3 stycznia 2017

[Recenzja] Colosseum - "Daughter of Time" (1970)



Pod koniec lat 60. grupa Colosseum wydała dwa bardzo dobre albumy, będące jednymi z najlepszych przykładów bardziej rockowego jazz rocka. Szczególnie drugi z nich, "Valentyne Suite", to rewelacyjna mieszanka rocka, jazzu i bluesa, z domieszką psychodelii; ambitna, ale zarazem niezbyt skomplikowana i całkiem przystępna. Niestety, wkrótce po jego wydaniu, dotąd stabilny skład grupy zaczął się sypać. Najpierw śpiewającego gitarzystę Jamesa Litherlanda zastąpił Dave "Clem" Clempson, który jednak nie radził sobie z jednoczesnym graniem i śpiewaniem, więc wkrótce zatrudniono także wokalistę Chrisa Farlowe'a (późniejszego członka Atomic Rooster, znanego też ze współpracy z Jimmym Pagem). Następnie zaczęły się problemy z posadą basisty - po odejściu Tony'ego Reevesa objęli ją kolejno Louis Cennamo (później w Steamhammer i Armageddon) i Mark Clarke (później w Uriah Heep). Wszystkich trzech basistów słychać na "Daughter of Time" - trzecim albumie Colosseum, nagrywanym w trakcie tych personalnych roszad.

Rezultatem jest longplay wyraźnie słabszy od poprzednich. Największe zastrzeżenie mam do warstwy wokalnej. Farlowe figuruje w czołówce mojej listy najbardziej znienawidzonych wokalistów. Słuchanie jego pretensjonalnego sposobu śpiewania, zawsze sprawiającego wrażenie wymęczonego, wydobywanego ze ściśniętego gardła, to prawdziwa tortura dla moich uszu. W jednym utworze, "Take Me Back to Doomsday", mikrofon przejmuje Clempson, którego głos może i nie irytuje, ale jest po prostu nijaki.

Pod względem muzycznym album również niespecjalnie zachwyca. O braku pomysłów świadczy umieszczenie nieodbiegającej daleko od oryginału przeróbki "Theme for an Imaginary Western" Jacka Bruce'a, a zwłaszcza zarejestrowanego podczas koncertu "The Time Machine", składającego się głównie z perkusyjnej solówki Jona Hisemana - nawet niezłej, ale zdecydowanie przydługiej. Kuriozalnie wypada "Three Score and Ten, Amen", łączący fragmenty o podniosłym charakterze z banalnie piosenkowymi wstawkami. Z kolei w utworze tytułowym robi się nieco zbyt patetycznie. Na tym tle całkiem nieźle wypadają jazzująco-orkiestrowy "Time Lament", zadziorniejszy "Take Me Back to Doomsday", a zwłaszcza wolny blues "Downhill and Shadows" - świetny instrumentalnie i odrobinę bardziej znośny wokalnie. Prawdziwą perełką okazuje się natomiast instrumentalny "Bring Out Your Dead", zachwycający porywającymi popisami muzyków i ciekawymi zmianami nastroju. W tym jednym jedynym fragmencie słychać, że to naprawdę ten sam zespół, który nagrał "Valentyne Suite".

Niestety, jako całość jest to bardzo rozczarowujący album. Nierówny, na siłę wydłużony ("The Time Machine"), dość monotonny, zbyt rzadko dający instrumentalistom pole do zaprezentowania swoich umiejętności, a zbyt często eksponujący nowego wokalistę, który nie powinien śpiewać. Kilka fragmentów na poziomie wcześniejszych dokonań Colosseum tylko pogłębia żal, że zespół nie gra tu tak przez cały czas. Przepaść pomiędzy "Bring Out Your Dead" czy nawet "Downhill and Shadows", a takim np. "Three Score and Ten, Amen" jest ogromna.

Ocena: 6/10



Colosseum - "Daughter of Time" (1970)

1. Three Score and Ten, Amen; 2. Time Lament; 3. Take Me Back to Doomsday; 4. The Daughter of Time; 5. Theme for an Imaginary Western; 6. Bring Out Your Dead; 7. Downhill and Shadows; 8. The Time Machine (live)

Skład: Chris Farlowe - wokal (1,2,4,5,7); Dave "Clem" Clempson - gitara, wokal (3); Mark Clarke - bass (1,5,7); Louis Cennamo - bass (2-4,6); Tony Reeves - bass (8); Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Heckstall-Smith - saksofon, głos (1); Dave Greenslade - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Barbara Thompson - flet, saksofon i dodatkowy wokal (1-4); Jack Rothstein - skrzypce (2,4); Trevor Williams - skrzypce (2,4); Nicholas Kraemer - altówka (2,4); Charles Tunnell - wiolonczela (2,4); Fred Alexander - wiolonczela (2.4); Harry Beckett - trąbka i skrzydłówka (2,4); Derek Wadsworth - puzon (2,4)
Producent: Gerry Bron


2 komentarze:

  1. Album zdecydowanie inny i słabszy od "Valentyny"... i dlatego zapewne - w odróżnieniu od niej - nieczęsto do niego wracam, choć kilka kawałków jest naprawdę niezłych, choćby tytułowy, "Theme for..." czy "Bring Out...". Ogólnie rzecz biorąc, troszkę bije z płyty pretensjonalność - choć sam nie wiem, czy to właściwe określenie. Starając się być obiektywnym "szóstka" jest chyba odpowiednia, choć z moje strony duży sentyment do Colosseum wpłynąłby na podniesienie oceny o punkcik. A Farlow ? Coż, Litherland (którego lubię) chyba "nie dałby rady" na "Live" tak jak uczynił to jego następca, dzięki m.in., też któremu, koncert przeszedł do historii jako rewelacyjny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię Colosseum,lecz muszę sie całkowicie zgodzić z recenzją....na szczęście dwie pierwsze płyty oraz Live są wspaniałe...ta to trochę wypadek przy pracy ale z dwiema perełkami.....

    OdpowiedzUsuń