28 marca 2017

[Recenzja] Billy Cobham - "Crosswinds" (1974)



Drugi solowy album Billy'ego Cobhama został nagrany w równie gwiazdorskim składzie, co debiutancki "Spectrum". Co prawda, tym razem zabrakło w studiu Jana Hammera i Tommy'ego Bolina, pojawili się natomiast tacy muzycy, jak gitarzysta John Abercrombie, klawiszowiec George Duke, czy sekcja dęta składająca się z Garnetta Browna i braci Michaela i Randy'ego Breckerów. Nie będę wymieniać ich poszczególnych osiągnięć, ponieważ zajęłoby to zdecydowanie zbyt wiele miejsca. Wystarczy wspomnieć, że są to rozpoznawalne nazwiska w świecie jazzu. Większość z nich brała też udział w nagrywaniu różnych rockowych albumów, także stricte mainstreamowych.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania "Crosswinds" wypełnia 17-minutowa kompozycja "Spanish Moss - A Sound Portrait". Utwór składa się z czterech części, połączonych szumem wiatru: "Spanish Moss", łączącej funkowy puls sekcji rytmicznej z przestrzennymi, ilustracyjnymi partiami klawiszy i dęciaków; subtelnej "Savannah the Serene" z nostalgicznymi solówkami Browna na puzonie i Duke'a na pianinie elektrycznym; bardzo intensywnej perkusyjnej solówki "Storm"; oraz radosnego, mocno funkowego "Flash Flood". Druga strona longplaya składa się z trzech krótszych kompozycji. "The Pleasant Pheasant" i "Crosswind" to kolejne funkowe kawałki, bardzo energetyczne, oparte na świetnej pracy sekcji rytmicznej i licznych solówkach pozostałych muzyków. Pierwszy z nich wyróżnia się lekko latynoskim klimatem, za sprawą grającego na perkusjonaliach Lee Pastora; drugi jest bardziej zadziorny, zdominowany przez ostre solówki Abercrombiego, a dzięki temu najbliższy poprzedniego albumu. Umieszczony pomiędzy nimi "Heather" to dla odmiany bardzo wyciszona, niemal ambientowa kompozycja, z przepięknymi partiami klawiszy i saksofonu, oraz niezwykle delikatną grą Cobhama.

"Crosswinds" nie zdobył takiej popularności ani kultowego statusu, jak "Spectrum", jednak jest to album zdecydowanie bardziej dojrzały, ciekawszy i bardziej różnorodny pod względem kompozytorskim, a zarazem co najmniej tak samo dobrze zagrany. Miłośnikom jazz rocka i jazz funku z pewnością nie muszę tego albumu polecać, zaś wszystkich pozostałych zachęcam do poszerzenia swoich muzycznych horyzontów i sięgnięcie po "Crosswinds". Naprawdę warto.

Ocena: 9/10



Billy Cobham - "Crosswinds" (1974)

1. Spanish Moss - A Sound Portrait; 2. The Pleasant Pheasant; 3. Heather; 4. Crosswind

Skład: Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne; John Abercrombie - gitara; Michael Brecker - saksofon i flet; Randy Brecker - trąbka; Garnett Brown - puzon; George Duke - instr. klawiszowe; John Williams - bass i kontrabas; Lee Pastora - instr. perkusyjne
Producent: Billy Cobham i Ken Scott


1 komentarz:

  1. Tak, to mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o solowe dokonania tego znakomitego perkusisty. Bo do "Crosswinds" wracam najczęściej. Cała płyta brzmi kapitalnie od A do Z. Te cichsze i spokojniejsze momenty albumu są niczym miód na moje skołatane serce.
    Jakiś czas temu zakupiłem sobie tę płytę także na kompakcie, która wyszła w serii "Fusion Best Collection" stylizowanej na japońskie wydania. Brzmi wyśmienicie. Już wiem co dziś odpalę po powrocie do domu ;-)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.