyd, Led Zeppelin czy Deep Purple - tylko po to, by przekonać się, że znów żaden wystawca nie zabrał ze sobą płyt takich wykonawców, jak Gentle Giant, Roy Harper, Comus, Rory Gallagher, czy John Mayall. Jeszcze gorzej wyglądają przegródki z jazzem - mnóstwo vocal jazzu, a brak takich klasyków, jak "In a Silent Way" Milesa Davisa, albo "Blue Train" Johna Coltrane'a. Aż dziw, że w na ostatniej giełdzie udało mi się znaleźć album "Ptah, the El Daoud" Alicji Coltrane, którego bezskutecznie szukałem w Internecie.

Czerwone okładki.

Aukcje internetowe pozostają jednak najlepszym rozwiązaniem dla osób poszukujących mniej popularnych wydawnictw. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi się wylicytować kilka poszukiwanych od dłuższego czasu albumów: "Halfbreed" The Keef Hartley Band, "Live" Beck, Boggert & Appice, "In a Glass House" Gentle Giant, oraz "Stormcock" Roya Harpera. Poza tym uzupełniłem kolekcję o "USA" King Crimson i "Black Rose" Thin Lizzy (ten ostatni w sumie kupiłem tylko dla jednego, ale mojego ulubionego utworu grupy - "Róisín Dubh"). Zupełnie przypadkiem wszystkie okładki idealnie pasują do siebie pod względem kolorystycznym. 

Czarne i niebieskie okładki.

W tym okresie nie tylko kupowałem, ale także pozbyłem się części swojej kolekcji - w sumie ośmiu albumów, które tylko kurzyły się na półce (m.in. "Blackout" Scorpions, "Lock Up the Wolves" Dio, "Signals" Rush, "The Broadsword and the Beast" Jethro Tull). Nie zależy mi na zebraniu ogromnej ilości płyt, z których większości nie będę nawet słuchał. Chciałbym ograniczyć się do tych, do których naprawdę chcę wracać. Zdarzyło mi się kilka pochopnych zakupów, z niektórych albumów "wyrosłem", ale bez zdecydowanej większości posiadanych (i jeszcze wielu nieposiadanych;) nie wyobrażam sobie swojej kolekcji. Przynajmniej na chwilę obecną nie zamierzam niczego się pozbywać.

PS. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy udało mi się przesłuchać około dwustu albumów, w tym trochę fajnego rocka i mnóstwo świetnego jazzu - postaram się tym wszystkim jak najszybciej tutaj podzielić. A póki co, tradycyjnie czekam na pytania nie-na-temat ;)


7 kwietnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "Discipline" (1981)



Po rozwiązaniu King Crimson w połowie lat 70., Robert Fripp nie próżnował. Nagrywał albumy solowe, kontynuował współpracę z Brianem Eno, wspomagał też takich artystów, jak Peter Gabriel, David Bowie czy Talking Heads. Na początku lat 80. powołał do życia nowy zespół, Discipline. Perkusistą został dawny znajomy z King Crimson, Bill Bruford. Następnie zaangażowano basistę Tony'ego Levina, który grał już z Frippem na jego solowym debiucie, "Exposure", a wcześniej na trzecim albumie Gabriela. Składu dopełnił śpiewający gitarzysta Adrian Belew, mający na koncie współpracę z Frankiem Zappą, a także z Davidem Bowiem i Talking Heads (w innym czasie niż Fripp). Kwartet zagrał kilka koncertów, na których oprócz nowych utworów sięgnął do repertuaru King Crimson, a następnie wszedł do studia, by zarejestrować pierwszy album. W trakcie sesji nagraniowej muzycy postanowili zmienić koncepcję, rezygnując z nazwy Discipline, którą zastąpił szyld King Crimson.

Było to zrozumiałe posunięcie pod względem komercyjnym, lecz bardzo kontrowersyjne. Nowe wcielenie grupy, pomimo obecności Frippa i Bruforda, nie miało wielu punktów stycznych z poprzednimi dokonaniami King Crimson. Nowa muzyczna rzeczywistość, jaka nastała po punkowej rewolucji, a także doświadczenie zdobywane przez Frippa w czasie sześcioletniej przerwy w działalności zespołu, oraz wpływ nowych muzyków (którzy w dodatku byli pierwszymi Amerykanami w składzie grupy), to czynniki, które znacząco wpłynęły na zaskakujący zwrot stylistyczny. Całkowicie zniknął ten charakterystyczny, magiczny klimat Karmazynowego Króla. Zamiast tego wyraźnie słychać wpływ post-punku i nowej fali. Utwory stały się bardziej zwarte. Zmieniło się instrumentarium - żadnych melotronów, dęciaków czy skrzypiec, a jedynie dwie gitary, mocno przetworzone różnymi efektami, gitara basowa i często przejmujący jej rolę Chapman stick, oraz bębny (czasem syntetyczne). Rezultat znacznie bardziej przypomina przywołane już dwukrotnie Talking Heads, niż wcześniejsze dokonania King Crimson.

Z drugiej strony trzeba przyznać, że żadna inna z progresywnych grup tak dobrze nie odnalazła się w latach 80. Część zespołów całkiem przepadła, inne poszły w stronę skrajnej komercji, podczas gdy King Crimson znalazł swoją niszę, w której znów mógł błyszczeć. Nowy skład okazał się fenomenalny pod względem instrumentalnym, a i w kwestii kompozytorskiej trudno mu coś zarzucić. Album rozpoczyna się od nieco funkowego, ale mocno połamanego rytmicznie, pełnego skomplikowanych partii gitar "Elephant Talk", pozornie zupełnie niemelodyjnego, ale mającego w sobie coś intrygującego, co nie pozwala o nim szybko zapomnieć. Z kolei "Frame by Frame" zaskakuje bardzo przebojowym charakterem, pomimo złożonej warstwy instrumentalnej. Jedynym prostszym utworem jest "Matte Kudasai" - zwiewna ballada, klimatem (i tytułem) nawiązująca do Kraju Wchodzącego Słońca. Na tym albumie muzycy zdają się bawić dźwiękiem i formą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, czego najlepszym przykładem dwa kolejne utwory - ciężki, pokręcony "Indiscipline", oraz zdradzający wpływy muzyki afrykańskiej "Thela Hun Ginjeet" (tytuł ten jest anagramem słów "heat in the jungle"). Longplay zamykają dwie instrumentalne kompozycje. Ponadośmiominutowy, bardzo klimatyczny "The Sheltering Sky" przepięknie się rozwija, czarując dźwiękowymi pejzażami przetworzonej gitary i "plemiennych" perkusjonaliów. "Discipline", zgodnie z tytułem, jest natomiast bardziej zdyscyplinowanym, uporządkowanym utworem, w którym skomplikowane partie instrumentalne układają się w zgrabną, melodyjną całość.

"Discipline" kompletnie nie przypomina wcześniejszych dzieł King Crimson i dlatego album powinien ukazać się pod innym szyldem. Abstrahując od kwestii nazewnictwa, longplay sprawia naprawdę dobre wrażenie. Jest dowodem na to, że w latach 80. wciąż można było grać muzykę ambitną, a przy tym oryginalną i nietkwiącą w przeszłości, a pomysłowo czerpiącą z współczesnych sobie rozwiązań. Robert Fripp nie bał się całkowicie zmienić muzyki swojego zespołu i narazić na niezrozumienie dotychczasowych wielbicieli, za co należy mu się szacunek. Osobiście preferuję dokonania King Crimson z poprzedniej dekady. Ale choć "Discipline" jest od nich tak bardzo odmienny, prezentuje równie wysoki poziom.

Ocena: 8/10



King Crimson - "Discipline" (1981)

1. Elephant Talk; 2. Frame by Frame; 3. Matte Kudasai; 4. Indiscipline; 5. Thela Hun Ginjeet; 6. The Sheltering Sky; 7. Discipline

Skład: Adrian Belew - wokal i gitara; Robert Fripp - gitara; Tony Levin - Chapman stick (1,2,4,6,7), bass (3,5), dodatkowy wokal (2,5); Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson i Rhett Davies


5 kwietnia 2017

[Recenzja] Fleetwood Mac - "The Original Fleetwood Mac" (1971)



"The Original Fleetwood Mac" to kolejna składanka w dorobku Fleetwood Mac. Tym razem zawierająca wyłącznie materiał nigdy wcześniej niepublikowany. Utwory zostały zarejestrowane podczas różnych sesji, w latach 1967-68. Najstarsze nagrania pochodzą z sierpnia 1967 roku, gdy grupa jeszcze formalnie nie istniała. Peter Green, John McVie i Mick Fleetwood wciąż byli wtedy członkami zespołu Johna Mayalla, który pozwolił im wykorzystać część swojego czasu studyjnego. Rezultatem były dwa utwory: zadziorny instrumental "Fleetwood Mac" - nazwany tak przez Greena na cześć sekcji rytmicznej - wyróżniający się świetnymi solówkami lidera na gitarze i harmonijce, oraz bardzo typowa bluesowa ballada "First Train Home". To właśnie po ich nagraniu Green podjął decyzję o stworzeniu własnego zespołu, w skład którego mieli wejść także Fleetwood i McVie.

Pozostałe utwory zostały zarejestrowane przez zespół na przestrzeni kilku miesięcy, w tym samym czasie, co albumy "Fleetwood Mac" i "Mr. Wonderful". Nie są to jednak typowe odrzuty, bo kompozycje trzymają wysoki poziom, a czasem nawet przewyższają kawałki, które trafiły na wspomniane albumy. Naprawdę trudno zrozumieć dlaczego podczas układania tracklisty debiutanckiego longplaya nie uwzględniono takich utworów, jak ciężki blues "Drifting", z elektryzującymi solówkami Greena, czy przepięknej ballady "A Fool No More" (ponad dekadę później nagranej przez Petera na jego drugi solowy album, "In the Sky", w jeszcze bardziej poruszającej wersji). Niewiele ustępuje im żywiołowy instrumental "Watch Out". Z sesji "Mr. Wonderful" ostał się natomiast bardzo dobry "Worried Dream" - kolejna bluesowa ballada, zgrabnie dopełniona partiami pianina w wykonaniu Christine Perfect. Album zawiera także kilka nagrań z udziałem Jeremy'ego Spencera. Akustyczne bluesy "Mean Old Fireman" i "Allow Me One More Show", oba zarejestrowane bez pomocy pozostałych muzyków, oraz rockandrollowy "Can't Afford to Do It" urozmaicają całość, jednak najlepiej wypada "Love That Woman" - przyjemny blues o zdecydowanie "bielszym" odcieniu, niż pozostałe nagrania grupy z tego wczesnego okresu.

"The Original Fleetwood Mac" to bardzo dobre uzupełnienie dyskografii Fleetwood Mac. Longplay spokojnie mógł ukazać się pomiędzy "Mr. Wonderful" i "Then Play On" jako regularny album - pewnie nikomu nie przyszłoby na myśl, że to zbiór pozostałości po poprzednich sesjach.

Ocena: 8/10



Fleetwood Mac - "The Original Fleetwood Mac" (1971)

1. Drifting; 2. Leaving Town Blues; 3. Watch Out; 4. A Fool No More; 5. Mean Old Fireman; 6. Can't Afford to Do It; 7. Fleetwood Mac; 8. Worried Dream; 9. Love That Woman; 10. Allow Me One More Show; 11. First Train Home; 12. Rambling Pony #2

Skład: Peter Green - wokal i gitara (1-4,6-8,11-12), harmonijka (7,12); John McVie - bass (1-4,6-9,11,12); Mick Fleetwood - perkusja (1-4,6-9,11,12); Jeremy Spencer - wokal i gitara (5,6,9,10), pianino (9)
Gościnnie: Christine Perfect  - pianino (8)
Producent: Mike Vernon


4 kwietnia 2017

[Recenzja] Alphonse Mouzon - "Mind Transplant" (1975)



Alphonse Mouzon to jeden z najwybitniejszych perkusistów jazzowych. Grał m.in. na albumach Milesa Davisa*, Wayne'a Shortera, Herbiego Hancocka, Ala Di Meoli, Larry'ego Coryella, Donalda Byrda i Bobbi Humphrey, a także z zespołami Weather Report i The Eleventh House. Poza tym nagrywał solowe albumy. "Mind Transplant" to jego trzecie wydawnictwo. Wyraźnie słychać na nim inspirację longplayem innego słynnego perkusisty jazzowego - "Spectrum" Billy'ego Cobhama. Mouzon zaprosił nawet na sesję Tommy'ego Bolina, który brał udział w nagrywaniu tamtego albumu. Główna różnica pomiędzy "Spectrum" i "Mind Transplant" polega na tym, że o ile na dziele Cobhama gitara była raczej dodatkiem, swego rodzaju kontrapunktem dla wszechobecnych klawiszy Jana Hammera, tak dzieło Mouzona jest wręcz zdominowane przez brzmienia gitarowe. Oprócz Bolina zagrało tutaj także dwóch innych gitarzystów - Lee Ritenour (znany z płyt solowych, współpracy m.in. z Joe Hendersonem, oraz gościnnego występu na "The Wall" Pink Floyd) i uznany muzyk sesyjny Jay Graydon. Składu dopełnili dwaj mniej znany muzycy: basista Henry Davis i klawiszowiec Jerry Peters.

Zawarte tutaj utwory cechuje zazwyczaj szybkie tempo, bardzo intensywna gra Mouzona, oraz ostre, agresywne partie gitar - vide tytułowy "Mind Transplant", "Carbon Dioxide", "Ascorbic Acid", "Nitroglycerin". Bardziej funkowy charakter mają "Snow Bound" i "Happiness Is Loving You", utrzymane w nieco wolniejszym tempie i z bardziej uwypuklonymi liniami basu. Muzycy potrafią też zagrać bardziej klimatycznie, czego dowodem fantastyczny "Golden Rainbows", oparty na bardziej stonowanej, hipnotycznej grze sekcji rytmicznej, nastrojowych partiach pianina elektrycznego i olśniewających solówkach gitarowych. Wszystkie te kompozycje cechuje prawdziwa wirtuozeria i precyzja wykonawcza, wyrafinowanie, a zarazem niesamowita energia. Pod każdym z tych względów album może konkurować z dziełami wspomnianego Billy'ego Cobhama czy nawet z Mahavishnu Orchestra. Sporym zaskoczeniem może być natomiast utwór "Some of the Things People Do" - prosty, przebojowy kawałek funkowy, z partią wokalną w wykonaniu samego Alphonse'a. To prawdziwy ewenement, gdyż zdecydowana większość albumów fusion jest w całości instrumentalna. Utwór wypada jednak naprawdę nieźle i ciekawie urozmaica longplay, tworząc równowagę dla cięższych brzmieniowo i bardziej skomplikowanych nagrań.

"Mind Transplant" to wzorowy przykład muzyki fusion - jazz, rock i funk mieszają się tutaj w mniej więcej równych proporcjach, dzięki czemu słuchacze każdego z tych gatunków znajdą na tym albumie coś dla siebie. Pod względem kompozytorskim i wykonawczym jest to najwyższa półka. Gorąco polecam.

Ocena: 9/10

* Fakt, że jedynie na albumie "Dingo" z 1991 roku, a więc w schyłkowym i najmniej interesującym okresie twórczości Davisa, jednak nawet taka współpraca z najsłynniejszym jazzowym trębaczem dobrze wygląda w CV.



Alphonse Mouzon - "Mind Transplant" (1975)

1. Mind Transplant; 2. Snow Bound; 3. Carbon Dioxide; 4. Ascorbic Acid; 5. Happiness Is Loving You; 6. Some of the Things People Do; 7. Golden Rainbows; 8. Nitroglycerin

Skład: Alphonse Mouzon - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, wokal (6); Tommy Bolin - gitara; Lee Ritenour - gitara; Jay Graydon - gitara; Henry Davis - bass; Jerry Peters - instr. klawiszowe
Producent: Skip Drinkwater