20 listopada 2017

[Recenzja] The Tony Williams Lifetime - "Emergency!" (1969)



Tony Williams, a właściwie Anthony Tillmon Williams, to prawdziwa legenda. Jeden z najwybitniejszych i najbardziej inspirujących perkusistów w historii. Profesjonalną karierę muzyka rozpoczął w bardzo młodym wieku, mając ledwie trzynaście (!) lat. Już wtedy przyciągał swoim talentem uwagę całego jazzowego świata. Zanim osiągnął pełnoletność, miał już za sobą sesje nagraniowe i występy w zespołach Sama Riversa, Jackiego McLeana, Erica Dolphy'ego, Grachana Moncura III, Herbiego Hancocka, oraz - czy też przede wszystkim - Milesa Davisa (w jego Drugim Wielkim Kwintecie). Williams słynął ze swojej energetycznej, bardzo intensywnej gry, lecz był także zdolnym kompozytorem, co udowodnił wydając w połowie lat 60. dwa albumy solowe: "Life Time" (1964) i "Spring" (1965). Obydwa zostały docenione przez krytykę.

Na początku 1969 roku Tony postanowił ściągnąć do Stanów brytyjskiego gitarzystę Johna McLaughlina, by wspólnie z nim i organistą Larrym Youngiem stworzyć prekursorskie trio The Tony Williams Lifetime - była to jedna z pierwszych grup grających tzw. fusion. W lutym Williams i McLaughlin wzięli udział w nagraniu przełomowego albumu Milesa Davisa, "In a Silent Way" (w sesji miał wziąć udział także Young, lecz po spontanicznym zaangażowaniu McLaughlina, sprzeciwił się temu Tony, który nie chciał dzielić się całym swoim zespołem), a w maju trio przystąpiło do realizacji swojego debiutu. Pomysłów wystarczyło im na album dwupłytowy. Tuż po premierze, "Emergency!" został zmiażdżony przez konserwatywnych krytyków, lecz doceniono go po latach, powszechnie uznając za jedną z pierwszych udanych fuzji jazzu i rocka (obok wydanych w tym samym roku "Hot Rats" Franka Zappy i "In a Silent Way"). Elementy obu gatunków są nim tak zgrabnie połączone, że ciężko stwierdzić który z nich dominuje.

Pierwsze, co zwraca uwagę na "Emergency!", to potężne brzmienie, mogące sugerować, że gra tu więcej niż trzech muzyków. Intensywność i energia, z jaką gra Williams, w połączeniu z ostrymi, przesterowanymi partiami McLaughlina i Younga (drugi z nich odpowiada także za linie basu), naprawdę robi wrażenie. Utwory są przeważnie długie (tylko dwa trwają poniżej sześciu minut, pozostałe są nawet ponad dwukrotnie dłuższe), ale na tyle zróżnicowane, że nie pozwalają się nudzić. Rozpoczynający całość tytułowy "Emergency" jest swego rodzaju kontynuacją pomysłów z "In a Silent Way", lecz z bardziej surowym, cięższym brzmieniem. Bardzo psychodelicznie wypadają natomiast dwie kolejne kompozycje, "Beyond Games" i "Where", z niemal hendrixowską (przynajmniej pod względem brzmienia) gitarą i... partiami wokalnymi Tony'ego (raczej mówionymi, niż śpiewanymi). Pierwszy z nich zachwyca swoją pozorną monotonią, a tak naprawdę rewelacyjnie budowanym napięciem, zaś drugi hipnotyzującą grą muzyków. Natomiast w przeróbce "Vashkar" (z repertuaru The Paul Bley Trio) można usłyszeć zalążek stylu późniejszej grupy McLaughlina, Mahavishnu Orchestra. Zaskoczeniem może być "Via the Spectrum Road", z niemal piosenkowymi fragmentami, w których pojawia się gitara akustyczna i melodyjny śpiew Williamsa - bardzo fajnie urozmaica to album, a dzięki jazzrockowym wstawkom utwór nie psuje spójności całości. Z kolei ekspresyjny "Spectrum" mógłby być typowym kawałkiem hardbopowym, lecz jego brzmienie jest zdecydowanie rockowe. Najdłuższy w zestawie "Sangria for Three" to kolejny rewelacyjny psychodeliczny jam, z momentami o wręcz hardrockowym ciężarze. Całość kończy nieco prostszy, dynamiczny "Something Spiritual", oparty na całkiem chwytliwym gitarowym motywie.

"Emergency!" to bez wątpienia jedno z największych arcydzieł muzyki fusion, album po prostu rewelacyjny. Ale, niestety, nie pozbawiony wad. Do nich zaliczyć należy nienajlepsze partie wokalne Williamsa, jak również brak gitary basowej lub kontrabasu (niskie dźwięki organów nie mają wystarczającej głębi). Poza tym ciężko do czegokolwiek się przyczepić - nawet do niedoskonałego brzmienia, gdyż idealnie pasuje ono do tej energetycznej, surowej muzyki. Ponadto, to bardzo ważny album, który wypada znać (niestety, zdecydowanie za mało i za rzadko się o nim mówi, nawet w kontekście muzyki fusion). Zawarta na nim muzyka może podobać się zarówno słuchaczom rocka (szczególnie tym lubiącym długie, instrumentalne jamy), jak i jazzu (o ile nie są tradycjonalistami nie uznającymi elektrycznego brzmienia).

Ocena: 9/10



The Tony Williams Lifetime - "Emergency!" (1969)

LP1: 1. Emergency; 2. Beyond Games; 3. Where; 4. Vashkar
LP2: 1. Via the Spectrum Road; 2. Spectrum; 3. Sangria for Three; 4. Something Spiritual

Skład: Tony Williams - perkusja, wokal; John McLaughlin - gitara; Larry Young - organy
Producent: Monte Kay i Jack Lewis


17 listopada 2017

[Recenzja] Miles Davis - "At Fillmore" (1970)



W ciągu 1970 roku Miles Davis wielokrotnie gościł w należących do Billa Grahama salach koncertowych Fillmore East i Fillmore West, słynących raczej z występów rockowych gwiazd, takich jak Cream, Jimi Hendrix, The Allman Brothers Band czy Grateful Dead. Wówczas jednak Davis cieszył się uznaniem rockowej publiczności, dzięki swoim elektrycznym albumom "In a Silent Way" i "Bitches Brew". Jego koncerty w obu Fillmore'ach, gdzie występował przed rockowymi wykonawcami, również spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. Na szczęście większość z nich została profesjonalnie zarejestrowana i prędzej lub później wydana na płytach. Na pierwszy ogień poszła seria czerwcowych występów z nowojorskiego Fillmore East, wydana cztery miesiące później na dwupłytowym albumie "At Fillmore".

W tamtym czasie Miles był już dobrze zgrany ze swoim nowym koncertowym septetem, w którego skład wchodzili Chick Corea, Dave Holland, Jack DeJohnette, oraz trzech świeżaków: saksofonista Steve Grossman, perkusjonalista Airto Moreira i organista Keith Jarrett. Na repertuar czterech występów, które odbyły się w dniach 17-20 czerwca, złożyły się głównie nowsze kompozycje, już z elektrycznego okresu. Część z nich nie była jeszcze wtedy opublikowana w wersjach studyjnych, a nawet gdy zespół sięgał po znane tematy, znacząco je zmieniał, każdego wieczoru grając inaczej (często ciężko je rozpoznać). Poza tym muzycy mieli zwyczaj płynnego przechodzenia pomiędzy poszczególnymi utworami, przez co ich występy sprawiały wrażenie jednego długiego jamu. Materiał na "At Fillmore" został dodatkowo zmiksowany przez Teo Macero, który wybrał najlepsze (oczywiście według niego) fragmenty z każdego z czterech występów i połączył je w cztery kompozycje trwające od trochę ponad dwudziestu dwóch do prawie dwudziestu ośmiu minut. Każda z nich wypełnia jedną stronę winylowej płyty, a zatytułowana jest od dnia, w którym została zarejestrowana ("Wednesday Miles", "Thursday Miles", itd.). Macero po raz kolejny udowodnił, że w cięciu i sklejaniu taśm jest prawdziwym mistrzem. Nie słychać tu żadnych cięć, przeskoków, ani różnic w brzmieniu. Można odnieść wrażenie, że zespół faktycznie wszystko zagrał w ten sposób, w jaki zostało to przedstawione na albumie.

Muzyka zawarta na "At Fillmore" to połączenie jazzowej swobody improwizacyjnej, momentami ocierającej się wręcz o freejazzową chaotyczność, z psychodelicznym nastrojem, oraz prawdziwie rockową ekspresją i ciężarem. Momentami (np. "Bitches Brew" z "Wednesday Miles", albo "Directions" z "Thursday Miles") zespół brzmi naprawdę agresywnie. Brak gitary całkowicie rekompensują przesterowane organy Jarretta, ostre partie elektronicznie przetworzonej trąbki Davisa i saksofonu Grossmana, oraz intensywne linie basu Hollanda, który w końcu przekonał się do gitary basowej (choć używał jej na zmianę z kontrabasem). A wymiata na tym instrumencie tak, że mógłby wpędzić w kompleksy większość uznanych rockowych basistów. Rockowo brzmi też mocna gra DeJohnette'a (świetnie urozmaicona i uzupełniona egzotycznymi perkusjonaliami Moreiry), zaś pianino elektryczne Corei dodaje psychodelicznego klimatu. "At Fillmore" to jednak nie tylko ciężkie fusion. Na zakończenie każdego setu pojawia się bardzo tradycyjnie jazzowy temat "The Theme", skomponowany przez Milesa jeszcze w czasach Pierwszego Wielkiego Kwintetu, zaś podczas piątkowego i sobotniego występu repertuar został poszerzony o ballady: standard z repertuaru Franka Sinatry "I Fall in Love Too Easily" (Miles nagrał swoją wersję na album "Seven Steps to Heaven"), oraz "Sanctuary". Fajnie urozmaica to całość.

Jeżeli ktoś wolałby posłuchać jak te występy brzmiały naprawdę, powinien sięgnąć po wydany w 2014 roku boks "Miles at the Fillmore", wchodzący w skład serii "The Bootleg Series". Na czterech płytach kompaktowych zmieszczono nie tylko kompletne rejestracje czterech czerwcowych występów w Fillmore East, ale także trzy utwory ("Paraphernalia", "Footprints", "Miles Runs the Voodoo Down") z występu w Fillmore West, który odbył się dwa miesiące wcześniej, 11 kwietnia, jeszcze bez Jarretta w składzie.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "At Fillmore" (1970)

LP1: 1. Wednesday Miles (Directions / Bitches Brew / The Mask / It's About That Time / Bitches Brew / The Theme); 2. Thursday Miles (Directions / The Mask / It's About That Time / Bitches Brew / The Theme)
LP2: 1. Friday Miles (It's About That Time / I Fall in Love Too Easily / Sanctuary / Bitches Brew / The Theme); 2. Saturday Miles (The Mask / It's About That Time / I Fall in Love Too Easily / Sanctuary / Bitches Brew / Willie Nelson / The Theme)

Miles Davis - "Miles at the Fillmore: The Bootleg Series Vol. 3" (2014)

CD1: 1. Introduction; 2. Directions; 3. The Mask; 4. It's About That Time; 5. Bitches Brew; 6. The Theme; 7. Paraphernalia*; 8. Footprints*
CD2: 1. Directions; 2. The Mask; 3. It's About That Time; 4. Bitches Brew; 5. The Theme; 6. Spanish Key; 7. The Theme
CD3: 1. Directions; 2. The Mask; 3. It's About That Time; 4. I Fall in Love Too Easily; 5. Sanctuary; 6. Bitches Brew; 7. The Theme; 8. Miles Runs the Voodoo Down*
CD4: 1. Directions; 2. The Mask; 3. It's About That Time; 4. I Fall in Love Too Easily; 5. Sanctuary; 6. Bitches Brew; 7. Willie Nelson; 8. The Theme


Skład: Miles Davis - trąbka; Steve Grossman - saksofon i flet; Chick Corea - elektryczne pianino; Keith Jarrett - organy (oprócz *); Dave Holland - kontrabas i bass; Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


14 listopada 2017

[Recenzja] John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)



"A Love Supreme". Najważniejszy i najsłynniejszy album Johna Coltrane'a. Słusznie doceniony przez krytyków i słuchaczy (którzy już w roku wydania kupili blisko pół miliona egzemplarzy - był to naprawdę niesamowity wynik, jak na muzykę jazzową i to tą trudniejszą w odbiorze). Trudno się pisze o takich wydawnictwach. Po części dlatego, że już wiele o nich powiedziano, ale także dlatego, że ciężko oddać słowami ich geniusz.

Skąd ten cały fenomen "A Love Supreme"? Jest to na pewno album wyróżniający się na tle ówczesnego jazzu. Nie jest to zwyczajny zbiór kilku częściowo improwizowanych utworów zbudowanych na schemacie: temat - solowe popisy muzyków - powrót do tematu. Zawarta tutaj muzyka tworzy przemyślaną całość, swego rodzaju półgodzinną suitę, podzieloną na cztery części (utwory). Jest to muzyka niezwykle uduchowiona, będąca świadectwem duchowej przemiany Trane'a, który kilka lat wcześniej, po zwalczeniu nałogów, zwrócił się ku Bogu. Dlatego też "A Love Supreme" postrzegany jest jako pierwszy album spiritual jazzowy. Jest w tym trochę prawdy, to na pewno pierwsze tak dojrzałe dzieło w tym stylu, lecz przecież John już od dawna nagrywał utwory o spirytualnym nastroju.  W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję - jeżeli ktoś pozna "A Love Supreme" zaraz po lub przed "Blue Train" czy "Giant Steps", to może być zdziwiony, jak bardzo zmieniła się muzyka Coltrane'a przez te pięć lat. Dlatego warto poznać albumy wydane w międzyczasie, na których doskonale słychać, jak stopniowo, lecz konsekwentnie ewoluował jego styl, coraz bardziej oddalając się od hardbopowych korzeni, w stronę swobodniejszej i coraz bardziej uduchowionej muzyki.

Album został w całości nagrany podczas kilkugodzinnej sesji, wieczorem 9 grudnia 1964 roku, w słynnym studiu należącym do inżyniera dźwięku Rudy'ego Van Geldera, pod okiem producenta Boba Thiele'a. Co prawda nazajutrz muzycy wrócili do studia, by zarejestrować alternatywne wersje kilku fragmentów, jednak żadne nagranie z tego dnia nie trafiło na album. Co ciekawe, drugiego dnia w studiu pojawili się nie tylko członkowie John Coltrane Quartet, ale także dwóch dodatkowych muzyków - saksofonista Archie Shepp i kontrabasista Art Davis. Obaj zagrali w dwóch podejściach do kompozycji "Acknowledgement". W sekstecie nie udało się jednak powtórzyć tej magii, jaka pojawiła się podczas wykonania kwartetu. Wspomniana kompozycja rozpoczyna album i robi to w naprawdę wielkim stylu, przyciągając uwagę od początkowego uderzenia gongu i wchodzącej po chwili przepięknej solówki Johna. Cały utwór zbudowany jest na akompaniamencie bardzo chwytliwej zagrywki Jimmy'ego Garrisona, wokół której pozostali muzyce prezentują swoje umiejętności. Pod koniec pojawia się zupełnie nowy element w twórczości Trane'a - powtarzany przez niego jak mantra tytuł albumu. Dwa środkowe utwory, "Resolution" i "Pursuance", zdają się bardziej spontaniczne, w większym stopniu bazując na improwizacji, a nie gotowych tematach. Wszyscy muzycy grają w nich wspaniałe solówki. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na te w wykonaniu Coltrane'a - momentami zmierzające w stronę freejazzowego hałasu, ale jednak zachowujące melodyjność. Najpiękniejszą solówkę lider zagrał natomiast w finałowym "Psalm" - wyjątkowo nieimprowizowaną, lecz będącą muzyczną narracją napisanego przez niego poematu (umieszczonego na okładce albumu). Czytany równo z utworem, tekst będzie idealnie pasować do melodii solówki.

Piękny album, stanowiący przemyślaną i dopracowaną całość, rewelacyjnie zagrany i brzmiący po prostu ponadczasowo. Do tego niezwykle ważny i inspirujący. Bez żadnych wątpliwości przyznaję maksymalną ocenę. Choć tak naprawdę taka muzyka jest ponad jakimikolwiek skalami.

Ocena: 10/10



John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)

1. Acknowledgement; 2. Resolution; 3. Pursuance; 4. Psalm

Skład: John Coltrane - saksofon, wokal (1); McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones  - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele


13 listopada 2017

[Recenzja] ZZ Top - "First Album" (1971)



Zanim muzycy ZZ Top zapuścili długie brody (ściślej mówiąc, zapuścili je gitarzysta i basista, gdyż perkusiście wystarczyło nazwisko Beard) i kompletnie skomercjalizowali swoją muzykę, stając się maskotkami MTV, byli jednym z najbardziej obiecujących zespołów z amerykańskiego południa. Nigdy nie grali szczególnie ambitnej ani oryginalnej muzyki, jednak na początku swojej działalności prezentowali całkiem przyjemną, energetyczną mieszankę bluesowych patentów, hardrockowego ciężaru i typowego dla southern rocka luzu. W sumie to zdanie wystarczyłoby za streszczenie całego "ZZ Top's First Album". Urozmaiceń tu niewiele, jest za to sporo rockowego czadu i naprawdę fajnych gitarowych popisów - chociażby w takich kawałach, jak "Shaking Your Tree", "Goin' Down to Mexico", "Neighbor, Neighbor", "Certified Blues", czy przede wszystkim "Brown Sugar". Ten ostatni zaczyna się bardzo niepozornie, by w dalszej części nabrać mocy i okazać się najbardziej porywającym fragmentem całości. Całkiem przyjemnie wypada także najbliższy typowego bluesa "Just Got Back from Baby's". Są tu też jednak mniej udane kawałki, jak okropny pod względem wokalnym "Squank", czy nudnawa ballada "Old Man". Ogólnie rzecz biorąc, jest to longplay raczej tylko dla miłośników takiej stylistyki. 

Ocena: 7/10



ZZ Top - "ZZ Top's First Album" (1971)

1. (Somebody Else Been) Shaking Your Tree; 2. Brown Sugar; 3. Squank; 4. Goin' Down to Mexico; 5. Old Man; 6. Neighbor, Neighbor; 7. Certified Blues; 8. Bedroom Thang; 9. Just Got Back from Baby's; 10. Backdoor Love Affair

Skład: Billy Gibbons - wokal i gitara; Dusty Hill - bass, instr. klawiszowe, wokal (3,4), dodatkowy wokal; Frank Beard - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bill Ham


10 listopada 2017

[Recenzja] Gentle Giant - "The Missing Piece" (1977)



1977 rok zapisał się w historii rocka ze względu na eksplozję popularności punk rocka, która niemal całkowicie zmiotła starszych wykonawców. Szczególnie mocno oberwały zespoły progresywne, które nagle z docenianego przez krytyków i słuchaczy zjawiska, stały się obiektem drwin. Poniekąd z własnej winy. Już od jakiegoś czasu wyraźny był spadek jakości ich kolejnych albumów. Jedynie muzykom Pink Floyd udawało się utrzymywać wysoki poziom artystyczny, choć grupa już dawno przestała czymkolwiek zaskakiwać. Inne zespoły wyraźnie się pogubiły, albo uparcie trzymając się swojego stylu i nagrywając coraz gorsze wersje tych samych albumów, na których doprowadzały swoją muzykę do coraz większego absurdu, albo zaczęły się zwracać w stronę coraz prostszej muzyki, nie mającej wiele do zaoferowania pod względem artystycznym.

Nie ominęło to nawet Gentle Giant. Pierwsze oznaki kryzysu objawiły się na albumie "Interview", utrzymanym jeszcze w stylu poprzednich wydawnictw, ale zbyt wtórnym wobec nich i wyraźnie słabszym pod względem kompozytorskim. Longplay okazał się komercyjną klapą, czego nie zamierzał darować grupie jej aktualny wydawca. Przedstawiciele wytwórni wymusili na muzykach, aby kolejny album zawierał bardziej przystępny materiał. W rezultacie nie znajdziemy na "The Missing Pieces" złożonych kompozycji z pomysłowymi, bogatymi aranżacjami i mistrzowskim wykorzystaniem kontrapunktu. To zbiór prostych, dość melodyjnych piosenek. Uproszczeniu uległa warstwa rytmiczna i harmoniczna, zubożono także instrumentarium, całkowicie rezygnując z dęciaków i smyczków.

Bardzo kontrowersyjne są próby dotarcia do nowych słuchaczy, poprzez nawiązania do muzyki funk ("Mountain Time") i punk rocka (surowy, agresywny "Betcha Thought We Couldn't Do It", nie mający kompletnie nic wspólnego z wcześniejszą twórczością grupy, będąc jej całkowitym przeciwieństwem). Nie przekonuje także próba stworzenia radiowego przeboju - komercyjna ballada "I'm Turning Around" nieodparcie kojarzy się z (późniejszymi) przebojami Phila Collinsa. Ogólnie utwory są dość miałkie, pozbawione dobrych melodii (paradoksalnie, znacznie bardziej chwytliwe utwory można znaleźć na poprzednich albumach grupy). Dość przyzwoicie pod względem melodycznym wypada energetyczny otwieracz longplaya, "Two Weeks in Spain". Są też dwie naprawdę dobre kompozycje: dynamiczny "For Nobody", w którym pojawia się odrobina bardziej zakręconego grania, z jakiego zespół wcześniej słynął, a także bardzo zgrabna i niebanalna ballada "Memories of Old Days", która jeszcze mocnej przypomina o dawnej chwale grupy. Niestety, te dwa utwory tylko pogłębiają - na zasadzie kontrastu - wrażenie ogólnej miałkości i twórczej niemocy.

Trudno uwierzyć, że "The Missing Pieces" został nagrany przez ten sam zespół, który w pierwszej połowie dekady wydał siedem genialnych, bezkompromisowych longplayów, będących niedoścignionym wzorcem rocka progresywnego. Co prawda, zespół doszedł do momentu, w którym zmiana stylu była nieodzowna, jednak muzykom nie udało się zdefiniować siebie na nowo w interesujący sposób. Rezygnując niemal całkowicie z tego, czym wcześniej zachwycali, nie dali w zamian niczego ciekawego.

Ocena: 5/10



Gentle Giant - "The Missing Piece" (1977)

1. Two Weeks in Spain; 2. I'm Turning Around; 3. Betcha Thought We Couldn't Do It; 4. Who Do You Think You Are?; 5. Mountain Time; 6. As Old as You're Young; 7. Memories of Old Days; 8. Winning; 9. For Nobody

Skład: Derek Shulman - wokal; Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (6), instr. perkusyjne (8); Gary Green - gitara; Ray Shulman - bass, gitara (7), instr. perkusyjne (8); John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gentle Giant


8 listopada 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Bitches Brew" (1970)



Zaledwie siedem miesięcy po premierze przełomowego "In a Silent Way", Miles Davis wydał kolejne arcydzieło, które zmieniło oblicze muzyki. O ile na poprzednim albumie zatarł granicę między jazzem i rockiem, tak na "Bitches Brew" wywrócił wszystko do góry nogami, tworząc zupełnie nowy gatunek. Łączący w sobie swobodę jazzowych improwizacji, rockową dynamikę, oraz elementy muzyki hindustańskiej i afrykańskiej. Wszystko to wymieszane w takich proporcjach, że album nie przypomina niczego, co wcześniej lub później zarejestrowano. Choć wielu próbowało nagrać coś podobnego - "Bitches Brew" bez wątpienia należy do najbardziej wpływowych i inspirujących albumów w dziejach. Jego wpływu na późniejszą muzykę - czy to jazzową, czy rockową - nie da się przecenić.

Materiał na ten podwójny longplay został zarejestrowany podczas trzydniowej sesji nagraniowej, mającej miejsce w dniach 19-21 sierpnia 1969 roku, w nowojorskim Columbia Studio B. Każdego dnia w studiu przebywało od jedenastu do trzynastu muzyków. Był to naprawdę niezwykły skład, przede wszystkim ze względu na rozbudowaną sekcję rytmiczną, obejmującą czterech perkusistów/perkusjonalistów (Jack DeJohnette, Lenny White, Don Alias, Juma Santos), kontrabasistę (Dave Holland) i gitarzystę basowego (Harvey Brooks). Poza tym, na albumie zagrało trzech muzyków grających na elektrycznych pianinach (Joe Zawinul, Chick Corea, Larry Young), gitarzysta (John McLaughlin) i rozszerzona sekcja dęta (Davis, Wayne Shorter, oraz grający na klarnecie basowym Bennie Maupin). Muzycy zarejestrowali kilka utworów już wcześniej skomponowanych i wykonywanych na koncertach ("Spanish Key", "Miles Runs the Voodoo Down", "Sanctuary"), a także kilka długich, bardzo spontanicznych jamów, przed którymi Miles udzielił pozostałym instrumentalistom minimum wskazówek (takich jak tempo, kilka akordów i zarys melodii). Następnie taśmy z nagraniami zostały ręcznie pocięte i posklejane przez Teo Macero, który nadał im zupełnie nowego kształtu. Producent poświęcił mnóstwo czasu na żmudną pracę, która dała jednak niesamowity efekt, będący zaskoczeniem także dla samych muzyków.

Album oryginalnie miał nosić tytuł "Listen to This", ale po kilku miesiącach Davis niespodziewanie zmienił go na "Pharaoh's Dance", a następnie na "Witches Brew", by w ostatniej chwili przerobić go na "Bitches Brew". Dlaczego kocioł czarownic stał się kotłem dziwek? Wiadomo tylko, że sugestia takiego tytułu wyszła od ówczesnej partnerki Milesa, Betty Mabry (tej samej, która poznała go z Jimim Hendrixem). Warto w tym miejscu wspomnieć też o nietypowej, surrealistycznej grafice zdobiącej album. Jej autorem jest niemiecki malarz Mati Klarwein, mający na koncie liczne okładki albumów (także m.in. "Abraxas" Santany i "Live-Evil" Davisa). "Bitches Brew" ukazał się 30 marca 1970 roku i okazał się zaskakującym - jak na tak ambitną i dość trudną w odbiorze muzykę - sukcesem komercyjnym. Jego sprzedaż zapewniła mu podwójną platynę w Stanach i złoto w Wielkiej Brytanii. Do dziś longplay obowiązkowo wymieniany jest we wszystkich zestawieniach najważniejszych i najlepszych muzycznych wydawnictw.

Pierwsza płyty winylowego wydania składa się tylko z dwóch utworów: dwudziestominutowego "Pharaoh's Dance" i dwudziestosześciominutowego "Bitches Brew". Niewiele krótsze są "Spanish Key" i "Miles Runs the Voodoo Down" z drugiej płyty, oba trwające po kilkanaście minut. Nie ma sensu szczegółowo opisywać tych czterech nagrań, ponieważ dzieje się w nich zbyt wiele. To granie o jamowym charakterze, bardzo intensywne i niesamowicie wciągające. Na pierwszym planie dominują ostre, agresywne solówki Davisa, Shortera i McLaughlina, oraz bardzo klimatyczne, trochę niepokojące partie klarnetu basowego. Akompaniament stanowią hipnotyzujące linie basowe Hollanda i Brooksa, a także przebogate, nieco egzotyczne brzmienia perkusyjne. Całość zaś zatopiona jest w psychodeliczno-narkotykowych dźwiękach klawiszy. Pierwszy kontakt z tą muzyką może być dla słuchacza zbyt przytłaczający, ale wystarczy się uważnie wsłuchać, by dać się jej porwać. Nieco odmienny charakter mają pozostałe dwa utwory z drugiej płyty. Wyjątkowo jak na ten album krótki, zaledwie czterominutowy "John McLaughlin", to przede wszystkim popis gitarzysty, którego zagrywki mają w sobie coś i z bluesa, i jazzu, i rocka. Co ciekawe, w nagraniu w ogóle nie wystąpili Davis i Shorter. Z kolei finałowy, dziesięciominutowy "Sanctuary" to ballada skomponowana przez Shortera jeszcze w czasach Drugiego Wielkiego Kwintetu. Nawet tutejsza wersja ma wiele wspólnego z ówczesnym stylem Davisa, choć brzmienie jest bogatsze, a nastrój nieco psychodeliczny, do tego dochodzi kilka agresywniejszych momentów, dzięki czemu wpasowuje się w ogólny charakter całości.

"Bitches Brew" nie jest albumem łatwym w odbiorze, potrzeba czasu i wielu przesłuchań, by go zrozumieć i się nim zachwycić. Warto jednak poświęcić ten czas, bo to jedno z największych arcydzieł muzyki wszelakiej. Album absolutnie niepowtarzalny, a zarazem po prostu świetny w każdym aspekcie. Wirtuozeria muzyków, ich wzajemna współpraca i wytwarzany przez nich klimat po prostu zwalają z nóg. Do tego wzorowe brzmienie, o jakim w dzisiejszych czasach można tylko pomarzyć. Ale to longplay nie tylko genialny, a także bardzo ważny. Dlatego wstyd go nie znać.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Bitches Brew" (1970)

LP1: 1. Pharaoh's Dance; 2. Bitches Brew
LP2: 1. Spanish Key; 2. John McLaughlin; 3. Miles Runs the Voodoo Down; 4. Sanctuary

Skład: Miles Davis - trąbka (oprócz LP2: 2); Wayne Shorter - saksofon (oprócz LP2: 2); Bennie Maupin - klarnet basowy (oprócz LP2: 4); Joe Zawinul - elektryczne pianino; Chick Corea - elektryczne pianino; Larry Young - elektryczne pianino (LP1: 1, LP2: 1); John McLaughlin - gitara; Dave Holland - kontrabas; Harvey Brooks - bass (oprócz LP2: 4); Jack DeJohnette - perkusja; Lenny White - perkusja (oprócz LP2: 3,4); Don Alias - instr. perkusyjne, perkusja (LP2: 3); Juma Santos - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


6 listopada 2017

[Recenzja] John Coltrane Quartet - "Crescent" (1964)



"Crescent" ukazał się blisko dwa lata po poprzednim albumie kwartetu Johna Coltrane'a zawierającym w pełni premierowy autorski materiał. W międzyczasie muzycy nie próżnowali - nie tylko intensywnie koncertowali, ale także kilkakrotnie weszli do studia. Najpierw nagrali komercyjny album "Ballads", złożony z popowych standardów, a następnie kolaboranckie "Duke Ellington & John Coltrane" i "John Coltrane and Johnny Hartman". Najważniejsza sesja odbyła się jednak 18 listopada 1963 roku. Zespół zarejestrował wówczas dwa utwory, które uzupełniły koncertowe wydawnictwo "Live at Birdland", w tym kompozycję "Alabama", zainspirowaną niedawnym zamachem Ku Klux Klan, w którym zginęło czworo dzieci. Ponury klimat tego utworu okazał się drogowskazem podczas kolejnej sesji, której efektem jest "Crescent".

De facto, album został nagrany podczas dwóch sesji nagraniowych. 27 kwietnia 1964 roku muzycy zarejestrowali cały materiał (a także kompozycję "Song of Praise", której późniejsza wersja trafiła na album "The John Coltrane Quartet Plays"), jednak najwyraźniej nie byli do końca zadowoleni z efektu, gdyż 1 czerwca wrócili do studia, by ponownie nagrać dwa utwory (tytułowy i "Bessie's Blues"). Autorem wszystkich kompozycji jest Coltrane. Stylistycznie album jest kontynuacją drogi obranej na poprzednich wydawnictwach, z tym specyficznym, spirytualnym nastrojem, który wciąga słuchacza od pierwszych sekund. O ile jednak na wydanym dwa lata wcześniej longplayu "Coltrane" ta muzyka miała zdecydowanie pozytywny charakter, tak na "Crescent" słyszymy jej mroczniejsze odbicie. Dominują utwory o balladowym charakterze. Nie są to jednak typowe ballady, jak na albumie "Ballads", a rozbudowane, wciągające kompozycje. Już tytułowy "Crescent" zachwyca uduchowionymi solówkami Coltrane'a i McCoya Tynera, do hipnotyzującego akompaniamentu sekcji rytmicznej. Jeszcze piękniej wypadają partie solowe w cudownie się rozwijających "Wise One" i "Lonnie's Lament" (w tym drugim pojawia się nawet solówka Jimmy'ego Garrisona na kontrabasie). Najbardziej niezwykłą kompozycją jest jednak finałowa "The Drum Thing" - jak można domyślić się po tytule, jest to głównie popis Elvina Jonesa, którego gra zachwyca nawet takiego zadeklarowanego przeciwnika perkusyjnych solówek, jak ja. Wrażenie robi też saksofonowy temat, tyleż posępny, co piękny. Niestety, "Crescent" nie jest albumem doskonałym. Poziom zaniża trzyminutowa błahostka "Bessie's Blues", która kompletnie nie pasuje do pozostałych utworów, ze względu na swój bardziej dynamiczny i pogodny charakter. Zamiast tego kawałka powinna się tu znaleźć "Alabama".

John Coltrane był blisko stworzenia kompletnego arcydzieła, jednak nie do końca trafiony dobór materiału zaprzepaścił tę możliwość. Jednak co się odwlecze... - zaledwie pół roku później kwartet Coltrane'a wszedł do studia, by nagrać album, który miał stać się jednym z najważniejszych wydawnictw w historii jazzu. 

Ocena: 9/10



John Coltrane Quartet - "Crescent" (1964)

1. Crescent; 2. Wise One; 3. Bessie's Blues; 4. Lonnie's Lament; 5. The Drum Thing

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


3 listopada 2017

[Recenzja] Camel - "The Snow Goose" (1975)



W połowie lat 70. większość czołowych grup progrockowych miała już na koncie album koncepcyjny. Wiele z nich - żeby wspomnieć tylko o "Dark Side of the Moon", "The Lamb Lies Down on Broadway" i "2112" - przyniosło ich twórcom spory sukces komercyjny. Nic dziwnego, że muzycy Camel postanowili stworzyć swoją własną muzyczną opowieść. Nie zamierzali jednak tworzyć zupełnie nowej historii. Sukces utworu "The White Rider" z albumu "Mirage" (inspirowanego twórczością J.R.R. Tolkiena) zachęcił ich do ponownego sięgnięcia po inspirację do literatury. Po rozważeniu kilku propozycji, wybór padł na nowelę "The Snow Goose" amerykańskiego pisarza Paula Gallico. Muzycy przygotowali materiał, jednak ostatecznie nie otrzymali zgody na wykorzystanie wybranej historii. Podobno jej autor był zagorzałym przeciwnikiem papierosów, co przełożyło się na jego niechęć do zespołu, który dopiero co współpracował z koncernem tytoniowym (i wciąż używał takiego samego logo). Ponieważ nie było już czasu na napisanie nowych tekstów, postanowiono wydać album w całości instrumentalny (nie licząc kilku wokaliz). Zmieniono też tytuł z "The Snow Goose" na "Music Inspired by the Snow Goose" (choć na niektórych wydaniach widnieje ten krótszy).

Longplay składa się z szesnastu krótkich, czasem wręcz miniaturowych utworów. Podział na ścieżki jest jednak czysto umowny, bowiem poszczególne kawałki płynnie w siebie przechodzą, tworząc bardzo spójną całość. Tak naprawdę jest to jedna (dwuczęściowa z powodu podzielenia materiału na dwie strony płyty winylowej) kompozycja, a nadanie tytułów poszczególnym fragmentom służy temu, aby słuchacz mógł śledzić historię opowiadaną przez muzyków za pomocą dźwięków. Zupełnie jak w klasycznej muzyce programowej. Forma całości i wiele rozwiązań również czerpie z klasyki. Zespół zatrudnił nawet prawdziwą orkiestrę na czas nagrań, choć jej partie pełnią tylko rolę tła. Niestety, ambicje muzyków znacznie przerosły ich możliwości, bo "The Snow Goose" wypada bardzo naiwnie w porównaniu z tym, czym się inspirowali. Dużo tutaj banalnych melodyjek, dość odpychające jest też brzmienie, strasznie przesłodzone, nie tylko za sprawą przeróżnych klawiszy i orkiestry. Słowem, które najtrafniej opisuje ten album, jest kicz. Mimo wszystko, jest to dość przyjemny kicz. Zdarzają się tu też naprawdę ładne momenty, do których zaliczyć można właściwie każdą gitarową solówkę Andy'ego Latimera. Ta najlepsza pojawia się we fragmencie zatytułowanym "Rhayader Goes to Town", z brzmiącą bardzo floydowo drugą połową. Sama solówka ewidentnie kojarzy się ze stylem Davida Gilmoura. Bardzo ładnie wypada też delikatny temat "Rhayader Alone". A na przeciwnym biegunie znajduje się chociażby pełniący rolę klamry "The Great Marsh", w którym naiwność spotyka się z patosem, co brzmi równie kuriozalnie, jak wygląda w piśmie.

"The Snow Goose" to z jednej strony ciekawa koncepcja, a z drugiej - średnio udane wykonanie. Całość jest zbyt ugrzeczniona brzmieniowo i nieporadnie skomponowana, przez co autentycznie ładne momenty przeplatają się z niezamierzonym banałem i kiczem. Na pewno nie tego oczekuję od rocka progresywnego. Jeśli jednak traktować ten album jako muzykę tła, to sprawdza się wyśmienicie - nie jest nachalny, nie odrywa od innych czynności. I taka muzyka jest czasem przydatna.

Ocena: 6/10



Camel - "Music Inspired by the Snow Goose" (1975)

1. The Great Marsh; 2. Rhayader; 3. Rhayader Goes to Town; 4. Sanctuary; 5. Fritha; 6. The Snow Goose; 7. Friendship; 8. Migration; 9. Rhayader Alone; 10. Flight of the Snow Goose; 11. Preparation; 12. Dunkirk; 13. Epitaph; 14. Fritha Alone; 15. La Princesse Perdue; 16. The Great Marsh

Skład: Andrew Latimer - gitara, flet, wokal; Peter Bardens - instr. klawiszowe; Doug Ferguson - bass; Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Bedford - aranżacja orkiestry
Producent: David Hitchcock


1 listopada 2017

[Recenzja] Miles Davis - "In a Silent Way" (1969)



"In a Silent Way" to jeden z najsłynniejszych, najbardziej nowatorskich i wpływowych albumów Milesa Davisa. O ile na swoich dwóch poprzednich wydawnictwach - "Miles in the Sky" i "Filles de Kilimanjaro" - muzyk dopiero badał grunt, nieśmiało eksperymentując z elektrycznym instrumentarium, tak tutaj w końcu poszedł na całość. Kompozycje, instrumentarium, brzmienie, proces produkcyjny - wszystko znacząco odbiega od przyjętych w jazzie schematów. Nic dziwnego, że album wywołał spore kontrowersje w konserwatywnym środowisku jazzowych krytyków i słuchaczy. To, co zrobił tutaj Miles, dla ortodoksów było herezją. "In a Silent Way" został natomiast doceniony przez rockową krytykę, którą zachwycił przede wszystkim udział brytyjskiego gitarzysty Johna McLaughlina. Dziś natomiast album powszechnie uznawany jest za jedno z największych muzycznych arcydzieł. To jedno z tych wydawnictw, które w doskonałych proporcjach łączy ambitne podejście i przystępność, a zarazem łamie międzygatunkowe granice.

Davis poznał McLaughlina zaledwie dzień przed sesją nagraniową "In a Silent Way", która odbyła się 18 lutego 1969 roku. Brytyjczyk został zaproszony do Stanów przez Tony'ego Williamsa, który chciał wraz z nim i organistą Larrym Youngiem stworzyć jazzrockowe trio (tak powstał The Tony Williams Lifetime, który jeszcze w tym samym roku zadebiutował albumem "Emergency!"). Williams i McLaughlin odwiedzili Davisa w jego domu. Właśnie wtedy Miles po raz pierwszy usłyszał grę Johna i był pod takim wrażeniem, że zaproponował mu udział w zaplanowanej na następny dzień sesji. Co ciekawe, w studiu miał pojawić się także Young, jednak Williams - obawiający się straty całego swojego zespołu na rzecz Davisa - zabronił mu udziału. W rezultacie, na organach elektrycznych - nowym instrumencie w zespole Milesa - zagrał Joe Zawinul, który przyszedł do studia, ponieważ chciał zobaczyć jak zespół nagrywa kompozycję jego autorstwa, "In a Silent Way". Poza tym w sesji wzięli udział także dobrze sprawdzeni instrumentaliści: Wayne Shorter, Herbie Hancock i Chick Corea (obaj grali wyłącznie na elektrycznych pianinach), oraz Dave Holland (używający tylko kontrabasu). W ciągu jednego dnia muzycy nagrali cały materiał, który następnie został - wbrew jazzowym standardom - mocno obrobiony przez Teo Macero. Producent zmiksował materiał w taki sposób, że powstały dwie, blisko dwudziestominutowe kompozycje o formie przypominającej sonatę (tzn. składające się z trzech części: ekspozycji, przetworzenia i repryzy).

Na albumie dominuje brzmienie klawiszy (nie na darmo gra trzech klawiszowców), momentami nadające wręcz ambientowego charakteru, a także stanowiącej swego rodzaju kontrapunkt gitary. Dęciaki zdają się być bardziej wycofane, podobnie jak sekcja rytmiczna (grająca dość prosty, bardziej rockowy niż jazzowy, akompaniament). Klimat albumu jest dość wyciszony, nastrojowy, bliższy muzyki z "Kind of Blue", niż kolejnych, bardziej agresywnych albumów fusion Davisa. Nie przypadkiem nazwano go "In a Silent Way" (co najlepiej tłumaczyć jako "[granie] w cichy sposób"). Ktoś kiedyś określił go jako "cisza między dźwiękami", co w tych bardziej subtelnych fragmentach jest bardzo trafne. Lecz nie brakuje tu także bardziej dynamicznych momentów. Kompozycja ze strony A, "Shhh / Peaceful / Shhh", praktycznie w całości zbudowana jest na kontraście nastrojowych i ostrzejszych dźwięków. Z kolei kompozycja ze strony B składa się z dwóch pierwotnie niezależnych utworów, o odmiennym charakterze. Jej klamra, "In a Silent Way", to prześliczny, bardzo delikatny temat, zdominowany przez gitarę McLaughlina. Brzmi jak stworzony dla tego instrumentu, a przecież udział gitarzysty był zupełnie nieplanowany, spontaniczny. Środkowa część, "It's About That Time", jest natomiast najbardziej żywiołowym fragmentem całości, a zbudowany jest wokół prostych, bardzo chwytliwych zagrywek Hollanda (pod koniec granych unisono z McLaughlinem). Fragment ten na jakiś czas stał się obowiązkowym punktem koncertów Davisa. W obu kompozycjach zwraca uwagę fantastyczna współpraca muzyków, a także ich indywidualne popisy. To w sumie norma na albumach Milesa, ale i tak warto to za każdym razem podkreślić.

"In a Silent Way" to album doskonały w każdym względzie. Kompozycje, wykonanie, klimat, brzmienie - wszystko jest tutaj dopracowane w najdrobniejszym szczególe, choć nie brakuje też spontaniczności, która znacząco wpłynęła na charakter całości. To album, który zaciera podziały gatunkowe, a zaliczanie go do jazzu lub jazz rocka jest wyłącznie umowne. Ta muzyka może spodobać się każdemu, bez względu na to, czy słucha jazzu, rocka, bluesa, elektroniki lub muzyki poważnej, czy preferuje starą muzykę, czy nową (brzmienie jest ponadczasowe, nic się nie zestarzało). Chyba tylko najbardziej ograniczeni słuchacze, przyzwyczajeni do prymitywnej łupanki, nie znajdą tu niczego dla siebie. Jak już wspominałem we wstępie, jest to album bardzo przystępny, ale zarazem prezentujący najwyższy poziom artystyczny, jaki można spotkać w muzyce rozrywkowej.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "In a Silent Way" (1969)

1. Shhh / Peaceful / Shhh; 2. In a Silent Way / It's About That Time / In a Silent Way

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - elektryczne pianino; Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Zawinul - organy; John McLaughlin - gitara; Dave Holland - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Teo Macero


31 października 2017

[Recenzja] Truth and Janey - "No Rest for the Wicked" (1976)



Nie rozpieszczałem ostatnimi czasy hardrockowej frakcji Czytelników. Dziś jednak mam coś specjalnie dla Was: jedną z najlepszych, choć powszechnie nieznanych, amerykańskich grup hardrockowych. Zespół nazywa się Truth and Janey, a jego historia sięga końca lat 60., gdy trzech dzieciaków z amerykańskiej prowincji postanowiło stworzyć rockowe trio grające w stylu Cream, The Jimi Hendrix Experience, oraz The Jeff Beck Group. Nazwę zainspirował tytuł debiutanckiego albumu tej ostatniej grupy, "Truth", którym zafascynowany był gitarzysta Billy Janey. Oprócz niego, w składzie znaleźli się basista Steve Brock i perkusista John Fillingsworth, którego po około roku zastąpił Denis Bunce. Swój debiutancki album, "No Rest for the Wicked", muzycy zarejestrowali dopiero w 1976 roku, po blisko siedmiu latach działalności. Longplay rozszedł się w ilości tysiąca egzemplarzy. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że został wydany przez zespół własnym sumptem. Obecnie zakup tego pierwszego wydania to wydatek rzędu kilkuset dolarów. Na szczęście, dostępne są także współczesne wznowienia.

"No Rest for the Wicked" to jeden z najciężej, najbardziej surowo brzmiących amerykańskich albumów wydanych w latach 70. Nie jest to jednak bezmyślne, prostackie granie. Słychać, że zespół bezpośrednio inspirował się wspomnianymi we wstępie i innymi bluesrockowymi wykonawcami, choć przetwarza ich styl na swój własny sposób. Zwraca uwagę świetna współpraca muzyków, których partie doskonale się uzupełniają. Mnóstwo tutaj energii, kapitalnych riffów i świetnych solówek, żeby wspomnieć tylko o takich kawałkach, jak "Down the Road I Go", "Remember", "It's All Above Us", czy najbardziej porywającym "The Light" (który za sprawą chwytliwej melodii i sposobu grania gitarowych solówek przypomina nieco twórczość Thin Lizzy). Czasem rockowy czad dopełniany jest brzmieniami akustycznymi, jak ma to miejsce w utworze tytułowym lub "It's All Above Us", dzięki czemu album nie jest zbyt monotonny. Niestety, mamy tu też do czynienia z jedną ewidentną wpadką - przeróbka "I'm Ready" z repertuaru Muddy'ego Watersa wypada strasznie banalnie. A mogłoby się wydawać, że ciężko zepsuć dobry utwór bluesowy.

Trudno uwierzyć, że taki album mógł zostać nagrany w czasach, gdy amerykańska scena hardrockowa była całkowicie zdominowana przez różnych przebierańców, grających popowe przeboje z lekkimi przesterami. "No Rest for the Wicked" nie jest oczywiście albumem na miarę największych dokonań wspomnianych wyżej grup, jednak nie powinien rozczarować żadnego wielbiciela energetycznego hard rocka z bluesowym odcieniem.

Ocena: 8/10



Truth and Janey - "No Rest for the Wicked" (1976)

1. Down the Road I Go; 2. The Light; 3. I'm Ready; 4. Remember; 5. No Rest for the Wicked; 6. It's All Above Us; 8. Ain't No Tellin'; 9. My Mind

Skład: Billy Janey - gitara, wokal; Steve Bock - bass, wokal; Denis Bunce - perkusja, wokal
Producent: Steve Monroe


30 października 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Impressions" (1963)



"Impressions" to swego rodzaju kompilacja wcześniej niewydanych nagrań koncertowych i studyjnych. Utwory koncertowe, "India" i tytułowy "Impressions", zostały zarejestrowane na początku listopada 1961 roku w nowojorskim klubie Village Vanguard (czyli w tym samym miejscu i czasie, co materiał wydany na "Live at the Village Vanguard"). Te dwie blisko piętnastominutowe improwizacje stanowią główną atrakcję tego albumu. Fantastycznie zgrany zespół wdaje się w nich w rozbudowane, pełne swobody improwizacje, eksportując możliwości jazzu modalnego. W "India", zgodnie z tytułem, silnie słyszalny jest wpływ hindustańskich rag. Dwaj basiści, Jimmy Garrison i Reggie Workman, z pomocą Elvina Jonesa, zapewniają hipnotyzujący, dronowy podkład, dla długich solówek Johna Coltrane'a i grającego na klarnecie basowym Erica Dolphy'ego. Warto dodać, że utwór był inspiracją dla grupy The Byrds, która pod jego wpływem stworzyła "Eight Miles High" - jedną z najważniejszych kompozycji w całym rocku psychodelicznym. W tytułowym "Impressions" muzycy bardziej niż na klimat stawiają na ekspresję, a ich improwizację momentami zbliżają się do estetyki freejazzowej. Ciekawe, że w obu utworach niemal nie słychać pianina McCoya Tynera, jakby ktoś celowo wyciszył wyciszył jego partie w miksie.

Utwory studyjne to już tylko przyjemny dodatek. "Up 'Gainst the Wall" zarejestrowany został we wrześniu 1962 roku w trzyosobowym składzie, bez udziału Tynera. To prosty, swingujący kawałek, z całkiem chwytliwym saksofonowym tematem, ale ogólnie brzmi dość archaicznie. Lepsze wrażenie sprawia bardzo klimatyczna ballada "After the Rain", nagrana w kwietniu 1963 roku, wyróżniająca się pięknymi solówkami Johna i w końcu wyraźnie słyszalnym pianinem Tynera. Kompaktowe reedycje zawierają jeszcze jeden studyjny utwór (z tej samej, kwietniowej sesji), "Dear Old Stockholm" - interpretację starej szwedzkiej pieśni folkowej, która na początku lat 50. XX wieku została przerobiona na jazzowy standard przez Stana Getza. Coltrane po raz pierwszy nagrał ten utwór jako członek kwintetu Milesa Davisa (na album "'Round About Midnight"). Wersja kwartetu Johna wypada co najmniej tak samo dobrze, jeśli chodzi o wzajemną interakcję muzyków, natomiast charakteryzuje się znacznie większą ekspresją i przede wszystkim brzmi bardziej współcześnie.

 "Impressions" to album niespójny, ze względu na wymieszanie nagrań koncertowych ze studyjnymi, zarejestrowanych na przestrzeni kilkunastu miesięcy. Sam materiał prezentuje jednak bardzo wysoką jakość. Szczególnie porywająco wypadają nagrania koncertowe, które wcale nie ustępują tym wydanym wcześniej na "Live at the Village Vanguard" (szkoda, że nie pomyślano wówczas o wydaniu dwupłytowej koncertówki - genialnego materiału z występów w Village Vanguard było przecież aż nadto). 

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Impressions" (1963)

1. India; 2. Up 'Gainst the Wall; 3. Impressions; 4. After the Rain

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino (1,3,4); Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja (1-3); Eric Dolphy - klarnet basowy (1); Reggie Workman - kontrabas (1); Roy Haynes - perkusja (4)
Producent: Bob Thiele


27 października 2017

[Recenzja] Agitation Free - "2nd" (1973)



Drugi album Agitation Free znacząco różni się od wydanego zaledwie rok wcześniej debiutanckiego "Malesch". Drastycznie zmarginalizowane zostały wpływy arabskie, które w znacznej mierze determinują charakter debiutu. Tym razem muzycy osiągnęli hipnotyzujący klimat za pomocą zdecydowanie rockowych środków wyrazu. Utwory w rodzaju "First Communication", dwuczęściowej "Laili" czy najbardziej z nich psychodelicznego "In the Silence of the Morning Sunrise", kojarzą się z koncertowymi jamami takich grup, jak Grateful Dead i Quicksilver Messenger Service, lub - ze względu na pastoralny nastrój - twórczością Wishbone Ash, a momentami zahaczają nawet o fusion. Na pierwszym planie niepodzielnie królują fantastyczne solówki nowego gitarzysty grupy, Stefana Dieza, który potrafi za pomocą swojego instrumentu malować przepiękne muzyczne pejzaże. Akompaniament stanowią nie mniej interesujące partie drugiej gitary, przyjemnie pulsująca sekcja rytmiczna, oraz klawiszowe tła i ozdobniki - raz są to typowe dla takiej muzyki elektryczne organy ("Laila"), kiedy indziej bardzo, jak na tamte czasy, nowoczesna elektronika ("First Communication"), lub oba jednocześnie ("In the Silence...").

Longplay zawiera też bardziej eksperymentalne momenty. Zbudowany wyłącznie z syntezatorowych dźwięków "Dialogue and Random" to tylko niespełna dwuminutowy przerywnik, sprawiający wrażenie nieco wyrwanego z kontekstu. Bardzo ciekawie wypadają natomiast dwa ostatnie utwory. Najdłuższy na albumie "A Quiet Walk" składa się z dwóch części: klimatycznego elektronicznego wstępu ("Listening"), oraz bardziej dynamicznego rozwinięcia ("Not of the Same Kind"). W tej drugiej pojawia się w końcu trochę arabizowania. Rewelacyjny akompaniament gitary akustycznej i tabli przywołuje na myśl akustyczne utwory Led Zeppelin, zaś oszczędna solówka na gitarze elektrycznej znów delikatnie zahacza o stylistykę fusion. Finałowy "Haunted Island" to kolejny niesamowity utwór, z mrocznym, niemalże ambientowym wstępem, stopniowo rozwijającym się w fantastyczny, hipnotyzujący jam. Nowością w twórczości grupy jest wykorzystanie melotronu, na którym zagrał perkusista Burghard Rausch, a także jego partia wokalna - częściowo recytowana, a częściowo śpiewana. Za tekst posłużył poemat "Kraina snu" Edgara Allana Poego.

"2nd" to album na którym znajdą wiele dla siebie zarówno słuchacze bardziej przystępnego rockowego grania, jak i wielbiciele eksperymentów. Muzykom Agitation Free udało się połączyć te dwa podejścia w bardzo interesującą całość. Trochę tylko szkoda, że przy okazji odeszli od stylistyki poprzedniego albumu.

Ocena: 9/10



Agitation Free - "2nd" (1973)

1. First Communication; 2. Dialogue and Random; 3. Laila (Part I); 4. Laila (Part II); 5. In the Silence of the Morning Sunrise; 6. A Quiet Walk: Listening / Not of the Same Kind; 7. Haunted Island

Skład: Lutz Ulbrich - gitara, buzuki; Stefan Diez - gitara; Michael Hoenig - instr. klawiszowe; Michael Günther - bass; Burghard Rausch - perkusja i instr. perkusyjne, melotron (7), wokal (7)
Producent: Agitation Free


26 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Filles de Kilimanjaro" (1968)



Eksperymentów Davisa z elektrycznym brzmieniem ciąg dalszy. Materiał zawarty na "Filles de Kilimanjaro", w całości autorstwa lidera, został zarejestrowany podczas dwóch sesji nagraniowych, w czerwcu i wrześniu 1968 roku. Pierwsza z nich, jak się wkrótce miało okazać, była ostatnią wspólną sesją Drugiego Wielkiego Kwintetu. We wrześniu Miles wszedł do studia już w nieco innym składzie - wciąż z Waynem Shorterem i Tonym Williamsem, ale bez Herbiego Hancocka i Rona Cartera, których miejsca zajęli pianista włosko-hiszpańskiego pochodzenia Chick Corea i brytyjski basista Dave Holland. Tym samym zakończył się czas stabilizacji i rozpoczął okres, w którym Miles nieustannie zmieniał współpracowników, dopasowując skład do swoich aktualnych pomysłów.

We wszystkich trzech utworach z czerwcowej sesji, Hancock i Carter grają wyłącznie na elektrycznych instrumentach. Z kolei w utworach z września, Corea gra zarównano na pianinie akustycznym, jak i elektrycznym, natomiast Holland tylko na akustycznym basie. W przeciwieństwie do poprzedniego albumu, "Miles in the Sky", na którym da się usłyszeć inspirację rockiem (przynajmniej w utworze "Stuff"), na "Filles de Kilimanjaro" elementów rockowych nie ma wcale - to po prostu elektryczny jazz. Natomiast podobnie jak na poprzedniku, dominują tu dość długie, swobodne utwory, w których muzycy mogli improwizować bez skrępowania. Nie powinno dziwić, że lepiej pod tym względem wypadają utwory z wcześniejszej sesji - w końcu zostały zarejestrowane przez bardzo dobrze zgrany skład, grający ze sobą od kilku lat. Szczególnie dobrze (a w utworze tytułowym - naprawdę porywająco) wypada tu sekcja rytmiczna Carter/Williams. Niestety, całość jest mocno zachowawcza, będąca wręcz krokiem wstecz w porównaniu z "Miles in the Sky". Longplay nie nadrabia ani szczególną ekspresją (może z wyjątkiem najkrótszego i najbardziej dynamicznego "Frelon brun", z ostrymi solówkami Davisa i Shortera), ani wciągającym klimatem (w "Mademoiselle Mabry" robi się nawet nieco nużąco; w dodatku w utworze irytuje dość banalny, wielokrotnie powtarzany klawiszowy motyw).

"Filles de Kilimanjaro" nie robi na mnie takiego wrażenia, jak albumy w całości nagrane przez Drugi Wielki Kwintet, ani jak kolejne, bardziej odważne i eksperymentalne dzieła Davisa. Wciąż jest to jednak muzyka na bardzo wysokim poziomie wykonawczym - w końcu grają tutaj jedni z najlepszych jazzowych instrumentalistów.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Filles de Kilimanjaro" (1968)

1. Frelon brun; 2. Tout de suite; 3. Petits machins; 4. Filles de Kilimanjaro; 5. Mademoiselle Mabry

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino elektryczne (2-4); Chick Corea - pianino i pianino elektryczne (1,5); Ron Carter - bass (2-4); Dave Holland - kontrabas (1,5); Tony Williams - perkusja
Producent: Teo Macero


24 października 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Coltrane" (1962)



John Coltrane wydawał nowe albumy w zadziwiającym tempie. Dlatego też łatwo niektóre z nich przeoczyć. Taki los spotkać może wydany w 1962 roku longplay "Coltrane" - studyjny debiut najsłynniejszego kwartetu Johna, z nowym basistą Jimmym Garrisonem. W latach 60. prasę muzyczną bardziej obchodziły duety Coltrane'a z Theloniousem Monkiem, Dukiem Ellingtonem i wokalistą Johnnym Hartmanem, a także solowy, bardzo zachowawczy, "komercyjny" album "Ballads". Obecnie natomiast pozostaje on w cieniu wielu innych dzieł saksofonisty. Niestety, bo to naprawdę świetny materiał, stanowiący kolejny krok w rozwoju muzyki Coltrane'a.

Otwierający całość "Out of This World" faktycznie brzmi jak nie z tego świata. Utwór płynie nieśpiesznie przez czternaście minut, czarując cudowną melodią i "spirytualnym" nastrojem, budowanym za pomocą hipnotycznego basu, eterycznych klawiszy McCoya i finezyjnych partii Johna, utrzymanych w stylistyce jazzu modalnego, ale momentami już lekko dryfujących w stronę freejazzowej ekspresji. To kolejny raz, gdy Coltrane wziął na warsztat popularny utwór (jego autorem jest Harold Arlen, oryginalna wersja zawiera też tekst napisany przez Johnny'ego Mercera) i niesamowicie rozwinął go w zupełnie inną, ambitniejszą stronę. Kolejną perłą tego albumu jest prześliczna ballada "Soul Eyes", napisana przez Mala Waldrona. Oryginalna wersja utworu została wydana w 1957 roku na albumie "Interplay for 2 Trumpets and 2 Tenors", w którego nagrywaniu brał udział Coltrane. Nowa wersja jest znacznie krótsza, ale przy okazji brzmi bardziej współcześnie. Na szczególne wyróżnienie zasługuje także napisany przez samego Johna "Tunji" (zadedykowany jego przyjacielowi, nigeryjskiemu perkusiście Babatunde Olatunjiemu). To kolejny klimatyczny utwór, ze świetnymi popisami Coltrane'a, Tynera i Garrisona (których doskonale - nie tylko w tym utworze - wspiera Elvin Jones). Druga kompozycja Johna, "Miles' Mode", nieco odstaje od reszty albumu, ze względu na bardziej ekspresyjny charakter - tutaj również gra muzyków jest niezwykle porywająca. Całości dopełnia kompozycja "The Inch Worm", napisana na początku lat 50. przez Franka Loessera do filmu "Hans Christian Andersen". Właściwie ciężko tutaj do czegokolwiek się przyczepić, ale utwór ten nie robi na mnie takiego wrażenia, jak cztery pozostałe.

Ogólne wrażenie jest jednak bardzo pozytywne. "Coltrane" nie należy może do ścisłej czołówki największych osiągnięć John Coltrane'a, ale wciąż jest to muzyka na bardzo wysokim poziomie. Najlepsze jednak wciąż przed nami.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Coltrane" (1962)

1. Out of This World; 2. Soul Eyes; 3. The Inch Worm; 4. Tunji; 5. Miles' Mode

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


23 października 2017

[Recenzja] Van der Graaf - "Vital" (1978)



"Vital" to pierwsza koncertówka w dorobku grupy Petera Hammilla, a zarazem jedyna zawierająca nagrania z lat 70. (wydawnictw z sesjami radiowymi i podobnych nie liczę). Dla wielu osób z pewnością rozczarowujący jest fakt, że została zarejestrowana już po rozpadzie klasycznego składu. Nowe wcielenie Van der Graaf prezentowało się jednak wyśmienicie podczas koncertów. Na trasę zespół wyruszył w składzie poszerzonym o nowego muzyka - Charlesa Dickiego, grającego na wiolonczeli, elektrycznym pianinie i syntezatorach. Dodatkowo, podczas występów w londyńskim Marquee Club, 15 i 16 stycznia 1978 roku, na scenie pojawił się także David Jackson, a "Vital" jest zapisem drugiego z tych występów.

Interesująco wypada repertuar. Oprócz utworów znanych już ze studyjnych albumów zespołu ("Still Life", "Last Frame", "Pioneers over c", obowiązkowego "Killer", oraz połączonych w całość fragmentów "A Plague of Lighthouse Keepers" i "Sleepwalkers") lub Hammilla ("Nadir's Big Chance"), znalazły się w nim także mniej oczywiste nagrania - jedna strona B singla ("Ship of Fools") i kilka zupełnie premierowych ("Mirror Images", "Sci-Finance", "Door", "Urban"). Nawet te znane wcześniej utwory brzmią tutaj zupełnie inaczej. Straciły ten dostojny nastrój, jaki dawały im organy Hugha Bantona. Zamiast tego zyskały sporo rockowego brudu, dzięki przesterowanym partiom basu Nica Pottera, często wysuniętym na pierwszy plan, oraz równie ostrym, przeszywającym dźwiękom gitary elektrycznej, smyczków i (niestety słabo słyszalnego w miksie) saksofonu. Takie brzmienie, w połączeniu z dość ponurym charakterem utworów, daje niesamowity, wręcz apokaliptyczny efekt. Muzyka zespołu nie traci tu jednak nic ze swojego progresywnego charakteru. Świetnie wypada chociażby "Still Life" z ponurymi smyczkami w pierwszej części i agresywnym rozwinięciem, albo nieco rozbudowana wersja "Pioneers over c". Całkiem nieźle prezentują się także nowe utwory. Szczególnie warto wyróżnić "Ship of Fools" i "Door" - oba dynamiczne, łączące zadziorność z przebojowością - oraz zgrabną balladę "Mirror Images", będącą jednym z nielicznych delikatniejszych momentów albumu.

Wątpię, aby klasyczny skład Van der Graaf Generator był w stanie nagrać lepszą koncertówkę w klasycznym składzie. Starsze utwory nabierają tutaj nowej jakości, dzięki zagraniu ich przy użyciu nieco innego instrumentarium. Bardzo podoba mi się to nowe, brudne brzmienie (niekoniecznie lepsze, po prostu inne). Co prawda, można narzekać na brak tej czy innej kompozycji (jestem ciekaw, jak w tym składzie wypadłby np. "Arrow"), ale wynagradzają to premierowe, udane kawałki. Pozostaje tylko żałować, że wkrótce po nagraniu, a jeszcze przed wydaniem "Vital", zespół po raz kolejny podjął decyzję o zakończeniu działalności. Tym razem grupa rozpadła się na dobre. No, prawie... W 2005 roku wznowiła działalność, w klasycznym składzie (choć po krótkim czasie odszedł Jackson), i do dziś koncertuje oraz nagrywa nowe albumy. Ich jakość pozostawia jednak sporo do życzenia.

Ocena: 8/10



Van der Graaf - "Vital" (1978)

LP1: 1. Ship of Fools; 2. Still Life; 3. Last Frame; 4. Mirror Images; 5. Medley: A Plague of Lighthouse Keepers / Sleepwalkers
LP2: 1. Pioneers over c; 2. Sci-Finance; 3. Door; 4. Urban / Killer / Urban; 5. Nadir's Big Chance

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet; Graham Smith - skrzypce; Charles Dickie - wiolonczela, instr. klawiszowe; Nic Potter - bass; Guy Evans - perkusja
Producent: Guy Evans


20 października 2017

[Recenzje] Agitation Free - "Malesch" (1972)



Szwabski rock, czyli krautrock, to jeden z najbardziej interesujących nurtów w muzyce (nie tylko) rockowej. Praktycznie nie sposób wskazać innego, który byłby równie inspirujący i różnorodny. Bo choć jego przedstawiciele niewątpliwie mieli pewne cechy wspólne (jak zamiłowanie do tworzenia hipnotycznych, granych z mechaniczną precyzją utworów), to w sumie więcej ich dzieliło, niż łączyło. W jednych zespołach grali muzycy o jazzowych korzeniach, w drugich o korzeniach folkowych, inne grupy inspirowały się brytyjskim progiem, a kolejne amerykańską psychodelią lub brzmiało podobnie dzięki wpływom tradycyjnej muzyki z Wschodu, nie brakowało też wykonawców odważnie eksperymentujących z elektroniką. Zwykle te wszystkie (lub niektóre z nich) inspiracje mieszały się ze sobą w najróżniejszych proporcjach, dzięki czemu każdy przedstawiciel niemieckiej sceny miał swój własny, rozpoznawalny styl.

Jedną z najciekawszych odmian krautrocka zaproponowała grupa Agitation Free. Zespół powstał w 1967 roku i początkowo wykonywał dość typowy rock o psychodeliczno-progresywnych naleciałościach. Pod koniec dekady, podczas podróży po Egipcie, Jordanii, Grecji i Cyprze, muzycy zafascynowali się tamtejszą kulturą i muzyką, co znacząco wpłynęło na ich dalszą twórczość. Wydany w 1972 roku debiutancki album "Malesch" przesiąknięty jest przede wszystkim bliskowschodnim klimatem. Jednocześnie zachowuje typowo rockową ekspresję. Momentami jest naprawdę ostro i agresywnie (vide druga połowa "Sahara City"), częściej jednak muzycy starają się stworzyć "kosmiczny", spacerockowy klimat. Z doskonałym skutkiem, unikając monotonii. Improwizowany charakter tej muzyki dodaje też odrobinę jazzowego posmaku. Warto zwrócić uwagę na rozbudowane instrumentarium, obejmujące nie tylko gitary, bass, perkusję i organy, ale także cytrę, syntezator i przeróżne mniej lub bardziej egzotyczne perkusjonalia. Dodatkowo w całość wtopiono dźwięki zarejestrowane przez zespół podczas wspomnianej wyprawy - przede wszystkim fragmenty arabskich śpiewów i ulicznych rozmów (poza tym nie ma tu żadnych wokali).

Świetny album. I bardzo oryginalny. Muzycy rockowi, jeśli już inspirują się muzyką orientalną, to zwykle hindustańską, prawie nigdy arabską. A już na pewno nie z tak dobrym skutkiem. Ta niecodzienna inspiracja może być jednak przeszkodą dla osób nieosłuchanych z bliskowschodnią muzyką, aby doceniły ten album. Mnie przy pierwszym przesłuchaniu wydawał się zaledwie dobry, doceniłem go dopiero kilka miesięcy później, przy drugim odsłuchu, a zachwycił przy jeszcze kolejnych. Ale to cecha najlepszych albumów - zyskują z kolejnymi przesłuchaniami. Dlatego nie należy się poddawać, gdy za pierwszym razem nie podejdzie.

Ocena: 9/10



Agitation Free - "Malesch" (1972)

1. You Play for Us Today; 2. Sahara City; 3. Ala Tul; 4. Pulse; 5. Khan el Khalili; 6. Malesch; 7. Rücksturz

Skład: Lutz Ulbrich - gitara, cytra, organy; Jörg Schwenke - gitara; Michael Hoenig - instr. klawiszowe; Michael Günther - bass; Burghard Rausch - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Michael Hamel - organy; Uli Pop - bongosy (1)
Producent: Wolfgang Sandner i Peter Strecker


19 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Miles in the Sky" (1968)



W drugiej połowie lat 60. muzyka rockowa przeszła gwałtowną rewolucję. Przestała być już tylko prostymi piosenkami do tańca, zaczęła nabierać znamion prawdziwej sztuki. Zmiany te dostrzegł także Miles Davis. Zachwycony brzmieniowymi eksperymentami takich gitarzystów, jak Jimi Hendrix i Eric Clapton, a także możliwościami elektrycznego instrumentarium, postanowił zaadoptować pewne elementy rocka do swojej twórczości. Począwszy od grudnia 1967 roku, zaczął wykorzystywać w swoich nagraniach elektryczne instrumenty klawiszowe, gitarę basową, a nawet gitarę elektryczną. Nowe oblicze muzyki Milesa Davisa zostało ujawnione w lipcu następnego roku, na albumie "Miles in the Sky" (tytuł jest nawiązaniem do beatlesowskiego "Lucy in the Sky with Diamonds").

W większości wypełniają go utwory zarejestrowane podczas sesji, która miała miejsce w dniach 15-17 maja 1968 roku. Wyjątek stanowi utwór "Paraphernalia" - kompozycja Wayne'a Shortera, nagrana 16 stycznia, z gościnnym udziałem gitarzysty George'a Bensona. Jego partia wpisuje się jednak w jazzowe standardy (kłania się twórczość Wesa Montgomery'ego), więc trudno w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek fuzji z rockiem (sam utwór jest jednak bardzo udany, a gitara Bensona dodaje muzyce kwintetu nowej jakości). Co innego podpisany nazwiskiem Davisa "Stuff" - pierwszy opublikowany utwór, w którym Herbie Hancock i Ron Carter grają na elektrycznych instrumentach. W połączeniu z uproszczoną warstwą rytmiczną, dodaje to utworowi nieco rockowego charakteru. Ten 17-minutowy jam to pierwsza tak odważna i udana próba połączenia jazzu i rocka, jaka została wydana na płycie. Warto też dodać, że "Stuff" jest pierwszym utworem Milesa, w który ingerował producent Teo Macero, sklejając go z kilku podejść, wzorem George'a Martina i The Beatles (do tamtej pory wszystkie utwory nagrywane były "na setkę", w kilku podejściach, po czym wybierano najlepsze).

Pozostałe dwa utwory - "Black Comedy" Tony'ego Williamsa i "Country Son" Davisa - to już w całości akustyczne granie, bliższe wcześniejszych dokonań Drugiego Wielkiego Kwintetu, choć znów zbudowane na prostszych podziałach rytmicznych. Oba utwory cechuje sporo energii i duża swoboda wykonania, jakby muzycy w ogóle nie przejmowali się ograniczeniami czasowymi płyty winylowej. "Miles in the Sky" trwa zresztą wyjątkowo długo, jak na album z tamtych czasów - niemal równe 51 minut. W tym miejscu warto wspomnieć o dziwnym rozmieszczeniu utworów - strona A trwa około pół godziny, a strona B o blisko dziesięć mniej. Uzasadnione jest to tym, że na pierwszej znalazły się utwory z elektrycznym instrumentarium, a na drugiej stricte akustyczne. Skutkuje to jednak tym, że (przynajmniej na moim wydaniu, z 1977 roku) druga strona jest wyraźnie głośniejsza od pierwszej! Wynika to ze specyfiki płyt winylowych - żeby na pojedynczej stronie zmieścić więcej niż standardowe 20 minut, trzeba nie tylko zagęścić zapis (węższy rowek), ale także ściszyć nagranie. Z drugiej strony - nic przecież nie stało na przeszkodzie, żeby ściszyć także stronę B.

"Miles in the Sky" to milowy kamień w twórczości Milesa Davisa - pojawiają się tutaj koncepcje, które trębacz rozwijał przez kolejną dekadę, przez wielu (włącznie z niżej podpisanym) uznawaną za najbardziej ekscytującą, twórczą i inspirująco w całej jego karierze. To także album ważny z perspektywy całej muzyki, bowiem nie było wcześniej tak udanego połączenia jazzu i rocka, jak w kompozycji "Stuff". Jest to jednocześnie naprawdę rewelacyjny album, na którym każdy z czterech zamieszczonych na nim utworów zachwyca wykonaniem, warstwą melodyczną i brzmieniem. Niestety, jest to także album na ogół niedoceniany, pozostający w cieniu swoich wielkich następców - "In a Silent Way" i "Bitches Brew". A przecież już tutaj pojawiło się wiele elementów, które czynią tak wspaniałymi tamte longplaye.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Miles in the Sky" (1968)

1. Stuff; 2. Paraphernalia; 3. Black Comedy; 4. Country Son

Skład: Miles Davis - trąbka, kornet (1,4); Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino, pianino elektryczne (1); Ron Carter - kontrabas, bass (1); Tony Williams - perkusja
Gościnnie: George Benson - gitara (2)
Producent: Teo Macero


18 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Nefertiti" (1968)



"Nefertiti" to czwarty album Drugiego Wielkiego Kwintetu, a zarazem ostatnie w całości akustyczne wydawnictwo Davisa. Na repertuar składają się wyłącznie kompozycje członków kwintetu: trzy Wayne'a Shortera (tytułowa, "Fall" i "Pinocchio"), dwie Herbiego Hancocka ("Madness" i "Riot"), oraz jedna Tony'ego Williamsa ("Hand Jive"). Materiał zarejestrowano podczas trzech sesji nagraniowych w czerwcu i lipcu 1967 roku. Ostatnia z nich odbyła się 19 lipca - dwa dni po niespodziewanej śmierci Johna Coltrane'a. Tego dnia zarejestrowano m.in. pełną zadumy balladę "Fall", mającą wiele wspólnego z klimatem "Kind of Blue", której charakter raczej nie jest przypadkiem. Coltrane był przecież przez kilka lat bliskim współpracownikiem Davisa, był także przyjacielem i główną inspiracją Shortera (który w okresie największej fascynacji muzyką Johna, zatrudniał muzyków jego kwartetu do nagrywania swoich albumów).

Podobny do wspomnianego "Fall", nokturnowy charakter ma także kompozycja tytułowa, zarejestrowana jednak na samym początku czerwca. Ten utwór to przede wszystkim popis szalejącego na perkusyjnym stołku Williamsa. Partie pozostałych instrumentalistów zdają się być bardziej wycofane i praktycznie ograniczają się do powtarzania przewodniego motywu (nie licząc kilku ozdobników zagranych przez Hancocka). Reszta longplaya to już utwory utrzymane w zdecydowanie szybszym tempie, łączące bopową energię z modalnością. Wyjątkowo dynamicznie i zwięźle wypada "Riot", natomiast pozostałe trzy kawałki cechuje bardziej improwizacyjne podejście. Choć Drugi Wilki Kwintet od samego początku zachwycał bardzo dobrym zgraniem i wzajemnym porozumieniem muzyków, to z płyty na płytę było pod tym względem jeszcze lepiej. Lekkość, z jaką muzycy zamieniają się solówkami w "Hand Jive", "Madness" i "Pinocchio", po prostu musi budzić podziw.

Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić, to do kolejności utworów na trackliście. Umieszczenie dwóch najspokojniejszych utworów na samym początku to dość dziwne posunięcie, nawet na albumie jazzowym. Sugerują one, że reszta materiału będzie równie subtelna, tymczasem jego dalsza część to już zdecydowanie żywsze granie. 

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Nefertiti" (1968)

1. Nefertiti; 2. Fall; 3. Hand Jive; 4. Madness; 5. Riot; 6. Pinocchio

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Teo Macero


17 października 2017

[Recenzja] Van der Graaf - "The Quiet Zone / The Pleasure Dome" (1977)



Niespełna dwa lata po powrocie Van der Graaf Generator, nad zespołem znów zawisły czarne chmury. W krótkim czasie grupa straciła połowę składu. Najpierw, w grudniu 1976 roku, odszedł Hugh Banton, a zaledwie kilka tygodni później jego śladami podążył David Jackson (obaj zrezygnowali głównie z przyczyn finansowych - zespół nieustannie tkwił w długach). To mógł być koniec Generatora. I w pewnym sensie był. Nie ukrywajmy, że choć Peter Hammill jest rozpoznawalnym wokalistą, a Guy Evans jednym z najlepszych rockowych perkusistów, to o brzmieniu i charakterze muzyki zespołu decydowały przede wszystkim nie dające się podrobić organy Bantona i równie niepowtarzalny saksofon Jacksona. Pozostali muzycy nawet nie próbowali ich zastąpić - zamiast tego, w nowym składzie znaleźli się grający na skrzypcach Graham Smith, oraz (ponownie) basista Nic Potter. Hammill i Evans zdawali sobie sprawę, że bez Jacksona i Bantona jest to zupełnie inny zespół, a przynajmniej jego uboższa, wykastrowana wersja - podjęli więc decyzję o skróceniu nazwy do Van der Graaf.

Jedyny studyjny album zarejestrowany w tej konfiguracji personalnej, "The Quiet Zone / The Pleasure Dome", przyniósł, jak należało się spodziewać, zupełnie inną muzykę, niż dzieła sygnowane pełną nazwą. Właściwie jedyne, co go z nimi łączy, to charakterystyczny sposób śpiewania Hammilla. Nie jest to wyłącznie kwestia braku monumentalnych organów i ocierających się o free jazz partii saksofonu. Zespół zrezygnował bowiem także z rozbudowanych, progrockowych kompozycji, na rzecz krótszych utworów, wyraźnie inspirowanych twórczością młodych, nowofalowych i post-punkowych kapel. O dziwo, zespół w takiej stylistyce wypada naprawdę dobrze. Utwory stały się bardziej przebojowe, ale dzięki ciekawym aranżacjom nie popadają w banał (vide "Lizard Play", "The Habit of the Broken Heart", "The Sphinx in the Face" lub częściowo balladowy "The Siren Song"), choć czasem bywa nieco zbyt rzewnie ("The Wave", pierwsza połowa "Last Frame", fragmenty "Chemical World"), lecz dla równowagi pojawia się też nieco punkowej wręcz agresji ("Cat's Eye", interesująco, płynnie przechodzący w łagodny "Yellow Fever (Running)"). Ciekawostką jest gościnny udział Davida Jacksona w utworze "The Sphinx in the Face" i jego repryzie "The Sphinx Returns". Saksofon nie dodaje im jednak bardziej "generatorowego" charakteru, a doskonale wtapia w nowe brzmienie Van der Graaf.

"The Quiet Zone / The Pleasure Dome" nie jest albumem na miarę dzieł klasycznego składu grupy, ale to naprawdę przyjemne wydawnictwo, ciekawie odświeżające styl zespołu. Warto poznać.

Ocena: 7/10



Van der Graaf - "The Quiet Zone / The Pleasure Dome" (1977)

1. Lizard Play; 2. The Habit of the Broken Heart; 3. The Siren Song; 4. Last Frame; 5. The Wave; 6. Cat's Eye / Yellow Fever (Running); 7. The Sphinx in the Face; 8. Chemical World; 9. The Sphinx Returns

Skład: Peter Hammill - wokal, pianino, gitara; Graham Smith - skrzypce; Nic Potter - bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Jackson - saksofon (7,9)
Producent: Peter Hammill


16 października 2017

[Recenzja] King Crimson - "The Great Deceiver: Live 1973-1974" (1992)



King Crimson grał jedne z najbardziej porywających koncertów w historii muzyki. Szczególnie w okresie, gdy w jego składzie, obok Roberta Frippa, występowali John Wetton, Bill Bruford i David Cross (oraz, przez krótki czas, Jamie Muir). Muzycy byli ze sobą niezwykle zgrani, co owocowało długimi improwizacjami, pełnymi swobody i wzajemnego porozumienia. Zrecenzowane przeze mnie dotąd koncertówki - "USA" i "The Night Watch" - nie oddają w pełni tego, na co było stać ten skład. Dla pełnego obrazu należy zapoznać się z "The Great Deceiver: Live 1973-1974". Na czterech płytach kompaktowych zebrano niemal pięć godzin muzyki, zarejestrowanej podczas występów wspomnianego składu (już bez Muira). Znaczna część tego materiału to długie, nieskrępowane improwizacje, nierzadko czerpiące z awangardy, jazzu i muzyki poważnej. A utwory znane ze studyjnych albumów często brzmią tu zupełnie inaczej.

Całą pierwszą płytę i kawałek drugiej wypełnia materiał zarejestrowany 30 czerwca 1974 roku w Providence. Częściowo znany już wcześniej: improwizacja "Providence" została umieszczona na albumie "Red", a porywające wykonanie "21st Century Schizoid Man" na "USA". To jednak niewielka część tego ekscytującego występu. Rewelacyjnie wypadły utwory z "Larks' Tongues in Aspic" ("Larks' Tongues in Aspic (Part Two)", "Exiles", oraz prawdopodobnie najlepsza wersja "Easy Money", jaką słyszałem) i "Starless and Bible Black" ("Lament", "Fracture"), podobnie zresztą, jak "Starless" z wtedy jeszcze niewydanego "Red" (tutaj nieco inaczej zaaranżowany, z partią skrzypiec zamiast saksofonu). Centralnym punktem jest jednak niesamowita, piętnastominutowa improwizacja "A Voyage to the Centre of the Cosmos", w której muzycy wchodzą na wyżyny zespołowej improwizacji.

Druga płyta, poza końcówką występu w Providence, to przede wszystkim nagrania z Glasgow, zarejestrowane 23 października 1973 roku. Improwizacja "We'll Let You Know" z tego koncertu została wykorzysta na albumie "Starless and Bible Black"; pozostałe utwory nie były wcześniej wydane. Wśród nich są dwie kolejne improwizacje: "Sharks' Lungs in Lemsip" to alternatywny wstęp do "Larks' Tongues in Aspic (Part One)" - ciekawy, choć nie tak klimatyczny, jak perkusjonalia Muira z wersji studyjnej - oraz dziewięciominutowa "Tight Scrummy", będąca przede wszystkim popisem Bruforda. Warto zwrócić uwagę na obecność dwóch rzadko wykonywanych utworów z niedocenianego "In the Wake of Poseidon" - "Peace - A Theme" i "Cat Food". Ten drugi wypada tu bardziej zadziornie, za sprawą agresywnej, przesterowanej partii basu Wettona, oraz przeszywających dźwięków skrzypiec. Na wyróżnienie zasługuje także bardzo ładne wykonanie "Book of Saturday". Co ciekawe, większość utworu "The Night Watch" pochodzi z innego występu (z Zurychu - więcej jego fragmentów znalazło się na czwartej płycie). Fripp zdecydował się na ten zabieg, ponieważ taśma była w tym miejscu uszkodzona, a nie chciał pomijać tego utworu.

Na płycie zmieścił się także fragment występu z 29 czerwca 1974 roku w Pensylwanii - nietypowa, znacznie skrócona i mroczniejsza wersja "Easy Money", płynnie przechodząca w fantastyczną, niepokojącą swoim klimatem improwizację "It is for You, but Not for Us". Inny fragment tego koncertu - kolejna fantastyczna, dynamiczna improwizacja, "Is There Life Out There?", przypominająca "Asbury Park" z "USA" (zarejestrowany dzień wcześniej) - znalazł się na trzecim dysku. Dominują na nim jednak utwory z innego występu, także z Pensylwanii, ale zagranego dokładnie dwa miesiące wcześniej. W repertuarze znalazło się miejsce dla rzadko wykonywanego na żywo "The Great Deceiver", jak również dla niewydanego nigdy w wersji studyjnej "Doctor Diamond", który mimo partii wokalnej brzmi jak kolejna improwizacja. Tych tu zresztą nie brakuje - "Bartley Butsfordd", "Daniel Dust" (obie łagodne, trochę w klimacie "Trio" z "Starless..."), oraz ostrzejsza "Wilton Carpet". Poza tym, kilka utworów powtarza się z poprzednimi dyskami, dochodzi natomiast "The Talking Drum", w którym znów popisać mógł się Bruford.

Ostatnia płyta zawiera fragmenty występów w Ontario (24 czerwca 1974) i Zurychu (15 listopada 1973). Z tego pierwszego zamieszczono tylko cztery utwory, w tym dwie rozbudowane improwizacje: ciężką, pokręconą "The Golden Walnut", oraz "Clueless and Slightly Slack", w której na pierwszy plan wysuwa się Cross. Improwizacje z drugiego występu to dwie wariacje na temat "Walk On ... No Pussyfooting" - odtwarzanego z taśmy intra poprzedzającego koncerty grupy, będącego fragmentem albumu "(No Pussyfooting)", nagranego w 1972 przez Frippa i Briana Eno - a także niezwykły "The Law of Maximum Distress", niestety pozbawiony środkowej części (fragment ten został wycięty z taśmy i przerobiony na utwór "The Mincer", wydany na "Starless..." - nie udało się go odzyskać). Pozostałe utwory pojawiły się już, w innych wersjach, na poprzednich płytach tego zestawu.

"The Great Deceiver: Live 1973-1974" może przytłaczać ilością materiału, jaki się na nim znalazł, jednak jakościowo jest to materiał z najwyższej półki. O wirtuozerii muzyków i ich zdolnościach do zespołowej improwizacji można by długo pisać. A pojawiające się między improwizacjami "normalne" utwory to przecież niekwestionowana klasyka muzyki rockowej. Tutejsze wersje nierzadko są ciekawsze od studyjnych, a przynajmniej nie są od nich słabsze. Kolejna sprawa to doskonałe brzmienie. A całość wydana została w eleganckim boksie, wzbogaconym grubą książeczką z wspomnieniami muzyków. Dziś to oryginalne wydanie jest warte sporo grosza. Mniej atrakcyjnie pod względem wizualnym prezentuje się reedycja z 2007 roku - materiał został podzielony na dwa osobne 2-płytowe albumy, wydane w standardowych, plastikowych pudełkach, z zupełnie nową, gorszą szatą graficzną. Muzyka pozostała na szczęście taka sama i nawet w takiej wersji jest to jedna z najwspanialszych koncertówek wszech czasów.

Ocena: 10/10



King Crimson - "The Great Deceiver: Live 1973-1974" (1992)

CD1: Things Are Not as They Seem...
1. Walk On ... No Pussyfooting; 2. Larks' Tongues in Aspic (Part Two); 3. Lament; 4. Exiles; 5. Improv: A Voyage to the Centre of the Cosmos; 6. Easy Money; 7. Improv: Providence; 8. Fracture; 9. Starless
CD2: Sleight of Hand (or Now You Don't See It Again) and...
1. 21st Century Schizoid Man; 2. Walk off from Providence ... No Pussyfooting; 3. Improv: Sharks' Lungs in Lemsip; 4. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 5. Book of Saturday; 6. Easy Money; 7. Improv: We'll Let You Know; 8. The Night Watch; 9. Improv: Tight Scrummy; 10. Peace - A Theme; 11. Cat Food; 12. Easy Money...; 13. Improv: ...It is for You, but Not for Us
CD3: ...Acts of Deception (the Magic Circus, or Weasels Stole Our Fruit)
1. Walk On ... No Pussyfooting; 2. The Great Deceiver; 3. Improv: Bartley Butsfordd; 4. Exiles; 5. Improv: Daniel Dust; 6. The Night Watch; 7. Doctor Diamond; 8. Starless; 9. Improv: Wilton Carpet; 10. The Talking Drum; 11. Larks' Tongues in Aspic (Part Two); 12. Applause and announcement; 13. Improv: Is There Life Out There?
CD4: ...But Neither Are They Otherwise
1. Improv: The Golden Walnut; 2. The Night Watch; 3. Fracture; 4. Improv: Clueless and Slightly Slack; 5. Walk On ... No Pussyfooting; 6. Improv: Some Pussyfooting; 7. Larks' Tongues in Aspic (Part One); 8. Improv: The Law of Maximum Distress (Part One); 9. Improv: The Law of Maximum Distress (Part Two); 10. Easy Money; 11. Improv: Some More Pussyfooting; 12. The Talking Drum

Skład: John Wetton - wokal i bass; Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne; David Cross - skrzypce i instr. klawiszowe
Producent: Robert Fripp


13 października 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Sorcerer" (1967)



Album "Sorcerer" zawiera głównie materiał zarejestrowany przez Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa w maju 1967 roku. W porównaniu z poprzednim w dyskografii "Miles Smiles", longplay sprawia wrażenie mniej ekspresyjnego, nastawionego raczej na budowanie subtelnego klimatu. Tego wrażenia nie zmieniają nawet dwa utwory utrzymane w szybszym tempie - "Prince of Darkness" i tytułowy "The Sorcerer". Jednak w takim graniu kwintet wypada równie wspaniale. Umiejętności muzyków i ich wzajemna interakcja wciąż budzą zachwyt. Na wyżyny wspinają się w rozbudowanym "Masqualero" (jedynym utworze z tego albumu, który wszedł do koncertowego repertuaru), w którym pokazują zarówno talent do zespołowej improwizacji, jak i budowania interesującego klimatu. Inną perełką jest przepiękna ballada "Pee Wee", nagrana, co ciekawe, bez udziału Davisa. Warto też odnotować, że to pierwsza kompozycja napisana dla kwintetu przez Tony'ego Williamsa. Za pozostałe kompozycje z majowej sesji odpowiada Wayne Shorter, z wyjątkiem tytułowej, autorstwa Herbiego Hancocka. Miles tym razem nie jest podpisany pod żadnym utworem.

Całości dopełnia jedno starsze nagranie, "Nothing Like You" (dedykowane ówczesnej partnerce Davisa, Cicely Tyson, której zdjęcie znalazło się na okładce albumu). Kompozycja została zarejestrowana w sierpniu 1962 roku, a więc w znacznie różniącym się składzie. Z muzyków Drugiego Wielkiego Kwintetu, poza Milesem, gra tu tylko Shorter - było to ich pierwsze wspólne nagranie, na długo zanim saksofonista na stałe dołączył do zespołu Davisa. Utwór został napisany przez Boba Dorougha i Frana Landesmana - pierwszy z nich wystąpił w nagraniu jako pianista i... wokalista. Jest to jedno z niewielu wokalnych nagrań w karierze Milesa. Ale wcale nie z tego powodu nie pasuje do całości. Po prostu jest to zwyczajna, prosta piosenka, nie mająca nic wspólnego z bardziej ambitną resztą albumu. Najlepiej więc potraktować "Nothing Like You" jako żart (bo i w sumie przypomina te wszystkie żartobliwe utwory, które rockowe zespoły wrzucają czasem na koniec albumu). Jego obecność w żadnym wypadku nie umniejsza jednak wielkości "Sorcerer", będącemu kolejnym potwierdzeniem wielkości Drugiego Wielkiego Kwintetu.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "Sorcerer" (1967)

1. Prince of Darkness; 2. Pee Wee; 3. Masqualero; 4. The Sorcerer; 5. Limbo; 6. Vonetta; 7. Nothing Like You

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino (1-6); Ron Carter - kontrabas (1-6); Tony Williams - perkusja (1-6); Bob Dorough - wokal i pianino (7); Frank Rehak - puzon (7); Paul Chambers - kontrabas (7); Jimmy Cobb - perkusja (7); Willie Bobo - bongosy (7)
Producent: Teo Macero