7 lutego 2017

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Birds of Fire" (1973)



Minęło sporo czasu, odkąd opisałem debiutancki album Mahavishnu Orchestra. W tej sytuacji właściwym wydaje się przypomnienie początków zespołu. Jego twórcą był brytyjski gitarzysta John McLaughlin, który pod koniec lat 60. grał m.in. z Jackiem Brucem (album "Things We Like") i w grupie Tony Williams Lifetime, największą sławę przyniosła mu jednak współpraca z Milesem Davisem. Wziął udział w nagraniu kilku z najsłynniejszych albumów jazzowego trębacza, w tym "In a Silent Way", "Bitches Brew" i "Jack Johnson". Na ostatnim z nich bębnił Billy Cobham, którego McLaughlin zaprosił do nagrania swojego solowego albumu "My Goal's Beyond". Innym muzykiem, jaki na nim wystąpił, był grający na skrzypcach Jerry Goodman (wcześniej członek grupy The Flock). McLaughlin postanowił stworzyć z Cobhamem i Goodmanem nowy zespół, który nazwał Mahavishnu Orchestra. Składu dopełnili klawiszowiec Jan Hammer i basista Rick Laird, dla których było to pierwsze poważniejsze muzyczne przedsięwzięcie.

W sierpniu 1971 roku ukazał się debiutancki album zespołu, zatytułowany "The Inner Mounting Flame", będący jednym z najwspanialszych i najdoskonalszych przykładów muzyki jazz fusion. Równie entuzjastyczne opinie panują także na temat drugiego longplaya McLaughlina i spółki, "Birds of Fire". Ja jednak nie podzielam tych zachwytów, mam do niego bardziej krytyczny stosunek. Nie znaczy to bynajmniej, że to zły album. Muzycy wciąż grają na wysokim poziomie, co chwilę prezentując błyskotliwe solówki, nie zapominając o zespołowej interakcji. Problemem są natomiast same kompozycje. Spora część z nich sprawia wrażenie ledwie szkiców, pomysłów, które w interesujący sposób zostały rozwinięte dopiero na koncertach. Muzycy znacznie ograniczyli ilość nieokiełznanych improwizacji, jakie dominowały (i zachwycały) na poprzednim albumie. Dobrym przykładem takich zalążków kompozycji są "Celestial Terrestrial Commuters" i "Resolution", zaś w przypadku "Sapphire Bullets of Pure Love" nie można mówić nawet o zalążku, gdyż jest to tylko 24-sekundowy, nic nie wznoszący przerywnik. Nie przekonują też eksperymenty z brzmieniem (irytujące syntezatory, chociażby w "Celestial..."), ani żarty muzyczne (początek "Open Country Joy" mający, zgodnie z tytułem, wiele wspólnego z muzyką country).

A z drugiej strony natrafiamy tu na prawdziwe perełki, jak delikatny "Thousand Island Park", oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej, czarujący przepięknym klimatem. Albo "Hope", w którym subtelna partia skrzypiec kontrastuje z ponurym, ciężkim motywem gitarowym. Bronią się także cztery dłuższe (tzn. mieszczące się w przedziale czasowym od niespełna pięć do dziesięciu minut) utwory. Tytułowy "Birds of Fire" ma sporo wspólnego z debiutem, co słychać szczególnie w agresywnych, szybkich partiach McLaughlina, wysuniętych na pierwszy plan. Odmienny klimat przynosi "Miles Beyond (Miles Davis)", z uwypuklonym, wyrazistym rytmem, oraz solówkami kolejno na pianinie elektrycznym, skrzypcach i gitarze, które to instrumenty w końcówce idealnie ze sobą współpracują. Tytuł jest oczywiście hołdem dla Milesa Davisa, który wcześniej w ten sam sposób uhonorował McLaughlina, nazywając jego imieniem i nazwiskiem jeden z utworów na "Bitches Brew". W najdłuższym na płycie "One Word" pole do popisu mają wszyscy muzycy - świetnie wypadają solowe popisy sekcji rytmicznej - zwłaszcza basowe solo Lairda - poza tym fantastyczne solówki gra McLaughlin, za to Hammer spieprzył sprawę, grając na syntezatorze, zamiast na elektrycznym pianinie lub organach. Za to absolutnie nie mogę przyczepić się do "Sanctuary", w którym muzycy genialnie tworzą klimat i rewelacyjnie budują napięcie. To kulminacyjny punkt tego albumu.

"Birds of Fire" pozostawia pewien niedosyt. Część pomysłów nie została tu należycie rozwinięta, a kilka innych mogłoby zostać całkiem pominięte. Na szczęście stanowią one zdecydowaną mniejszość. Dominują tutaj utwory będące doskonałym przykładem jazzowo-rockowej fuzji. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli takiej stylistyki i warta poznania przez wszystkich pozostałych.

Ocena: 8/10



Mahavishnu Orchestra - "Birds of Fire" (1973)

1. Birds of Fire; 2. Miles Beyond (Miles Davis); 3. Celestial Terrestrial Commuters; 4. Sapphire Bullets of Pure Love; 5. Thousand Island Park; 6. Hope; 7. One Word; 8. Sanctuary; 9. Open Country Joy; 10. Resolution

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Mahavishnu Orchestra


4 komentarze:

  1. Też uważam, że to słabszy album od debiutu. Przede wszystkim dlatego, że kopiuje rozwiązania z poprzedniej płyty. Nawet zaczyna się podobnie. To dalej jest świetna muzyka, ale nie jest ani tak świeża, ani tak dobra jak wcześniej. Chociaż to nadal czołówka fusion.

    OdpowiedzUsuń
  2. A moim zdaniem album ciekawie rozwija pomysły z debiutu i coś nowego też wnosi. Ale brakuje tu takiej perełki jak "You Know, You Know'.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hammer nic nie spieprzył. To, że nie podoba Ci się brzmienie syntezatorów Mooga, nie znaczy, że Jan Hammer cokolwiek na tej płycie spieprzył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałem mnóstwo albumów, na których Moog nie brzmi tak tandetnie, jak na tym.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.