19 lutego 2017

[Recenzja] Comus - "First Utterance" (1971)



Comus to jeden z najbardziej oryginalnych, ale i najdziwniejszych, zespołów, jakie dane mi było słyszeć. Jego historia zaczęła się w 1969 roku, gdy dwaj brytyjscy gitarzyści, Roger Wootton i Glenn Goring, stworzyli folkowy duet. Nazwa została zainspirowana dramatem XVII-wiecznego angielskiego poety Johna Miltona, a tytułowy Comus to grecki bóg pijaństwa, rozpusty i chaosu. Z czasem skład rozrósł się do sekstetu, korzystającego z bogatego instrumentarium - poza gitarami akustycznymi i basową, obejmującego także flet, obój, skrzypce, altówkę i przeróżne perkusjonalia. Grupa pozostała przy graniu folku, ale robiła to na swój własny, bardzo niekonwencjonalny, wręcz awangardowy sposób. Partie wokalne dzielili między sobą Wootton, dysponujący dziwnym, "kwaśnym" głosem, oraz śpiewająca bardziej subtelnie Bobbie Watson, zaś śpiewane przez nich teksty dotykają takich tematów, jak przemoc, morderstwa, gwałty, szaleństwo i pogańskie wierzenia.

W 1971 roku ukazał się debiutancki album Comus, zatytułowany "First Utterance". W chwili wydania był praktycznie niezauważony, a dziś otoczony jest prawdziwym kultem - wystarczy zajrzeć na RateYourMusic, gdzie zajmuje miejsce w trzeciej setce rankingu najlepiej ocenionych albumów wszech czasów, wyprzedając niezliczoną liczbę bardziej znanych longplayów. Co dziwi tym bardziej, że nie jest to łatwa w odbiorze muzyka. Już pierwszy utwór, "Diana" (z tekstem wyraźnie inspirowanym wspomnianym dramatem Miltona), może zniechęcić do przesłuchania całości. Mamy tutaj dziwny, nie do końca współbrzmiący duet wokalny Woottona i Watson, z akompaniamentem atonalnej partii skrzypiec i perkusjonaliów, kojarzących się z jakimś pogańskim obrzędem. Dopiero kolejne przesłuchania ujawniają piękno tkwiące w tej kompozycji. Podobnie mieszane odczucia budzi we mnie "The Bite" - dość konwencjonalny pod względem muzycznym, z dynamicznym i melodyjnym podkładem gitar, skrzypiec i fletu, za to z bardzo pokręconymi wokalami.

Największe i najbardziej pozytywne wrażenie robią na mnie bardziej rozbudowane utwory, mieszczące się w czasie trwania od sześciu do dwunastu minut. Jak "Drip Drip" i "Song of Comus", zbudowane na dynamicznych kontrastach i interesująco łączące całkiem chwytliwe melodie z różnymi intrygującymi udziwnieniami, przede wszystkim w warstwie wokalnej. Albo najdłuższy i najpiękniejszy "The Herald", z wyjątkowo subtelną partią wokalną - wyjątkowo w wykonaniu samej Watson. To tez najłatwiejszy w odbiorze utwór, obok finałowego "The Prisoner", wyróżniającego się prostszą i bardziej wyrazistą melodią, choć w warstwie wokalnej znów jest bardzo niekonwencjonalnie. Wszystkie te cztery utwory zachwycają fantastycznymi, misternymi partiami gitar, interesująco dopełnianymi skrzypcami i fletem, oraz bardzo specyficznym, niepowtarzalnym klimatem, takim wręcz paranoicznym w co dziwniejszych momentach. Całości dopełnia instrumentalna miniaturka "Bitten", brzmiąca jak soundtrack jakiegoś starego horroru.

Muzyczna zawartość "First Utterance" jest doprawdy niezwykła, dziwna i szalona, prawdziwie awangardowa. A zarazem nadzwyczaj piękna, urzekająca prześlicznymi, folkowymi melodiami. To trudna muzyka, ale warto się do niej przekonać.

Ocena: 9/10



Comus - "First Utterance" (1971)

1. Diana; 2. The Herald; 3. Drip Drip; 4. Song to Comus; 5. The Bite; 6. Bitten; 7. The Prisoner

Skład: Roger Wootton - wokal i gitara; Bobbie Watson - wokal i instr. perkusyjne; Glenn Goring - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Andy Hellaby - bass, dodatkowy wokal; Colin Pearson - skrzypce i altówka; Rob Young - flet, obój i instr. perkusyjne
Producent: Barry Murray


22 komentarze:

  1. Świetny album. Niby ta muzyka jest dziwna (no, okej, bez: "niby"...), ale wszystkie użyte w niej środki w spójny sposób dążą do efektu, którego w "zwykłym" folku czy rocku nie dałoby się uzyskać. Mam na myśli ten ciężki, pogański, orgiastyczny styl, który cechuje Comus. Ten album to trochę takie popkulturowe (no bo to jednak folk-rock, nie muzyka z akademii) "Święto Wiosny" - bardzo żywiołowe, gwałtowne granie, przywodzące na myśl jakieś pogańskie rytuały, przy czym, w odróżnieniu od arcydzieła Strawińskiego jest to muzyka o mało dostojnym charakterze - delikatnie rzecz ujmując.

    Co by o "First Utterance" nie powiedzieć jest to naprawdę unikalny album.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za interesujące uzupełnienie. Ta cała "dziwność" na pewno nie jest tu wadą. Zastanawia mnie, czy istnieje jakaś choćby trochę podobna muzyka, która właśnie wywoływałaby skojarzenia z takimi pogańskimi rytuałami?

      Usuń
    2. Nie, raczej niczego podobnego nie kojarzę. Oczywiście, nie brak muzyki nawiązującej w zupełnie inny sposób do takich rzeczy, ale czegoś co faktycznie przypominałoby "First Utterance" nie znam i obawiam się, że nic takiego nie istnieje. Najbliżej ze wszystkiego co przychodzi mi do głowy są nagrania z kręgów tak zwanej muzyki antycznej, bo one rzeczywiście są pogańskie, przy czym nigdy nie bywają tak sataniczne jak Comus. Jeśli mimo tego jesteś zainteresowany polecam sięgnąć po:

      Ensemble De Organographia - Music of the Ancient Sumerians, Egyptians & Greeks (2000)
      Gail Laughton - Harps of the Ancient Temples (1969)
      Synaulia - La musica dell'antica Roma, volume 2: Strumenti a corda (2002)

      To oczywiście coś innego niż Comus, ale pewien wspólny mianownik tam znajdziesz, szczególnie na 1 i 3 z wymienionych płyt.

      Ewentualnie po SPK - Zamia Lehmanni: Songs of Byzantine Flowers (1986), które z kolei jest bardzo niepokojące, ale nie ma w tym za dużo rytmu, bo to ritual ambient ;)

      Aha, no i faktycznie mógłbyś wsłuchać się w "Święto Wiosny", bo to jest utwór, który wbrew pozorom ma z Comusem nieco wspólnego. Tylko, jeśli w ogóle miałbyś na to ochotę, nie słuchaj byle jakiego wykonania. Polecam wersje dyrygowane przez samego Strawińskiego, albo Pierra Bouleza. Za to tą najsławniejszą wersję Bernsteina na początku odradzam, bo jest tak monumentalna, że nie ma za wiele z oryginalnej frywolności.

      Usuń
    3. Ok, dzięki, obadam to, bo brzmi ciekawie ;)

      Usuń
    4. A, zapomniałem o najważniejszym - Księżyc!

      To jest taki polski zespół grający bardzo, ale to bardzo specyficzny rodzaj awangardowego folku. Ich muzyka jest niesamowicie mroczna, ale nie jakaś na siłę ponuracka, tylko mroczna w jakiś taki... swojski sposób. Oczywiście, nie ma ona nic wspólnego z Comusem pod względem rytmiczności i dynamiki, ale jest równie "pogańska", choć jest to raczej pogaństwo nasze, rodzime. Ich muzyka jest bardzo dziwaczna, zapewne niepodobna do niczego co znasz, ale chyba właśnie o to chodzi w awangardzie ;)

      Polecam oba ich lp:

      Księżyc (1996)
      Rabbit Eclipse (2015)

      Przy czym tym najważniejszym jest pierwszy z nich. Sądzę, że słuchając ich cierpliwie prędzej czy później bardzo Ci się spodobają. Co prawda nie mam pojęcia czy to będzie "prędzej", czy nawet dużo "później", ale spróbować zdecydowanie warto!

      Usuń
    5. Na pewno spróbuję. Do Comusa musiałem podchodzić kilka razy, zanim przesłuchałem w końcu cały album (kilka lat po pierwszej próbie), a potem jeszcze kilka razy posłuchać, żeby to załapać i kolejnych kilka, żeby polubić. Ale teraz już coraz krócej zajmuje mi przekonywanie się do takich niekonwencjonalnych rzeczy ;)

      Usuń
  2. Dla takich wykopalisk warto wchodzić na ten blog. Zespół o którego istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia, płytka na szczęście jest dostępna, więc sobie posłucham.

    Ale spokojnie, nie tylko dla nich.

    Jeśli mogę, miałbym jednak jedno zastrzeżenie - nie uważasz, że dając np. w każdy piątek kolejny album Gentle Giant, stajesz się przewidywalny? Teraz co prawda mam wrażenie, że nie będziesz miał ochoty opisywać ich płyt dalej (jak to było np. z Grand Funk Railroad) niemniej dyskografie takich twórców jak John Mayall, Roy Harper czy Rory Gallagher zdawały się nie mieć końca i recenzje ich mnie - jako czytelnika - po pewnym czasie męczyły. Niedawno wspominałeś, że muzyka z 60s i 70s to nie jest bezdenny wór klejnotów do odkrywania i że dość szybko się przekonałeś, że sporo kiepścizny też tam jest.

    4-5 recenzji tygodniowo to sporo. Co zrobisz jak ze wszystkich odmian muzyki rockowej poza wtórnymi bluesowymi zagrywkami do opisania zostanie tylko rockowa 'papka' (np. Creedence Clearwater, Blue Oyster czy Kinks) i coraz bardziej porąbane gatunki metalu? Przebranżowisz się na muzykę jazzową?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez pierwsze trzy lata robiłem tak, że przez kilka tygodni pisałem o jednym wykonawcy i dopiero po skończeniu jego dyskografii, brałem się za następnego. Teraz każdy dzień tygodnia jest przeznaczony na inny muzyczny styl. I w prawie każdym tygodniu pojawia się jakaś niespodzianka - np. raz zamiast Gentle Giant była recenzja grupy Island, a w Jazzowe Wtorki i Bluesowe Środy jest stała rotacja. Więc nie bardzo rozumiem to zastrzeżenie. Tym bardziej, że sam niedawno pisałeś, że opisuję teraz tyle wykonawców na raz, że mylą Ci się tak odlegli stylistycznie od siebie twórcy, jak Roy Harper i John Mayall, czy Gentle Giant i Keef Hartley Band.

      Recenzowanie jazzu to już nie jest dla mnie kwestia "czy", ale "kiedy". Chciałbym już teraz to robić, ale nie czuję się na to gotowy (elementarne braki w wiedzy o tym gatunku, znajomość ledwie stu-iluś albumów). Natomiast rocka do opisania mam jeszcze sporo i to głównie wykonawców, których jeszcze nie recenzowałem.

      Usuń
    2. Ja bardzo cenię sobie zróżnicowanie i fajnie że niedługo będzie jazz, choć brakuje mi nieco ostatnio hard rockowych/heavy metalowych wydawnictw.

      Usuń
    3. W ciągu ostatniego miesiąca było przecież i Irish Coffee, i Deep Purple. Poza tym na albumach Gentle Giant jest sporo momentów o hard rock mocno zahaczających - taki "A Cry for Everyone" z "Octupus" to doskonały wzór inteligentnego, niesztampowego hard rocka ;)

      Usuń
    4. Opisywanie wielu wykonawców nie przeszkadza temu, by niektórzy się tam pojawiali na tyle często i bardzo regularnie, żeby mieć wrażenie że ich dyskografia to co najmniej 20 albumów.

      Kiedyś pisałeś, że zamierzasz w przyszłości kontynuować recenzje Aerosmith. W sumie też wydali (wydalili?) tyle albumów, że można stracić rachubę już od II połowy lat 70. , ale poczytać trochę krytyki to zupełnie inna bajka niż recenzji 'dobrych ale bez szaleństw (6,7,8) albumów.

      Chylę czoła za podejście do recenzji jazzu (znam za mało by się wypowiadać)

      Usuń
    5. Z Aerosmith nigdy nie planowałem wyjść poza lata 70. Na podstawie próbek ich twórczości z lat 80. i 90. jestem przekonany, że słuchanie tego to kompletna strata czasu. Lepiej przeznaczyć ten czas np. na poszerzanie wiedzy o jazzie. W całości słyszałem jeszcze jakiś w miarę nowy album Aerosmith, na którym grają bluesowe covery i to jest zdecydowanie najgorszy blues jaki słyszałem. Kompletnie zarżnęli te utwory.

      Ps. W mojej skali 8 to już album więcej niż dobry, bliższy tych ocenionych na 9 i 10 (do tych z tymi trzema ocenami często i chętnie wracam), niż 7 i 6 (do tych wracam bardzo rzadko; do ocenionych niżej - wcale).

      Usuń
    6. Kontynuowanie Aerosmith też by mi nie przeszkadzało (a wręcz przeciwnie :) ), ale rozumiem autora (choć "Night in the Ruts" czy "Done With Mirrors" to jeszcze bardzo fajne płytki, jeszcze nie tak komercyjne i z dużą ilością energii).

      A jeśli chodzi o system oceniania - to czy od 8 zaczynają się płyty naprawdę godne przesłuchania? A jeśli tak, to w takim razie co z ocenami 6-7? :)

      Usuń
    7. Określiłbym to tak:
      10, 9 - bezwarunkowo trzeba posłuchać
      8 - powinno się posłuchać
      7 - warto posłuchać
      6 - można posłuchać
      5, 4 - też można posłuchać, ale raczej będzie to strata czasu
      3, 2 - lepiej nie słuchać
      1 - unikać wszelkiego kontaktu, w miarę możliwości zniszczyć napotkane egzemplarze ;)

      Usuń
    8. Rozumiem, bardzo rozumiem że nie chcesz recenzować Aerosmith - ze mną to nie jest tak, że albumy mi się wybitnie nie podobały. Dla mnie po prostu były tak miałkie, że od Rocks w górę nie pamiętam już choćby 1 fragmentu (mordowane w radio Cryin i Crazy się nie liczą). A nic nie pamiętać to coś znacznie gorszego, niż mieć bardzo przykre wspomnienia ze słuchania.

      Co sądzisz o muzyce rockowej z wczesnych (gdzieś do 1963) lat 60. ? Chodzi mi przede wszystkim o tzw. "surferski rock" - krótkie, głównie instrumentalne utwory, z rześko brzmiącą gitarą, grającą głównie niskie dźwięki (3 pierwsze struny), utrzymane w wysokich tempach i charakteryzujące się tanecznym rytmem? Momentami zahaczali o to Beach Boysi, ale głównie mam tu na myśli takich wykonawców jak Dick Dale, Ventures, Shadows czy The Trashmen (śmieciarze???)

      Usuń
    9. I to jest bardzo konkretny, klarowny podział.

      Usuń
    10. @Incognito - zupełnie mnie taka muzyka nie interesuje i nigdy się w nią nie zagłębiałem. Z dokonań The Shadows znam chyba tylko jeden utwór, a Beach Boys - jeden cały album, ale ten najbardziej znany, na którym nie grali już surferskich piosenek.

      Usuń
  3. Świetna płyta. Uwielbiam!

    Wielki podziw dla autora tego bloga!

    OdpowiedzUsuń
  4. Również uwielbiam ten album! I jeszcze mam pytanie,czy będą recenzje kolejnych 2 płyt?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "To Keep from Crying" to pomyłka, ale "Out of the Coma" jest całkiem niezłym comebackiem. Posłuchaj, warto ;)

      Usuń
  5. To chyba najbardziej porąbana płyta jaką słyszałem... Dzięki za tę recenzję!

    OdpowiedzUsuń