21 marca 2017

[Recenzja] Santana - "Lotus" (1974)



Rok 1973 był niezwykle pracowity dla Carlosa Santany. Pierwsze miesiące pochłonęła współpraca z Johnem McLaughlinem, której wynikiem był album "Love Devotion Surrender" - w całości instrumentalny, utrzymany w stylistyce fusion. Ledwie zakończyła się sesja nagraniowa, a meksykański gitarzysta wrócił do studia, by rozpocząć pracę nad kolejnym albumem grupy Santana. Longplay zatytułowany "Welcome" jest kontynuacją jazzowego kierunku obranego na poprzednich albumach, lecz jednocześnie zrywa całkowicie z charakterystycznym dla grupy eklektyzmem. Niestety, same utwory wypadają bardzo słabo na tle wcześniejszych dokonań grupy. Już po nagraniu albumu, a jeszcze przed jego wydaniem, zespół wyruszył na trasę koncertową. Właśnie w jej trakcie, a konkretnie 3 i 4 lipca w Osace, zarejestrowany został pierwszy koncertowy album grupy, "Lotus".

To naprawdę obszerny materiał - ponad dwie godziny muzyki, rozłożone na trzy płyty winylowe (kompaktowe reedycje zazwyczaj są okrojone o kilka utworów). Na repertuar składają się aż 23 utwory, w większości znane z regularnych albumów, ale znacznie rozbudowane i przearanżowane, uzupełnione zupełnie nowymi kompozycjami o charakterze improwizacji. Wyraźnie daje o sobie znać fascynacja Carlosa jazzem. Nawet utwory, które w oryginalnych wersjach nie miały z jazzem nic wspólnego, tutaj nabrały zdecydowanie jazzowego charakteru. Chyba najbardziej słychać to na przykładzie "Black Magic Woman", który w tej wersji nie ma już nic z bluesowego pierwowzoru Fleetwood Mac. Warto zauważyć, że to jedyny utwór, w którym pojawia się "normalna" partia wokalna - niestety, interpretacja Leona Thomasa (znanego m.in. z rewelacyjnego albumu "Karma" Pharoaha Sandersa) wypada bardzo słabo w porównaniu z wykonaniami Gregga Roliego i Petera Greena - poza tym w "Se a Cabo" i "Toussaint L'Overture" pojawiają się latynoskie wokalizy, a cała reszta to granie instrumentalne. Na pierwszym planie dominuje gitara Santany, będącego w swojej szczytowej formie. To właśnie tutaj gra swoje życiowe solówki, z jednej strony przesiąknięte relaksującym, latynoskim klimatem, a z drugiej - rockowo zadziorne w brzmieniu. Pozostali muzycy też mają sporo okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Najwspanialsze momenty albumu to właśnie te oparte na zespołowych improwizacjach, jak "Every Step of the Way" czy przede wszystkim rozbudowany do 17-minut "Incident at Neshabur".

Mimo wszystko, przydałaby się tu jakaś selekcja materiału. Utwory mają bardzo podobny charakter, co w pewnym momencie zaczyna trochę nudzić. W bardziej skondensowanej formie album robiłby jeszcze lepsze wrażenie. Wyrzuciłbym przede wszystkim "Kyoto" - zdecydowanie za długą, dziesięciominutową solówkę perkusyjną Michaela Shrieve'a. Chyba nigdy nie zrozumiem, jak można zachwycać się solówkami perkusistów - chyba, że robią to inni perkusiści. Ogólnie jednak jest to naprawdę dobra koncertówka i być może najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek nagrał Carlos Santana.

Ocena: 8/10



Santana - "Lotus" (1974)

LP1: 1. Meditation; 2. Going Home; 3. A-1 Funk; 4. Every Step of the Way; 5. Black Magic Woman; 6. Gypsy Queen; 7. Oye Como Va; 8. Yours Is the Light; 9. Batukada; 10. Xibaba (She-Ba-Ba)
LP2: 1. Stone Flower; 2. Waiting; 3. Castillos de Arena (Part 1); 4. Free Angela; 5. Samba de Sausalito; 6. Mantra; 7. Kyoto; 8. Castillos de Arena (Part 2); 9. Se a Cabo
LP3: 1. Samba Pa' Ti; 2. Savor; 3. Toussaint L'Overture; 4. Incident at Neshabur

Skład: Carlos Santana - gitara, instr. perkusyjne, wokal (LP2: 9, LP3: 3); Tom Coster - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (LP2: 9); Richard Kermode - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (LP3: 3); Doug Rauch - bass; Michael Shrieve - perkusja; Leon Thomas - instr. perkusyjne, wokal (LP1: 5, LP2: 9, LP3: 3); José Areas - instr. perkusyjne, wokal (LP3: 3); Armando Peraza - instr. perkusyjne
Producent: Carlos Santana, Richard Kermode, Michael Shrieve, Doug Rauch, Tom Coster, Armando Peraza, Jose Areas


8 komentarzy:

  1. czy będą recenzje płyt Borboletta i Moonflower ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, być może. Ale chętnie już bym skończył z Santaną/

      Usuń
  2. Co takiego jest w solówkach perkusyjnych, że ich tak nie cierpisz ?:D Choć pryznaję, ta na "Lotus" jest nieco za długa jak na możliwości Shrieve'a.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie zazwyczaj nic w nich nie ma, poza przypadkowym waleniem w bębny ;) Rockowe solówki perkusyjne są niemiłosiernie nudne. Jazzowi perkusiści grają je bardziej pomysłowo i finezyjnie, więc u nich ma to więcej sensu, niż tylko danie pozostałym muzykom paru minut odpoczynku.

      Usuń
    2. Tu akurat się zgodzę, żaden perkusista rockowy nie dorówna w tym względzie takim mistrzom jak Buddy Rich czy Ginger Baker (ten drugi to w zasadzie mój absolutny faworyt). John Bonham z rockowych dawał radę, ale trwało to zdecydowanie za długo i zbyt wiele było momentów, gdy grał z częstotliwością "jedno uderzenie na 3 sekundy"

      Usuń
    3. Równie dobrze można nazwać granie na gitarze przypadkowym uderzaniem w struny :)

      Usuń
    4. Nie. Solówki gitarowe, nawet gdy są improwizowane (a w muzyce rockowej rzadko kiedy, jeśli w ogóle, są improwizowane w całości), to tworzą logiczny ciąg dźwięków, utrzymanych w danej skali lub tonacji, składających się na melodię.

      Usuń
    5. Ja to napisałem tak z przekąsem. Solówki gitarowe mają więcej sensu, ale nie skreślałbym całkowicie tych perkusyjnych (rockowych) - w końcu lubię słuchać wielu z nich. Szczególnie, gdy są pokazem technicznych umiejętności danego bębniarza, a nie tylko prostym naparzaniem w werbel.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.