5 lutego 2017

[Blog] Looking Back: grudzień / styczeń

Na rockowej scenie robi się coraz bardziej pusto i smutno. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odeszło kilku kolejnych muzyków, którzy w większym lub mniejszym stopniu tworzyli historię rocka: dwaj frontmani King Crimson, Greg Lake i John Wetton, a także Butch Trucks z The Allman Brothers Band, oraz Geoff Nicholls z Black Sabbath. Każdy z nich brał udział w nagraniu co najmniej kilku albumów, które bardzo lubię i często do nich wracam.

Ostatnie dwa miesiące przyniosły także bardziej radosne wydarzenia, jak premiery nowych, bardzo dobrych longplayów The Rolling Stones i Johna Mayalla - oba wypełnione bezpretensjonalnym, szczerym blues rockiem, przypominającym najlepsze czasy takiej muzyki. Obawiam się tylko, że mogą to być ich ostatnie albumy, a wśród młodych wykonawców nie widać następców, którzy wypełniliby lukę. Pewien potencjał ma niedawno recenzowana przeze mnie grupa Svvamp, ale dopóki będzie ograniczać się do samego powielania kapel sprzed czterdziestu lat, pozostanie tylko ciekawostką dla największych wielbicieli takiego grania. A może w ramach muzyki rockowej już nie da się stworzyć niczego świeżego ani porywającego? Brak nowych naprawdę wybitnych albumów do niedawna aż tak bardzo mnie nie niepokoił, bo wciąż odkrywałem mnóstwo świetnej muzyki sprzed lat. Im więcej jednak znam płyt, tym bardziej wątpię, że jeszcze mogę znaleźć jakiś naprawdę dobry album rockowy. Dlatego coraz częściej i chętniej szukam dobrej muzyki w innych gatunkach, przede wszystkim w jazzie. Tam wciąż jest wiele interesujących rzeczy do poznania.


Zakupy płytowe w tym okresie zacząłem od "A Space in Time" Ten Years After. Kiedyś niespecjalnie przepadałem za tym albumem, ze względu na odejście grupy od blues rocka, ale od jakiegoś czasu takie folkowe klimaty zaczęły mi lepiej wchodzić. Kolejny zakup to aż trzy winyle za jednym zamachem: "The Time Is Near" Keef Hartley Band, "Brain Salad Surgery" ELP i "It's Only Rock'n' Roll" Rolling Stonesów.


Skoro już mowa o Stonesach, zakupiłem także najnowszy album, "Blue & Lonesome", ale wyjątkowo w wersji CD. Wydanie winylowe jest niestety bardzo nieprzyjazne, zarówno cenowo (trzy razy droższe od kompaktu) jak i przez formę wydania (dwie płyty przy ledwie 40 minutach muzyki). Kupiłem jeszcze jeden cyfrowy nośnik, DVD "Farewell Concert" grupy Cream. Pozostałe nowości w kolekcji to już same analogii: "Moving On" Johna Mayalla, "Third" Soft Machine, oraz "Octopus" Gentle Giant. Ten ostatni to niestety reedycja (ale wczesna, z lat 80.), bo strasznie trudno dostać wczesne wydania albumów tej grupy, w każdym razie w przystępnej cenie. Szkoda, bo chciałbym mieć wszystkie longplaye grupy, od debiutu do "Free Hand" włącznie.


Udało mi się zdobyć także dwa longplaye, na które polowałem już od dłuższego czasu - "Never Before" The Byrds (to składanka, ale z niedostępnymi nigdzie indziej, a świetnymi utworami) i "Play Me Out" Glenna Hughesa. Zrobiłem też mały eksperyment i po raz pierwszy kupiłem winyl u zagranicznego sprzedawcy. Wybrałem coś niedrogiego - singiel "Livin' on Dreams" Gary'ego Moore'a. Bardzo potrzebny w mojej kolekcji, bo zawierający przepiękny blues "The Messiah Will Come Again", nieobecny na winylowym wydaniu albumu "After the War". Przy okazji dowiedziałem się o istnieniu innej niż albumowa wersji "Livin' on Dreams" - na singlu brzmiącego bardziej bluesowo, za sprawą dodanej partii harmonijki.


PS. Tradycyjnie zachęcam wszystkich Czytelników do zadawania pytań, niekoniecznie związanych z powyższym wpisem.

49 komentarzy:

  1. A ja ostatnio odkrywam na nowo grupę Kansas.Wszystkie ich płyty wydane w latach 70tych moim zdaniem wstyd nie znać a "Two for the Show" z roku 1978 jest jedną z najlepszych koncertówek w historii rocka. Polecam i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kansas to był taki prototyp Dream Theater - biegli instrumentaliści, w sumie lepsi niż ci z DT bo naprawdę kreatywni i potrafiący wymyślić naprawdę fajne rzeczy, którzy masakrują swoją muzykę okropnymi partiami wokalnymi i łączą masturbacyjny (jak na tamte czasy) prog z dennym pop rockiem. Bardzo nie polecam.

      Usuń
    2. Teraz tylko czekać, aż zjawią się obrońcy DT ;)

      Usuń
  2. Nie wiem czy padło takie pytanie, ale którą z grup amerykańskich grających prostego rocka cenisz czy lubisz najbardziej? Chodzi o takie zespoły jak Van Halen, Kiss, Aerosmith. A jeśli tak to za co? I czy będzie kiedyś wiecej recenzji tych grup?

    Pytania powstały na fali mojego obecnego zainteresowania tą właśnię częścią rocka. Gorąco pozdrawiam, świetny blog.

    OdpowiedzUsuń
  3. Potwierdzam że Kansas to klasyka prog rocka. Faktycznie jedynie płyty z lat 70 są doskonałe. Późniejsze dokonania a zwłaszcza te z początku lat 80 są bardzo kiepskie. Ostatni album z 2016 r jest makabrycznie słaby co bardzo mnie rozczarowało. No ale jeśli z grupy odchodzi Steve Walsh to nie ma kto komponować dobrych numerów. Bardzo dobra natomiast jest też płyta Freaks of Nature z 95 r. Paweł czy zamierzasz zabrać się za ten zespół? Wiem że nie przepadasz za amerykańską muzyką ale uważam że Kansas musisz poznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To o mojej niechęci do amerykańskiej muzyki wymaga uściśnienia. Chodziło mi wyłącznie o taki prosty, sztampowy rock z lat 70. (Kiss, Aeroshit, Ramones, itd.) i różne pseudo-rockowe style z ostatniego ćwierćwiecza. Z tym głównie kojarzyła mi się amerykańska scena rockowa i stąd ta moja niefortunna wypowiedź, krzywdząca wielu wspaniałych wykonawców stamtąd się wywodzących (z których części już wtedy słuchałem).

      Oczywiście Kansas znam, słuchałem jakichś albumów. Nie wywołały u mnie jakiś skrajnie negatywnych emocji, ale skłamałbym, gdybym napisał, że się podobały. To dla mnie taki typowy zespół z amerykańskiej prowizji, który zdobył sławę koncertując gdzie się da i dostosowując swoją muzykę do przeciętnego amerykańskiego słuchacza, który nie ma żadnego doświadczenia z naprawdę ambitną muzyką, a więc można było mu to sprzedać jako jakiś artystyczny absolut ;) Bo w porównaniu z np. takim Kiss, jest to rzeczywiście znacznie bardziej wartościowa muzyka. Tylko że Kiss nie jest żadnym wyznacznikiem ambitnego grania. Natomiast jeśli porównać do brytyjskiego proga czy amerykańskiego fusion, to słychać, że Kansas to jednak bardzo komercyjne i proste granie, ale mające pretensje do bycia uważanym za ambitne.

      Usuń
    2. Wielka szkoda, że nie będzie tu nigdy recenzji Kiss - bo moim zdaniem to bardzo fajna grupka, grająca prosto, ale niesamowicie chwytliwie (ze szczególnym naciskiem na płytę "Dynasty"). Choć były tu kiedyś ze 2 ich recki.

      Usuń
    3. Od Kissów warto przesłuchać concept album "Music from 'The Elder', zupełnie inny od tego co zazwyczaj nagrywali. Swego czasu niedoceniony, ale zawierający naprawdę intrygującą muzykę.

      Usuń
    4. Nie warto. Ten album to naprawdę okropne połączenie sztampowego pseudo-hard rocka, kiczowatej pretensjonalności (te wszystkie orkiestracje, itp.) i tandetnego brzmienia lat 80. W ogóle nie warto tracić czasu na słuchanie Kiss. Z polecanych przeze mnie zespołów każdy na pewno znajdzie dla siebie coś znacznie lepszego.

      Przyznaję, że lubię utwory "Strange Ways" i "Goin' Blind" z ich drugiego albumu, "Hotter Than Hell". Na tamtym etapie kariery mieli jakiś potencjał, żeby zostać chociaż 2-ligową kapelą hardrockową, ale kompletnie go zmarnowali.

      Usuń
    5. Ja zawsze lubiłem ich debiut, a zwłaszcza utwory "Strutter", "Black Diamond" czy doskonały "100. Years" - ten ostatni to mój faworyt, widać tam ewidentną inspirację Black Sabbath. Przyznam, że lubię taką odmianę rocka - prostszą, ale bardzo energetyczną. Co sądzisz o tym albumie?

      Usuń
    6. Debiut jest tak nijaki, że kompletnie go nie pamiętam.

      Usuń
    7. Co do The Elder" to zaskoczyła mnie twoja ocena. Dla mnie to prawdopodobnie najlepsza płyta Kiss, która po prostu nie trafiła w swój czas. Zawierająca naprawdę intrygującą zawartość muzyczną i przemyślany koncept. Same utwory też wypadają na plus, m.in. niesamowicie czadowy, niemalże heavy metalowy "The Oath", przepiękne "A World Without Heroes" z subtelnym solem Stanleya czy mocne "Dark Light" Ace'a, który popisał się tu niezwykle precyzyjną solówką. A dla urozmaicenia jeden instrumental i masa ciekawych aranżacji.

      Nie wiem czemu, ale słuchając "The Elder" na myśl przychodzą mi średniowieczne klimaty. Niedoceniana perełka.

      Usuń
    8. Dla muzyków Kiss granie prostego hard rocka jest zbyt trudne, by robić to dobrze. Gdy taki zespół bierze się za nagranie czegoś, co w zamyśle ma być ambitne, po prostu musi się skończyć tragedią. W tym konkretnym przypadku rezultatem jest kolejny sztampowy album hardrockowy, równie słabo skomponowany i zagrany, ale "wzbogacony" o pretensjonalność, która w przypadku tak prostej muzyki jest dwukrotnie śmieszniejsza, niż u dajmy na to ELP. Muzycy Kiss nie mieli żadnych predyspozycji do stworzenia czegoś ambitnego.

      Porównaj ten swój "The Elder" z "Octopus" Gentle Giant. Albumem bardzo zróżnicowanym - od utworów inspirowanych muzyką dawną po hard rock - z bardzo interesującymi, pomysłowymi i naprawdę urozmaiconymi aranżacjami. Niby to samo o czym piszesz, a jakże ogromna przepaść dzieli te dwa albumy. Zamiast prostoty - wirtuozeria, zamiast pretensjonalności - zabawa muzyką, a poza tym znacznie lepsze melodie.

      Usuń
    9. No właśnie też mi strasznie brakuje tego Kiss; nie ma choćby cienia szansy na jakąkolwiek płytę na blogu ?

      Usuń
    10. Nie ma, ale w zamian polecam ten blog:
      http://muzycznerecenzje123.blogspot.com/search/label/Kiss

      Usuń
  4. A to nie jest tak, że im więcej znasz muzyki starej daty tym gorzej patrzysz na wykonawców młodych, uznając że nie oferują oni niczego odkrywczego, bądź chociaż trzymającego poziom starej gwardii?

    I analogicznie z wykonawcami amerykańskimi - poznajesz Soft Machiny i im podobne, w efekcie spojrzenie Ci się wyostrza i stwierdzasz, że np. Kansas to proste granie dla mas. Może dojdzie w końcu do sytuacji, w której staniesz się tak progresywno-jazzowy, że także oceny albumów Beatlesów czy Led Zeppelin pójdą drastycznie w dół, gdyż uznasz, że grali zbyt prost(ack)o?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad1. Nie trzeba przesłuchać tysiąca, ani nawet stu płyt, żeby dojść do takiego wniosku ;) Ale mi chodzi o coś zupełnie innego. Gdy kilka lat temu (jeszcze przed rozpoczęciem pisania tutaj) zacząłem poszukiwać mniej znanych i całkiem zapomnianych wykonawców z lat 60. i 70. (tzw. "nieznanego kanonu rocka"), wydawało się, że jest to studnia bez dna. Im więcej jednak tego znam, tym bardziej rozumiem, że ta studnia nie tylko ma dno, ale także, że już na kilka metrów wcześniej jest w niej sam szlam ;) Nie sądzę, żeby jeszcze gdzieś tam był jakiś naprawdę wartościowy zespół. Podobnie jak nie widzę go wśród nowych zespołów. Zdecydowana większość tych, które słyszałem, jest strasznie nudna. Choć są wyjątki, np. ostatnio przypomniałem sobie grupę Om. Całkiem to niezłe.

      Ad2. Absolutnie nie. Nigdy nie uważałem, że im coś bardziej jest skomplikowane, tym lepsze. Weźmy takiego Yngwie Malmsteen, który gra te wszystkie skomplikowane solówki, ale efekt jest po prostu gówniany. O wiele bardziej wartościowa jest twórczość bluesmanów, którzy grają prosto, ale naprawdę porywająco. Umiejętności techniczne można zastąpić czymś innym. Np. ogromną wyobraźnią, jaką mieli muzycy Pink Floyd. Nie byli to wirtuozi, w sumie oprócz Gilmoura byli to kompletni amatorzy, ale potrafili maksymalnie wykorzystać swoje umiejętności, co w połączeniu z wielką wyobraźnią, pozwalało im tworzyć wybitne rzeczy. Albo Beatlesi, szczególnie z pierwszych albumów - oczywiście, że zespół grał prosto i komercyjnie, ale przy okazji muzycy mieli ogromny dar do tworzenia naprawdę dobrych melodii, a przede wszystkim było to całkowicie bezpretensjonalne granie. Taka prostsza muzyka powinna być właśnie bezpretensjonalna. A nie jak u Kansas - prosta i bardzo pretensjonalna, bo jest to śmieszne.

      Większa wiedza, w postaci ilości przesłuchanych albumów, nie powinna prowadzić do słuchania tylko wybranych gatunków/stylów, a całkowitego odrzucenia innych, tylko dlatego, że z założenia są prostsze. Powinna za to nauczyć wybierania z tych wszystkich gatunków/stylów tego, co naprawdę wartościowe. Można słuchać zarówno Milesa Davisa, jak i Led Zeppelin, ceniąc ich za inne wartości. I wiedzieć, że nie warto słuchać np. Aerosmith, którzy są marnymi epigonami Zeppelinów i Stonesów.

      Usuń
    2. U mnie jest np. ten problem, że lubię klasyczne heavy, rock progresywny czy psychodeliczny, jestem otwarty na wiele gatunków, a mimo to takie Aerosmith idealnie trafia w mój gust (przynajmniej ich twórczość do połowy lat 90.). Mimo, że to prosta, niewymagająca rockowa muza, którą jednak wolę od Stonesów (przepraszam :) ). Być może wynika to poniekąd z sentymentu ("Get a Grip" było jedną z pierwszych płyt rockowych jakie słyszałem). Moim zdaniem udawało im się tworzyć bardzo dobre kompozycje i melodie o nieco komercyjnym odcieniu (w tym moje ulubione "Seasons of Wither" czy "Cryin'"). Moim zdaniem, nic w tym złego.

      Co pozwala mi tym samym cenić te "bardziej wartościowe" zespoły, jak Beatlesi czy Maideni. A przy okazji, poznawać regularnie coś zupełnie nowego, często bardziej skomplikowanego. Mimo to, nadal dobrze jest powrócić do takiej prostszej muzyki i cieszyć się nią.

      Usuń
    3. Ale Stonesi to też "prosta, niewymagająca rockowa muza", tylko bardziej przebojowa i pomysłowa (przynajmniej w latach 66-74) ;)

      Słuchanie z sentymentu to zupełnie inna kwestia. Akurat Aerosmith poznałem na szczęście dość późno, znając już część dyskografii Zeppelinów i Stonesów, więc od razu słyszałem w nich nudnych epigonów, grających o kilka poziomów niżej. Ale sam przecież długo miałem sentyment do Scorpionsów, którzy raczej nie zrobiliby na mnie wrażenia, gdyby nie byli pierwszym hardrockowym zespołem, jaki usłyszałem. Naprawdę żal mi czasu, który poświęciłem na katowanie "Blackout" (który jest tak płytki, że po jednym przesłuchaniu zna się go na wylot), nie wspominając już o próbach znalezienia czegoś ciekawego na albumach po '85 roku (które już wtedy uważałem za koszmarne, ale co jakiś czas chciałem zweryfikować swój osąd), podczas gdy tyle wspaniałej muzyki miałem wtedy jeszcze do odkrycia. Cieszę się, że zrobiłem krok do przodu i gdy teraz mam ochotę na coś prostszego i hardrockowego, nie sięgam już po Scorpions, a po coś z wyższej półki - Zeppelin, Sabbath, wczesne Purple, itp. Pomijając wartość tej muzyki samej w sobie, słuchanie jej przez początkujących słuchaczy może rozwinąć gust w ciekawym kierunku - blues rocka lub heavy proga, od którego jest już krok do rocka progresywnego. Słuchanie Scorpions nie jest tak rozwijające, z dużym prawdopodobieństwem skończy się na sięgnięciu po różne Kissy, Journeye, Kansasy, MSG, czy Rainbow bez Dio.

      Usuń
    4. Z tym sentymentem to w sumie tylko i wyłącznie dotyczy wcześniej wspomnianej płyty - resztę dyskografii poznałem dużo później. Aerosmith to takie moje "guilty pleasure" - niby niczym się nie wyróżnia spośród innych grup (może poza wciąż niezniszczalnym wokalem Tylera), a jednak nadal lubię do niego powracać. Nawet do tych słabszych krążków, gdy lepsze po pewnym czasie się "przejedzą".

      A od Stonesów naprawdę lubię w sumie może ze 4 płyty (nie znam najnowszej), w tym najbardziej "Sticky Fingers". Za to "Exile on Main St." to chyba najbardziej przeceniana płyta rockowa w dziejach. Ale doceniam ich wkład w muzykę rockową.

      Zgadzam się, że słuchanie ambitniejszej muzy poszerza horyzonty. Jednak przy tym całym poszukiwaniu nadal wolę powrócić do czegoś prostszego, w tym właśnie do niektórych amerykańskich grup, które darzę jakąś specyficzną sympatią. Może kiedyś zweryfikuję pogląd :) Choć nadal nr 1 jest Iron Maiden - i to się raczej nie zmieni.

      Usuń
    5. "Sticky Fingers" to szczytowe osiągnięcie Stonesów, może na równi z "Let It Bleed" i ewentualnie "Blue & Lonesome" (ten ostatni to czysta rozrywka, bardzo fajna i w ogóle, ale dwa pierwsze mają coś więcej do zaoferowania). Poza tym raczej zdarzały im się świetne pojedyncze utwory, ale nie całe albumy (choć inne z lat 66-74 też warto znać). A fenomenu "Exile on Main St." również nie rozumiem. Dla mnie to taki chaotyczny zbiór przypadkowych utworów, z których te najlepsze są co najwyżej średnie.

      Usuń
    6. Dokładnie - "Exile..." zbiera bardzo wysokie oceny, a trudno przebrnąć przez niego w całości. Lubię 2 utwory - "Rocks Off" i "Let It Loose", ale reszta jest bardzo nierówna.

      U Stonesów poza pojedynczymi utworami na studyjnych albumach niekiedy brak mi energii, dużo utworów jest wygładzonych brzmieniowo, przez co brak im należytej mocy. Np. "Gimme Shelter" - dobry numer, ale gdyby został zagrany nieco ostrzej...

      Usuń
    7. Teraz myślisz pojęcia energii i brzmienia. To nie to samo. Można grać bardzo energetycznie i lekko, a można bardzo ciężko i bez energii.

      Stonesi są od grania luzackiego rock'n'rolla, a od grania hard rocka mamy inne zespoły. A "Gimme Shelter" mocniej wypadał na koncertach (np. na "Brussels Affair '73" - swoją drogą, ta koncertówka to może nawet najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek nagrał zespół). A jeśli chcesz naprawdę ciężkiej wersji "Gimme Shelter" to jest jeszcze cover Grand Funk Railroad.

      Usuń
    8. Moim zdaniem siła Exile on Main Street tkwi we wspaniałym klimacie tego wydawnictwa. Prezentuje ono gatunki, z których powstał rock, jakim go znamy. I ja długo nie mogłem się przekonać do tego albumu, jednak z czasem zacząłem go doceniać i cieszyć się tym przekrojem stylów. Taki to specyficzny album. Miejsce w kanonie najlepszych płyt rocka w zupełności zasłużone. Tylko lubienie country jest wskazane przy przesłuchiwaniu ;).

      Usuń
  5. Witaj Pawle, czy będziesz recenzował Black Mountain IV z ub roku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałem jakiś fragment tego albumu i nie zainteresował mnie na tyle, by przesłuchać w całości.

      Usuń
  6. Absolutnie nie zgadzam się z Pawłem w kwestii Kansas. Być może patrzysz na ten zespół przez pryzmat dwóch najbardziej znanych i przebojowych utworów. A przecież ten zespół nagrał sporo rozbudowanych i prawdziwie progresywnych utworów np. Belexes, Icarus, Journey from Mariabronn czy Miracle Out of Nowhere. Zdecydowanie niefortunne było zestawienie Kansas z grupami typu Kiss, Aerosmith czy Journey. Toż to zupełnie inny rodzaj muzy. To potwierdza że znasz bardzo pobieżnie twórczość tej grupy i bazujesz na Carry on Wayward Son czy Dust in the Wind, które notabene są świetnymi kawałkami. Czy to źle że stały się wielkimi przebojami? Owszem jest to dość przystępna muzyka ale uważam że krzywdzące jest wrzucanie Kansasu do worka z wyżej wymienionymi zespołami. To tyle na ten temat. Zachęcony zadawaniem pytań i wiążacą się z tym dyskusją mam do Pawła pytania: Jak oceniasz występy nowego wcielenia Rainbow z 2016 r.? Czy są jakieś polskie grupy które są w kręgu Twoich zainteresowań i czy można się ich spodziewać na blogu? Czy jesteś w stanie wybrać 5 ulubionych wokalistów rockowych wszechczasów? Dzięki, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przez pryzmat dwóch utworów, a dwóch całych albumów, które - sądząc po ocenach na RYMie - są najbardziej znanymi i cenionymi, czyli "Leftoverture" i "Point of Know Return". A poza tym nigdzie nie napisałem, że Kansas gra taki sam rodzaj muzyki, co Kiss czy Aerosmith. Jedynie, że słuchaczom Kiss twórczość Kansas może się wydawać bardzo ambitna. W rzeczywistości nie jest dużo bardziej skomplikowana, ale usilnie próbuje sprawiać wrażenie bardzo ambitnej i artystycznej. Niefortunne jest wrzucanie jej do worka z napisem "rock progresywny", razem z zespołami, które naprawdę grają skomplikowaną, ambitną muzykę, wprowadzającą do rocka nową jakość. Kansas był raczej prekursorem neo-proga, czyli bazowania na utartych i ogranych schematach, czerpania z tego, co w progu najgorsze (np. pretensjonalność, dłużyzny), bez pomysłowości i umiejętności, jakie miały te prawdziwie progresywne grupy.

      Natomiast co do pytań:
      1) Słyszałem tylko jakieś fragmenty wrzucone na YT po jednym z koncertów. Pamiętam, że zaskoczyło mnie, że nowy wokalista nawet dawał radę w repertuarze z czasów Dio. Ale ogólnie miałem wrażenie, że gra jakiś cover band odgrywający stare kawałki Rainbow i Dio. W czasach "Rising"/"Long Live R'n'R" zespół tworzyło pięć wyrazistych osobistości. Obecnie jest tylko podstarzały Blackmore i kilku towarzyszących mu rzemieślników.
      2) Unikam polskiej muzyki. Choć możliwe, że kiedyś pojawi się tu cykl recenzji polskich albumów.
      3) Tylko pięciu? Obawiam się, że to niewykonalne.

      Usuń
    2. O wrzuceniu Kansas do worka z Kiss i Aerosmith piszesz przy okazji przykładu Scorpions. Jeśli chodzi o ulubionych wokalistów to skuś się zatem na pierwszą 10. Jestem bardzo ciekawy Twojego zestawienia. Ns pewno nie tylko ja. A masz jakieś konkretne grupy polskie które miały by szansę na udział w blogu?

      Usuń
    3. 1) Nie chodzi o podobieństwa stricte muzyczne (choć można by kilka wskazać), a o podobny "target" tych grup.
      2) Ok, ale będzie nie po kolei i pewnie kogoś niechcący pominę: Ronnie Dio, Ian Gillan, David Coverdale, Greg Lake, Bruce Dickinson, Rod Stewart (za Jeff Beck Group), Robert Plant, Freddie Mercury, Gregg Allman, Steve Winwood.
      3) Breakout, Niemen, może SBB.

      Usuń
    4. Z tymi polskimi zespołami (szczególnie tymi wymienionymi) też czekam z niecierpliwością :)

      Usuń
  7. Wypowiem się jeszcze w temacie Aerosmith. Nigdy nie byłem fanem tej grupy i nie słucham ich płyt w domu. Mam jedynie składankę Big Ones i jest to fajna muza do samochodu albo na imprezkę ze znajomymi. Niestety tylko tyle. Chociaż takie Dream On albo Livin on the Edge lubię.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze słówko o Journey. Nie znam i na pewno nie sięgnę po płyty tej kapeli. Ale pamiętam jak parę lat temu czytałem że wczesne płyty są bardzo dobre. Trudno mi było w to uwierzyć. Ciekawość zżerala mnie na tyle że postanowilem dotrzeć do dwóch pierwszych albumów. I co? Warto!!! To znakomite hard rockowe granie bez kszty komercji. Na bębnach gra sam Ansley Dunbar.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poza Aynsleyem Dunbarem na tych albumach grają też dwaj członkowie grupy Santana - śpiewający klawiszowiec Gregg Rolie i gitarzysta Neal Schon. Zachęcił mnie ten skład, posłuchałem debiutu i bardzo rozczarowało mnie to, co usłyszałem.

      Usuń
  9. Gdyby się ktoś Ciebie spytał co to blues to jakie płyty byś mu polecił na początek ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to byłby dobry pakiet startowy dla kogoś, kto chciałby poznać blues elektryczny:

      Howlin' Wolf - Moanin' in the Moonlight (1959)
      John Lee Hooker - I'm John Lee Hooker (1959)
      Junior Wells' Chicago Blues Band - Hoodoo Man Blues (1965)
      John Mayall with Eric Clapton - Blues Breakers (1966)
      The Butterfield Blues Band - East-West (1966)
      Muddy Waters - Fathers and Sons (1969)
      Willie Dixon - I Am the Blues (1970)

      Jeśli chodzi o blues tradycyjny, niezelektryfikowany, to nie przepadam za nim i nie znam niczego, co mógłbym polecić. Może twórczość Roberta Johnsona, autora takich standardów, jak np. "Cross Road Blues" i "Travelling Riverside Blues".

      Usuń
  10. Cieszę się że przypomniałeś Gentle Giant.. moim zdaniem niedoceniany zespół symfoniczno-rockowy.I dość ciężki w odbiorze jak King Crimson, taki inteligentny rock. I śledzę recenzję ich płyt.Obserwuję Twojego bloga od dłuższego czasu i mam parę pytań jeśli pozwolisz. Czy planujesz w przyszłości zrecenzować coś holenderskiego zespołu Focus czy Procol Harum którzy jak nikt inny chyba potrafił łączyć rocka z klasyką a to moim zdaniem też niedoceniana rockowa grupa.. bo wszyscy znają ich z jednego przeboju. Tak samo z resztą jak Focus.. Albo coś z włoskiej sceny progresywnej jak PFM czy New Trolls. Jaki masz stosunek do naszego rodzimego progresywnego rocka pokroju Czesława Niemena i jego dzieł "Enigmatic" i późniejszych? SBB, Klanu i progresywnych Skaldów z lat 70-tych.Takich zespołów jak Nurt czy Test. Czy trochę późniejszych kapel jak Exodus i Quidam. Bo z polskich widze tylko Riverside dotychczas się pojawił w Twoich recenzjach. Ciekawi mnie Twoje zdanie bo widzę że sporą wiedzę masz na temat rocka progresywnego a ten gatunek wyjątkowo najbardziej mnie kręci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Focus i Procol Harum są na liście wykonawców do zrecenzowania, ale wcześniej na pewno pojawią się Van Der Graaf Generator i Camel - dwa ostatnie zespoły z "wielkiej dziewiątki rocka progresywnego", o których jeszcze nie pisałem. Włoska scena progresywna jest mi kompletnie obca i z tego co o niej czytałem, wnioskuję, że nie spodobałaby mi się. Chociaż od kilku lat zabieram się do przesłuchania jednego albumu The Trolls, którego fragment słyszałem w sklepie muzycznym. W polską scenę też się szczególnie nie zagłębiałem. Kojarzę jakieś pojedyncze albumy Niemena i debiut Nurtu - jak na polskie warunki jest to naprawdę dobra muzyka, ale w porównaniu z brytyjskimi kapelami - dość wtórna i co najwyżej na poziomie ich średnich albumów.

      Usuń
  11. Ciszę się, że w końcu pojawi się Camel bo to jedna z moich ulubionych grup. Mam nadzieję, że kiedyś weźmiesz też na warsztat Eloy - chyba najbardziej niedocenianą grupę rockową w ogóle. Dla mnie jest to absolutny TOP.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zapomniałem zapytać czy Steve Hackett jest w kręgu Twoich zainteresowań? Można liczyć na recenzje jego solowych płyt?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy mnie ten gitarzysta niczym nie porwał, więc nie czułem potrzeby zapoznania się z jego solową twórczością.

      Usuń
  13. A ja bardzo cenię Hacketta. Dla mnie solo z Firth of Fifth jest jednym z najpiękniejszych w muzyce rockowej. Zwłaszcza w wersjach koncertowych jest absolutnie niesanowite. Zresztą pewnie nie wszyscy wiedzą ale to właśnie Hackett a nie Eddie Van Halen jako pierwszy zastosował technikę gry na gitarze zwaną tappingiem. Eddie dopiero rozwinął ten styl gry.

    OdpowiedzUsuń
  14. Może tak z innej beczki. Coś o polskiej muzie byś skrobnął bo niektóre płyty są naprawdę warte wspomnienia np. Breakout, Niemen, SBB czy TSA itd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już jest wyżej napisane na ten temat.

      Usuń
  15. Wiem że już pytałem, ale pod niewłaściwym postem. Czy będziesz pisał o Beefhearcie i Zappie?

    OdpowiedzUsuń
  16. Jaki jest twój ulubiony gatunek/podgatunek muzyczny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam jednego ulubionego. Na pewno blues rock i hard rock, ale od dawna mam problem żeby znaleźć w tych stylach jeszcze coś ciekawego. Te albumy, które lubiłem, wciąż bardzo lubię. Ale wszystkie nowo poznawane mnie nudzą... Poza tym lubię rock progresywny, psychodelię, jazz rock, fusion i spiritual jazz. No i funk ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.