31 marca 2017

[Recenzja] Caravan - "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" (1970)



Najsłynniejszym albumem Caravan jest trzeci z kolei, "In the Land of Grey and Pink". Gdybym jednak miał wskazać najbardziej interesujące wydawnictwo grupy, bez wahania wybrałbym wydany rok wcześniej "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You". Muzykom udało się tutaj osiągnąć doskonałe proporcje pomiędzy graniem bardziej przebojowym i piosenkowym, a bardziej ambitnym. Przeważa tutaj to drugie. Piosenkową formę mają tylko dwa utwory, wydane zresztą na promującym album singlu, czyli bardzo pogodny twór tytułowy oraz psychodeliczny, trochę w stylu wczesnego Pink Floyd, "Hello Hello". Są też dwie proste miniaturki: elektroniczna "Asforteri", oraz folkowa, oparta na brzmieniu gitary akustycznej i fletu "Limits".

W pozostałych kompozycjach muzycy rozwijają skrzydła. Najkrótsza z nich, "As I Feel I Die", rozpoczyna się bardzo subtelnie, wręcz eterycznie, by w drugiej minucie niespodziewanie nabrać dynamiki i... wyraźnie jazzrockowego charakteru. "And I Wish I Were Stoned / Don't Worry" to z kolei ładna i bardzo melodyjna piosenka, o zdecydowanie niepiosenkowej długości ośmiu minut, zachwycająca długimi klawiszowymi solówkami Davida Sinclaira. Bardzo dużo dzieje się w blisko dziesięciominutowym "With an Ear to the Ground / You Can Make It / Martinian / Only Cox / Reprise", który zgodnie z tytułem składa się z kilku części o zróżnicowanym charakterze. Największe wrażenie robi nagłe zwolnienie z partią fletu w wykonaniu Jimmy'ego Hastingsa i wszystko to, co dzieje się później. Na tej samej zasadzie zbudowany został "Can't Be Long Now / Françoise / For Richard / Warlock" - prawdziwe opus magnum, nie tylko tego albumu, ale całej twórczości Caravan. To czternaście minut głównie instrumentalnego grania, raz bardziej folkowego, raz jazzującego, a kiedy indziej po prostu rockowego, z fantastycznymi partiami Hastingsa na flecie i saksofonie, oraz pełną zaangażowania grą pozostałych muzyków.

"If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" jest albumem trochę nierównym, ale i tak najlepszym w dyskografii zespołu, łączącym świetne melodie z bardziej ambitnymi pomysłami. Jeżeli ktoś dopiero planuje zagłębienie się w Scenę Canterbury, to ten longplay wydaje się idealny na początek, ponieważ są na nim wyraźnie zarysowane najistotniejsze cechy tego nurtu, a zarazem jest znacznie bardziej przystępny, niż twórczość Soft Machine, Gong, czy Hatfield and the North. Z dużym prawdopodobieństwem album ma szanse spodobać się słuchaczom psychodelii i głównonurtowego rocka progresywnego.

Ocena: 9/10



Caravan - "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You" (1970)

1. If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You; 2. And I Wish I Were Stoned / Don't Worry; 3. As I Feel I Die; 4. With an Ear to the Ground / You Can Make It / Martinian / Only Cox / Reprise; 5. Hello Hello; 6. Asforteri 25; 7. Can't Be Long Now / Françoise / For Richard / Warlock; 8. Limits

Skład: Pye Hastings - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Richard Sinclair - wokal, bass, instr. perkusyjne; David Sinclair - instr. klawiszowe; Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - saksofon, flet
Producent: Terry King


18 komentarzy:

  1. Przesłuchałem (również bonusowe), naprawdę spoko album. Do końca nie schodzi poniżej dobrego poziomu.

    Co do pierwszego akapitu, to nasuwa mi się pewna analogia z moim postrzeganiem grupy Breakout - najsłynniejszy jest trzeci w dyskografii "Blues", a moim zdaniem znacznie lepszy jest poprzedzający go "70a". Nawet lata wydania podobne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak chyba mam z większością wykonawców ;) Na przykład śmieszy mnie, że najpopularniejsze albumy Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple to "IV", "Paranoid" i "Machine Head". Tylko dlatego są najpopularniejsze, że to na nich znalazły się najpopularniejsze utwory tych grup. A każda z nich nagrała kilka znacznie lepszych longplayów. Albo "The Dark Side of the Moon" - wielki to album, bardzo piękny, ale z Floydów zawsze wolałem "Wish You Were Here". Fleetwood Mac z najpopularniejszego okresu jest dla mnie niesłuchany, za to bardzo lubię ich bluesowe nagrania. Nigdy nie rozumiałem fenomenu "Sierżanta Pieprza" i "Białego albumu" - oba są dla mnie bladym cieniem "Revolver" i "Abbey Road". Judas Priest z lat 80. jest żałosny, ale w latach 70. grali całkiem fajnie. Długo tak mógłbym wymieniać ;) Czasem jednak zgadzam się z opinią większości, jak w przypadku debiutu King Crimson.

      Usuń
  2. Taka opinia wymaga odpowiedzi:

    Zeppelini - najbardziej podoba mi się "IV", nie dlatego że jest najpopularniejszy, ale dlatego że poza wypełniaczem "The Battle of Evermore" jest doskonały pod każdym względem.

    Black Sabbath - nie wiem jaki album wybrałbym za najlepszy (pierwsze 3 są 10-tkowe), ale chyba byłby to "Master of Reality".

    Deep Purple - wiadomo, że ich największym osiągnięciem jest "In Rock", MH jest za bardzo wygładzony, mało spontaniczny, "Highway Star" czy "Space Truckin'" dopiero na żywo nabrały tzw. ognia.

    Pink Floyd - tu się nie odniosę, bo nie znam wszystkim albumów (w tym "Wish You Were Here").

    Beatlesi - to prawda, że "Revolver" i "Abbey Road" to najlepsze ich dzieła. Mi "Sierżant Pieprz" na początku nie do końca spasował, ale z nim trzeba się nieźle osłuchać, żeby docenić. Nadal czekam na reckę:) "Biały album" - wpadł w pułapkę większości dwupłytowców - razi nierównością, ale to kawał dobrej, przemyślanej muzy (nie wliczam do niej dziwadła pt. "Revolution 9").

    Judas w 80s - a tam żałosny, na co najmniej 3 albumach naprawdę dobrze grali (szczególnie na "Defenders of the Faith").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "IV" jest bardzo dobra. Ale wolę bardziej bluesowe "I" i "II", zespół gra tam bardziej bezkompromisowo ;) "Paranoid" i "Machine Head" mają świetne momenty, ale nie zmieściłyby się na moim podium najlepszych dokonań tych zespołów. Szczególnie ten drugi byłby od niego daleko. Judas z lat 80. to kicz i sztampa, jak ~99% heavy metalu.

      Do nieznajomości "Wish You Were Here" lepiej się nie przyznawać. Jeden z najwspanialszych albumów, jakie kiedykolwiek się ukazały. W sumie wszystko, co Pink Floyd nagrali do odejścia Rogera Watersa, trzeba znać.

      Usuń
    2. Im więcej słucha się bluesa czy jazzu, tym mniej ceni się heavy metal? Może to tylko moje spostrzeżenie.


      Ja w heavy metalu cenię sobie przede wszystkim energię (wiem, że energia to nie wszystko) - a że nie jest to bardzo rozbudowany gatunek to inna sprawa. Oczywiście, wiele zespołów ma problem z graniem tego dobrze. Kicz? Nie sądzę. Choć czasem tak. Takie zespoły jak Iron Maiden, Accept, Black Sabbath (z Dio) czy pierwsze 4 płyty Saxona wiele wycisnęły z tego stylu.

      Usuń
    3. https://www.youtube.com/watch?v=L397TWLwrUU
      Jeżeli to nie jest kicz, to nie wiem co nim jest. I nie chodzi tylko o teledysk i image muzyków. Ścieżka dźwiękowa jest tak samo tandetna. Czym to się niby różni od disco polo, nie licząc instrumentarium i brzmienia?

      Usuń
    4. Czym się różni? Tym o czym piszesz, większą chwytliwością i dużo lepszym wykonaniem. Po prostu nie mogę hejtować heavy metalu, bo to muzyka w moim guście. Ale nigdy bym nie porównał do disco polo (który nie da tyle energii i nie ma w sobie nawet w 1% takiej żywiołowości) :)

      Sami Judasi mają w dyskografii lepsze ostrzejsze kawałki, jak "Freewheel Burning", "Electric Eye", "Devil's Child" czy "Redeemer of Souls".

      Usuń
    5. Maksymalna prostota, ewidentnie komercyjny charakter, kiczowata konwencja, infantylny tekst - wbrew pozorom ten kawałek (i wiele innych JP) bardzo wiele łączy z najmniej ambitnymi, najbardziej tandetnymi odmianami popu (w tym disco polo). Inne jest tylko przebranie, przez co muzyka ta trafia do innych (przynajmniej pozornie) odbiorców.

      Judasi w swojej dyskografii mają przede wszystkim takie albumy, jak "Sad Wings of Destiny" i "Sin After Sin". Oba stoją u mnie na półce (pomiędzy Johnem Mayallem i Keef Hartley Band;) i czasem do nich wracam. To jest całkiem przyzwoity hard rock z drugiej połowy lat 70., czyli już zapowiadający nadejście kiczowatych lat 80., ale wciąż mający coś do zaoferowania. Coś więcej, niż banalne, dziecinne przyśpiewki o łamaniu prawa, życiu po północy, bogach metalu czy turbo kochankach ;)

      Usuń
    6. Czekam więc na jakieś zaktualizowanie recek Judasów, żeby zobaczyć jakie utwory ostały się w Twojej opinii jako te bardziej słuchalne - o ile są takie :)

      Mi prostota nie przeszkadza, jeśli kompozycja jest fajnie pomyślana, zagrana i niemonotonna, a tak jest w większości nut JP i innych grup heavy metalowych, które lubię. Choć z drugiej strony do kilku utworów Judasów już chyba nigdy się nie przekonam - np. "You're Got Another Thing Comin'".

      Usuń
    7. Już to kiedyś pisałem w komentarzach, ale napiszę jeszcze raz. Prostota sama w sobie nie jest zła. Może być zarówno wadą, jak i zaletą, jak i w ogóle może nie mieć znaczenia. Proste, sympatyczne piosenki Beatlesów są świetne. Proste, pomysłowe utwory Floydów często są prawdziwymi arcydziełami. Ale prostota w połączeniu z banałem i/lub tandetą i/lub sztampą i/lub infantylizmem to już przepis na katastrofę ;)

      Z drugiej strony sama wirtuozeria nie gwarantuje dobrej muzyki. Weźmy takiego Yngwiego Malmsteena. Facet potrafi grać na gitarze bardzo skomplikowane rzeczy, ale kompozytorem jest żadnym. Nigdy nie stworzył dobrego utworu. Zresztą wszystkie jego kawałki są tylko pretekstem do zaprezentowaniu kilku (wciąż tych samych) cyrkowych sztuczek na gitarze. W dodatku wszystko u niego tonie w kiczu i pretensjonalności. Tragedia.

      Usuń
    8. A jakie są twoim zdaniem najlepsze grupy heavy metalowe? Poza Maidenami.

      Usuń
    9. Hmm... Najlepsze zespoły heavy metalowe to: Iron Maiden, Black Sabbath bez Ozzy'ego (bo z Ozzym grali hard rock), Mercyful Fate, Diamond Head, Angel Witch, Dio, Judas Priest. Mniej więcej w takiej kolejności. Jak widać, wymieniłem też wykonawców, których twórczość w dużym stopniu uważam za tandetną (ale niektóre albumy uważam za udane). Po prostu inni przedstawiciele są jeszcze bardziej kiczowaci, sztampowi i infantylni.

      Usuń
    10. A mnie Angel Witch nie przekonuje. Pozs całkiem dobrym, choć nieco przecenionym debiutem żaden ich album mi się nie podobał.

      A co do tego "Breaking the Law" to moim zdaniem nie jest wcale taki banalny, a przy tym bardzo chwytliwy. Już taki "You Say Yes", "Love Bites" czy duża część "Turbo" jest dużo gorsza.

      Usuń
    11. Bo poza debiutem Angel Witch nic dobrego nie nagrał. A nawet na tym albumie zawarte są chyba wszystkie najgorsze cechy heavy metalu - może oprócz "malmsteenowania".

      Usuń
  3. Szanowni Państwo, z nieukrywaną przykrością konstatuję - już od pewnego czasu - deprecjonowanie nazw WASZYCH ULUBIONYCH przecież kapel. To jakaś niezrozumiała, dziwaczna i wstrętna maniera. Zamiast Black Sabbath (są Sabaci), Pink Floyd (Floidzi), Iron Maiden (Ironi), Judas Priest (Judasi), King Crimson (Crimsoni), Led Zeppelin (Zepellini - często wymawiani do kompletu, o zgrozo jako CE-pelini). Można by tak wyliczać bez końca, ale i po co? Dla mnie jest to absolutnie nie do przyjęcia. Gdyby to jeszcze było czynienie z RÓŻY różyczki, a niech tam.., ale pisanie/mówienie "Floidzi" nagrali to czy tamto - w miejsce PINK FLOYD (dla mnie brzmi dumnie i szlachetnie) nagrali to czy tamto, rzuca dosłownie o ścianę. Brakuje jeszcze tego, aby mowa była o Caravani (Caravan ), Cani (Can), Sofci (Soft Machine) etc, etc. A co w przypadku THE BAND - Bandzi..??? Brrr, po prostu ohyda.. Przyjrzycie i wsłuchajcie się w to co artykułujecie. Szanujcie tych, których wielbicie - z pewnością są tego WARCI. Toż to są ARTYŚCI co się zowie, bez twórczości których nasz świat byłby szary i smutny, a upływający czas nijaki. Jak stwierdził onegdaj uwielbiany przeze mnie Frank Zappa - "Bez muzyki, która go ozdabia, czas jest tylko nudną produkcją terminów i dat, za które trzeba płacić rachunki"... Jeśli powyższe wprawiło Was w konsternację, bunt czy nawet złość to bardzo dobrze - taki był zamiar. Pozdrawiam MELOMANÓW.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to śpiewał Mick Jagger - "It's only rock'n'roll". Nie bądźmy cały czas smutni i poważni.

      Usuń
    2. Przestańmy robić z igły widły :) To dogodne skróty, które nikogo nie obrażają.

      Usuń
  4. A cóż to ma wspólnego ze smutkiem, powagą czy z obrażaniem kogokolwiek ? To jest pospolite "odwracanie kota ogonem". Skrótem to jest ELP (Emerson, Lake & Palmer).. Nie oczekuję zmiany świata. Kto chce niech sobie FLOIDZI, IRONI, JUDASI do końca swych dni, jeśli mu to "nie zgrzyta między zębami", jego sprawa. Nie wmawiajmy sobie natomiast, że to jest "w dechę" - NIE JEST... Hough.

    OdpowiedzUsuń