13 lutego 2017

[Recenzja] Deep Purple - "Time for Bedlam" EP (2017)



Deep Purple kończy karierę. Aż chciałoby się dodać: "nareszcie!". Choć prawdę mówiąc, już i tak za późno, by zespół zszedł ze sceny z godnością. Ostatni naprawdę wartościowy longplay grupy, "Perfect Strangers" ukazał się ponad trzydzieści lat temu. Potem bywało różnie. Zdarzały się albumy całkiem przyzwoite, ale i prawdziwie katastrofalne, podkopujące legendę zespołu (jak "Slaves & Masters" czy "Bananas"). Trudno pogodzić się z faktem, że zespół, który niegdyś nagrywał tak wiekopomne albumy, jak "In Rock", "Made in Japan", "Burn" czy "Come Taste the Band", stoczył się do tworzenia mdławego, sztampowego hard rocka, będącego ledwie cieniem i marną kopią dawnych dokonań, nie wspominając już o obciachowych, folwarcznych kawałkach popowych w rodzaju "All the Time in the World" (to akurat singiel z wydanego przed trzema laty "Now What?!").

Niedawno jednak muzycy ogłosili, że zamierzają przestać odcinać kupony od swoich osiągnięć z lat 70. i zejść ze sceny. Ok, nie do końca takich słów użyli. Ponoć taka decyzja spowodowana jest problemami zdrowotnymi Iana Paice'a (muzyka o najdłuższym stażu w grupie), utrudniającymi mu granie koncertów. W tym kontekście dziwi, że zespół ma zagrać jeszcze jedną trasę, zapowiadaną jako ostatnią (jak jednak wiadomo, nikt nie kończy kariery po "pożegnalnej" trasie, więc Paice'a czeka jeszcze sporo wysiłku). Występy poprzedzi oczywiście premiera nowego materiału studyjnego, zarejestrowanego w zeszłym roku, pod okiem producenta Boba Ezrina (z którym Purple pracowali już przy okazji "Now What?!"). Album "Infinite", dwudziesty w dyskografii zespołu, zapowiedziany jest na 7 kwietnia. Oczekiwanie ma umilić fanom wydana już na początku lutego EPka "Time for Bedlam".

Minialbum składa się z czterech kompozycji, w tym znany już z poprzedniego albumu "Uncommon Man" - tutaj jednak zaprezentowany w instrumentalnej wersji - oraz trzy premierowe utwory. Całość rozpoczyna tytułowy "Time for Bedlam", który będzie także otwieraczem albumu. Zasadnicza część utworu to typowo purplowy hard rock - w stylu ostatnich płyt, czyli bardzo wygładzony i ugrzeczniony brzmieniowo - bazujący na niemiłosiernie ogranych przez lata patentach, a do tego bardzo nijaki melodycznie. Fatalnie wypada śpiew Iana Gillana (ja wiem, że facet ma 71 lat, ale starszy od niego Mick Jagger jakoś potrafi śpiewać jakby miał o połowę lat mniej). Bardzo kuriozalnie wypada wstęp i zakończenie kawałka, z komputerowo przetworzoną melodeklamacją Gillana do elektronicznego akompaniamentu. Chcieli zabrzmieć nowocześnie, a wyszło pretensjonalnie i po prostu śmiesznie. Ogólnie utwór jest bardzo przeciętny. Taki do posłuchania raz i zapomnienia o nim.

Naprawdę beznadziejny jest natomiast "Paradise Bar" (którego na albumie, na szczęście, nie będzie). Zaczyna się od żenującego klawiszowego motywu, brzmiącego jak melodyjka ze świątecznej reklamy. Główny riff, grany unisono przez gitarę i syntezator, kojarzy się natomiast z "Jump" Van Halen. Całość zalatuje "ejtisowym" chłamem. Za to zaskakująco nieźle wypada wokal Gillana, śpiewającego z większym luzem. Dobra jest też klawiszowa solówka Dona Aireya. Ale to i tak za mało, by uratować ten gniot. Ostatni utwór, "Hip Boots", znajdzie się na albumie, ale w innej wersji. Tutaj trafiło instrumentalne nagranie z próby (nie wiadomo czy wersja albumowa będzie zawierać partię wokalną). To całkiem przyzwoity hardrockowy jam, choć nie ma tu ani porywających popisów, ani choćby zapamiętywalnych motywów. Jeśli porównać to np. do "Son of Alerik" (jamu zarejestrowanego w trakcie sesji nagraniowej "Perfect Strangers"), to różnica jest kolosalna - na korzyść starszej kompozycji, oczywiście. Wciąż jednak jest to najlepsza z trzech nowości.

Jeśli te trzy nowe utwory są reprezentatywne dla "Infinite", to szykuje się naprawdę słaby album. Tylko czy ktokolwiek jeszcze liczy na powrót Deep Purple do formy sprzed trzydziestu lat? Przez ten czas zespół stracił dwóch kluczowych muzyków - Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda - a pozostali znacznie posunęli się w latach i od dawna nie są w stanie stworzyć czegoś wartościowego. 

Ocena: 3/10



Deep Purple - "Time for Bedlam" (2017)

1. Time for Bedlam; 2. Paradise Bar; 3. Uncommon Man (instrumental); 4. Hip Boots (rehearsal)

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bob Ezrin (1-3), James Paice (4)


44 komentarze:

  1. Z płyt Purpli po 1984 to przecież "The Battle Rages On..." był naprawdę spoko. Ale potem faktycznie bardzo nierówno.

    Oceny "Time for Bedlam" faktycznie nie napawają optymizmem, jeśli taki będzie też nowy album, to szkoda że Deep Purple w taki sposób kończą karierę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "The Battle Rages On..." to jakieś trzy przyzwoite kawałki, otoczone wieloma wypełniaczami i jednym plagiatem, w którym Blackmore zerżnął swój własny riff, ale wykorzystany wcześniej w Rainbow. Mimo wszystko, to właśnie ten album jest głównym powodem, dla którego nie napisałem, że wszystko po "Perfect Strangers" było beznadziejne ;)

      Usuń
  2. Żaden zespół nie jest workiem bez dna pełnym dobrych kompozycji.

    Zważ, że Purple właściwie od początku wydawały co najmniej dobre (w tym 5-6 świetnych) albumy przez następne 15 lat. Dziś są zespołem raczej jadącym na koncertach, które brzmią tak, jak pozwala im wiek czy zdrowie. Płyty stały się jakby dodatkiem, zresztą nie wydają ich już tak często jak kiedyś, co się mimo wszystko chwali. Rolling Stones rąbnęli sporo badziewia, po 30 latach wydając album trzymający poziom, ale zawierający covery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko po co cokolwiek wydawać, jeśli się nie ma na to pomysłu? Zapewne dla kasy, ale w przypadku tak znanego zespołu wystarczyłaby kolejna koncertówka lub nawet składanka.

      Dlatego właśnie szanuję Led Zeppelin, bo zakończyli karierę po śmierci Bonhama, szanuję Beatlesów, bo nigdy się nie reaktywowali, a zwłaszcza Black Sabbath, bo porzucili pomysł nagrania następcy "13", gdy zdali sobie sprawę, że już nic lepszego nie nagrają. I Stonesów też szanuję - za nagranie albumu z coverami, zamiast kolejnej nieudanej próby udowodnienia, że Jagger i Richards są jeszcze w stanie napisać coś dobrego. A Deep Purple (obecnego) nie szanuję, bo już od dawna nie ma za co. Mogliby postawić sprawę uczciwie, przede wszystkim dla siebie samych: "ok, zapomnieliśmy jak pisać dobre kawałki, to ograniczmy działalność do koncertów". Zamiast wydawać byle co, jako niepotrzebny pretekst do koncertowania. Taki zespół nie potrzebuje żadnego pretekstu, by wyruszyć w trasę. Fani i tak chcą słuchać tylko utworów z "Machine Head", "In Rock" i "Perfect Strangers" (ja akurat wolałbym bardziej zróżnicowany repertuar, najlepiej nieograniczający się tylko do albumów nagranych z Gillanem).

      Usuń
    2. Może według członków Deep Purple wydawane przez nich płyty nadal są dobre :)

      P.S. Kto wie czy Beatlesi by się nie reaktywowali, gdyby Lennon nie umarł.

      Usuń
    3. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby byli w stanie stworzyć razem coś ciekawego. Zły byłby natomiast powrót bez Lennona, a pewnie otrzymywali takie propozycje, bardzo korzystne finansowo.

      Usuń
    4. A jeśli muzycy myślą, że ich ostatnie albumy są dobre, to - nawiązując do tytułu "Time for Bedlam" - faktycznie już czas, żeby zamknięto ich w domu wariatów ;)

      Usuń
    5. Wydawniczo okres 1996-2003 to była raczej porażka, ale "Rapture of the Deep" i "Now What?" były w sumie całkiem niezłe - na blogu mają oceny 6, czyli właśnie niezłe. Choć wiadomo, że nie dorównują klasycznym pozycjom grupy.

      Usuń
    6. Nie no, największa porażka to była,jak Blackmore i Glover ściągnęli tego chłystka, co wygląda, jakby pół życia spędzał w solarium i u kosmetyczek, a co gorsze kompletnie nie umie śpiewać, po czym nagrali kolejny album Rainbow, ale wydali go pod szyldem Deep Purple.

      A taki "The House of Blue Light", choć nagrany w "klasycznym" składzie, wcale nie jest lepszy od albumów z Morsem.

      Usuń
    7. Najdziwniejsze, że wspomniany album z 1990 ma przecież 4 z 5 osób z Mark II... A faktycznie wyszła kopia Rainbow z okresu 1979-1983 (z paroma fajnymi momentami). Gorsze były dla mnie tylko "ABandOn" i "Bananas".

      Usuń
    8. A z drugiej strony, na tym albumie gra 3/5 popowego wcielenia Rainbow. Czy "Abandon" i "Bananas" gorsze to bym polemizował, bo przynajmniej nie mają brzmienia cukierkowatych lat 80. A poza tym, na "Bananach" jest
      prawdopodobnie najlepszy kawałek obecnego wcielenia grupy (choć o poziom najlepszych z całej kariery nawet się nie otarł).

      Usuń
    9. Na "Bananas" jest kilka całkiem przyzwoitych kawałków (choć tylko uroczy "Contact Lost" pozostał mi w pamięci), ale w większości jest niezbyt udany. A jaki utwór masz na myśli?

      Usuń
    10. Dla mnie najlepsze utwory DP po 1984 r. (z ery Morse'a nie mam konkretnych najlepszych) to "Anya" i "Solitaire".

      Usuń
    11. W ogóle fajny ten nowy pomysł z otagowaniem recenzji na gatunki/podgatunki muzyczne - poręczna opcja dla tych, którzy chcą wiedzieć do jakiego gatuku zalicza się dana płyta.

      Usuń
    12. Muszę to jeszcze dopracować i zastanowić się nad zasadnością niektórych terminów. Czy rzeczywiście potrzebny jest np. tag "southern rock"? Albo czy nie połączyć thrash, black i death metalu w wspólny tag "ekstremalny metal", skoro z tych dwóch ostatnich stylów jest tak mało recenzji? Głupim tagiem jest według mnie "metal alternatywny", ale nie widzę sensu w rozdrabnianiu tego na kilkanaście innych.

      Usuń
  3. Jezu, ta "elektroniczna" klamra utworu tytułowego chyba najgorsza rzecz jaką nagrali przez pięćdziesiąt lat istnienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak pomyślałem, jak pierwszy raz to usłyszałem. Ale jak przypomniałem sobie ile fatalnych rzeczy nagrali, to już nie jestem tego taki pewien. A ten "kolendowy" motyw z "Paradise Bar" jest jeszcze gorszy. O ile w przypadku czegoś tak beznadziejnego jakiekolwiek stopniowanie ma w ogóle sens.

      Usuń
  4. Myślę, że denny poziom ich najnowszych płyt nie ma prawa dziwić zważywszy na to, że z trzech głównych kompozytorów grupy został im tylko Roger Glover, który jest już starym dziadkiem. Steve Morse i Don Airey to niby są uznani muzycy, ale prawda jest taka, że żaden z nich nigdy w życiu (!) nie nagrał ani jednej naprawdę godnej zapamiętania płyty. Ich wyżyny to były podrzędne projekty jazz-rockowe z drugiej połowy lat 70'. Dixie Dregs i Colosseum II - taki jest poziom tych gości jako songwriterów. Do tego dochodzi Ian Gillan, którego możliwości bez Lorda i Blackmore'a wyznaczają jego solowe albumy - których nie bez powodu praktycznie nikt nie słucha. No i jest jeszcze Ian Paice, ale on jest perkusistą. Tam zwyczajnie nie ma kto napisać dobrej piosenki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wszystko prawda. Warto jeszcze dodać, że Glover to zawsze był raczej kompozytor popowych piosenek. Dopiero Blackmore i Lord nadawali jego pomysłom ciekawszy kształt. Co działało też w drugą stronę - Glover dodawał przebojowość do pomysłów tamtej dwójki.

      Usuń
    2. Ostatnie płyty Deep Purple są naprawdę dobre. Don Airey to swietny muzyk, przeciez on grał w blisko 60 kapelach.Lorda i Blackmore,pierwszy genialny muzyk ale energia w nim gasła.Blackmore do Steve Morse niema co porównywać,żadna płyta Rainbow nie prezentuje poziomu ostatnich albumów Deep Purple.

      Usuń
    3. Albumy Rainbow po odejściu Dio jednak prezentują podobnie słaby poziom, co ostatnie albumy Deep Purple ;) Masz rację, nie ma co porównywać Morse'a do Blackmore'a, bo temu pierwszemu po prostu brakuje talentu.

      Usuń
    4. Ritchie Blackmore to archaiczny gitarzysta słaby technicznie , jedynie dźwięki i brzmienie go bronią. To był człowiek który odstawał od zespołu.Steve Mors, technika, polot, brzmienie lekkość.Podpytaj się pan gitarzystów to może pomogą.

      Usuń
    5. Chyba tylko gitarzyści podniecają się samą techniką. Morse i jemu podobni nie mają nic więcej do zaoferowania.

      Usuń
    6. Gitarzyscie przeszkadza technika ? bez komentarza.

      Usuń
    7. Nie napisałem, że przeszkadza. Napisałem, że prawdopodobnie tylko gitarzyści są w stanie docenić samą technikę grania, nie zważając na całą resztę utworu.

      Usuń
    8. Dobry gitarzysta musi mieć wszystko. Bez technik nie będzie dobry tylko męczący.

      Usuń
  5. Jesli uwazasz że Now What to słaba płyta to jak tu czytac te twoje bzdurne wypociny.Steve Mors zrobił tyle dla Deep Durple co Eddie Van Halen dla gitary.
    Płyta jest bardzo dobra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przesadzajmy. Van Helen coś tam zrobił dla gitary. Może nie było to jakieś rewelacyjne i w sumie przyniosło więcej złego, niż dobrego, ale było chociaż przełomowe ;)

      Czy Deep Durple to jakiś cover band Deep Purple?

      Usuń
    2. Czemu gra VH przyniosła więcej złego niż dobrego? Chodzi o wprowadzenie "mody" na ekstraszybkie solówki?

      Usuń
    3. Nie tylko "ekstraszybkie", ale oparte wyłącznie/głównie na technice.

      Usuń
    4. Na podstawie obserwacji opinii autora można wysunąć wniosek, że to Amerykanie "zniszczyli" rocka.

      Usuń
    5. Przypadkiem lub nie, to właśnie ze Stanów pochodzą zespoły, przez które muzyka rockowa stawała się coraz bardziej denna: Ramones, Kiss, Aerosmith, Van Halen, Kansas czy z nowszych Nirvana, Dream Theater.

      A z drugiej strony w USA powstało mnóstwo świetnej muzyki. Tak wiele, że nie ma sensu wymieniać poszczególnych wykonawców. Niezliczona ilość muzyków i zespołów bluesowych, jazzowych, psychodelicznych, itd.

      Usuń
  6. Twoje argumenty ze Kansas,Dream Theater niszczyły muzykę rockową to jakiś absurd .Świetni muzycy rozbudowane formy , jest czego słuchać. Można napisać ze komuś się cos nie podoba ok, ale że stoczył się do tworzenia mdławego, sztampowego hard rocka , kim ty jesteś żeby wydawać takie opinie ,i nie wypowiadaj się za fanów Deep Purple że na koncertach słuchają tylko starych kawałków . Byłem jak grali w Łodzi publika zachwycona całością koncertu(Gillan tak nie wyciąga)bardzo różne grupy wiekowe od 30 do 70 latków . Ludzie byli pod wrażeniem ich nowych kawałków i jeszcze jak to brzmiało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robercie, spróbuj czytać ze zrozumieniem i nie konfabuluj. Uproszczenie i strywializowanie muzyki rockowej to w znacznym stopniu wina takich zespołów, jak Ramones, Kiss i Aerosmith. Ale jest też druga skrajność, czyli oparcie się wyłącznie na technice i wirtuozerii, pomijając wszystkie inne aspekty. Utwory Dream Theater są tylko pretekstem do tego, bu muzycy mogli prezentować swoje umiejętności. Poza tym nie ma w nich ani dobrych melodii, ani ciekawych aranżacji, ani niczego innego. Do tego mnóstwo niepotrzebnego patosu, żeby całość wydawała się bardziej ambitna, niż jest w rzeczywistości. Kansas to jeden z prekursorów takiego podejścia. Ciekawym przypadkiem jest natomiast Van Halen, bo tam z jednej strony pojawiły się bardziej skomplikowane solówki, a z drugiej - uproszczeniu uległa cała reszta.

      A kim ty jesteś, że się wypowiadasz za innych uczestników koncertu? Na żywo odbiór muzyki jest zupełnie inny, niż gdyby się słuchało zapisu tego samego występu z albumu.

      Usuń
    2. Dziwne, że wśród tych zespołów nie jest wymieniane AC/DC. Nic do nich nie mam, ale też grali bardzo prostego rocka.

      Usuń
  7. Konfabuluje ,sam opisujesz ze przez te kapele muzyka rockowa stała się bardziej denna: Ramones , Kiss, Aerosmith, Van Halen, Kansas czy z nowszych Nirvana, Dream Theater. Uproszczenie wynikało z pewnej koncepcji muzyki która narodziła się na początku lat 80.Nawet King Crimson wydawało inne płyty w bardziej przystępnej formie. Tak rozwijała się muzyka ,a wpływ na to miedzy innymi miała elektronika. W Stanach (AOR)Journey ,Styx,Boston,Survivor,Toto to była komercja.Płyty Kansas z lat 70 to kawał dobrej muzyki ,można je porównać do YES,Genezis,ELP.A Dream Theater z tą aranżacją to przesadziłeś . Ja ne jestem ich fanem ale ta kapela naprawdę ma wpływ współczesną muzykę rockową.

    OdpowiedzUsuń
  8. A na koncercie Deep Durple opinie takie słyszałem od fanów i mogę się za nich wypowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  9. Kiedys Gary Moore powiedział ze Eddie Van Halen rozwinął gre na gitarze 10 lat do przodu , a Yngwie Malmsteen ja cofnął .To jest dobry przykład że muzyka rockowa staje się denna.

    OdpowiedzUsuń
  10. Czy rzeczywiście muzyka King Crimson była prostsza w latach 80.? No owszem, nagrali parę popowych kawałków, jak "Heartbeat", ale większość nagranych wtedy utworów chociażby pod względem rytmicznym jest bardziej skomplikowana, niż cokolwiek z wcześniejszych albumów. Nie przypadkiem "In the Court of the Crimson King" i "Red" są wielbione nawet przez osoby, które w sumie progresywnego rocka nie słuchają, poza kilkoma bardziej znanymi albumami, podczas gdy tzw. "kolorowa trylogia" jest znana tylko wielbicielom grupy.

    Kiss, Aerosmith, Ramones były jednymi z pierwszych kapel, które od początku grały muzykę prostą, pozbawioną ambicji. Nie one jedyne, ale one zyskały największą popularność, więc do nich się ograniczyłem, żeby nie wymieniać zbyt wiele nazw. AC/DC i cały AOR jak najbardziej można tu dodać.

    Nie przeczę, że Dream Theater to wpływowy zespół. Ale wpływowy nie zawsze znaczy dobry. Niestety, złe rzeczy też da się naśladować.

    Moore miał całkowitą rację co do Malmsteena. Kilka dni temu pod inną recenzją napisałem: "Z drugiej strony, sama wirtuozeria nie gwarantuje dobrej muzyki. Weźmy takiego Yngwiego Malmsteena. Facet potrafi grać na gitarze bardzo skomplikowane rzeczy, ale kompozytorem jest żadnym. Nigdy nie stworzył dobrego utworu. Zresztą wszystkie jego kawałki są tylko pretekstem do zaprezentowaniu kilku (wciąż tych samych) cyrkowych sztuczek na gitarze. W dodatku wszystko u niego tonie w kiczu i pretensjonalności."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, do Van Halena też miał rację. Według mnie nie był to rozwój w najlepszą stronę, ale i tak znacznie ciekawszą niż Malmsteen.

      Usuń
    2. Z perspektywy czasu inaczej się ocenia niektóre płyty. W 1978 r. słuchanie "Eruption" i w ogóle całego debiutu Van Halen to musiał być spory szok. Niby tapping powstał wcześniej, ale VH go rozpowszechnił i udoskonalił. Dopiero potem przyszła cała masa gorszych naśladowców. I to brzmienie - ta płytka równie dobrze mógłaby zostać nagrana wczoraj, moim zdaniem nie ma w tym cienia przesady.

      Cała struktura utworów VH na pierwszych krążkach jest tak ułożona, żeby cała reszta była tłem do popisów Eddiego. To on jest tu głównym bohaterem, i zasłużenie, bo ma najwięcej do zaprezentowania. W późniejszych płytach trochę się to zmieniło, bo gitara zeszła na dalszy plan, ale ja nadal wolę te pierwsze. I wciąż uwielbiam słuchać solówek Eddiego, dla mnie to nie tylko ultraszybkie przebieranie palcami po strunach, jak w przypadku np. Malmsteena - wszystko jest dokładnie przemyślane (np. genialnie zakończone solo w "Feel Your Loving Tonight").

      Może powstał mały offtop do powyższych rozważań, ale trudno :) Czy autor bloga ma na temat jakieś większe przemyślenia?

      Usuń
    3. Tylko tyle, że solówka w utworze rockowym powinna być wisienką na torcie, a nie jedynym powodem, dla którego utwór powstał.

      Usuń
  11. Może muzyka King Crimson z Discipline , Beat ,Three of a Perfect Pair nie jest całościowo prostsza ale jest inna , inaczej brzmiąca , więcej elektroniki.

    OdpowiedzUsuń