21 stycznia 2017

[Recenzja] Glenn Hughes - "Play Me Out" (1977)



Na pomysł nagrania solowego albumu Glenn Hughes wpadł już w trakcie swojej przygody z Deep Purple. Wówczas uniemożliwiał to napięty grafik koncertowy zespołu, choć muzyk miał już gotową koncepcję longplaya. Zawarta na nim muzyka miała być utrzymana w funkowo-soulowym stylu, a produkcją miał zająć się David Bowie, który sam w tym czasie eksplorował taką stylistykę (album "Young Americans" z 1975 roku). Glenn już od dawna nie krył fascynacji tego typu muzyką. co słychać wyraźnie już na albumach nagranych przez niego z Trapeze i Deep Purple. W przypadku tego drugiego, początkowo były to tylko drobne smaczki - na albumach "Burn" i "Stormbringer" ambicje Hughesa hamował konwencjonalista Ritchie Blackmore. Po jego odejściu powstał jednak "Come Taste the Band", będący pierwszą w historii tak zaawansowaną próbą połączenia hard rocka z funkiem. Udało się to doskonale i śmiało można powiedzieć, że zespół stworzył zupełnie nowy styl. Niestety, ówczesna publiczność tego nie doceniła (zresztą do dzisiaj longplay wywołuje mieszane emocje), przyczyniając się do rozpadu grupy w marcu 1976 roku.

Wkrótce potem Glenn postanowił wrócić do swojego pierwszego zespołu, Trapeze. Wraz z gitarzystą Melem Galleyem i perkusistą Dave'em Hollandem rozpoczął tworzenie nowych kompozycji. Trio wyruszyło także w trasę, ale nie została ona dokończona z powodu kiepskiej sprzedaży biletów w Stanach. Hughes po raz kolejny opuścił Trapeze i zajął się realizacją dawnego pomysłu na solowy album. W nagraniach wsparli go m.in. Galley i Holland, a w repertuarze znalazły się dwa utwory, które miały trafić na kolejny album Trapeze ("Space High" i "LA Cut Off"). Współpraca z Bowie'em nie doszła do skutku, gdyż muzyk w tym czasie zaangażowany był już w bardziej ambitne przedsięwzięcia. Sesja nagraniowa skończyła się jesienią 1976, jednak Hughes miał spore problemy ze znalezieniem wytwórni, która chciałaby wydać album. Był to już czas hegemonii punk rocka i nikt nie był zainteresowany promowaniem funkowego albumu zapomnianej już gwiazdy hard rocka. Longplay "Play Me Out" ukazał się blisko rok później, nakładem niezależnej wytwórni Safari Records - początkowo tylko w Niemczech, później także w Wielkiej Brytanii (gdzie szybko zakończono produkcję z powodu fatalnych wyników sprzedaży), Francji i Japonii.

Glenn Hughes niemal całkowicie zerwał tu ze swoimi rockowymi korzeniami. Utwory opierają się na funkowych rytmach, z wyrazistymi, głębokimi partiami roztańczonego basu, z dużą rolą klawiszy (głównie pianina elektrycznego), nierzadko z udziałem sekcji dętej (złożonej z takich uznanych muzyków, jak Henry Lowther i Ron Aspery) i żeńskich chórków. Nie brakuje tu dźwięków gitary, jednak jej partie są dostosowane do funkowego charakteru utworów (jedynie w "LA Cut Off" pojawia się trochę przesteru). Doskonale do takiej stylistyki pasuje bardzo ekspresyjny, soulowy śpiew Hughesa, którym niegdyś zachwycał się sam Stevie Wonder (i nie mógł uwierzyć, że ktoś z taką barwą głosu jest biały). Utwory dzielą się na bardziej dynamiczne ("I Got It Covered", zadziorny "LA Cut Off", oraz doskonałe, bardzo chwytliwe "Soulution" i "Destiny"), a także na łagodniejsze, o balladowym charakterze i bardzo ładnych melodiach (nieco psychodeliczny "Space High", oraz soulujące "It's About Time", "Your Love Is Like a Fire" i najpiękniejsza z nich "I Found a Woman"). Całości dopełnia zgrabna, instrumentalna miniaturka "Well", sprawnie zagrana przez Glenna na gitarze.

"Play Me Out" na pewno nie spodoba się konserwatywnym fanom Deep Purple i ogólnie pojętego rocka, ale to naprawdę świetny imprezowy album. Na tyle dobrze skomponowany i wykonany, że równie dobrze słucha się go także w warunkach domowych. To jak dotąd najlepszy funkowy album, jaki słyszałem. Bo choć lubię taką stylistykę, to stricte funkowe wydawnictwa szybko mnie nużą, wolę te bardziej rockowe, jak "Come Taste the Band", albo "Afreaka!" grupy Demon Fuzz. Na "Play Me Out" elementy rockowe są śladowe, ale wraz kolejnymi odtworzeniami, jestem coraz bardziej zachwycony.

Ocena: 9/10



Glenn Hughes - "Play Me Out" (1977)

1. I Got It Covered; 2. Space High; 3. It's About Time; 4. LA Cut Off; 5. Well; 6. Soulution; 7. Your Love Is Like a Fire; 8. Destiny; 9. I Found a Woman

Skład: Glenn Hughes - wokal, bass, gitara i instr. klawiszowe; Mel Galley - gitara; Dave Holland - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Pat Travers - gitara; Bob Bowman - gitara; Terry Rowley - pianino; Robert Bailey - pianino; Ron Asprey - saksofon; Henry Lowther - trąbka; Mark Nauseef - instr. perkusyjne; Liza Strike, Joy Wright, Helen Chappelle - dodatkowy wokal
Producent: Glenn Hughes


2 komentarze:

  1. O, druga na zegarku, pora sprawdzić czy u Pawła na blogu nie pojawiło się coś nowego...

    "Świetny imprezowy album"

    Nigdy nie sądziłem, że na tym blogu przeczytam takie zdanie (czy aby u Ciebie "imprezowy" i "świetny" się nie wykluczają?)

    Typowo rockowe granie zaczyna mi się nudzić, więc zachęcony sprawdzę co to za album. ;)

    Co sądzisz o typowym funku wykonywanych przez czarnych muzyków w połowie i pod koniec lat 70.?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Imprezowy" i "świetny" nie wykluczają się, jeśli ten imprezowy album jest świetny ;) Ten pierwszy przymiotnik niekoniecznie musi oznaczać jakieś dyskotekowe g*wno, może też np. dotyczyć rockowego grania w stylu AC/DC czy Motorhead, albo właśnie takiego oldskulowego funku.

      I owszem, lubię funk z lat 70., byle w nie za dużych ilościach ;) Słuchałem np. Cymande, Eric Burdon and War, Funkadelic, Sly & The Family Stone i The Meters, i wszystko to mi się nawet podobało. W funku są fantastyczne linie basu, a to mnie zawsze kręci (dopóki są grane na gitarze basowej, a nie jakimś klawiszu).

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.