10 stycznia 2017

[Recenzja] Colosseum - "Live" (1971)



Pod koniec 1971 roku grupa Colosseum zakończyła swoją błyskotliwą, lecz zdecydowanie zbyt krótką działalność*. Na pocieszenie muzycy postanowili zostawić po sobie jeszcze jedno wydawnictwo - album zarejestrowany na żywo. "Live" to zapis fragmentów dwóch występów z marca 1971 roku, w Manczesterze i Brighton. Chociaż zespół promował wówczas swój najsłabszy album (sprzed reaktywacji), "Daughter of Time", to podczas koncertów prezentował się naprawdę wyśmienicie. "Live" to typowa koncertówka z tamtej epoki - pełna energii, oraz ekscytujących, rozbudowanych improwizacji, wydłużających utwory nawet do kilkunastu minut.

Już sam repertuar zaciekawia, jest bardzo nieoczywisty. Nie ma tu żadnego utworu z "Valentyne Suite" ani z "Daughter of Time", zaś debiutancki "Those Who Are About to Die Salute You" reprezentowany jest tylko jednym utworem, "Walking in the Park". Są natomiast dwa utwory z wydanego wyłącznie w Stanach "The Grass Is Greener" - oryginalnie wykonywany przez Jacka Bruce'a "Rope Ladder to the Moon", oraz autorski "Lost Angeles" (tylko pierwszy z nich był dostępny także dla europejskich fanów, dzięki składance "The Collectors Colosseum"). Poza tym znalazła się tutaj premierowa kompozycja "Skelington", oraz przeróbki jazzowego "Tanglewood '63" Mike'a Gibbsa i bluesowego "Stormy Monday Blues" T-Bone'a Walkera.

O świetnym wykonaniu byłem przekonany jeszcze przed odtworzeniem pierwszego utworu. W końcu już na studyjnych albumach instrumentaliści Colosseum pokazali swój niemały talent. A skoro w tamtych czasach na koncertach wszyscy grali lepiej niż w studiu... "Rope Ladder to the Moon", w porównaniu z niemrawą wersją z "The Grass Is Greener", znacznie zyskał na dynamice - Jon Hiseman przechodzi tu samego siebie, grając z niesamowitą pasją - oraz na ciężarze, dzięki gitarowym partiom Clema Clempsona; wiele wnoszą także rozbudowane solówki - saksofonowa Dicka Heckstall-Smitha i przede wszystkim organowa Dave'a Greenslade'a. W "Walking in the Park" muzycy grają wręcz z hardrockową mocą, przy okazji świetnie mieszając patenty bluesowe, jazzowe i rockowe, jakby chcieli zatrzeć granice między tymi gatunkami. Znacznie zyskał także "Lost Angeles", trzykrotnie dłuższy od studyjnego pierwowzoru, bardziej ekspresyjny, pełen solowych popisów i wspólnych improwizacji. Największe wrażenie robi stopniowo narastająca solówka Clempsona (trwająca ponad sześć minut), stawiająca go na pozycji jednego z najbardziej niedocenianych gitarzystów w historii muzyki rockowej.

Nie mniejsze wrażenie robi większość utworów premierowych. "Skelington" to niemal kwadrans głównie instrumentalnego, improwizowanego grania, przypominającego o szerokich inspiracjach muzyków. Poza jazzem, rockiem i bluesem, słychać tu również wpływy psychodelii. Tutejsza wersja "Stormy Monday Blues" jest wierna bluesowemu oryginałowi, lecz została znacznie rozbudowana organowo-saksofonowo-gitarowymi popisami. Kiepsko wypadł natomiast "Tanglewood '63", co po części jest winą samej kompozycji, nieciekawej w wersji oryginalnej, a po części muzyków Colosseum, którzy odgrywają ją dość wiernie, z tą różnicą, że za pomocą nieco innego instrumentarium. Szkoda, że w tym miejscu nie znalazł się np. "Valentyne Suite" albo jakiś inny utwór grupy. Jednak największym minusem tego wydawnictwa są moim zdaniem partie wokalne Chrisa Farlowe'a. Jego śpiew jest tutaj równie pretensjonalny, jak na "Daughter of Time" (i wszystkich innych albumach, na jakich śpiewał), a do tego często zagłusza popisy instrumentalistów bezsensownymi, kuriozalnymi wokalizami - niektóre z nich ewidentnie miały rozbawić publiczność, ale są raczej żałosne, niż śmieszne.

"Live" nie zmieściłby się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych albumów koncertowych, ale przecież w samej pierwszej połowie lat 70. ukazało się tyle genialnych koncertówek, że nie dla wszystkich starczyłoby miejsca. Pod względem instrumentalnym album Colosseum nie ustępuje (a jeśli nawet, to niewiele) tym najwspanialszym. Jednak pod względem wokalnym wypada dużo słabiej, dla mnie odpychająco. W rezultacie nie jest to longplay, do którego chciałbym często wracać.

Ocena: 8/10

* Zespół reaktywował się (w składzie z "Live") w latach 90. i kontynuował działalność do 2015 roku (mimo śmierci Dicka Heckstall-Smitha w 2004 roku - jego miejsce zajęła Barbara Thompson, żona Jona Hisemana). Zespół zarejestrował w tym czasie kilka albumów studyjnych i koncertowych, jednak nie są one już tak ekscytujące i wartościowe, jak twórczość z pierwszego okresu działalności grupy.



Colosseum - "Live" (1971)

LP1: 1. Rope Ladder to the Moon; 2. Walking in the Park; 3. Skelington
LP2: 1. Tanglewood '63; 2. Stormy Monday Blues; 3. Lost Angeles

Skład: Chris Farlowe - wokal; Dave "Clem" Clempson - gitara, dodatkowy wokal; Mark Clarke - bass, dodatkowy wokal; John Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Heckstall-Smith - saksofon; Dave Greenslade - instr. klawiszowe
Producent: Gerry Bron i Colosseum


16 komentarzy:

  1. Świetny, energetyczny i urozmaicony koncert. Dla mnie - zdecydowana "dycha".

    OdpowiedzUsuń
  2. Wokalizy Farlowa są okropne, pamiętam, że bardzo mnie początkowo odrzucały od tej płyty. Wielka szkoda, że nie wzięli sobie innego wokalisty. Myślę, że po "Valentyne Suite" nie zabrakłoby im chętnych do zastąpienia Jamesa Litherlanda. Dlaczego akurat Chris Farlowe?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może dlatego, że był już znany, miał jakieś solowe przeboje (choć chyba były to tylko przeróbki Stonesów)? Miało to więc korzyści i dla niego, i dla zespołu - dotąd grali dla różnych odbiorców, więc połączenie sił mogło zwiększyć im bazę fanów. Poza tym Farlowe był wolny, nie śpiewał w żadnym zespole, w przeciwieństwie do lepszych (i bardziej popularnych) wokalistów.

      Usuń
  3. Wiem, że nie na temat, ale co się stało z ciężkimi poniedziałkami? Brakuje mi ostatnio tutaj heavy metalu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam ochoty na słuchanie heavy metalu. To, co lubię z tego stylu, już zrecenzowałem. A nie sądzę, bym coś jeszcze wartościowego w tym stylu znalazł. Bo znam masę heavymetalowego syfu, o którym nie warto nawet wspominać, a naprawdę dobrych kapel było może z dziesięć, choć to może zbyt optymistyczny wariant. Reszta to epigonizm, tandeta i infantylizm.

      Usuń
    2. Zresztą po co słuchać heavy metalu, jak można odpalić "Live" Colosseum, gdzie muzycy grają z taką mocą, że zmiatają większość heavymetalowych kapel ;)

      Usuń
    3. Czyli ogólnie hard rock jest lepszy (mniej sztampowy) od heavy metalu?

      Usuń
    4. Na samym początku (druga połowa lat 60. i pierwsza 70.) muzycy hardrockowi mieli duże ambicje, szerokie horyzonty, wyobraźnię, oraz duże umiejętności kompozytorskie i wykonawcze. Wynikało to chociażby z tego, że nie było "twardych" granic między poszczególnymi stylami i gatunkami, nie zamykano się więc w konkretnych schematach. Potem jednak pojawiły się takie zespoły, jak Kiss czy Aerosmith, które grały prosto, bez wyobraźni ani ambicji, zamykając się w jednej konwencji. Z czasem takie podejście wyewoluowało w heavy metal, który jest właśnie takim zamknięciem w jednej konwencji, opieraniem się na utartych schematach, ślepym naśladownictwem, pogardą dla eksperymentów i czerpania inspiracja z innych źródeł, niż od innych heavymetalowych kapel.

      Usuń
    5. "Come Taste the Band" Purpli to był chyba ostatni album hardrockowy, który miał coś nowego do zaoferowania.

      Usuń
    6. W ogóle mam jakieś dziwne wrażenie, że autor coraz mniej lubi hard rocka i heavy metal. Choć może się mylę.

      Usuń
    7. Heavy metalu tak naprawdę nigdy specjalnie nie lubiłem, poza kilkoma wykonawcami. A hard rock lubię cały czas tak samo, czyli bardzo. Ale jak już pisałem wyżej - wszystkie wartościowe albumy z tych stylów już opisałem. I trochę bezwartościowych też. Teraz zostały tylko te drugie, więc lepiej recenzować inną muzykę.

      Usuń
  4. tak na marginesie - liczę po cichu na wpis : moje 10 ulubionych Liveów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc, był tu kiedyś taki tekst. Ale wtedy nie znałem wielu wspaniałych koncertówek i wybór był bardzo sztampowy. Przeniosłem to do wersji roboczych, z zamiarem uaktualnienia, ale jakoś nie mogę się za to zabrać ;)

      Usuń
  5. dla mnie to jedna z kilku najlepszych płyt koncertowych...
    Farlowe'a można nie trawić ale to nie on gra tu pierwsze skrzypce. liczy się tu niesamowita energia i wirtuoezeria muzyków,świetne improwizacje...gdyby jeszcze zamiast Tanlewood'63 było np Bring out your dead.....Tę płytę uwielbiam na równi z koncertówkami allmanów,purpli,jethro,cream,ufo,lynyrd i Tya.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchając tego albumu odnoszę wrażenie, że Farlowe myślał, że to właśnie on gra pierwsze skrzypce - zamiast ograniczyć się do zaśpiewania tekstów, dorzuca mnóstwo jakiś niepotrzebnych wokaliz, wszędzie go pełno...

      Usuń
    2. Wspaniały blog, ciekawe recenzje, kiedy pierwszy raz usłyszałem Colosseum byłem nastolatkiem, dla mnie Colosseum to kamień milowy muzyki tamtych lat, Valentyne Suite zasługuje jak to wcześniej któryś z kolegów napisał na 11/10. Szkoda ,że "zatrzymałeś' się z recenzajmi na płycie "Live'. Kolejny zespół Hisemana to TEMPEST ze znakomitą wg mnie pierwszą płytą z Alanem Holdsworthem i Paulem Williamsem ( to on powienien być wg mnie wokalistą Colosseum), płyta koncertowa Temepest z dwoma gitarzystami (Holdsworth + Ollie Halsall) jest jedną z najwspanialszych płyt koncertowych jakie słyszałem.

      Usuń