24 lutego 2017

[Recenzja] Camel - "Camel" (1973)



Grupa Camel zaliczana jest do najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów z nurtu rocka progresywnego. Można z tym polemizować, gdyż nie była ona nigdy ani szczególnie oryginalna, ani wybitna. Większość dyskografii Wielbłąda to właściwie trochę bardziej ambitny pop. Na początku swojej działalności zespół nagrał jednak kilka wartościowych albumów, zawierających trochę bardziej ambitną - ale tylko odrobinę bardziej skomplikowaną od "zwykłego" rocka - muzykę. Za jego największe osiągnięcia powszechnie uznaje się longplaye od drugiego do czwartego, czyli "Mirage", "The Snow Goose" i "Moonmadness". W ich cieniu pozostaje debiut - wydany w małym nakładzie bez żadnej promocji, w związku z czym przez wiele lat był prawdziwym białym krukiem. Bez wątpienia jest to jednak jedno z najciekawszych wydawnictw Camel.

Zawarte na nim utwory brzmią jak Wishbone Ash bez porywających solówek gitarowego duetu, albo jak wczesny Santana bez elementów latynoskich. To drugie skojarzenie pogłębia podobne brzmienie elektrycznych organów, które dominują tu nad innymi instrumentami. Przeważają łagodne, melancholijne, ale zarazem dynamiczne kompozycje, jak "Slow Yourself Down", "Mystic Queen", "Curiosity" i "Never Let Go". Najciekawiej wypada ten ostatni, dzięki bogatszej aranżacji, z instrumentarium poszerzonym o flet, melotron i syntezatory. To także najbardziej znany fragment debiutu, dzięki stałej obecności w koncertowej setliście. "Curiosity" z kolei jest odrobinkę bardziej złożony, wywołując nawet lekkie skojarzenia z twórczością Gentle Giant. We wszystkich tych utworach pojawiają się natomiast ostre, rockowo zadziorne gitarowe solówki, które znacznie je ożywiają. Zaś najbardziej zadziornym i energetycznym utworem jest "Separation".

Istotnym problemem zespołu jest brak wokalisty z prawdziwego zdarzenia. Partie wokalne dzielą tu między sobą gitarzysta Andrew Latimer, klawiszowiec Peter Bardens i basista Doug Ferguson - niestety, wszyscy trzej śpiewają równie beznamiętnie, wręcz usypiająco. Co w bardziej dynamicznych momentach jest dość irytujące. Nic dziwnego, że z czasem grupa zminimalizowała rolę partii wokalnych i zaczęła wykonywać głównie instrumentalną muzykę. Już na debiucie znalazły się dwa instrumentalne utwory. Łagodniejszy "Six Ate", najbliższy luzackiego klimatu wczesnego Santany, to przede wszystkim popis Bardensa, grającego długie solówki na organach i syntezatorze, choć nie brakuje też solówek Latimera. "Arubaluba" to z kolei najcięższy utwór na albumie, momentami oparty na wręcz hardrockowym riffowaniu, a zarazem najbardziej złożony.

Debiutancki album Camel wypełnia bardzo przyjemna i melodyjna, przeważnie łagodna, oraz nieszczególnie - jak na rock progresywny - skomplikowana muzyka. Nie jest to wybitny album - takiego Wielbłąd nigdy nie nagrał - ale jeśli akurat ma się ochotę na coś lżejszego, lecz trzymającego poziom, to słucha się go naprawdę przyjemnie. Podobnie jak kilku kolejnych albumów Camel - ale o nich napiszę innym razem.

Ocena: 8/10



Camel - "Camel" (1973)

1. Slow Yourself Down; 2. Mystic Queen; 3. Six Ate; 4. Separation; 5. Never Let Go; 6. Curiosity; 7. Arubaluba

Skład: Andrew Latimer - gitara, wokal (1,4), flet (5); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (5); Doug Ferguson - bass, wokal (2,6); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Dave Williams


35 komentarzy:

  1. 3..2..1.. na zegarze 2 o'clock so I'm ready for the.. nowa recenzja! ;)

    Oczywiście ja miałem styczność (niewielką) ze wspomnianymi przez Ciebie albumami 2,3,4 - ale zachęcasz, zachęcasz nawet bardzo do posłuchania, chociaż obawiam się, że po tym co piszesz wokal może mnie zniechęcić.

    Proga głównie poznawałem z zestawień robionych przez mainstreamowe i mocno komercyjne magazyny, więc mogę mieć spore braki w prawdziwych diamentach. Cały czas jednak mam nadzieję, że z ambitnego grania napiszesz coś o Weather Report.

    Mam nadzieję, że "innym razem" nie oznacza roku 2020, w końcu Twój blog to nie NFZ ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie zdanie to zapowiedź, że ciąg dalszy nastąpi ;)

      Jeżeli chodzi o rock progresywny, to koniecznie trzeba znać twórczość (z lat 60. i 70.) tak zwanej "wielkiej dziewiątki", czyli: Pink Floyd, King Crimson, Yes, Genesis, ELP, Jethro Tull, Gentle Giant, Van Der Graaf Generator i Camel. Dopiero wtedy można powiedzieć, że zna się ten styl ;) Choć osobiście mam wątpliwości do obecności w tym gronie Jethro Tull, bo z bogatej dyskografii zespołu tylko dwa albumy są rzeczywiście progrockowe. Z czego jeden miał być satyrą na ten styl, uwypuklać wszystkie jego wady, a stał się jego klasyką. I w sumie słusznie, bo "Thick as a Brick" to zacny album, a choć w zamyśle miał być przerysowany, to i tak wypada mniej pretensjonalnie od większości dokonań Yes i ELP. Być może w tym zaliczaniu JT do proga chodzi o dosłownie rozumienie progresywności, ale w takim razie wśród największych przedstawicieli prog rocka powinno się wymieniać także Beatlesów, Queen, Black Sabbath i mnóstwo innych wykonawców.

      Oczywiście nie można na tych wykonawcach poprzestać. Jest sporo innych ciekawych rzeczy, jak Scena Canterbury (Soft Machine, Caravan i niezbyt przeze mnie lubiany Gong, oraz masa mniej znanych kapel, ze świetnym Khan na czele), albo krautrock (niemiecka scena progrockowa), a także liczne zespoły z różnych stron świata, które często zostawiły po sobie pojedyncze albumy. Mam nadzieję, że uda mi się więcej pisać o takich rzeczach, ale już teraz możesz znaleźć kilka perełek pod tym linkiem: http://pablosreviews.blogspot.com/search/label/rock%20progresywny

      A Weather Report to nie tyle rock progresywny, co fusion - zresztą zespół założyli dwaj jazzmani, Joe Zawinul i Wayne Shorter, znani m.in. ze współpracy z Milesem Davisem (Shorter wydał też sporo fajnych jazzowych albumów pod własnym nazwiskiem; solowego Zawinula nie znam). Mam ten zespół na uwadze ;)

      Usuń
    2. Chyba się obrażę, bo nie wymieniłeś Rush wśród tej wielkiej 9 :P Jethro Tull mi nie podeszło już dawno temu i ja właśnie bardziej widziałbym tu trio z Kanady.

      Dzięki za VGG, wcześniej nie zagłębiałem się w nich bardziej niż w inne (czyt. 1-2 kawałki, góra album). Za to przeglądając zestawienia najlepszych progrockowe trafiłem na takich interesujących wykonawców jak Can (właśnie kautrock) włoskie Banco del Mutuo Soccorso i Goblin czy Harmonium (którzy z tego co kojarzę śpiewali po francusku) . Nie, nie polecam Ci tych kapel, bo Co ja ***** wiem o progu. Po prostu kieruję na nie Twoją uwagę.

      Na Weather Report trafiłem przypadkiem - w telewizji emitowali ich koncert, nie pamiętam jak się nazywał. No i wsiąkłem.

      Dygresja - Czy uważasz, że poruszanie się na 1 albumie w wielu stylistykach może nie burzyć jego spójności?

      Usuń
    3. Ale ta dziewiątka to nie jest mój wymysł - tak się po prostu przyjęło wśród fanów proga. Zresztą częściej można trafić na wzmiankę o "wielkiej szóstce", w której zabrakło miejsca dla Camel, oraz - o zgrozo! - Gentle Giant i VDGG. Natomiast Rush to bardzo dobry zespół... hardrockowy. Tak, ambitny, nieprzeciętny, tworzony przez trzech wirtuozów, ale jednak mocno zakorzeniony w hard rocku. A Jethro Tull też jest bardzo fajne, tylko trzeba lubić folk. No i trafić na właściwy album, bo już w latach 70. pomiędzy kolejnymi wielkimi dziełami wydawali też zwykły chłam.

      Włoska scena progresywna kojarzy mi się z patetycznym, pretensjonalnym rockiem symfonicznym, więc w ogóle się w to nie zagłębiam. Ale Goblin przypadkiem znam i z pewnością kiedyś tu zagości ;)

      Oczywiście, że różnorodność nie przeczy spójności. Ale musi być zachowany jakiś wspólny pierwiastek.

      Usuń
    4. O, widzę, że poruszono tutaj wiele interesujących wątków ;)

      Wielka Szóstka to po prostu sześć najbardziej znanych i wpływowych klasycznych zespołów progowych. Wielka dziewiątka to już określenie raczej dla fanów proga, bo ludzie z zewnątrz nie kojarzą Generatorów czy Giantów. Szkoda, ale tak jest. Natomiast Rush jest zespołem może i niewiele mniej ważnym, może równie wpływowym jak tamci, ale po prostu zbyt późnym. Która to jest fala proga? Czwarta?

      Odnoście Włochów - wielka, bardzo różnorodna scena. Ten główny nurt RPI jest bardzo specyficzny, dla mnie szczerze mówiąc trudny do słuchania, choć akurat wspomniane Banco del Mutuo Soccorso cenię... ale nie słucham ;) Za to na marginesie takiego symfonicznego grania jest ogrom jazz-rocka, awangardy - często bardzo radykalnej! -, dość oryginalnej elektroniki i tak dalej. Trudno się zresztą dziwić skoro dziedzictwo muzyczne Italii jest tak niesamowicie bogate - renesans, barok, klasycyzm, awangarda, opera, mnóstwo muzyki regionalnej, a wszystko na światowym poziomie. Włoscy progowcy mieli z czego wybierać, więc naprawdę warto się nimi zainteresować, choć, jak mówię, takie standardowe RPI można sobie w większości odpuścić. Polecam przede wszystkim grupę Area (tylko, że to jest dość ekstremalna muzyka. Ale świetna!). Polecam też tekst na temat włoskiego fusion tutaj: https://issuu.com/progrockorgpl/docs/biuletyn052011

      A wspomniany krautrock to w ogóle materiał na co najmniej rok z życia. Wartych posłuchania płyt jest kilkadziesiąt, przy czym wiele z nich jest tak odległych od klasycznego rocka, że trzeba czasu na zrozumienie o co w tym właściwie chodzi. Zwłaszcza Can jest przykładem muzyki, do której trudno się przekonać z perspektywy rocka pierwszej połowy lat 70'. Ale warto jak nie wiem!

      Usuń
    5. Camel też późno zadebiutował, a jednak się załapał przynajmniej do "dziewiątki". Banco del Mutuo Soccorso i Areę dodałem do listy "do przesłuchania", później zapoznam się z tym tekstem ;) Poznawanie krautrocka wciąż odkładam na później, słuchałem tylko jakiś pojedynczych i raczej przypadkowych albumów. Z Can tylko debiutu i zniechęcił mnie.

      Usuń
    6. Can posłuchaj sobie Tago Mago. Też nie będzie łatwo, ale może to tak dobry album, że może coś zaskoczy.

      Usuń
    7. A co do Camel, to fakt, zaczęli bardzo późno, byli bardzo odtwórczy, ale jednak 73 rok to jeszcze jest epoka klasycznego proga. Rush zyskał uznanie w drugiej połowie lat 70' - niby tylko kilka lat później, ale tak naprawdę w zupełnie innej epoce. I sądzę, że właśnie to jest głównym powodem, że nie ma ich w takim twardym jądrze zespołów progowych.

      Usuń
    8. "Tago Mago" od dawna czeka w kolejce, tylko na razie brak chęci ;)

      Usuń
  2. Camela bardzo kiedyś lubiłem, ale przestałem z powodów osobistych. Pierwsza płyta jest świetna - pomimo swoich niedoskonałości. O wiele lepiej mi zawsze "wchodziła", niż "Mirage" czy "Snow Goose" (ta druga zresztą, uważam, jest mocno przereklamowana). Nie zgadzam się jednak, że, poza pierwszą czwórką albumów, Camel wypuszczał popelinę. Oczywiście, "Breathless" czy "Single Factor" to tragedia, ale już w latach '90 pojawił się "Dust And Dreams", którego zawsze będę bronił rękami i nogami. Choć już nigdy do niego nie wrócę... ale to już inna historia.
    I właściwie bardzo wątpię, czy Camel kiedykolwiek był "prograsywny". No bo niby w czym?
    Pozdrawiam. Czytam regularnie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaryzykuję stwierdzenie, że Camel to był pierwszy zespół neoprogresywny ;)

      Usuń
    2. Tak, być może. Na pewno jednak przypinanie etykietek nie umniejsza ani nie ulepsza odbioru muzyki, która albo jest piękna,albo nie. Camel to taki "miły" zespół. Ani odkrywczy, ani agresywny, bez charyzmstycznego lidera,ale za to z sercem.

      Usuń
    3. Jasne, przecież nie dałbym tak wysokiej oceny, gdybym uważał, że to równie bezwartościowa muzyka, co Marillion, Pendragon, czy inny Dream Theater ;)

      Usuń
  3. Camel należy do moich ulubionych grup. W sumie mało obchodzi mnie to czy ich muzyka zaliczana jest do nurtu rocka progresywnego, neoprogresywnego czy też jakiegoś innego. Jest to piękna muzyka, która potrafi oczarować i wzruszyć a która mi się bardzo podoba. Nie zgadzam się natomiast z tym że jest to ambitniejszy pop. Wystarczy posłuchać albumów koncertowych Camela aby przekonać się jak błędne jest to stwierdzenie. Pierwsza płyta grupy należy do moich ulubionych i cenie ją wyżej od również wspaniałych Mirage, Moonmadness czy słynnej Snow Goose. Choć bardzo lubię te płyty najpiękniejszymi albumami dla mnie są Dust and Dreams, Harbour of Tears i Rajaz. Uważam że to największe dzieła prog rocka tamtych lat. Muzyka zawarta na tych albumach hipnotyzuje swoim pięknem. Partie gitary Andy Latimera są tam szczególnie urocze i wzruszające. Solówka gitary z utworu Lawrence z płyty Rajaz należy to najpiękniejszych jakie słyszałem. Kto tego nie zna , niech żałuje. Andy Latimer należy do moich ulubionych gitarzystów. Wiem, że nie jest żadnym wirtuozem i wybitnym technikiem, ale uczucie jakie towarzyszy jego grze jest mi szczególnie bliskie. Czekam na kolejne recenzje Camela. Mam nadzieję, że Paweł nie zakończy opisów na płytach z lat 70, bo przecież lata 80 to chociażby rewelacyjne Nude czy Stationary Traveller (utwór tytułowy to cudo!!!) a lata 90 to wspomniane przeze mnie albumy. Tyle o Camel. Nie mogę zgodzić się z Pawłem w kwestii Marillion. Jeśli Paweł uważa że ta muzyka jest bezwartościowa to wydaje mi się że opinia ta wynika z jego nieznajomości tematu, bo nie wierzę w to że osoba słuchająca wszystkich wielkich prog rocka nie docenia wcielenia Marillion z Fishem. Czy naprawdę uważasz że np. Fugazi, Jigsaw czy Script for A Jester's Tear to bezwartościowe utwory? Czy koncept album Misplaced Childhood i pierwsze trzy płyty są bezwartościowe? Jeśli się bierze pod uwagę jedynie Kayleigh to pewnie tak. Czy Sugar Mice nie jest pięknym i wartościowym utworem? Albo The Space z płyty Seasons End (to już era Hogartha). Czy wreszcie trwający prawie 20 min. Grendel, który grany był jedynie na koncertach i nie znalazł się na żadnej studyjnej płycie jest bezwartościowy??? To jeden z tych długich kawałków prog rockowych , w których ani sekunda nie nudzi a kulminacja następuje w niesamowitej hard rockowej solówce gitarowej. Jeśli ktoś uważa że to bezwartościowa muzyka to ja mu serdecznie współczuję. Wymieniłem jedynie te najbardziej „bezwartościowe” płyty i utwory ery Fisha a przecież jest jeszcze etap z Hogarthem. Tutaj jest chociażby cała płyta Brave, ale znalazłoby się tego dużo więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marillion to nudziarze bezmyślnie kopiujący Genesis. Nie ma w tej muzyce niczego progresywnego. Jedynie powielanie pomysłów wspomnianej grupy, w bardziej kiczowatej i bardziej pretensjonalnej formie. Ich rzekoma wielkość to wymysł dziennikarzy Trójki i Teraz Rocka. To oni nakręcają popularność tej grupy, wmawiając ludziom, że to nie wiadomo jak wartościowa muzyka. Chyba tylko w Polsce traktuje się ich jako klasyków proga.

      "Harbour of Tears" Camela nie jest piękny, a kiczowaty. Okropnie ckliwa muzyka, mająca wywoływać u słuchacza wzruszenie, ale u mnie wywołuje tylko niesmak.

      Usuń
    2. Marillion poznałem jak byłem mały i powiem Wam, że całkiem mi się podobali. Kasetę z "Fugazi" mam do dzisiaj i nawet czasami zdarza mi się jej posłuchać. Niemniej o tym, że to niby jest rock progresywny dowiedziałem się dopiero po wielu latach z ProgArchives ;) Serio w życiu bym nie wymyślił, że to jest prog. Co w takim razie nim nie jest? Przecież cokolwiek z nowej fali się weźmie brzmi równie "progowo". Nie no, ten cały hajp na Marillion jest absurdalny i, jak pisze Paweł, wynika w znacznej mierze z działań Trójki i Teraz Rocka, czyli - nie oszukujmy się - mediów niezbyt poważnych...

      Usuń
    3. To czy Marillion należy do nurtu progresywnego rocka czy neoprogresywnego w sumie ma dla mnie drugorzędne znaczenie. To tak samo jak prowadzić dyskusję do jakiego stylu zaliczyć Queen. Niestety cały świat przyjął, że Marillion to rock neoprogresywny i może się to niektórym nie podobać ale tak już jest. Ja akurat nie inspirowałem się Trójka czy też Teraz Rockiem (chociaż kiedyś czytałem)sięgając po Marillion. Czy są nudziarzami? Na pewno nie w składzie z Fishem. Uważam, że jest tam mnóstwo energii i zaskakujących momentów. Natomiast faktem jest że era z Hogarthem momentami może być nudna. Co do Harbour of Tears to absolutnie nie zgadzam się z Pawłem. Ckliwy to jest np. wokal Jona Andersona z Yes, przez co nie da się go słuchać. Albo ckliwy jest kawałek All My Love Led Zeppelin, który notabene nawet lubię. Natomiast we mnie niesmak wywołuje np. rozciąganie w nieskończoność i bezsensowne komplikowanie utworów tylko po to by zachować progresywność. Było to oczywiście domeną wielu prog rockowych grup w latach 70.

      Usuń
    4. "Rozciąganie w nieskończoność i bezsensowne komplikowanie utworów" to domena grup neo-progresywnych i prog-metalowych. W latach 70. nikt niczego takiego nie robił. Te rozbudowane suity zawsze były dokładnie przemyślane i spójne, nawet jeśli niektórzy przesadzali z patosem i długością solówek (Yes, ELP). Dopiero u naśladowców można zaobserwować rozciąganie w nieskończoność utworów w których pomysłów jest na trzyminutową piosenkę (np. Marillion, albo uwielbiany przez redaktorów Trójki "Again" Archive), oraz przesadne komplikowanie i chaotyczne łączenie zbyt wielu - i zazwyczaj nieciekawych - pomysłów (np. Dream Theater).

      Znam trzy pierwsze albumy Marillion (z Fishem, żeby nie było wątpliwości), czyli trzy najbardziej cenione. I uważam, że tam w ogóle nie ma energii, ani żadnego zaskakującego momentu. Nudne smęcenie z kiczowatymi syntezatorami dominującymi w akompaniamencie. Jedynie wokal jest w miarę znośny. Późniejsze albumy nawet przez fanów są uważane za gorsze, więc wolę ich nie znać.

      Usuń
    5. Jeśli chodzi o Dream Theater to pełna zgoda. Natomiast to właśnie w latach 70 powstawały płyty, gdzie całą stronę albumu zajmował jeden utwór rozciągnięty do granic możliwości i niepotrzebnie skomplikowany, w którym przez tą całą progresywność melodia zostaje całkowicie zatracona.

      Usuń
    6. A jakieś konkretne przykłady? Bo mi żaden taki utwór nie przychodzi do głowy, a znam całe dyskografie najważniejszych grup progrockowych (nie słyszałem tylko późniejszych albumów Camel i VDGG).

      Usuń
    7. Yes, ELP czy Mike Olfield

      Usuń
    8. W suitach Yes i ELP jest mnóstwo fajnych melodii, tylko na każdą z nich przypada masturbacyjna solówka Rocka Wakemana lub Keitha Emersona, którzy lubowali się w takich pretensjonalnych i kiczowatych popisach. Oba te zespoły, podobnie jak i Oldfield, mają jednak także sporo krótszych i bardzo dobrych melodycznie utworów, w których nie ma żadnych dłużyzn.

      Z drugiej strony jest taki zespół, jak Gentle Giant, który nigdy nie nagrał kompozycji dłuższej niż 9 minut. A w każdym ich utworze (z pierwszych siedmiu, ośmiu albumów) jest więcej pomysłów, niż w całych dyskografiach neo-progowców. W dodatku właściwie wszystkie utwory GG zachwycają rewelacyjnymi, niebanalnymi melodiami.

      A pomiędzy GG a Yes i ELP jest masa innych zespołów, z których każdy grał zupełnie inaczej, a jedyne co je wszystkie łączyło, to innowacyjne podejście. Dlatego kompletnie nie ma sensu jakiekolwiek uogólnianie w przypadku rocka progresywnego.

      Usuń
    9. (Ricka Wakemana, oczywiście)

      Usuń
  4. Panowie, Marillion w latach 80 i tak był odważną propozycją. Co, oczywiście, nie zmienia faktu, że nie wygenerował niczego wybitnego. Otworzył za to drogę różnym epigonom progrocka. Była to droga donikąd. Pamiętam, jak wkurzały mnie postaci typu Fish i Clive Nolan, wynoszone na piedestały przez weissów i beksińskich... I, Boziu, jak ja nienawidziłem Collage i Ayreon!)
    Piękne, mimo wszystko wspomnienia.
    Byłem na pierwszym koncercie Camela w Polsce, daaawno temu. Usnąłem, kiedy grali "Ice". Ale wykonanie " Never Let Go" z tamtego wieczora pamiętam do dziś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy odważną, to bym polemizował ;) Przecież oni w latach 80. grali właściwie to samo co Genesis w tym okresie, ale o ile ci drudzy stawiali na konkretne, krótkie przeboje, tak Marillion przesadnie rozwlekali swoje kawałki, tworząc w ten sposób iluzję, że to jest bardziej ambitna muzyka. A nie jest.

      Usuń
    2. Lata 80' są przez fanów klasycznego rocka straszliwie demonizowane co wynika, przykro to mówić, tylko i wyłącznie z niewiedzy. Wyobrażenie, że w latach 80' albo grano punka na dwóch akordach w garażu, albo syntezatorowy pop nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To była znakomita dekada, pełna porywającej, całkiem oryginalnej, niezwykle różnorodnej muzyki - rockowej, jazzowej, elektronicznej i w ogóle jakiej kto zapragnie -, tyle tylko, że do niej trzeba dotrzeć bo nie została wyłożona na talerzu jak klasyczne King Crimson czy Led Zeppelin. Jeżeli ktoś uważa Marillion z Fishem za "odważną propozycję" polecam posłuchać sobie którejkolwiek z następujących płyt [wybrałem tylko 1983, czyli rok debiutu Marillionu]:

      Cocteau Twins - Head Over Heels (1983)
      Codona - Codona 3 (1983)
      Anthony Davis - Variations in Dream-Time (1983)
      Danielle Dax - Pop-Eyes (1983)
      Brian Eno - Apollo: Atmospheres & Soundtracks (1983)
      Eskaton - Fiction (1983)


      Usuń
    3. Jeszcze o tym Marillionie nieszczęsnym... Zawsze dziwiło mnie, że właśnie ta grupa odniosła pewien sukces. Jeśli brać od uwagę neoprogrockowców początku lat 80, to na pewno były zespoły o niebo lepsze - Pallas czy (o wiele bardziej oryginalny) Twelfth Night. Ale nie - Marillion zamącił najmocniej. Co ciekawe, Steve Rothery nigdy nie ukrywał swojego podziwu dla Latimera. Nick Barrett z nieszczęsnego Pendragona także. Nie zdziwiłbym się, gdyby miłośnikiem Latimera był również gitarzysta ohydnej grupy IQ. No cóż, inspiracja zacna, wykonanie nie bardzo.

      Usuń
  5. Marillion nudne? Może jeszcze monotonne? Sorry ale nie mogę się zgodzić.. Marillion w żadnym wypadku nudne nie było. Grali podobnie do Genesis ale czy kopiowali ich styl? Posłuchaj sobie The Watch włoskiego zespołu, to jest kopia stylu.. nawet image ten sam.. Marillionowi do nich daleko.. mieli swój własny styl który bazowal głównie na śpiewie Fisha.. i byli różnorodni.. owszem podobnie grali do Genesis ale jednak nieco się różnili.. jeśli ktoś miał być nudny to już bardziej Iron Maiden czy AC/Dc których tak wychwalasz pod niebiosa (szczególnie tych pierwszych) a oni rąbali w jedną nutę, prawie zero ballad tylko rypanie i rypanie.. A Marillion nagrywał i szybsze utwory jak i wolniejsze, ballady fortepionowo- akustyczne jak i mocnego rocka. Ja podziwiam tych których nie nudzi rypanka Ironów.. czy AC/DC.. na jedną nutę.. bez zwolnienia tempa..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale co ty człowieku w ogóle porównujesz? Zespoły z dwóch różnych stylistyk, które rządzą się zupełnie innymi prawami. Dlaczego nie porównasz Marillion do Gentle Giant lub King Crimson? Bo sam masz pewnie świadomość, jak biednie, nudno, monotonnie i jednowymiarowo wypadliby ci pierwsi.

      Dam ci jednak okazję do obronienia swojego poglądu. Podaj mi, proszę, tytuły dwóch utworów Marillion, które różnią się między sobą tak bardzo, jak "Strange World" i "Transylvania" Iron Maiden, albo "Love Song" i "Soul Stripper". I najlepiej żeby też były to utwory z jednego albumu, jak moje przykłady (nawiasem mówiąc, udowadniające, że nie masz żadnego pojęcia o czym piszesz).

      Usuń
  6. Chciałbym zobaczyć tą burzę w komentarzach gdyby kiedykolwiek się tu pojawiła recenzja Marillion (raczej tak nie będzie), haha :D

    No a Camel klasa, "The Snow Goose" to moja ulubiona prog rockowa płyta - z gatunku, z którym zawsze miałem problemy. :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kusisz, ale na razie mam dość negatywnych recenzji. Najgorsze w ich pisaniu jest to, że trzeba sobie przypomnieć taki album.

      Usuń
    2. Za to jest wtedy większa różnorodność ocen :)

      Usuń
  7. No to sobie tego posłuchałem. Takie niemrawe, dobre do puszczenia w tle. Wokal nie drażni, pasuje do takiego grania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To teraz sobie wyobraź, że to i tak najbardziej energetyczny album tego zespołu ;)

      Usuń
  8. Z tego, co zauważyłem, to bardzo cenione są też późne płyty Camel, może za dojrzałość, refleksyjny nastrój, tak jak stare, dobre wino. Koncept –album poświęcony zmarłemu ojcu, czyli Harbour of Tears czy wypełnione długimi utworami orientalne Rajaz i bardzo dojrzałe (a jednocześnie z puszczeniem tytułowego oka) A Nod and a Wink.

    Stationary Traveller to znowu osobna bajka i jeden bardzo nielicznych przypadków, gdzie grupa z lat 70. wyszła artystycznie obronną ręką w latach 80., i przy okazji nagrała kilka klasyków na czele z utworem tytułowym z rewelacyjną solówką Latimera.

    OdpowiedzUsuń