29 stycznia 2017

[Recenzja] Roy Harper - "HQ" (1975)



Wydany w 1974 roku album "Valentine" był dla Roya Harpera krokiem wstecz. Wypełniają go krótkie, proste kawałki, w stylu najwcześniejszych albumów artysty. Dwa z nich to zresztą nowe wersje kompozycji oryginalnie nagranych na debiutancki "Sophisticated Beggar". Pozostałe powstały w czasie, gdy Roy pracował nad albumami "Stormcock" i "Lifemask". I tak właśnie brzmią - jak odrzuty. Wydanie takiego materiału mogło świadczyć o twórczym kryzysie. Jednak już w następnym roku opublikowany został kolejny longplay, "HQ", w całości wypełniony premierowym materiałem. To jeden z najbardziej docenianych albumów Harpera. Sam twórca twierdził niegdyś, że to jego największe dzieło.

"HQ" został nagrany w marcu 1975 roku w słynnym londyńskim Abbey Road Studios. W tym samym czasie grupa Pink Floyd pracowała tam nad albumem "Wish You Were Here". Gdy pojawiły się problemy z nagraniem partii wokalnej do utworu "Have a Cigar", Harper zaofiarował swoją pomoc i tak długo się przy tym upierał, aż pozwolono mu zaśpiewać. Utwór stał się najbardziej znanym nagraniem z udziałem muzyka. I zarazem jedynym, za które nigdy nie dostał żadnego wynagrodzenia... W sesji nagraniowej "HQ" również wzięło udział kilku interesujących gości: David Gilmour, Bill Bruford, John Paul Jones z Led Zeppelin, oraz Chris Spedding z Nucleus. Rezultatem jest najbardziej rockowy album w całej karierze Roya Harpera.

Niestety, artysta nie do końca się w takiej muzyce odnalazł. Rozpoczynający longplay "The Game (Parts 1-5)" kojarzy się z The Who, ale z niepojętego powodu rozciągnięto go do ponad trzynastu minut. Niby pojawiają się tu jakieś urozmaicenia, w postaci akustycznych wstawek, ale za dużo tu repetycyjności, upartego powtarzania wciąż tych samych motywów (w tym banalnie prostego riffu). Jedynym powodem, dla którego ten utwór trwa aż tyle, jest jego długi tekst. Problem w tym, że w muzyce rockowej - w przeciwieństwie do folkowej - teksty powinny być tylko dodatkiem, dostosowanym do warstwy instrumentalnej, a nie odwrotnie. Na szczęście, to jedyny taki długas. Dość przyzwoicie wypada kolejny utwór, "The Spirit Lives", także łączący fragmenty akustyczne i rockowy czad, ale zamknięty w niewiele ponad czterech minutach. Strasznie banalny i tandetny jest natomiast rockandrollowy "Grown Ups Are Just Silly Children".

O wiele lepiej prezentuje się druga strona winylowego wydania. "Referendum (Legend)" to zdecydowanie najlepsza próba połączenia patentów folkowych i rockowych. Świetnie wypadają zarówno akustyczne fragmenty z chwytliwą partią wokalną Roya, jak i przedzielające je solówki Speddinga, ostre i melodyjne zarazem. Reszta albumu to już typowy dla Harpera folk: uroczy, choć trochę banalny "Forget Me Not", subtelny "Hallucinating Light", oraz przepiękny "When an Old Cricketer Leaves the Crease". Ten ostatni wyróżnia się naprawdę poruszającym śpiewem i gitarą Roya, a także udziałem orkiestry dętej The Grimethorpe Colliery Band, zaaranżowanej przez Davida Bedforda. To prawdopodobnie najbardziej znana kompozycja Harpera. Warto dodać, że północnoamerykańskie wydania albumu przejęły tytuł właśnie od tego utworu.

Nietrudno zrozumieć dlaczego "HQ" cieszy się popularnością. Udział znanych rockowych muzyków i rockowy charakter albumu, czynią go łatwo przyswajalnym dla rockowych słuchaczy. Jednak trzeba powiedzieć wprost: Roy Harper nie miał pojęcia o graniu rocka. I nawet otoczenie się rockowymi muzykami nie pomogło mu nagrać dobrego albumu rockowego. Jedynie bardziej folkowa druga strona longplaya jest warta poznania. To jest muzyka, którą Harper doskonale rozumie i w jej ramach potrafi tworzyć wybitne rzeczy (choć nawet w tych utworach nie zbliża się do poziomu "Stormcock").

Ocena: 7/10



Roy Harper - "HQ" (1975)

1. The Game (Parts 1-5); 2. The Spirit Lives; 3. Grown Ups Are Just Silly Children; 4. Referendum (Legend); 5. Forget Me Not; 6. Hallucinating Light; 7. When an Old Cricketer Leaves the Crease

Skład: Roy Harper - wokal i gitara; Chris Spedding - gitara; Dave Cochran - bass; Bill Bruford - perkusja
Gościnnie: David Gilmour - gitara (1); John Paul Jones - bass (1); Steve Broughton - perkusja (1); Ray Warleigh - saksofon; The Grimethorpe Colliery Band - instr. dęte (7); David Bedford - aranżacja instr. dętych (7)
Producent: Peter Jenner


9 komentarzy:

  1. Widzę, że pod ostatnimi recenzjami nie ma komentarzy, więc to dobry moment żeby wstawić swój :) dużo recenzujesz płyt ważnych dla rozwoju muzyki rockowej, co oczywiście bardzo doceniam. Z drugiej jednak strony poza kilkoma osobami nikt nie jest tym zainteresowany.
    Może warto było by częściej zrecenzować płytę z lat późniejszych, która również coś wprowadziła, bądź odświeżyła w muzyce rockowej? Przykładów jest wiele, ale pierwszy jaki mi się nasuwa, to Rage Against the Machine czy Muse.
    Opisałeś również płyty Black Country Communion, więc stworzenie opinii o innej, starszej super grupie, takiej jak Audioslave, myślę, że będzie w porządku.
    Liczę na odzew i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zainteresowanie jest duże, o czym świadczy liczba wyświetleń. Nawiasem mówiąc, w styczniu po raz trzeci z rzędu został pobity rekord wszystkich wyświetleń w ciągu miesiąca. Co ciekawe, liczba wejść gwałtownie wzrosła trochę ponad dwa lata temu, gdy właśnie zaczęły tu dominować recenzje wykonawców trochę mniej znanych lub praktycznie zapomnianych. Większość z nich to jedyne recenzje tych albumów napisane po polsku, jakie można znaleźć w Internecie.

      A dlaczego jest mało komentarzy? Z powodu ludzkiej mentalności. Główne powody, dla których ludzie piszą komentarze, to:
      1) Nie zgadzają się z treścią komentowanego tekstu.
      2) Zauważyli w nim błąd.
      Pozostali zazwyczaj nie czują potrzeby wypowiedzenia się, wystarczy im samo przeczytanie. Może to i lepiej, niż gdyby mieli pisać niemerytoryczne i nic nie wnoszące komentarze typu "świetna recenzja, całkowicie się zgadzam", które niestety czasem się pojawiają. Na szczęście są też osoby, które piszą bardziej rozbudowane komentarze, sensownie uzasadniając swoją opinię, albo ciekawie uzupełniając mój tekst.

      Pewnie, że szkoda, że łatwiej sprowokować ludzi do dyskusji pisząc negatywnie o jakimś beztalenciu typu Ramones, niż pozytywnie o czymś naprawdę wartościowym (można też pisać negatywnie o czymś wartościowym, co wywołałoby jeszcze większą burzę, ale to zostawiam innym). Byłoby fajnie, gdyby częściej dochodziło do merytorycznych dyskusji, ale moim celem nigdy nie było zdobywanie jak największej liczby komentarzy czy wyświetleń. Chodzi mi tylko o polecanie dobrej, wartościowej muzyki; rzadziej skrytykowanie czegoś bezwartościowego.

      Dziwią mnie te wszystkie propozycje wykonawców do recenzji. Po co czytać czyjąś opinię o albumach, o których ma się już wyrobioną własną? Nie lepiej poczytać o czymś nieznanym, posłuchać tego i poszerzyć swoje muzyczne horyzonty? Wyjątek oczywiście stanowią propozycje jakiś mało znanych rzeczy, które warto polecać. Ale o takich RAtM, Muse czy Audioslave napisano już zdecydowanie zbyt wiele.

      Usuń
    2. Świetna recenzja, całkowicie się zgadzam.

      A tak na serio - co do tych propozycji recenzji słynniejszych albumów, to pewnie są one wysuwane w celu chęci poznania opinii autora o danym albumie. Bardzo fajną sprawą jest czytanie o czymś mniej znanym - gdyby nie to Czytelnicy zapewne nie odkryliby perełek typu T2 czy dzieł Gallaghera - jak wiadomo, nie jest u nas popularny. Zdaję sobie sprawę, że dużo na blogu recenzji znanych grup. Jednak wstawienie od casu do czasu postu o czymś słynniejszym nie jest wcale złe - nawet jeśli napisano o nim "wszystko". Sugestią pomysłu na daną recenzję jest tylko i wyłącznie poznanie opinii autora recenzji - przynajmniej w moim przypadku. Dlatego nieraz podsuwałem/podsuwam w komentarzach jakieś zespoły, typu The Runaways (żeński zespół byłby całkiem niezłym urozmaiceniem :) ) czy Camel, który jak sądzę niedługo się pojawi. Bądź sugestię kontynuowania opisywania jakiegoś zespołu, którego opisywanie zostało przerwane w danym momencie.

      Taka jest moja opinia. Mam nadzieję na jakieś ustosunkowanie się do niej :)

      Usuń
    3. Tak, domyślam się, że chodzi też o poznanie mojej opinii ;) Ale często dostaję tak trywialne i sztampowe propozycje, że naprawdę nie rozumiem ich sensu - bo są to wykonawcy tak znani, że prędzej czy później i tak bym coś o nich napisał. Nie mówię, że nigdy nie zrecenzuję np. RAtM (bo są na liście "ciężkich poniedziałków"), ale priorytet ma muzyka, której słucham na co dzień i ma według mnie większą wartość.

      Za recenzowanie Camel wkrótce się zabiorę, choć tylko kilka pierwszych albumów. Ale najpierw chcę skończyć z Gentle Giant. I zastanawiam się, czy wcześniej nie zabrać się za Van Der Graaf Generator. Zespół z pewnością ciekawszy, ale i trudniejszy do zrecenzowania niż Camel. Decyzja nie zapadła.

      The Runaways w planach nie mam, ale są w nich inne zespoły nie mające stuprocentowo męskich składów - Big Brother & The Holding Company (a także solowa Janis Joplin) i Fairport Convention. Zresztą już wcześniej o takich mieszanych składach pisałem - vide Stone the Crowes i Blues Pills.

      Usuń
    4. A lubisz dostawać komentarze typu "Co sądzisz o ?" Widziałem, że czasami takie dostajesz, a później niektórzy jeszcze dopisują kilka pytań na ich temat. Lubisz odpisywać na takie pytania, podchodzisz do nich neutralnie, czy może Cię one męczą/denerwują?

      Usuń
    5. Raczej lubię, szczególnie gdy pytanie dotyczy czegoś, na czego temat mam jasno sprecyzowany pogląd.

      Usuń
  2. I oczywiście nikt nie napisał o "HQ"... Nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem, że Harper nie poradził sobie ze stworzeniem płyty rockowej. Na odwrót - jest to swoista odmiana rocka, bliska po duchu Jethro Tull. Pomimo brzmieniowego ciężaru rzecz wciąż liryczna i osobista. Bardzo lubię wracać do tego albumu...
    I, przy okazji, odszedł John Wetton. Może warto by poświęcić mu notkę?
    Pozdrawiam serdecznie#

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobieństwo do Jethro Tull wynika pewnie stąd, że jedną z głównych inspiracji zespołu był właśnie Harper. Jednak grupa Iana Andersona od początku kariery łączyła folk, blues i rock na swój własny, ciekawy i bardzo naturalny sposób. Na "HQ" brakuje tej naturalności, a jedynym prawdziwie rockowym elementem jest brzmienie. Myślę, że do tych ostrzejszych fragmentów najbardziej pasowałoby określenie "elektryczny folk".

      O Wettonie bez wątpienia należałoby wspomnieć, ale w tym tygodniu nie najlepiej u mnie z czasem, więc pojawił się tylko wpis na FB.

      Usuń
    2. Roy Harper rockmanem rzeczywiście nie był nigdy i już pewnie nie będzie - pod względem brzmienia. Jednak energię, emocje, jakie zawsze były obecne w jego twórczości odbieram jako stricte "rokendrolowe". Mam nadzieję, że znajdzie się miejsce na recenzję "Bullinamingvase" z kapitalnym "One Of These Days In England" (wszystkie części), w którym pobrzmiewają echa i Beatles, i Pink Floyd, i Jethro Tull. W istocie "Bullinamingvase" to ostatni naprawdę dobry album Harpera przed paskudnymi latami '80. Nowe życie wstąpiło w artystę dopiero na "Green Man"... Ale to już offtop.

      Usuń