18 stycznia 2017

[Recenzja] Beefeaters - "Meet You There" (1969)



Dania - i w ogóle cała Skandynawia - raczej nie kojarzy się z bluesem. Jednak nawet tam, na przełomie lat 60. i 70., funkcjonowało kilka bluesrockowych grup. Beefeaters jest zapewne najbardziej z nich znaną. Co nie znaczy bynajmniej, że zespół zdobył jakąkolwiek popularność poza granicami swojego kraju. W ojczyźnie cieszył się jednak uznaniem, o czym może świadczyć chociażby fakt, że supportował tam występy takich wykonawców, jak Jimi Hendrix, John Mayall, czy... Pink Floyd. Grupa zadebiutowała w 1967 roku albumem "Beef Eaters", zawierający całkiem przyjemną, choć niezbyt oryginalną, mieszankę blues rocka i psychodelii z lekkim zabarwieniem soulowym (m.in. w przeróbce "Papa's Got a Brand New Bag" Jamesa Browna). Longplay irytuje jednak brzmieniem organów Farfisa - już wtedy będących reliktem minionej muzycznej epoki - zupełnie niepasującym do blues rocka (szczególnie zaś razi w coverze "Cross Road Blues" Roberta Johnsona, gdzie kontrastuje z ostrymi partiami gitary, skopiowanymi z wersji Cream).

Dwa lata później ukazał się drugi - i ostatni - album Duńczyków, "Meet You There". Muzycy dopracowali brzmienie organów, które jest dojrzalsze i bardziej pasujące do wykonywanej tu muzyki. Tym razem Wołowinożercy - tak tłumaczyć należy nazwę zespołu - zaproponowali bardziej bluesrockowy album, niemal bez psychodeliczno-soulowych naleciałości debiutu. Pierwszą stronę wypełniają cztery krótsze utwory. Rozpoczyna się od dość subtelnego "I'll Meet You There" z bardzo klimatycznymi partiami gitary i organów, oraz ekspresyjnym, uduchowionym śpiewem. Peter Throup to nie tylko dobry wokalista, ale także zdolny gitarzysta. Jego solo w tym utworze jest krótkie, ale efektywne. Kolejny utwór "You Changed My Way of Living" ewidentnie inspirowany był kompozycją "Black Magic Woman" - ale raczej wersją Santany, niż oryginałem Fleetwood Mac, sądząc po jego bardziej relaksacyjnym charakterze. Znów świetnie wypadają gitarowo-organowe popisy, zwraca też uwagę "latynoska" partia perkusji.

W instrumentalnym "Night Train" na gitarze gościnnie zagrał sam Alexis Korner - ojciec brytyjskiego rhythm and bluesa we własnej osobie. Utwór jednak nie porywa. Brzmienie jest typowe dla psychodeliczno-bluesowego grania z drugiej połowy lat 60., ale ani melodia, ani instrumentalne popisy nie zachwycają. Pierwszą stronę zamyka najbardziej psychodeliczny fragment albumu, "Now I Know" - zgrabna melodyjnie, klimatyczna ballada, wzbogacona partią fletu. Thorup daje tu naprawdę świetny popis wokalny. Na drugiej stronie płyty winylowej znalazły się tylko dwa, około dziesięciominutowe utwory. W instrumentalnym, znów nieco santanowskim "Serenade to a Cuckoo" znalazło się kilka fajnych solówek, przede wszystkim gitarowych, ale brakuje tu interakcji pomiędzy muzykami - kiedy któryś z nich gra swoje solo, pozostali schodzą na dalszy plan, grając prosty akompaniament. Momentami robi się trochę nużąco, natomiast nigdy porywająco. Finał albumu to rozbudowana, ale w zbyt oczywisty sposób, wersja bluesowego standardu T-Bone'a Walkera, "Stormy Monday". Także tutaj gościnnie udziela się Korner - nie tylko na gitarze, ale również wokalnie. Co nie wyszło na dobre - Thorup mógłby tu zachwycić swoją ekspresją, zaś wokal Alexisa jest wymęczony i monotonny.

"Meet You There" to fajny album, z kilkoma przyjemnymi utworami, ale czegoś tu zdecydowanie brakuje. Niekoniecznie oryginalności, bo przecież wpływ muzyki latynoskiej to coś niespotykanego u innych grup bluesrockowych. Problem w tym, że zarówno gdy Beefeaters czerpią z Santany, jak i wtedy, gdy inspirują się brytyjskim bluesem, sprawiają wrażenie niezbyt dobrej kopii. Bo niby wszystko jest tu na swoim miejscu, ale efekt nie porywa. A to dlatego, że nie ma tu interakcji między muzykami. Atutem tego wydawnictwa są na pewno wokalne i gitarowe partie Petera Thorupa. To jednak za mało, aby chciało się wracać do tego albumu.

Ocena: 7/10



Beefeaters - "Meet You There" (1969)

1. I'll Meet You There; 2. You Changed My Way of Living; 3. Night Train; 4. Now I Know; 5. Serenade to a Cuckoo; 6. Stormy Monday

Skład: Peter Thorup - wokal i gitara, flet (4,5); Keith Volkersen - bass; Max Nhuthzhi - perkusja; Morton Kjaerumgaard - organy
Gościnnie: Alexis Korner - gitara (3,6), wokal (6)
Producent: Hans-Henrik Koltze


3 komentarze:

  1. A solówka to "efektywna" czy może raczej "efektowna"?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Efektowne solówki to grali Hendrix, Clapton, Beck, Page, Gallagher i im podobni ;) Ta jest efektywna - po prostu wystarczająco dobra do tego utworu, ale bez niczego wyjątkowego.

      Usuń
  2. Bardzo dobra i lubiana przeze mnie płyta, do której ja z kolei z przyjemnością wracam od czasu do czasu, choć faktycznie na tle wielu wykonawców blue'sowych - spoza anglojęzycznego kręgu - aktywnych w owym czasie "7-ka" wydaje się oceną najwłaściwszą.

    OdpowiedzUsuń