6 marca 2017

[Recenzja] Kin Ping Meh - "Kin Ping Meh" (1972)



Kin Ping Meh to niemiecki zespół o oryginalnej nazwie, zainspirowanej chińską powieścią "Jin Ping Mei". W latach 70. grupa wydała kilka albumów, raczej na wyrost zaliczanych do nurtu zwanego krautrockiem (choć część z nich powstawała pod okiem nadwornego producenta krautrockowców, Conny'ego Planka). Zawarta na nich muzyka jest nie tylko bardziej konwencjonalna i mniej innowacyjna od tej tworzonej przez głównych przedstawicieli nurtu, ale także bliższa brytyjsko-amerykańskiego rocka. Co oczywiście nie znaczy, że nie warta poznania. Zespół ma naprawdę sporo do zaoferowania.

Już na otwarcie debiutanckiego, niezatytułowanego albumu pojawia się dziesięciominutowa kompozycja "Fairy-Tales", w której nie brakuje świetnego riffowania i solówek wywodzących się z bluesowo-hardrockowej tradycji Cream i Jimiego Hendrixa, fantastycznych Hammondów kojarzących się z Deep Purple, solidnej podstawy rytmicznej, oraz zadziornego, lecz melodyjnego śpiewu. Do tego dochodzi psychodeliczny klimat, szczególnie podczas części instrumentalnej z długą perkusyjną solówką. Zespół jest naprawdę dobry w takim graniu, co potwierdzają zbudowany na podobnej zasadzie, jeszcze ostrzejszy "Don't You Know", pełen dynamicznych kontrastów "Drugson's Trip", oraz konkretny hardrockowy czad "Everything". Wszystkie z nich fantastycznie łączą brzmieniowy ciężar, dobre, niebanalne melodie i świetne partie instrumentalne.

Na longplayu nie brakuje też łagodniejszych utworów. Bardzo ładnie wypada "Sometime" - ballada o bluesowym odcieniu, bardzo nastrojowa, zdominowana przez elektryczne organy, ale także z ostrzejszymi gitarowymi solówkami. Rewelacyjny klimat ma także "My Dove", wyróżniający się zastosowaniem melotronu, dzięki któremu kojarzyć się może z brytyjskim progiem, ale i tutaj nie brakuje hardrockowych zagrywek gitarowych. Pewnemu uroku nie można odmówić także częściowo akustycznemu "My Future", choć tu już robi się nieco banalnie i sztampowo, przede wszystkim w warstwie wokalnej. Nieporozumieniem jest natomiast folkowo-country'owy, wyraźnie inspirowany Neilem Youngiem "Too Many People", który nie tylko kompletnie nie pasuje do reszty albumu, ale i sam w sobie jest niezbyt ciekawy, za bardzo rozwleczony.

Eklektyzm nie do końca wyszedł na dobre debiutanckiemu albumowi Kin Ping Meh, jednak wciąż jest to solidna porcja naprawdę dobrego grania, które powinno przypaść do gustu przede wszystkim wielbicielom ambitniejszego hard rocka, tudzież cięższego rocka progresywnego.

Ocena: 8/10



Kin Ping Meh - "Kin Ping Meh" (1972*)

1. Fairy-Tales; 2. Sometime; 3. Don't You Know; 4. Too Many People; 5. Drugson's Trip; 6. My Dove; 7. Everything; 8. My Future

Skład: Werner Stephan - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Willie Wagner - gitara, harmonijka (4), dodatkowy wokal; Torsten Herzog - bass, dodatkowy wokal; Kalle Weber - perkusja i instr. perkusyjne; Frieder Schmitt - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: Conny Plank

Wiele źródeł jako datę wydania tego albumu podaje rok 1971, ale najbardziej wiarygodne wydają się dane z serwisu Discogs.com, w których widnieje rok 1972.


3 komentarze:

  1. Bardzo miły zespół, szczególnie na opisywanej przez Ciebie płycie, bo później bywało niestety tylko gorzej. Bardzo miły zespół, ale chyba nie ma przypadku w tym, że jest raczej niezbyt znany. Nie jest to ani wybitny hard rock, ani szczególnie odkrywczy kraut - bo trochę krautrocka tutaj jest: w warstwie rytmicznej, w tych psychodelicznych przejściach, wejściach etc, w brzmieniu, które jest jednak nieco bardziej sfuzzowane niż u Brytyjczyków.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czy późniejsze płyty zespołu również są godne uwagi?

    OdpowiedzUsuń