13 stycznia 2017

[Recenzja] Island - "Pictures" (1977)



Dawno nie pisałem o żadnych NKR-ach (czyli tzw. Nieznanym Kanonie Rocka, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało), więc najwyższa pora to nadrobić. Tym razem na warsztat wziąłem szwajcarską grupę Island, istniejącą przez krótki czas w drugiej połowie lat 70. W jej skład wchodzili wokalista Benjamin Jäger (wcześniej członek hardrockowego Toad), klawiszowiec Peter Scherer, saksofonista René Fisch, oraz perkusista Güge Jürg Meier. Jak widać, w zespole nie było ani gitarzysty, ani basisty, co nasuwa skojarzenia z grupą Van Der Graaf Generator (choć u niej czasem pojawiały się te instrumenty). Podobieństwa słychać także w samej muzyce obu zespołów, choć twórczość Island jest zdecydowanie mroczniejsza. Co zresztą świetnie oddaje okładka jedynego albumu zespołu, "Pictures", stworzona przez samego H. R. Gigera (mającego na koncie także okładki m.in. "Brain Salad Surgery" Emerson, Lake & Palmer czy "How the Gods Kill" Danzig).

Mroczna, ambientowa introdukcja ("Introduction"), przechodzi płynnie w instrumentalny "Zero", oparty na skomplikowanym, połamanym rytmie, emersonowskich partiach pianina i dodających jazzowego zabarwienia zagrywkom saksofonu. Brak gitary basowej jest właściwie nieodczuwalny - niskie brzmienia klawiszy z powodzeniem ją zastępują. "Zero", mimo swojego złożonego charakteru, jest najbardziej przystępnym fragmentem całości. Odrobinę trudniej, ze względu na brak konwencjonalnej struktury i liczne zmiany motywów, jest w tytułowym "Pictures". Ten 17-minutowy twór przyciąga jednak uwagę interesującymi liniami wokalnymi Jägera (którego barwa głosu momentami przypomina Petera Gabriela), klimatycznymi partiami organów, pięknym saksofonowym solem, a także licznymi perkusyjnymi ozdobnikami. Pozostałe dwa utwory, każdy trwający po około dwanaście minut, ocierają się o granie awangardowe (tzw. avant-prog). "Herold And King / Dloreh" rozpoczyna się ładnym, inspirowanym muzyką klasyczną fortepianowym wstępem, jednak jego rozwinięcie to już kompletny odjazd - kompletny brak struktury, połamane rytmy, skomplikowane partie instrumentalne i dziwny wokal. Równie eksperymentalny charakter ma z początku finałowy "Here and Now", choć tutaj pojawiają się też dłuższe fragmenty o bardziej stonowanym nastroju, z klimatycznym akompaniamentem organów, a pod sam koniec robi się już całkiem melodyjnie, niemalże przebojowo.

"Pictures" to bardzo interesujący album, warty polecenia, chociaż raczej dla bardziej zaawansowanych słuchaczy rocka progresywnego, dobrze znających już te trudniejsze zespoły, jak wspomniany Van Der Graaf Generator, czy (mimo zupełnie innego charakteru) Gentle Giant. To zdecydowanie jedno z najlepszych progresywnych wydawnictw z nieanglojęzycznych krajów, ale i jedno z najbardziej wymagających jakie słyszałem.

Ocena: 8/10



Island - "Pictures" (1977)

1. Introduction; 2. Zero; 3. Pictures; 4. Herold And King / Dloreh; 5. Here and Now

Skład: Benjamin Jäger - wokal i instr. perkusyjne; Peter Scherer - instr. klawiszowe; René Fisch - saksofon, flet, klarnet i instr. perkusyjne; Güge Jürg Meier - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Claudio Fabi


6 komentarzy:

  1. Bardzo ładny album. W ogóle widzę, że kierujesz się pomału w coraz bardziej awangardowe rejony. Nie wiem, czy to słuszne ważenie, ale zaryzykuję twierdzenie, że jednocześnie odchodzisz jeśli nie od hard rocka to przynajmniej od heavy metalu. W każdym razie rzadziej piszesz o takiej muzyce... Jak to się właściwie stało? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie tak, że gust mi się zmienia, tylko raczej poszerza ;) Dalej z chęcią słucham tych wszystkich (no, prawie wszystkich) hardrockowych i heavymetalowych albumów z mojej kolekcji. Ale w tych stylach już chyba nie znajdę dla siebie nic więcej. Swoje zdanie o heavy metalu napisałem kilka dni temu w komentarzach pod recenzją "Live" Colosseum, więc nie będę się powtarzać. Ale i z hard rocka chyba wszystko, co warto znać, już znam. W każdym razie już dawno nie trafiłem na nic naprawdę porywającego, a co najwyżej poprawnego. Stąd też coraz chętniej i dalej zapuszczam się w rejony ambitniejszego progrocka, jazz rocka i jazzu, ale też np. folk rocka. Nie wszystko do mnie trafia, ale większość się podoba, a na pewno rozwija mnie, moją wiedzę i gust.

      Ale akurat powyższy album poznałem już dłuższy czas temu, w okresie mojej największej fascynacji ELP. Zafascynował mnie (najpierw okładką, później muzyką), ale potem o nim zapomniałem, dopiero jakieś dwa miesiące temu sobie o nim przypomniałem.

      Usuń
    2. A prawdę mówiąc, nigdy nie byłem jakimś fanem heavy metalu. Owszem, od niepamiętnych czasów uwielbiam Iron Maiden, ale im w sumie bliżej do klasycznego hard rocka z elementami progrocka. Tuż przed założeniem tego bloga miałem okres fascynacji NWOBHM, ale z czasem zrozumiałem, że z tego całego nurtu, oprócz IM, warto znać tylko debiuty Angel Witch i Diamond Head, ewentualnie jeszcze pierwszą koncertówkę Saxon. Do Judas Priest bardzo długo nie mogłem się przekonać, zaskoczyło dopiero, jak poznałem ich wczesne albumy - ale one są hardrockowe, a tych późniejszych dalej nie lubię. I to by było na tyle w sumie. Inne kapele, po których twórczość sięgałem, okazywały się nudne, żałosne i tandetne. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego last.fm (gdy jeszcze z niego korzystałem) uparcie rekomendował mi Manowar - przecież to najbardziej żenujący zespół świata ;)

      Usuń
    3. A Black Sabbath z Dio czy z Gillanem albo wczesne albumy Dio zaliczasz do heavy metalu? Te płyty są na blogu wysoko oceniane. Ponadto solowa twórczość Dickonsona to też czysty chemicznie heavy metal. Co do Manowar mam identyczne zdanie. Oglądanie i słuchanie tej kapeli wywołuje u mnie wybuch śmiechu.

      Usuń
    4. Black Sabbath w latach 80. rzeczywiście zaczął grać bardziej heavymetalowo, ale na wysokim poziomie. Ale grupy Dio już nie cenię tak wysoko jak kiedyś. Dwa pierwsze albumy są w porządku, są na nich fajne momenty, ale też trochę sztampy. Kolejne wydawnictwa to już właściwie sama sztampa ;) To, co teraz napiszę, będzie bardzo kontrowersyjne, ale uważam, że Ronnie James Dio bardzo się marnował wykonując taką muzykę. Bo mając taki głos mógł robić dużo ciekawsze, bardzo różnorodne rzeczy, a zamknął się w jednym ciasnym stylu. Z kolei Dickinson jako solowy wykonawca heavy metal zaczął grać dopiero na "Accident of Birth", wcześniej eksperymentował. Moim zdaniem "Accident" i "Chemical Wedding" to najlepsze heavymetalowe albumy lat 90., ale jeszcze bardziej cenię Bruce'a za "Balls to Picasso", na którym pokazał, że ma szersze horyzonty. Za to na "Skunkworks" to już przegiął, bo taki wokalista nie powinien się marnować w miałkim pop rocku ;)

      Usuń
  2. A ja bardzo lubię grupę Dio szczególnie za pierwsze albumy z początku lat 80. Ale uwielbiam też płytę Magica z 2000 r. Nie znoszę natomiast jego płyt z lat 90. Dla mnie Dio był stworzony do hard rocka i heavy metalu. Nie widzę go np. w blues rocku. Widać to przede wszystkim w Mistreated, które wykonał oczywiście bardzo dobrze ale niestety bez tego feelingu.

    OdpowiedzUsuń