3 marca 2017

[Recenzja] Camel - "Mirage" (1974)



Album "Mirage" zdobi jedna z najbardziej rozpoznawalnych i kontrowersyjnych okładek w historii muzyki rockowej. Pojawia się na niej bowiem grafika i logo znane z papierosów marki Camel (co szczególnie ciekawy efekt dało to na wydaniu kasetowym, które ze względu na rozmiar i kształt bardzo łatwo można pomylić z prawdziwą paczką papierosów). Skąd ten pomysł? Znane są dwie wersje wydarzeń. Według pierwszej, pochodzącej z oficjalnej strony zespołu, okładka miała być żartem ze wszystkich osób, które dopatrywały się nikotynowych skojarzeń w nazwie zespołu. Amerykański koncern tytoniowy uznał jednak, że okładka narusza jego prawa i w rezultacie w Stanach album ukazał się z inną grafiką (bardzo tandetną - patrz niżej). Wkrótce jednak obie strony zdołały się dogadać, a koncern został patronem i sponsorem zespołu. Inną wersję zdarzeń przedstawił perkusista Andy Ward, twierdzący, że okładka była efektem kontraktu podpisanego przez nowego wydawcę zespołu, firmę Deram, z koncernem. Kontrakt został jednak szybko zerwany, co spowodowało zmianę grafiki na wydaniu amerykańskim.

Nie mniej interesująco wypada muzyczna zawartość albumu. To właśnie na nim znalazły się dwie najwspanialsze kompozycje Wielbłąda - "Nimrodel / The Procession / The White Rider" i "Lady Fantasy". Obie długie, trwające blisko dziesięciu minut, składające się z kilku części, dość różnorodne i ciekawie zaaranżowane, ale niespecjalnie skomplikowane. W tej muzyce nie chodzi o pretensjonalne popisy w stylu Keitha Emersona czy Ricka Wakemana, a o tworzenie interesującego klimatu i pięknych melodii. Pod tymi względami zespół zbliżył się tutaj do perfekcji. Ale "Mirage" to nie tylko te dwa utwory. Znalazł się tu także przebojowy, zadziorny "Freefall" - pozornie konwencjonalny rockowy kawałek, ale z bardziej progresywną, zahaczającą lekko o jazz rock częścią instrumentalną. Nie mogło - jak to u Camel - zabraknąć utworów w całości instrumentalnych. Łagodny, wbrew tytułowi, "Supertwister" to przede wszystkim popis gry na flecie w wykonaniu Andrewa Latimera, który posiada swój własny - jakże odmienny od Iana Andersona z Jethro Tull czy Chrisa Wooda z Traffic - ale również bardzo interesujący styl gry na tym instrumencie. Natomiast "Earthrise" opiera się na galopującej grze sekcji rytmicznej, będącej tłem do syntezatorowych i gitarowych solówek - na szczęście Peter Bardens nie używa tu zbyt kiczowatego brzmienia syntezatora i jego popis nawet dzisiaj brzmi całkiem przyzwoicie.

Najsłabszym ogniwem wciąż pozostaje brak charyzmatycznego wokalisty. O ile w łagodniejszych fragmentach głosy Latimera, Bardensa i Fergusona pasują idealnie, tak już w ostrzejszym "Freefall" śpiew Bardensa jest zbyt łagodny. Ogólnie jednak jest to bardzo udany album, będący sporym skokiem jakościowym w porównaniu z - także przecież udanym - debiutem. Co prawda nie umieściłbym "Mirage" wśród najlepszych albumów progrockowych, ale wśród najpiękniejszych już jak najbardziej.

Ocena: 9/10



Camel - "Mirage" (1974)

1. Freefall; 2. Supertwister; 3. Nimrodel / The Procession / The White Rider; 4. Earthrise; 5. Lady Fantasy

Skład: Andrew Latimer - gitara, flet, wokal (3,5); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (1,5); Doug Ferguson - bass, wokal (5); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: David Hitchcock


Po prawej: okładka amerykańskiego wydania.



12 komentarzy:

  1. Ta recenzja i ocena albumu jest tak oczywista że nie wymaga komentarza;-) A tak na serio to zastanawiam się dlaczego ta płyta i pochodzący z niej genialny kawałek Lady Fantasy nigdy nie są wymieniane jako kanon rocka. Uważam to za wielkie niedopatrzenie i oczywistą niespawiwdliwość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie dlatego, że brzmi jak mieszanka 7 lat od niego starszych nagrań The Doors z graniem drugiej fali proga (zwłaszcza jak Genesis i Pink Floyd z lat 70') 4 lata wcześniej. A biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach 4 lata to była cała epoka, zaś między 67 a 74 takich epok upłynęło kilka wypadałoby sobie jasno powiedzieć, że Lady Fantasy - i w ogóle Camel - to muzyka bardzo ładna, ale też bardzo odtwórcza. A odtwórczych rzeczy raczej do kanonów się nie włącza.

      Chyba, że chodzi o kanony pseudorockowego dziadostwa z radia, w których brylują totalnie odtwórczy Guns'n'Roses i Aerosmith, tylko, że na tego typu kanony Camel grał chyba jednak zbyt skomplikowanie ;)

      Usuń
  2. Dlaczego uważasz, ze album należy do jednego z najpiękniejszych, ale równocześnie nie należy do najlepszych? Wyczuwam tu dysonans.

    OdpowiedzUsuń
  3. Michał B. - Bo album ukazał się późno i nie wniósł nic nowego.

    Rafał Bigda - Bo jest zbyt wiele lepszych albumów.

    OdpowiedzUsuń
  4. I co, więcej Camela nie będzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chcę znów słuchać tych ich smętów ;)

      Usuń
    2. > pisz przychylne recenzje z wysokimi ocenami
      > narzekaj, że nie chcesz więcej słuchać, bo grają smęty

      Logika?

      Usuń
    3. Przecież mówię teraz o słuchaniu kolejnych albumów, a nie tych już zrecenzowanych.

      Usuń
    4. Ze zdania to nie wynika... to potem nagle zrobiło się tak źle?

      Usuń
    5. Ze zdania może i nie, ale z logiki już tak ;) Przecież do kolejnych recenzji musiałbym posłuchać następnych albumów, a nie znów tych.

      A posłuchaj sobie "Snow Goose" - przecież to jest tak słodkie, że aż mdli. Choć to i tak jeszcze nic przy "Harbour of Tears"...

      Usuń
    6. z tego co pamiętam to mi się podobało - a na pewno nie-niepodobało

      Usuń
  5. Snow Goose jest raczej baśniowe niż słodkie w mojej ocenie.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.