21 lutego 2017

[Recenzja] Jeff Beck with The Jan Hammer Group - "Live" (1977)



Koncertowy album Jeff Becka nagrany z pomocą grupy Jana Hammera, byłego klawiszowca Mahavishnu Orchestra, który współpracował z Beckiem już na longplayu "Wired". Materiał zarejestrowano podczas amerykańskiej trasy, na przełomie lata i jesieni 1976 roku - nie wiadomo jednak kiedy dokładnie i podczas ilu koncertów. Na repertuar złożyły się utwory zarówno z albumów Becka (trzy z "Blow by Blow", jeden z "Wired"), jak również Hammera (dwa z sygnowanego wspólnie z Jerrym Goodmanem "Like Children" i jeden z solowego "The First Seven Days"). Już po zapoznaniu się z tracklistą wiadomo, czego się spodziewać - kolejnego longplaya z muzyką fusion. Jeff gra tutaj bardziej agresywnie i ostrzej, niż na dwóch wspomnianych wyżej albumach, co w połączeniu z charakterystyczną grą Hammera na pianinie elektrycznym i syntezatorach, oraz obecnością skrzypiec, na których zagrał Steve Kindler, wywołuje uzasadnione skojarzenia z twórczością Mahavishnu Orchestra (przede wszystkim tutejsza wersja "Scatterbrain").

Nie jest to oczywiście poziom "The Inner Mounting Flame" czy "Birds of Fire". Mamy tutaj do czynienia z późnym fusion, ze wszystkimi jego wadami. Pod koniec lat 70. styl ten zaczął zmierzać w mniej interesującym kierunku, nastawionym na zainteresowanie masowych słuchaczy. Stąd też uproszczona gra sekcji rytmicznej, a także dość tandetne brzmienie syntezatorów, zwiastujące zbliżanie się najbardziej kiczowatej dekady w dziejach - lat 80. O komercyjnych zapędach Becka najdobitniej świadczy tutejsza wersja "She's a Woman", ze zmienionym rytmem na modłę reggae, który to styl w tamtym czasie osiągnął apogeum swojej popularności. Przypadek? Nie sądzę. Największą wadą tego materiału jest jednak obecność partii wokalnych w utworach "Earth (Still Our Only Home)" i "Full Moon Boogie", które brzmią naprawdę okropnie. Odpowiadają za nie odpowiednio Hammer i perkusista Tony Smith, którzy zdecydowanie powinni pozostać przy samym graniu na instrumentach. Na szczęście, dominuje tutaj granie instrumentalne, które - pomijając poruszoną już kwestię brzmienia klawiszy - wypada naprawdę dobrze, żeby wspomnieć tylko o bardzo udanych wykonaniach "Freeway Jam", "Scatterbrain" i "Blue Wind", pełnych świetnych popisów muzyków.

"Live", mimo swoich wad, to dobre uzupełnienie jazzrockowego okresu twórczości Jeffa Becka. Jeśli komuś nie podoba się zawartość "Blow by Blow" i "Wired", to również tutaj nie znajdzie nic dla siebie, ale dla wszystkich wielbicieli tych longplayów będzie to świetny suplement.

Ocena: 7/10



Jeff Beck with The Jan Hammer Group - "Live" (1977)

1. Freeway Jam; 2. Earth (Still Our Only Home); 3. She's a Woman; 4. Full Moon Boogie; 5. Darkness / Earth in Search of a Sun; 6. Scatterbrain; 7. Blue Wind

Skład: Jeff Beck - gitara, talkbox, bass (3); Jan Hammer - instr. klawiszowe, wokal (2); Fernando Saunders - bass, gitara (3), dodatkowy wokal; Tony Smith - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (4); Steve Kindler - skrzypce, gitara (7)
Producent: Jan Hammer


4 komentarze:

  1. Nie przekonuje mnie ten album ani inne jazzrockowe Becka. W tym stylu o wiele lepsze są dokonania Mahavishnu, a Jeff pokazywał na co go stać grając bardziej żywiołową muzykę z Jeff Beck Group i Beck Bogert & Appice.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Blow By Blow" też jest świetne. Według mnie najlepszy album Becka zaraz po genialnym "Truth".

      Usuń
    2. Ja najbardziej cenię "Truth" i "Rough and Ready" JBG, oraz "Live" BBA. A z solowych - "Blow By Blow" i "Wired". "There & Back" jeszcze trzyma poziom, za to wszystkie późniejsze albumy, które słyszałem, są beznadziejne. Beck niepotrzebnie sili się tam na nowoczesne granie, bo z upływem czasu te longplaye brzmią coraz bardziej tandetnie.

      Usuń
    3. No tak, "Rough and Ready" też spoko. A BBA sporo traci przez kiepskie wokale. Muzyka - rewelacja.

      Usuń