28 lutego 2017

[Recenzja] Billy Cobham - "Spectrum" (1973)



"Spectrum" to debiutancki solowy album panamskiego perkusisty Billy'ego Cobhama, znanego z Mahavishnu Orchestra i współpracy z  Milesem Davisem. W nagraniach wspomógł go przede wszystkim klawiszowiec Jan Hammer (Mahavishnu Orchestra, Jeff Beck), a także liczni muzycy sesyjni, m.in. kontrabasista Ron Carter (Miles Davis Quintet), saksofonista Joe Farrell (Return to Forever), oraz... Tommy Bolin, późniejszy gitarzysta Deep Purple. Zaangażowanie tego ostatniego było ryzykowanym posunięciem, gdyż brakowało mu doświadczenia i wiedzy (chociażby umiejętności czytania nut), jakie mieli pozostali muzycy. Bolin spisał się jednak doskonale, dzięki swojemu talentowi i zdolności do zespołowej interakcji. A warto dodać, że muzykom wystarczył tylko jeden dzień, aby się ze sobą zgrać i nauczyć skomponowanych przez Cobhama utworów (na album złożyły się wyłącznie kompozycje perkusisty). Sama sesja zajęła zaś ledwie trzy majowe dni 1973 roku. Album został więc zarejestrowany praktycznie na żywo, z nielicznymi dogrywkami.

Album utrzymany jest w stylistyce jazz fusion. Charakterystyczna gra Hammera na elektrycznym pianinie i "kosmicznie" brzmiących syntezatorach, jak również ostre solówki Bolina, wywołują skojarzenia z Mahavishnu Orchestra, jednak rytmika jest tutaj zupełnie inna, zdecydowanie funkowa - vide "Quadrant 4", "Taurian Matador", "Red Baron" i przede wszystkim rewelacyjny "Stratus", oparty na bardzo gęstej partii basu Lee Sklara. W nagranych w innym składzie "Spectrum" i "Le Lis" rytmika jest bardziej egzotyczna, a klimat podkreślają partie dęciaków. Całości dopełnia kilka miniaturek - dwie perkusyjne solówki ("Searching for the Right Door", "Anxiety"), bardzo ładny temat na akustycznym pianinie ("To the Women in My Life"), oraz dziwna syntezatorowo-perkusyjna improwizacja ("Snoopy's Search"). Choć Hammer, Bolin i reszta gości niewątpliwie wiele wnosi do całości, to album jest przede wszystkim popisem samego Cobhama, który w każdym momencie zwraca uwagę swoją wirtuozerską, niezwykle precyzyjną i pomysłową grą. Nie będzie ani odrobiny przesady w stwierdzeniu, że to jeden z najlepszych perkusistów (nie tylko) jazzowych.

Billy Cobham wydał pod swoim nazwiskiem wiele fantastycznych albumów, może nawet lepszych od "Spectrum", ale to właśnie ten longplay jest niekwestionowaną klasyką fusion. Wydawnictwem niezwykle inspirującym, żeby wspomnieć tylko przypadek Jeffa Becka, który po usłyszeniu "Spectrum" zerwał wszystkie swoje zobowiązania (przede wszystkim porzucając trio Beck, Bogert & Appice w trakcie nagrywania drugiego albumu), by zacząć tworzyć muzykę w tym stylu. "Spectrum" to album, który może się podobać zarówno słuchaczom jazzu, jak i rocka, albo funku. Natomiast dla wszystkich lubiących fuzję tych stylów jest to po prostu pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10



Billy Cobham - "Spectrum" (1973)

1. Quadrant 4; 2. Searching for the Right Door; 3. Spectrum; 4. Anxiety; 5. Taurian Matador; 6. Stratus; 7. To the Women in My Life; 8. Le Lis; 9. Snoopy's Search; 10. Red Baron

Skład: Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne; Jan Hammer - instr. klawiszowe
Gościnnie: Tommy Bolin - gitara (1,5,6,10); Lee Sklar - bass (1,5,6,10); Joe Farrell - saksofon i flet (3,8); Jimmy Owens - skrzydłówka i trąbka (3,8); Ron Carter - kontrabas (3,8); Ray Barretto - kongi (3,8); John Tropea - gitara (8)
Producent: Billy Cobham


24 lutego 2017

[Recenzja] Camel - "Camel" (1973)



Grupa Camel zaliczana jest do najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów z nurtu rocka progresywnego. Można z tym polemizować, gdyż nie była ona nigdy ani szczególnie oryginalna, ani wybitna. Większość dyskografii Wielbłąda to właściwie trochę bardziej ambitny pop. Na początku swojej działalności zespół nagrał jednak kilka wartościowych albumów, zawierających trochę bardziej ambitną - ale tylko odrobinę bardziej skomplikowaną od "zwykłego" rocka - muzykę. Za jego największe osiągnięcia powszechnie uznaje się longplaye od drugiego do czwartego, czyli "Mirage", "The Snow Goose" i "Moonmadness". W ich cieniu pozostaje debiut - wydany w małym nakładzie bez żadnej promocji, w związku z czym przez wiele lat był prawdziwym białym krukiem. Bez wątpienia jest to jednak jedno z najciekawszych wydawnictw Camel.

Zawarte na nim utwory brzmią jak Wishbone Ash bez porywających solówek gitarowego duetu, albo jak wczesny Santana bez elementów latynoskich. To drugie skojarzenie pogłębia podobne brzmienie elektrycznych organów, które dominują tu nad innymi instrumentami. Przeważają łagodne, melancholijne, ale zarazem dynamiczne kompozycje, jak "Slow Yourself Down", "Mystic Queen", "Curiosity" i "Never Let Go". Najciekawiej wypada ten ostatni, dzięki bogatszej aranżacji, z instrumentarium poszerzonym o flet, melotron i syntezatory. To także najbardziej znany fragment debiutu, dzięki stałej obecności w koncertowej setliście. "Curiosity" z kolei jest odrobinkę bardziej złożony, wywołując nawet lekkie skojarzenia z twórczością Gentle Giant. We wszystkich tych utworach pojawiają się natomiast ostre, rockowo zadziorne gitarowe solówki, które znacznie je ożywiają. Zaś najbardziej zadziornym i energetycznym utworem jest "Separation".

Istotnym problemem zespołu jest brak wokalisty z prawdziwego zdarzenia. Partie wokalne dzielą tu między sobą gitarzysta Andrew Latimer, klawiszowiec Peter Bardens i basista Doug Ferguson - niestety, wszyscy trzej śpiewają równie beznamiętnie, wręcz usypiająco. Co w bardziej dynamicznych momentach jest dość irytujące. Nic dziwnego, że z czasem grupa zminimalizowała rolę partii wokalnych i zaczęła wykonywać głównie instrumentalną muzykę. Już na debiucie znalazły się dwa instrumentalne utwory. Łagodniejszy "Six Ate", najbliższy luzackiego klimatu wczesnego Santany, to przede wszystkim popis Bardensa, grającego długie solówki na organach i syntezatorze, choć nie brakuje też solówek Latimera. "Arubaluba" to z kolei najcięższy utwór na albumie, momentami oparty na wręcz hardrockowym riffowaniu, a zarazem najbardziej złożony.

Debiutancki album Camel wypełnia bardzo przyjemna i melodyjna, przeważnie łagodna, oraz nieszczególnie - jak na rock progresywny - skomplikowana muzyka. Nie jest to wybitny album - takiego Wielbłąd nigdy nie nagrał - ale jeśli akurat ma się ochotę na coś lżejszego, lecz trzymającego poziom, to słucha się go naprawdę przyjemnie. Podobnie jak kilku kolejnych albumów Camel - ale o nich napiszę innym razem.

Ocena: 8/10



Camel - "Camel" (1973)

1. Slow Yourself Down; 2. Mystic Queen; 3. Six Ate; 4. Separation; 5. Never Let Go; 6. Curiosity; 7. Arubaluba

Skład: Andrew Latimer - gitara, wokal (1,4), flet (5); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (5); Doug Ferguson - bass, wokal (2,6); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Dave Williams


22 lutego 2017

[Recenzja] Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1968)



Nazwa Fleetwood Mac kojarzona jest obecnie przede wszystkim z kilkoma poprockowymi albumami z drugiej połowy lat 70., które odniosły spory sukces komercyjny. Dekadę wcześniej był to zupełnie inny zespół, zarówno pod względem personalnym, jak i stylistycznym. Założony został w 1967 roku przez brytyjskiego gitarzystę Petera Greena, który kilkanaście miesięcy wcześniej zasłynął jako następca Erica Claptona w grupie Bluesbreakers Johna Mayalla, z którą nagrał album "A Hard Road" i kilka singli. To właśnie tam poznał basistę Johna McVie, a także zasugerował liderowi wyrzucenie perkusisty Aynsleya Dunbara (który wyraził swoje rozgoryczenie formując grupę The Aynsley Dunbar Retaliation, co dosłownie znaczy "odwet Aynsleya Dunbara") i ściągnięcie na jego miejsce Micka Fleetwooda, z którym grał już wcześniej. Peterowi tak dobrze współpracowało się z tą sekcją rytmiczną, że zaproponował im stworzenie nowej grupy, a jako dodatkową zachętę postanowił ochrzcić ją nazwą łączącą ich nazwiska - Fleetwood Mac.

Fleetwood od razu się zgodził. McVie, który współpracował z Mayallem już kilka lat, początkowo był niechętny. Wziął jeszcze udział w nagraniu kolejnego albumu Bluesbreakers, "Crusade" (na którym zadebiutował nastoletni Mick Taylor, późniejszy gitarzysta Rolling Stones, zaś perkusistą został Keef Hartley), zanim zdecydował się wesprzeć Greena i Fleetwooda, którzy w międzyczasie zdążyli już zatrudnić jako basistę Boba Brunninga. Po dołączeniu McViego, bezrobotny Brunning związał się na krótko z grupą Savoy Brown, a następnie wycofał się całkowicie z muzycznego biznesu. Składu Fleetwood Mac dopełnił Jeremy Spencer. Co ciekawe, początkowo miał być jedynie pianistą, ale ostatecznie został jednym z dwóch śpiewających gitarzystów. Regułą stało się jednak, że w ogóle nie udzielał się w utworach śpiewanych przez Greena, natomiast w śpiewanych przez siebie grał solowe partie gitary (wyłącznie techniką slide), zaś partie rytmiczne wykonywał w nich Green.

Jak wszyscy w tamtym czasie, muzycy postanowili grać bluesa, wzbogaconego rockową energią. Szybko podpisali kontrakt z wytwórnią Blue Horizon należącą dla Mike'a Vernona - wielkiego propagatora muzyki bluesowej na Wyspach Brytyjskich, który jako producent wspierał m.in. takich wykonawców, jak John Mayall, Savoy Brown, Ten Years After, The Aynsley Dunbar Retaliation, czy Chicken Shack. Również kilka pierwszych albumów Fleetwood Mac zostało nagrane pod producenckim nadzorem Vernona. Nie przypadkiem wspominam powyżej tak wiele nazw i nazwisk - stanowią one bowiem doskonały przegląd tego, co działo się wówczas na brytyjskiej scenie muzycznej, na której dominował blues rock. Debiutancki album Fleetwood Mac to dokładnie taka sama muzyka, jaką można znaleźć na ówczesnych wydawnictwach wspomnianych wykonawców.

I podobnie jak na innych bluesrockowych debiutach, część repertuaru to przeróbki bluesowych standardów. Muzycy wzięli na warsztat m.in. kompozycje Howlin' Wolfa ("No Place to Go"), Roberta Johnsona ("Hellhound on My Trail") i Elmore'a Jamesa ("Shake Your Moneymaker"). Zdecydowana większość utworów to jednak autorskie kompozycje Greena lub Spencera. Energetyczne kawałki bluesrockowe (np. "My Heart Beat Like a Hammer", "Long Grey Mare", "No Place to Go") lub rockandrollowe ("Shake Your Moneymaker") przeplatają się z wolniejszymi, potraktowanymi bardziej tradycyjnie bluesami (np. "Merry Go Round", "Cold Black Night") i melancholijnymi kompozycjami Greena ("Looking for Somebody", "I Loved Another Woman", oraz akustyczny "The World Keep on Turning"). W większości opierają się na podstawowym instrumentarium - dwóch gitarach, basie i perkusji - czasem tylko z dodatkiem harmonijki (np. "Long Grey Mare", "No Place to Go") lub pianina ("Hellhound on My Trail"). Brzmienie jest dość ostre, ale niespecjalnie ciężkie, w przeciwieństwie do tego, co wówczas prezentowali Cream, The Jimi Hendrix Experience, czy Jeff Beck Group. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to do zdecydowanie zbyt krótkich solówek Greena. Nie brakuje tu natomiast świetnych popisów Spencera (np. w "My Baby's Good to Me").

"Fleetwood Mac" to bardzo dobry i - jak na ten styl - zróżnicowany album. Zawarta na nim muzyka może obecnie wydawać się nieco archaiczna, zwłaszcza osobom nieosłuchanym z latami 60., ale słucha się tego naprawdę przyjemnie.

Ocena: 8/10



Fleetwood Mac - "Fleetwood Mac" (1968)

1. My Heart Beat Like a Hammer; 2. Merry Go Round; 3. Long Grey Mare; 4. Hellhound on My Trail; 5. Shake Your Moneymaker; 6. Looking for Somebody; 7. No Place to Go; 8. My Baby's Good to Me; 9. I Loved Another Woman; 10. Cold Black Night; 11. The World Keep on Turning; 12. Got to Move

Skład: Peter Green - wokal (2,3,6,7,9,11), gitara i harmonijka; John McVie - bass (1,2,4-12); Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne; Jeremy Spencer - wokal i gitara (1,4,5,8,10,12), pianino (4)
Gościnnie: Bob Brunning - bass (3)
Producent: Mike Vernon


21 lutego 2017

[Recenzja] Jeff Beck with The Jan Hammer Group - "Live" (1977)



Koncertowy album Jeff Becka nagrany z pomocą grupy Jana Hammera, byłego klawiszowca Mahavishnu Orchestra, który współpracował z Beckiem już na longplayu "Wired". Materiał zarejestrowano podczas amerykańskiej trasy, na przełomie lata i jesieni 1976 roku - nie wiadomo jednak kiedy dokładnie i podczas ilu koncertów. Na repertuar złożyły się utwory zarówno z albumów Becka (trzy z "Blow by Blow", jeden z "Wired"), jak również Hammera (dwa z sygnowanego wspólnie z Jerrym Goodmanem "Like Children" i jeden z solowego "The First Seven Days"). Już po zapoznaniu się z tracklistą wiadomo, czego się spodziewać - kolejnego longplaya z muzyką fusion. Jeff gra tutaj bardziej agresywnie i ostrzej, niż na dwóch wspomnianych wyżej albumach, co w połączeniu z charakterystyczną grą Hammera na pianinie elektrycznym i syntezatorach, oraz obecnością skrzypiec, na których zagrał Steve Kindler, wywołuje uzasadnione skojarzenia z twórczością Mahavishnu Orchestra (przede wszystkim tutejsza wersja "Scatterbrain").

Nie jest to oczywiście poziom "The Inner Mounting Flame" czy "Birds of Fire". Mamy tutaj do czynienia z późnym fusion, ze wszystkimi jego wadami. Pod koniec lat 70. styl ten zaczął zmierzać w mniej interesującym kierunku, nastawionym na zainteresowanie masowych słuchaczy. Stąd też uproszczona gra sekcji rytmicznej, a także dość tandetne brzmienie syntezatorów, zwiastujące zbliżanie się najbardziej kiczowatej dekady w dziejach - lat 80. O komercyjnych zapędach Becka najdobitniej świadczy tutejsza wersja "She's a Woman", ze zmienionym rytmem na modłę reggae, który to styl w tamtym czasie osiągnął apogeum swojej popularności. Przypadek? Nie sądzę. Największą wadą tego materiału jest jednak obecność partii wokalnych w utworach "Earth (Still Our Only Home)" i "Full Moon Boogie", które brzmią naprawdę okropnie. Odpowiadają za nie odpowiednio Hammer i perkusista Tony Smith, którzy zdecydowanie powinni pozostać przy samym graniu na instrumentach. Na szczęście, dominuje tutaj granie instrumentalne, które - pomijając poruszoną już kwestię brzmienia klawiszy - wypada naprawdę dobrze, żeby wspomnieć tylko o bardzo udanych wykonaniach "Freeway Jam", "Scatterbrain" i "Blue Wind", pełnych świetnych popisów muzyków.

"Live", mimo swoich wad, to dobre uzupełnienie jazzrockowego okresu twórczości Jeffa Becka. Jeśli komuś nie podoba się zawartość "Blow by Blow" i "Wired", to również tutaj nie znajdzie nic dla siebie, ale dla wszystkich wielbicieli tych longplayów będzie to świetny suplement.

Ocena: 7/10



Jeff Beck with The Jan Hammer Group - "Live" (1977)

1. Freeway Jam; 2. Earth (Still Our Only Home); 3. She's a Woman; 4. Full Moon Boogie; 5. Darkness / Earth in Search of a Sun; 6. Scatterbrain; 7. Blue Wind

Skład: Jeff Beck - gitara, talkbox, bass (3); Jan Hammer - instr. klawiszowe, wokal (2); Fernando Saunders - bass, gitara (3), dodatkowy wokal; Tony Smith - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (4); Steve Kindler - skrzypce, gitara (7)
Producent: Jan Hammer


19 lutego 2017

[Recenzja] Comus - "First Utterance" (1971)



Comus to jeden z najbardziej oryginalnych, ale i najdziwniejszych, zespołów, jakie dane mi było słyszeć. Jego historia zaczęła się w 1969 roku, gdy dwaj brytyjscy gitarzyści, Roger Wootton i Glenn Goring, stworzyli folkowy duet. Nazwa została zainspirowana dramatem XVII-wiecznego angielskiego poety Johna Miltona, a tytułowy Comus to grecki bóg pijaństwa, rozpusty i chaosu. Z czasem skład rozrósł się do sekstetu, korzystającego z bogatego instrumentarium - poza gitarami akustycznymi i basową, obejmującego także flet, obój, skrzypce, altówkę i przeróżne perkusjonalia. Grupa pozostała przy graniu folku, ale robiła to na swój własny, bardzo niekonwencjonalny, wręcz awangardowy sposób. Partie wokalne dzielili między sobą Wootton, dysponujący dziwnym, "kwaśnym" głosem, oraz śpiewająca bardziej subtelnie Bobbie Watson, zaś śpiewane przez nich teksty dotykają takich tematów, jak przemoc, morderstwa, gwałty, szaleństwo i pogańskie wierzenia.

W 1971 roku ukazał się debiutancki album Comus, zatytułowany "First Utterance". W chwili wydania był praktycznie niezauważony, a dziś otoczony jest prawdziwym kultem - wystarczy zajrzeć na RateYourMusic, gdzie zajmuje miejsce w trzeciej setce rankingu najlepiej ocenionych albumów wszech czasów, wyprzedając niezliczoną liczbę bardziej znanych longplayów. Co dziwi tym bardziej, że nie jest to łatwa w odbiorze muzyka. Już pierwszy utwór, "Diana" (z tekstem wyraźnie inspirowanym wspomnianym dramatem Miltona), może zniechęcić do przesłuchania całości. Mamy tutaj dziwny, nie do końca współbrzmiący duet wokalny Woottona i Watson, z akompaniamentem atonalnej partii skrzypiec i perkusjonaliów, kojarzących się z jakimś pogańskim obrzędem. Dopiero kolejne przesłuchania ujawniają piękno tkwiące w tej kompozycji. Podobnie mieszane odczucia budzi we mnie "The Bite" - dość konwencjonalny pod względem muzycznym, z dynamicznym i melodyjnym podkładem gitar, skrzypiec i fletu, za to z bardzo pokręconymi wokalami.

Największe i najbardziej pozytywne wrażenie robią na mnie bardziej rozbudowane utwory, mieszczące się w czasie trwania od sześciu do dwunastu minut. Jak "Drip Drip" i "Song of Comus", zbudowane na dynamicznych kontrastach i interesująco łączące całkiem chwytliwe melodie z różnymi intrygującymi udziwnieniami, przede wszystkim w warstwie wokalnej. Albo najdłuższy i najpiękniejszy "The Herald", z wyjątkowo subtelną partią wokalną - wyjątkowo w wykonaniu samej Watson. To tez najłatwiejszy w odbiorze utwór, obok finałowego "The Prisoner", wyróżniającego się prostszą i bardziej wyrazistą melodią, choć w warstwie wokalnej znów jest bardzo niekonwencjonalnie. Wszystkie te cztery utwory zachwycają fantastycznymi, misternymi partiami gitar, interesująco dopełnianymi skrzypcami i fletem, oraz bardzo specyficznym, niepowtarzalnym klimatem, takim wręcz paranoicznym w co dziwniejszych momentach. Całości dopełnia instrumentalna miniaturka "Bitten", brzmiąca jak soundtrack jakiegoś starego horroru.

Muzyczna zawartość "First Utterance" jest doprawdy niezwykła, dziwna i szalona, prawdziwie awangardowa. A zarazem nadzwyczaj piękna, urzekająca prześlicznymi, folkowymi melodiami. To trudna muzyka, ale warto się do niej przekonać.

Ocena: 9/10



Comus - "First Utterance" (1971)

1. Diana; 2. The Herald; 3. Drip Drip; 4. Song to Comus; 5. The Bite; 6. Bitten; 7. The Prisoner

Skład: Roger Wootton - wokal i gitara; Bobbie Watson - wokal i instr. perkusyjne; Glenn Goring - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Andy Hellaby - bass, dodatkowy wokal; Colin Pearson - skrzypce i altówka; Rob Young - flet, obój i instr. perkusyjne
Producent: Barry Murray


17 lutego 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "Interview" (1976)



Twórczość Gentle Giant wyraźnie dzieli się na dwa etapy. Pierwszy, obejmujący lata 1970-75, to rock progresywny w najlepszym wydaniu. Siedem wydanych w tym czasie albumów zawiera muzykę bardzo oryginalną, innowacyjną, skomplikowaną i niekonwencjonalną, a zarazem niespecjalnie pretensjonalną i pełną humoru. Drugi okres, czyli lata 1977-80, to zaskakujący zwrot stylistyczny w stronę prostszego, niezbyt ambitnego grania. Słuchając takich albumów, jak "Giant for a Day" czy "Civilian" aż trudno uwierzyć, że ten miałki pop grany jest przez tych samych muzyków, którzy stworzyli "The Power and the Glory" i "Free Hand", nie wspominając o "In a Glass House". Gdyby chociaż ta zmiana przyniosła im od dawna wyczekiwany sukces, jak stało się w przypadku Yes i Genesis, dałoby to chociaż jeden argument w obronie muzyków. Jednak spopowiona wersja Gentle Giant nie zainteresowała masowych odbiorców, za to pomogła pozbyć się dotychczasowych słuchaczy.

Łącznikiem pomiędzy tymi dwoma okresami jest album "Interview". Longplay wyraźnie ukierunkowany na nieco prostsze, bardziej przystępne i przebojowe granie (vide "Another Show" i przerażająco banalny - jak na ten zespół - "Timing"), ale wciąż pokazujący wielki talent muzyków do tworzenia intrygujących kompozycji i złożonych, starannie przemyślanych aranżacji. O ile jednak na poprzednich albumach muzykom udawało się doskonale łączyć świetne melodie i wirtuozerię, tak tutaj mam wrażenie, że zespół czasem na siłę i niepotrzebnie komplikuje proste pomysły, jak w reggae'owym (!) "Give It Back" - swoją drogą, całkiem ciekawym eksperymencie -  czy skądinąd bardzo ładnej balladzie "Empty City", ze świetnymi wielogłosami i zgrabną melodią. Bardziej naturalnie wyszło to w tytułowym "Interview", w którym chwytliwa melodia idealnie stapia się z połamanym, funkowym rytmem i typowymi dla grupy, nieco dziwnymi wstawkami klawiszowymi. Albo w finałowym "I Lost My Head", składającym się z bardzo charakterystycznego dla wczesnego Gentle Giant, nieco awangardowego początku i... właściwie stricte hardrockowego rozwinięcia. Utworem najbardziej niekonwencjonalnym, a zarazem najbardziej typowym dla grupy, jest "Design" - kolejna, po "Knots" i "On Reflection", zabawa z polifonicznymi partiami wokalnymi wszystkich muzyków, z niemal ambientowym podkładem instrumentalnym.

"Interview" wypada zdecydowanie słabiej od wcześniejszych albumów Gentle Giant, ale to wciąż solidna porcja bardzo intrygującego i pomysłowego grania. Nieporównywalnie lepszego od wszystkiego, co grupa nagrała później. "Interview" na pewno nie przynosi jej wstydu.

Ocena: 7/10



Gentle Giant - "Interview" (1976)

1. Interview; 2. Give It Back; 3. Design; 4. Another Show; 5. Empty City; 6. Timing; 7. I Lost My Head

Skład: Derek Shulman - wokal, saksofon (5,6), instr. perkusyjne (3); Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (3,7), dodatkowy wokal, instr. perkusyjne (2,3); Gary Green - gitara, flet (7), dodatkowy wokal; Ray Shulman - bass, skrzypce (5-7), gitara (5), instr. perkusyjne (3), dodatkowy wokal; John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Phil Sutcliffe - głos (1,3,6,7)
Producent: Gentle Giant


14 lutego 2017

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)



"Between Nothingness & Eternity" to pierwsza koncertówka w dyskografii Mahavishnu Orchestra, a zarazem ostatnie na wiele lat wydawnictwo oryginalnego składu grupy. W 1973 roku coraz bardziej narastał konflikt między mającym dyktatorskie zapędy Johnem McLaughlinem, a pozostałymi instrumentalistami, którzy chcieli przełamać jego kompozytorski monopol. Pod koniec czerwca odbyła się ostatnia studyjna sesja muzyków, podczas której zarejestrowano sześć kompozycji (trzy McLaughlina, oraz po jednej Jana Hammera, Jerry'ego Goodmana i Ricka Lairda). Materiał ten mógł stać się trzecim albumem zespołu, jednak McLaughlin wstrzymał jego wydanie na prawie trzy dekady (ostatecznie został wydany w 1999 roku, pod tytułem "The Lost Trident Sessions"). Zanim gitarzysta zakończył współpracę z resztą ówczesnego składu (zatrzymując prawa do nazwy). zespół zagrał jeszcze kilka koncertów, m.in. w nowojorskim Central Parku, 18 sierpnia. Właśnie jego fragmenty składają się na zawartość "Between Nothingness & Eternity".

Pocieszeniem dla fanów, którzy nie dostali trzeciego studyjnego albumu oryginalnego składu Mahavishnu Orchestra, był fakt, że "Between Nothingness & Eternity" składa się wyłącznie z premierowego materiału. A ściślej mówiąc, z trzech utworów, których studyjne wersje zostały opublikowane dopiero na "The Lost Trident Sessions". W wersji koncertowej materiał ten robi jeszcze większe wrażenie. Wykonania są bardziej rozbudowane, zachwycają wirtuozerskimi popisami, a jednocześnie mnóstwo w nich luzu, swobodnej interakcji pomiędzy muzykami. Całość fantastycznie rozpoczyna kompozycja "Trilogy", składająca się z trzech części: melodyjnej, nieśpiesznej "Sunlit Path", z ciekawym "dialogiem" gitary, klawiszy i basu; wyciszonej, niemalże ambientowej "La Mere de la Mer" z solową partią skrzypiec i "kosmicznymi" dziękami syntezatora; oraz rozpędzonej, agresywnej "Tomorrow's Story Not the Same", z niesamowicie szybką grą McLaughlina i Billy'ego Cobhama. Kolejny na płycie "Sister Andrea" to pierwszy wydany utwór Mahavishnu Orchestra łamiący kompozytorski monopol McLaughlina - jego kompozytorem jest Jan Hammer. Stylistycznie skłania się w stronę jazz-funku. Roztańczona gra sekcji rytmicznej i partie pianina elektrycznego kontrastują jednak z zadziornymi, ostrymi solówkami gitary. Drugą stronę winylowego wydania wypełnia ponad 20-minutowa kompozycja "Dream", z początku utrzymana w rzeczywiście nieco sennym, eterycznym klimacie, tworzonym za pomocą stonowanych partii gitary i skrzypiec. Jednak z czasem sen zmienia się w koszmar i muzycy zaczynają grać bardziej agresywnie, momentami wręcz stricte hardrockowo. Pojawia się tu nawet cytat z "Sunshine of Your Love" Cream.

"Between Nothingness & Eternity" potwierdza zasadę, że każdy zespół grający w drugiej połowie lat 60. i w latach 70., znacznie lepiej wypadał na żywo, niż w studiu. Niczym nieskrępowane, rozbudowane improwizacje, grane przez naprawdę utalentowanych instrumentalistów, dawały niesamowite efekty. Co słychać także na tym albumie.

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)

1. Trilogy: Sunlit Path / La Mere de la Mer / Tomorrow's Story Not the Same; 2. Sister Andrea; 3. Dream

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent; John McLaughlin


13 lutego 2017

[Recenzja] Deep Purple - "Time for Bedlam" EP (2017)



Deep Purple kończy karierę. Aż chciałoby się dodać: "nareszcie!". Choć prawdę mówiąc, już i tak za późno, by zespół zszedł ze sceny z godnością. Ostatni naprawdę wartościowy longplay grupy, "Perfect Strangers" ukazał się ponad trzydzieści lat temu. Potem bywało różnie. Zdarzały się albumy całkiem przyzwoite, ale i prawdziwie katastrofalne, podkopujące legendę zespołu (jak "Slaves & Masters" czy "Bananas"). Trudno pogodzić się z faktem, że zespół, który niegdyś nagrywał tak wiekopomne albumy, jak "In Rock", "Made in Japan", "Burn" czy "Come Taste the Band", stoczył się do tworzenia mdławego, sztampowego hard rocka, będącego ledwie cieniem i marną kopią dawnych dokonań, nie wspominając już o obciachowych, folwarcznych kawałkach popowych w rodzaju "All the Time in the World" (to akurat singiel z wydanego przed trzema laty "Now What?!").

Niedawno jednak muzycy ogłosili, że zamierzają przestać odcinać kupony od swoich osiągnięć z lat 70. i zejść ze sceny. Ok, nie do końca takich słów użyli. Ponoć taka decyzja spowodowana jest problemami zdrowotnymi Iana Paice'a (muzyka o najdłuższym stażu w grupie), utrudniającymi mu granie koncertów. W tym kontekście dziwi, że zespół ma zagrać jeszcze jedną trasę, zapowiadaną jako ostatnią (jak jednak wiadomo, nikt nie kończy kariery po "pożegnalnej" trasie, więc Paice'a czeka jeszcze sporo wysiłku). Występy poprzedzi oczywiście premiera nowego materiału studyjnego, zarejestrowanego w zeszłym roku, pod okiem producenta Boba Ezrina (z którym Purple pracowali już przy okazji "Now What?!"). Album "Infinite", dwudziesty w dyskografii zespołu, zapowiedziany jest na 7 kwietnia. Oczekiwanie ma umilić fanom wydana już na początku lutego EPka "Time for Bedlam".

Minialbum składa się z czterech kompozycji, w tym znany już z poprzedniego albumu "Uncommon Man" - tutaj jednak zaprezentowany w instrumentalnej wersji - oraz trzy premierowe utwory. Całość rozpoczyna tytułowy "Time for Bedlam", który będzie także otwieraczem albumu. Zasadnicza część utworu to typowo purplowy hard rock - w stylu ostatnich płyt, czyli bardzo wygładzony i ugrzeczniony brzmieniowo - bazujący na niemiłosiernie ogranych przez lata patentach, a do tego bardzo nijaki melodycznie. Fatalnie wypada śpiew Iana Gillana (ja wiem, że facet ma 71 lat, ale starszy od niego Mick Jagger jakoś potrafi śpiewać jakby miał o połowę lat mniej). Bardzo kuriozalnie wypada wstęp i zakończenie kawałka, z komputerowo przetworzoną melodeklamacją Gillana do elektronicznego akompaniamentu. Chcieli zabrzmieć nowocześnie, a wyszło pretensjonalnie i po prostu śmiesznie. Ogólnie utwór jest bardzo przeciętny. Taki do posłuchania raz i zapomnienia o nim.

Naprawdę beznadziejny jest natomiast "Paradise Bar" (którego na albumie, na szczęście, nie będzie). Zaczyna się od żenującego klawiszowego motywu, brzmiącego jak melodyjka ze świątecznej reklamy. Główny riff, grany unisono przez gitarę i syntezator, kojarzy się natomiast z "Jump" Van Halen. Całość zalatuje "ejtisowym" chłamem. Za to zaskakująco nieźle wypada wokal Gillana, śpiewającego z większym luzem. Dobra jest też klawiszowa solówka Dona Aireya. Ale to i tak za mało, by uratować ten gniot. Ostatni utwór, "Hip Boots", znajdzie się na albumie, ale w innej wersji. Tutaj trafiło instrumentalne nagranie z próby (nie wiadomo czy wersja albumowa będzie zawierać partię wokalną). To całkiem przyzwoity hardrockowy jam, choć nie ma tu ani porywających popisów, ani choćby zapamiętywalnych motywów. Jeśli porównać to np. do "Son of Alerik" (jamu zarejestrowanego w trakcie sesji nagraniowej "Perfect Strangers"), to różnica jest kolosalna - na korzyść starszej kompozycji, oczywiście. Wciąż jednak jest to najlepsza z trzech nowości.

Jeśli te trzy nowe utwory są reprezentatywne dla "Infinite", to szykuje się naprawdę słaby album. Tylko czy ktokolwiek jeszcze liczy na powrót Deep Purple do formy sprzed trzydziestu lat? Przez ten czas zespół stracił dwóch kluczowych muzyków - Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda - a pozostali znacznie posunęli się w latach i od dawna nie są w stanie stworzyć czegoś wartościowego. 

Ocena: 3/10



Deep Purple - "Time for Bedlam" (2017)

1. Time for Bedlam; 2. Paradise Bar; 3. Uncommon Man (instrumental); 4. Hip Boots (rehearsal)

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Don Airey - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bob Ezrin (1-3), James Paice (4)


12 lutego 2017

[Recenzja] Roy Harper - "Bullinamingvase" (1977)



"Bullinamingvase" to powrót Roya Harpera do bardziej folkowego, głównie akustycznego grania. Trudny do zapamiętania i wymówienia tytuł został zmieniony w wydaniu amerykańskim na "One of Those Days in England", od tytułu najważniejszej kompozycji pochodzącej z albumu. Utwór składa się z dziesięciu części, z których jedna rozpoczyna album, a pozostałe, połączone w całość, wypełniają całą drugą stronę wydania winylowego. "Part 1" to jeden z najbardziej chwytliwych utworów Roya, bardzo pogodny i piosenkowy (w dobrym znaczeniu tych słów). W nagraniu wzięła udział prawdziwie gwiazdorska obsada: za solowe partie gitary odpowiada Alvin Lee z Ten Years After, na basie zagrał Ronnie Lane z The Faces, natomiast chórki zostały wykonane przez Paula i Lindę McCartneyów. Z kolei "Parts 2-10" należy do najbardziej ambitnych dokonań Harpera. Rewelacyjne połączenie folku i rocka progresywnego, ze świetnie wtopionymi w brzmienie dźwiękami harfy i syntezatorów. Można się tu nawet doszukać podobieństwa do wydanego trochę wcześniej w tym samym roku albumu "Animals" Pink Floyd (szczególnie utworu "Dogs"), ale bez jego agresji i mroku.

Pomiędzy dwiema odsłonami "One of These Days in England" znajdują się cztery inne, dość zróżnicowane utwory. "These Last Days" to bardzo melancholijna ballada (w stylu późniejszej twórczości solowej Davida Gilmoura), nawet ładna, ale trochę nużąca. "Cherishing the Lonesome" to kolejna ballada, z początku bardzo ascetyczna brzmieniowo, ale w połowie nabierająca bardziej rockowego charakteru; uwagę zwracają ładne gitarowe solówki. Prześliczny, bardzo folkowy "Naked Flame" czaruje misternymi partiami gitary akustycznej. Czymś zupełnie nowym w twórczości Harpera jest natomiast "Watford Gap", zaaranżowany w stylu... country. Utwór wywołał jednak kontrowersję z innego powodu. Jego tekst jest bowiem ostrą krytyką stacji serwisowej Watford Gap. Roy nie miał jednak pojęcia, że jeden z członków zarządu EMI Records (Harper nagrywał dla jej oddziału Harvest) pełni taką samą funkcję także w firmie będącej właścicielem Watford Gap. Pod jego naciskiem, utwór nie został zamieszczony na kolejnych wydaniach albumu - jego miejsce zajęła kompozycja "Breakfast with You". Swoją drogą, znacznie lepsza muzycznie, stricte rockowa, z fajnie pulsującym basem i zadziorną gitarą. "Watford Gap" został przywrócony dopiero w 1996 roku, na pierwszym i jedynym kompaktowym wydaniu longplaya. "Breakfast with You" również na nim się znalazł, ale jako bonusowy utwór.

"Bullinamingvase" to jeden z najlepszych albumów w bogatym dorobku Roya Harpera. Po nieco słabszych dwóch poprzednich longplayach nastąpił prawdziwy powrót do formy. Szkoda tylko, że nie na długo i już kolejny premierowy materiał Harpera okazał się kompletną porażką. Ale o tym być może napiszę w dalszej przyszłości.

Ocena: 8/10



Roy Harper - "Bullinamingvase" (1977)

1. One of Those Days in England (Part 1); 2. These Last Days; 3. Cherishing the Lonesome; 4. Naked Flame; 5. Watford Gap; 6. One of Those Days in England (Parts 2-10)

Skład: Roy Harper - wokal i gitara; Andy Roberts - gitara, dodatkowy wokal; Dave Cochran - bass;  Admiral John Halsey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Alvin Lee - gitara (1); Ronnie Lane - bass (1); Paul McCartney - dodatkowy wokal (1); Linda McCartney - dodatkowy wokal (1); Henry McCullough - gitara; Jimmy McCulloch - gitara; BJ Cole - gitara; Herbie Flowers - bass; Percy Jones - bass; Steve Broughton - perkusja; Max Middleton - pianino; David Lawson - instr. klawiszowe; Skaila Kanga - harfa (6); The Vauld Symphony Orchestra
Producent: Roy Harper, John Leckie i Peter Jenner


10 lutego 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "Free Hand" (1975)



"Free Hand" osiągnął największy komercyjny sukces ze wszystkich albumów Gentle Giant - jako jedyny wszedł do top 50 amerykańskiego notowania. Nie powinno to dziwić, bo zawarta na nim muzyka jest wyjątkowo, jak na ten zespół, łatwo przyswajalna. Co jednak ciekawe, większa przebojowość w tym przypadku nie idzie w parze z rezygnacją z ambicji, artystycznej wartości i wirtuozerii (dopiero na kolejnych albumach zaczęło brakować tych elementów). W praktyce wygląda to tak, że utwory w rodzaju "Just the Same", "Free Hand" i "Time to Kill" w warstwie instrumentalnej nie różnią się drastycznie od wcześniejszych dokonań grupy - wciąż opierają się na nieoczywistej rytmice i bogatych, przemyślanych aranżacjach - ale znacznemu uproszeniu uległy melodie i partie wokalne, które stały się jeszcze bardziej chwytliwe, choć może trochę zbyt konwencjonalne.

Pozostałe utwory mogą być już znacznie mniej przystępne dla przypadkowego słuchacza. Ale to właśnie one zasługują na największą uwagę. Mamy to chociażby bardzo ładny "His Last Voyage", z subtelną, dwugłosową partią wokalną i złożoną, stopniowo rozwijającą się warstwą instrumentalną. Ciekawie wypada nieco folkowa, instrumentalna miniaturka "Talybont", jak również energetyczny "Mobile", zgrabnie łączący partię skrzypiec z niemal hardrockową gitarą i wyrazistym, pulsującym basem. Największą perłą jest jednak "On Reflection", zawierający charakterystyczne dla Gentle Giant zabawy z polifonicznymi partiami wokalnymi, doskonale i w bardzo przemyślany sposób splatających się w piękną całość. Swoich głosów użyczyli tu niemal wszyscy muzycy, z wyjątkiem perkusisty Johna Weathersa. Akompaniament stanowią delikatne dźwięki fletu, wibrafonu, skrzypiec i wiolonczeli; dopiero pod koniec pojawia się rockowe instrumentarium, znacznie zwiększając dynamikę.

"Free Hand" to ostatnie (a szóste z rzędu) wybitne dzieło Gentle Giant. Album wciąż bardzo ambitny i złożony, a zarazem bardziej zorientowany na przebojowe melodie (a tych przecież zespół nigdy nie unikał), ale jeszcze nie przekraczający granicy banalności. Tak właśnie powinien brzmieć rock progresywny. Pozycja obowiązkowa, podobnie jak wszystkie poprzednie dzieła zespołu.

Ocena: 9/10



Gentle Giant - "Free Hand" (1975)

1. Just the Same; 2. On Reflection; 3. Free Hand; 4. Time to Kill; 5. His Last Voyage; 6. Talybont; 7. Mobile

Skład: Derek Shulman - wokal (1-4,7), saksofon (1), flet (6); Kerry Minnear - wokal (2-5), instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, harfa (2), wiolonczela (2), flet (6); Gary Green - gitara, wokal (2), flet (2,6); Ray Shulman - bass, wokal (2), altówka (2), skrzypce (7); John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gentle Giant


8 lutego 2017

[Recenzja] Climax Chicago Blues Band - "A Lot of Bottle" (1970)



Na swoim trzecim albumie zespół wrócił do dłuższej nazwy (poprzedni album, "Plays On", został wydany pod szyldem Climax Blues Band), jak również do grania bardziej konwencjonalnego blues rocka. Echo eksperymentów z "Plays On" słychać tylko w drugiej połowie instrumentalnego "Brief Case", który nabiera lekko jazzowego charakteru za sprawą świetnej solówki Colina Coopera na saksofonie. Poza tym mamy tu do czynienia z solidnym graniem w stylu Johna Mayalla, wczesnego Fleetwood Mac czy Savoy Brown. W 1970 roku tego typu muzyka zaczęła już odchodzić w niepamięć, zastąpiona niejako hard rockiem, lecz muzycy Climaxu grają tu tak, jakby rok 1967 wciąż trwał w najlepsze. Kto wie, może kilka lat wcześniej ten album zapewniłby grupie popularność. Bo sporo tu naprawdę fajnych momentów. Jak "Everyday" ze świetnymi slide'ami Pete'a Haycooka. Albo przeróbka dixonowskiego "Seventh Son", z początku dość stonowana, oparta na wyrazistym basowym motywie, a w drugiej części nagle przyśpieszająca i zachwycająca porywającymi solówkami. Albo przebojowy "Please Don't Help Me", z fajną harmonijką i organami. I przede wszystkim żywiołowy "Reap What I've Sowed", o niemal - z naciskiem na "niemal" - hardrockowym ciężarze. Im jednak album dłużej trwa, tym bardziej przewidywalny i mniej ekscytujący się staje. Cztery ostatnie utwory właściwie nic już nie wnoszą. W rezultacie, "A Lot of Bottle" to "tylko" dobry album, warty polecenia sympatykom takiej muzyki, ale niewykorzystujący w pełni potencjału zespołu.

Ocena: 7/10



Climax Chicago Blues Band - "A Lot of Bottle" (1970)

1. Country Hat; 2. Everyday; 3. Reap What I've Sowed; 4. Brief Case; 5. Alright Blue?; 6. Seventh Son; 7. Please Don't Help Me; 8. Morning Noon and Night; 9. Long Lovin' Man; 10. Louisiana Blues; 11. Cut You Loose

Skład: Colin Cooper - wokal, saksofon, harmonijka; Pete Haycock - gitara, wokal; Derek Holt - bass, wokal; George Newsome - perkusja i instr. perkusyjne; Arthur Wood - instr. klawiszowe
Gościnnie: Humpty Farmer - instr. klawiszowe
Producent: Chris Thomas


7 lutego 2017

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Birds of Fire" (1973)



Minęło sporo czasu, odkąd opisałem debiutancki album Mahavishnu Orchestra. W tej sytuacji właściwym wydaje się przypomnienie początków zespołu. Jego twórcą był brytyjski gitarzysta John McLaughlin, który pod koniec lat 60. grał m.in. z Jackiem Brucem (album "Things We Like") i w grupie Tony Williams Lifetime, największą sławę przyniosła mu jednak współpraca z Milesem Davisem. Wziął udział w nagraniu kilku z najsłynniejszych albumów jazzowego trębacza, w tym "In a Silent Way", "Bitches Brew" i "Jack Johnson". Na ostatnim z nich bębnił Billy Cobham, którego McLaughlin zaprosił do nagrania swojego solowego albumu "My Goal's Beyond". Innym muzykiem, jaki na nim wystąpił, był grający na skrzypcach Jerry Goodman (wcześniej członek grupy The Flock). McLaughlin postanowił stworzyć z Cobhamem i Goodmanem nowy zespół, który nazwał Mahavishnu Orchestra. Składu dopełnili klawiszowiec Jan Hammer i basista Rick Laird, dla których było to pierwsze poważniejsze muzyczne przedsięwzięcie.

W sierpniu 1971 roku ukazał się debiutancki album zespołu, zatytułowany "The Inner Mounting Flame", będący jednym z najwspanialszych i najdoskonalszych przykładów muzyki jazz fusion. Równie entuzjastyczne opinie panują także na temat drugiego longplaya McLaughlina i spółki, "Birds of Fire". Ja jednak nie podzielam tych zachwytów, mam do niego bardziej krytyczny stosunek. Nie znaczy to bynajmniej, że to zły album. Muzycy wciąż grają na wysokim poziomie, co chwilę prezentując błyskotliwe solówki, nie zapominając o zespołowej interakcji. Problemem są natomiast same kompozycje. Spora część z nich sprawia wrażenie ledwie szkiców, pomysłów, które w interesujący sposób zostały rozwinięte dopiero na koncertach. Muzycy znacznie ograniczyli ilość nieokiełznanych improwizacji, jakie dominowały (i zachwycały) na poprzednim albumie. Dobrym przykładem takich zalążków kompozycji są "Celestial Terrestrial Commuters" i "Resolution", zaś w przypadku "Sapphire Bullets of Pure Love" nie można mówić nawet o zalążku, gdyż jest to tylko 24-sekundowy, nic nie wznoszący przerywnik. Nie przekonują też eksperymenty z brzmieniem (irytujące syntezatory, chociażby w "Celestial..."), ani żarty muzyczne (początek "Open Country Joy" mający, zgodnie z tytułem, wiele wspólnego z muzyką country).

A z drugiej strony natrafiamy tu na prawdziwe perełki, jak delikatny "Thousand Island Park", oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej, czarujący przepięknym klimatem. Albo "Hope", w którym subtelna partia skrzypiec kontrastuje z ponurym, ciężkim motywem gitarowym. Bronią się także cztery dłuższe (tzn. mieszczące się w przedziale czasowym od niespełna pięć do dziesięciu minut) utwory. Tytułowy "Birds of Fire" ma sporo wspólnego z debiutem, co słychać szczególnie w agresywnych, szybkich partiach McLaughlina, wysuniętych na pierwszy plan. Odmienny klimat przynosi "Miles Beyond (Miles Davis)", z uwypuklonym, wyrazistym rytmem, oraz solówkami kolejno na pianinie elektrycznym, skrzypcach i gitarze, które to instrumenty w końcówce idealnie ze sobą współpracują. Tytuł jest oczywiście hołdem dla Milesa Davisa, który wcześniej w ten sam sposób uhonorował McLaughlina, nazywając jego imieniem i nazwiskiem jeden z utworów na "Bitches Brew". W najdłuższym na płycie "One Word" pole do popisu mają wszyscy muzycy - świetnie wypadają solowe popisy sekcji rytmicznej - zwłaszcza basowe solo Lairda - poza tym fantastyczne solówki gra McLaughlin, za to Hammer spieprzył sprawę, grając na syntezatorze, zamiast na elektrycznym pianinie lub organach. Za to absolutnie nie mogę przyczepić się do "Sanctuary", w którym muzycy genialnie tworzą klimat i rewelacyjnie budują napięcie. To kulminacyjny punkt tego albumu.

"Birds of Fire" pozostawia pewien niedosyt. Część pomysłów nie została tu należycie rozwinięta, a kilka innych mogłoby zostać całkiem pominięte. Na szczęście stanowią one zdecydowaną mniejszość. Dominują tutaj utwory będące doskonałym przykładem jazzowo-rockowej fuzji. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli takiej stylistyki i warta poznania przez wszystkich pozostałych.

Ocena: 8/10



Mahavishnu Orchestra - "Birds of Fire" (1973)

1. Birds of Fire; 2. Miles Beyond (Miles Davis); 3. Celestial Terrestrial Commuters; 4. Sapphire Bullets of Pure Love; 5. Thousand Island Park; 6. Hope; 7. One Word; 8. Sanctuary; 9. Open Country Joy; 10. Resolution

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Mahavishnu Orchestra


5 lutego 2017

[Blog] Looking Back: grudzień / styczeń

Na rockowej scenie robi się coraz bardziej pusto i smutno. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odeszło kilku kolejnych muzyków, którzy w większym lub mniejszym stopniu tworzyli historię rocka: dwaj frontmani King Crimson, Greg Lake i John Wetton, a także Butch Trucks z The Allman Brothers Band, oraz Geoff Nicholls z Black Sabbath. Każdy z nich brał udział w nagraniu co najmniej kilku albumów, które bardzo lubię i często do nich wracam.

Ostatnie dwa miesiące przyniosły także bardziej radosne wydarzenia, jak premiery nowych, bardzo dobrych longplayów The Rolling Stones i Johna Mayalla - oba wypełnione bezpretensjonalnym, szczerym blues rockiem, przypominającym najlepsze czasy takiej muzyki. Obawiam się tylko, że mogą to być ich ostatnie albumy, a wśród młodych wykonawców nie widać następców, którzy wypełniliby lukę. Pewien potencjał ma niedawno recenzowana przeze mnie grupa Svvamp, ale dopóki będzie ograniczać się do samego powielania kapel sprzed czterdziestu lat, pozostanie tylko ciekawostką dla największych wielbicieli takiego grania. A może w ramach muzyki rockowej już nie da się stworzyć niczego świeżego ani porywającego? Brak nowych naprawdę wybitnych albumów do niedawna aż tak bardzo mnie nie niepokoił, bo wciąż odkrywałem mnóstwo świetnej muzyki sprzed lat. Im więcej jednak znam płyt, tym bardziej wątpię, że jeszcze mogę znaleźć jakiś naprawdę dobry album rockowy. Dlatego coraz częściej i chętniej szukam dobrej muzyki w innych gatunkach, przede wszystkim w jazzie. Tam wciąż jest wiele interesujących rzeczy do poznania.


Zakupy płytowe w tym okresie zacząłem od "A Space in Time" Ten Years After. Kiedyś niespecjalnie przepadałem za tym albumem, ze względu na odejście grupy od blues rocka, ale od jakiegoś czasu takie folkowe klimaty zaczęły mi lepiej wchodzić. Kolejny zakup to aż trzy winyle za jednym zamachem: "The Time Is Near" Keef Hartley Band, "Brain Salad Surgery" ELP i "It's Only Rock'n' Roll" Rolling Stonesów.


Skoro już mowa o Stonesach, zakupiłem także najnowszy album, "Blue & Lonesome", ale wyjątkowo w wersji CD. Wydanie winylowe jest niestety bardzo nieprzyjazne, zarówno cenowo (trzy razy droższe od kompaktu) jak i przez formę wydania (dwie płyty przy ledwie 40 minutach muzyki). Kupiłem jeszcze jeden cyfrowy nośnik, DVD "Farewell Concert" grupy Cream. Pozostałe nowości w kolekcji to już same analogii: "Moving On" Johna Mayalla, "Third" Soft Machine, oraz "Octopus" Gentle Giant. Ten ostatni to niestety reedycja (ale wczesna, z lat 80.), bo strasznie trudno dostać wczesne wydania albumów tej grupy, w każdym razie w przystępnej cenie. Szkoda, bo chciałbym mieć wszystkie longplaye grupy, od debiutu do "Free Hand" włącznie.


Udało mi się zdobyć także dwa longplaye, na które polowałem już od dłuższego czasu - "Never Before" The Byrds (to składanka, ale z niedostępnymi nigdzie indziej, a świetnymi utworami) i "Play Me Out" Glenna Hughesa. Zrobiłem też mały eksperyment i po raz pierwszy kupiłem winyl u zagranicznego sprzedawcy. Wybrałem coś niedrogiego - singiel "Livin' on Dreams" Gary'ego Moore'a. Bardzo potrzebny w mojej kolekcji, bo zawierający przepiękny blues "The Messiah Will Come Again", nieobecny na winylowym wydaniu albumu "After the War". Przy okazji dowiedziałem się o istnieniu innej niż albumowa wersji "Livin' on Dreams" - na singlu brzmiącego bardziej bluesowo, za sprawą dodanej partii harmonijki.


PS. Tradycyjnie zachęcam wszystkich Czytelników do zadawania pytań, niekoniecznie związanych z powyższym wpisem.

3 lutego 2017

Rock in Peace: John Wetton (12.6.1949-31.1.2017)



Coraz częściej słyszymy i czytamy o śmierci kolejnych wielkich muzyków rockowych. Niespełna dwa miesiące po odejściu Grega Lake'a, zmarł inny śpiewający basista King Crimson - John Wetton. Również na raka - obecnie najczęstszej przyczyny zgonów muzyków (dawniej były nią przeróżne używki; sam Wetton zresztą zmagał się niegdyś z alkoholizmem). Kariera muzyczna Johna była niezwykle bogata, przewinął się przez składy niezliczonych grup, żeby wspomnieć tylko o Uriah Heep, Wishbone Ash, Family czy Roxy Music. Pamiętany będzie jednak przede wszystkim jako członek King Crimson, oraz założonych przez siebie grup U.K. i (niestety) Asia. W King Crimson grał przez krótki okres, w latach 1972-74, ale wydane wówczas albumy "Larks' Tongues in Aspic", "Starless and Bible Black" i "Red" należą do najwspanialszych w historii rocka (nie tylko) progresywnego. Ówczesny skład grupy prezentował bardziej jazzowe podejście do grania, opierając się przede wszystkim na improwizacjach, a nie kompozycjach. Wielka wyobraźnia i opanowana do perfekcji interakcja pomiędzy Johnem Wettonem, Robertem Frippaem, Billem Brufordem i Davidem Crossem sprawiły, że koncerty tego kwartetu były najbardziej ekscytującymi w karierze grupy. Nie można jednak zapominać, że Wetton był nie tylko genialnym basistą i fantastycznym wokalistą, ale także zdolnym kompozytorem - to właśnie on jest twórcą przepięknego "Starless". Niestety, po rozpadzie King Crimson, John zaczął zwracać się w stronę bardziej komercyjnej muzyki, co można usłyszeć już w nagraniach U.K., a czego apogeum są dokonania jego kolejnego zespołu, Asia. W jego skład wchodzili także inni utalentowani muzycy, jak Steve Howe czy Carl Palmer, jednak wszyscy marnowali swój talent, tworząc miałki pop. John Wetton był związany z grupą niemal do samego końca, choć grał w niej z licznymi przerwami, które wypełniało mu m.in. nagrywanie solowych albumów.


2 lutego 2017

[Recenzja] John Mayall - "Talk About That" (2017)



Ojciec brytyjskiego bluesa nieustannie zachwyca. Mimo osiemdziesięciu trzech lat na karku, John Mayall wciąż koncertuje (na początku marca wystąpi na dwóch koncertach w Polsce) i nagrywa nowe albumy. Bardzo dobre albumy. Właśnie wydany "Talk About That" jest tego najlepszym potwierdzeniem. Zawarta na nim muzyka przenosi słuchacza w najlepsze czasy muzyki bluesowej i rockowej, zarówno swoim oldskulowym klimatem, jak i poziomem. To niesamowite, ale John jest tutaj w porównywalnej formie - kompozytorskiej i wykonawczej - co w czasach "Blues Breakers" czy "The Turning Point". Dobrze brzmi jego głos. Słychać w nim upływ czasu, ale nie ukrywajmy - to nigdy nie był wybitny wokalista, więc nie mógł wiele stracić, a obecnie naprawdę daje radę. Cieszy też brzmienie, bardzo klasyczne, naturalne, jakby album był nagrany czterdzieści parę lat temu, a nie w XXI wieku.

Początek jest dość zaskakujący, bo tytułowy "Talk About That" to utwór... funkrockowy. W sumie nie powinno to dziwić, bo Mayall grał taką muzykę pod koniec lat 70. (przede wszystkim na albumie "Bottom Line"), ale wtedy wszyscy tak grali, a współcześnie takie wpływy są rzadkością. Trochę nawet szkoda, bo "Talk About That" to naprawdę świetny, chwytliwy utwór, z fantastycznymi partiami gitary basowej i organów. Na funkowej rytmice opiera się także "Blue Midnight", tu jednak klimat jest bardziej subtelny. Rewelacyjnie wypada partia pianina elektrycznego - oczywiście w wykonaniu samego Mayalla, jak wszystkie partie klawiszowe; całkiem niezła jest także gitarowa solówka Rocky'ego Athlasa. Podobny nastrój, ale rockową rytmikę, ma "I Didn't Mean to Hurt You", w którym również wykorzystano pianino elektryczne, a także gitarę akustyczną, obecną tylko w tym jednym utworze.

Reszta albumu to już granie stricte bluesowe i bluesrockowe. Co bynajmniej nie znaczy, że robi się monotonnie. John, wraz z towarzyszącym mu zespołem - w którego skład, poza Athlasem, wchodzą także basista Greg Rzab i perkusista Jay Davenport - prezentuje tu całą paletę odcieni bluesa. "You Never Know" to staromodny, lekko jazzujący blues, z akompaniamentem wyłącznie pianina i sekcji rytmicznej. Z kolei nagrane z pomocą trzyosobowej sekcji dętej "Gimme Some of That Gumbo", oraz przeróbki "It's Hard Going Up" Little Sonny'ego i "Don't Deny Me" Jerry'ego Lynna Williamsa, przywołują klimat bluesa nowoorleańskiego. Z kolei zdominowany przez harmonijkę "Goin' Away Baby" (z repertuaru bluesmana Jimmy'ego Rogersa) oraz energetyczny "Across the County Line" (także z harmonijką i dęciakami, ale również bardzo fajną, klasycznie bluesrockową solówką gitarową) spokojnie mogłyby znaleźć się na którymś z wczesnych albumów Bluesbreakers.

Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak dwa utwory: dynamiczny i chwytliwy "Cards on the Table", oraz bardzo ładna ballada "The Devil Must Be Laughing". W obu z nich gościnnie wystąpił amerykański gitarzysta Joe Walsh, znany przede wszystkim z grupy The Eagles. W pierwszym zabłysnął świetnymi partiami granymi techniką slide, ale prawdziwy popis swoich umiejętności daje w drugim z nich, gdzie zagrał kilka naprawdę prześlicznych solówek. I w sumie szkoda, że Walsh zagrał tylko w tych dwóch utworach. Bo choć Rocky Athlas gra całkiem poprawnie, to daleko mu do wcześniejszych gitarzystów Mayalla, takich jak Eric Clapton, Peter Green, Mick Taylor, czy mniej znany Freddy Robinson. Walsh o wiele lepiej wypełniłby po nich lukę, jednak z różnych względów niemożliwa byłaby jego pełnowymiarowa współpraca z Mayallem.

"Talk About That", podobnie jak wydany dwa miesiące temu, rewelacyjny "Blue & Lonesome" Rolling Stonesów, pokazuje, że także w XXI wieku można grac porywający, klasycznie brzmiący blues rock. Z jednej strony bardzo cieszy, że takie albumy się ukazały. Z drugiej zaś pojawia się obawa, że mogą to być ostatnie premierowe wydawnictwa tych artystów. A jakoś nie widzę następców, którzy mogliby kontynuować ich dzieło.

Ocena: 8/10



John Mayall - "Talk About That" (2017)

1. Talk About That; 2. It's Hard Going Up; 3. The Devil Must Be Laughing; 4. Gimme Some of That Gumbo; 5. Goin' Away Baby; 6. Cards on the Table; 7. I Didn't Mean to Hurt You; 8. Don't Deny Me; 9. Blue Midnight; 10. Across the County Line; 11. You Never Know

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Rocky Athas - gitara; Greg Rzab - bass; Jay Davenport - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Joe Walsh - gitara (3,6)
Producent: John Mayall


1 lutego 2017

[Recenzja] B.B. King - "Completely Well" (1969)



B.B. King (właść. Riley B. King) to jedna z największych legend bluesa. Nie przypadkiem zaliczany - wraz z Albertem Kingiem i Freediem Kingiem - do tzw. "Trzech Króli Bluesa". Każdy z tej trójki wypracował bowiem swój własny, charakterystyczny styl gry na gitarze. Gra B.B Kinga była niezwykle inspirująca nie tylko dla gitarzystów bluesowych, ale także rockowych. Miała istotny wpływ chociażby na Erica Claptona, Jeffa Becka, Petera Greena, Jimiego Hendrixa, Mike'a Bloomfielda, Duane'a Allmana, czy Gary'ego Moore'a. Część z nich miała zresztą okazję wystąpić wraz z Kingiem na scenie, niektórzy zapraszali go na gościnne występy na swoich albumach (Moore), lub wręcz nagrali z nim cały longplay (Clapton).

Dlaczego do zrecenzowania wybrałem  akurat "Completely Well", dość późny album z bogatej dyskografii B.B Kinga? Z tej prostej przyczyny, że właśnie ten longplay znam najlepiej i jest jedynym, jaki posiadam. Poza tym, jego wcześniejsze albumy dziś brzmią już archaicznie i zachwycić mogą tylko wielbicieli takiego tradycyjnego bluesa. King nie pozostał jednak obojętny na zmiany, jakie zaszły w muzyce w drugiej połowie lat 60., czyli na ekspansję rocka i wielką popularność jednego z jego głównych nurtów - blues rocka. A ponieważ w tamtym czasie ludność afroamerykańska coraz bardziej traciła zainteresowanie bluesem, jedynym wyjściem dla bluesmanów było dostosowanie swojej twórczości do białych odbiorców, grając bluesa na ich sposób (czyli bardziej rockowo). Nawet jeśli sami tego nie chcieli, to zostali zmuszeni przez swoich wydawców, czego efektem były chociażby bluesrockowe albumy Howlin' Wolfa i Muddy'ego Watersa. Nie wiem jak było w przypadku B.B. Kinga - czy była to jego decyzja, czy wydawcy - ale album "Completely Well" stanowi wyraźny zwrot w stronę bardziej rockowego grania.

Doskonale słychać to na przykładzie takich utworów, jak "So Excited", "Confessin' the Blues", "Cryin' Won't Help You Now" czy rozimprowizowany do blisko dziesięciu minut "You're Mean". W porównaniu z wcześniejszą twórczością Kinga, jest szybciej i bardziej energetycznie, gitary brzmią bardziej zadziornie, a sekcja rytmiczna mocniej. Oczywiście, nie jest to rockowy czad na miarę Cream czy Jimiego Hendrixa - nie wspominając o debiutującym w roku wydania tego albumu Led Zeppelin - ale w porównaniu z czystym bluesem, "Completely Well" poraża dynamiką i ciężarem. Znalazło się tu jednak miejsce także dla kilku łagodniejszych utworów - głównie tradycyjnych, wolniejszych bluesów (np. "No Good", "What Happened", "Key to My Kingdom"). Wyjątek stanowi balladowy "The Thrill Is Gone", łączący elementy wielu stylów. Oparty jest na rockowej - mocnej i wyrazistej - grze sekcji rytmicznej, stanowiącej podkład dla sekcji smyczkowej, lekko jazzujących partii pianina elektrycznego, oraz cudownych bluesowych solówek i emocjonalnego śpiewu Kinga. To prawdopodobnie jego największy przebój singlowy, wysoko notowany w amerykańskich rankingach. Choć warto dodać, że nie jest to autorska kompozycja B.B. - oryginał został nagrany w 1951 roku przez Roya Hawkinsa i cieszył się nieco mniejszą popularnością.

"Completely Well" to doskonała pozycja dla wszystkich, którzy chcieliby zapoznać się z twórczością B.B. Kinga, ale niespecjalnie przepadają za staromodnym bluesem, natomiast lubią urockowioną wersję. 

Ocena: 8/10



B.B. King - "Completely Well" (1969)

1. So Excited; 2. No Good; 3. You're Losin' Me; 4. What Happened; 5. Confessin' the Blues; 6. Key to My Kingdom; 7. Cryin' Won't Help You Now; 8. You're Mean; 9. The Thrill Is Gone

Skład: B.B. King - wokal i gitara; Hugh McCracken - gitara; Gerald Jemmott - bass; Herbie Lovelle - perkusja; Paul Harris - instr. klawiszowe
Gościnnie: Bert DeCoteaux - aranżacja instr. dętych i smyczkowych
Producent: Bill Szymczyk