20 września 2017

[Recenzja] Gov't Mule - "Gov't Mule" (1995)



W drugiej połowie lat 90. muzyka rockowa sięgnęła samego dna. Największą popularnością cieszyły się wówczas tak bezwartościowe style, jak post-grunge, pop punk czy nu metal. Starsze zespoły też nie miały wiele do zaoferowania - podczas gdy jedni nagrywali kolejne, coraz słabsze wersje tych samych albumów, inni nieudolnie próbowali dostosować się do nowych trendów. Właśnie w takim okresie przyszło debiutować grupie Gov't Mule. Zespół powstał jako poboczny projekt dwóch członków The Allman Brothers Band - śpiewającego gitarzysty Warrena Haynesa i basisty Allena Woody'ego. Muzycy postanowili stworzyć klasyczne powertrio rockowe, inspirowane takimi grupami, jak Cream, The Jimi Hendrix Experience i Free (ta ostatnia to oczywiście kwartet, ale z trzema instrumentalistami). Składu dopełnił perkusista Matt Abts, z którym Haynes współpracował już pod koniec lat 80., gdy obaj byli członkami  The Dickey Betts Band.

Początek albumu jest naprawdę wyśmienity. Po śpiewanej a capella miniaturce "Grinnin' In Your Face", rozbrzmiewa ośmiominutowa przeróbka "Mother Earth", oryginalnie nagranego w 1951 roku przez Memphisa Slima. Utwór zachwyca już od pierwszych sekund - potężne brzmienie, posępny, niemal sabbathowy riff, liczne bluesowe solówki i głęboki puls basu, a do tego wyrazista melodia. Ten utwór to całkowite przeciwieństwo tego, co było wówczas modne - klasyczny blues rock, przywołujący klimat najlepszych lat tego gatunku. Świetnie wypada też kolejny utwór, "Rockin' Horse" (napisany przez Haynesa i Woody'ego z pomocą Gregga Allmana i Jacka Pearsonsa), nieco lżejszy i bardziej pogodny, za to bardzo energetyczny i chwytliwy. Zbudowany na znakomitej, lekko funkowej grze sekcji rytmicznej i pełen fantastycznych gitarowych popisów, również powinien zachwycić wielbicieli bluesrockowego grania. Całkiem przyjemnie wypada także "Monkey Hill", oparty na niezłym riffie, zachwycający przede wszystkim solówką Haynesa.

Niestety, im dalej, tym zapadających w pamięć momentów. Utwory nie są zbyt zróżnicowane, przez co zaczynają się ze sobą zlewać. Na wyróżnienie zasługują: instrumentalny "Trane", zdradzający zainteresowanie muzyków jazzem (nie tylko pod względem muzycznym - jego tytuł to hołd dla Johna Coltrane'a); akustyczna miniaturka "Dolphineus"; przebojowy "Painted Silver Light" z kolejną świetną solówką Haynesa; oraz dziesięciominutowy finał albumu, "World of Difference", przyciągający uwagę klimatem i fragmentami instrumentalnymi, w których muzycy mogą pokazać swoje umiejętności. Gdyby album składał się wyłącznie z wspomnianych dotąd utworów, wówczas byłby to wzorowy longplay, trwający idealne 45 minut, po brzegi wypełniony fantastyczną muzyką. Niestety, muzycy popełnili częsty błąd tamtych czasów, polegający na wykorzystaniu możliwości płyt CD i upychaniu na nich wszystkich zarejestrowanych utworów, bez żadnej selekcji. W rezultacie, otrzymujemy tutaj 70 minut muzyki, w czasie których pojawia się kilka mniej wyrazistych kawałków. Najbardziej niepotrzebnym fragmentem jest dość rozlazła przeróbka "Mr. Big" z repertuaru wspomnianego Free. Bez żalu pozbyłbym się także trzech autorskich kompozycji grupy - "Temporary Saint", "Mule" i "Left Coast Groovies" - które nie wnoszą wiele do całości.

Mimo wszystko, bardzo cieszy, że w tamtych czasach pojawił się zespół przypominający o tym, co najlepsze w muzyce rockowej. Na tle większości retro-rockowych grup, Gov't Mule wypada naprawdę olśniewająco, dzięki naprawdę dobrym kompozycjom i porywającym wykonaniom. Muzycy naprawdę czują taką muzykę i rozumieją o co w niej faktycznie chodzi. Szkoda tylko, że ich debiutanckie dzieło cierpi na nadmiar materiału, który nie zawsze trzyma wysoki poziom.

Ocena: 7/10



Gov't Mule - "Gov't Mule" (1995)

1. Grinnin' In Your Face; 2. Mother Earth; 3. Rockin' Horse; 4. Monkey Hill; 5. Temporary Saint; 6. Trane; 7. Mule; 8. Dolphineus; 9. Painted Silver Light; 10. Mr. Big; 11. Left Coast Groovies [For FZ]; 12. World of Difference

Skład: Warren Haynes - wokal i gitara; Allen Woody - bass; Matt Abts - perkusja
Gościnnie: Hook Herrera - harmonijka; John Popper - harmonijka
Producent: Michael Barbiero


19 września 2017

[Recenzja] Hopper / Dean / Tippett / Gallivan - "Cruel But Fair" (1977)



Mało znany album, będący jednym z najciekawszych przykładów brytyjskiego jazz rocka. W jego nagraniu wzięli udział muzycy z najwyższej półki (przynajmniej pod względem posiadanych umiejętności, bo raczej nie popularności). Basista Hugh Hopper i saksofonista Elton Dean znani są przede wszystkim z grupy Soft Machine. Keith Tippett to wybitny pianista, którego grę można usłyszeć m.in. na kilku wczesnych albumach King Crimson, nagrał też kilka ciekawych płyt z własnym The Keith Tippett Group, jak również był pomysłodawcą projektu Centipede, w którym uczestniczyło ponad pięćdziesięciu muzyków (m.in. członków Soft Machine, King Crimson i Nucleus). Składu dopełnił amerykański perkusista Joe Gallivan (grający także na syntezatorze), mający doświadczenie jazzowe - współpracował m.in. z orkiestrą Gila Evansa i z Donaldem Byrdem.

Album "Cruel But Fair" jest kontynuacją jazzowych poszukiwań Soft Machine i The Keith Tippett Group. Muzycy zapuszczają się tutaj w rejony fusion, avant- i free jazzu, dodając do tego trochę elektroniki i zanurzając wszystko w typowym dla sceny kanterberyjskiej brzmieniu. Najbardziej oryginalnie wypadają te utwory, w których pojawiają się syntezatory. W "Jannakota" elektronicznym dźwiękom towarzyszą jedynie partie Deana na saxello, kawałek ma bardzo swobodny, freejazzowy charakter. Podobnie jest na początku "Square Enough Fire", zdominowanym przez niemal ambientowe partie syntezatora; w dalszej części utwór nabiera jednak dynamiki, dochodzi też całkiem wyrazista melodia - ten fragment nie jest wcale odległy od twórczości Milesa Davisa z elektrycznego okresu. Reszta albumu ma mniej eksperymentalny charakter. Otwierający całość "Seven Drones" to najpierw cztery minuty freejazzowego hałasu, z pokotłowanymi partami Tippetta i sekcji rytmicznej, którym towarzyszą ostre, agresywne partie Deana; w połowie utworu wyłania się natomiast całkiem ładna melodia, która jednak stopniowo zmierza w bardziej awangardowe rejony. W całości łagodny i melodyjny jest natomiast "Echoes", z delikatnymi dźwiękami pianina elektrycznego, subtelną grą sekcji rytmicznej i przepięknymi solówkami Deana. Z kolei finałowy "Soul Fate", również bardzo melodyjny i przystępny, przywołuje skojarzenia z spiritual jazzem. Całości dopełniają dwie klimatyczne miniaturki: "Rocky Recluse" i "Bjorn Free".

"Cruel But Fair" to jeden z najciekawszych albumów jazzowych nagranych przez muzyków przynajmniej częściowo związanych z rockową sceną. Co jest o tyle zaskakujące, że w 1977 roku tego typu muzyka najlepsze lata miała już dawno za sobą - zarówno jeśli chodzi o popularność, jak i o jej jakość. 

Ocena: 8/10



Hopper / Dean / Tippett / Gallivan - "Cruel But Fair" (1977)

1. Seven Drones; 2. Jannakota; 3. Echoes; 4. Square Enough Fire; 5. Rocky Recluse; 6. Bjorn Free; 7. Soul Fate

Skład: Hugh Hopper - bass; Elton Dean - saksofon, saxello; Keith Tippett - pianino; Joe Gallivan - perkusja i instr. perkusyjne, syntezator
Producent: Frode Holm


15 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Still Life" (1976)



Album "Still Life" częściowo składa się z utworów zarejestrowanych podczas tej samej sesji, co poprzedni w dyskografii "Godbluff". Oba longplaye doskonale się dopełniają. "Still Life" jest jednak nie tyle rozwinięciem i kontynuacją poprzednika, co jego przeciwieństwem. Zespół wyraźnie odchodzi tutaj od dotychczasowego stylu. Wyjątek stanowi kompozycja "La Rossa" - jedna z dwóch (obok "Pilgrims") nagranych podczas sesji "Godbluff". Porządnie pokręcona, ze zwariowanymi partiami wokalnymi Petera Hammilla i agresywnym brzmieniem saksofonu Davida Jacksona, przypominająca ciężki i mroczny klimat poprzedniego albumu. Z "dawnym" Generatorem mogą kojarzyć się także mocniejsze fragmenty "Childlike Faith in Childhood's End", znów dzięki ekspresyjnym partiom Hammilla i Jacksona, jednak ogólnie utwór wydaje się bardziej pogodny, zdominowany przez majestatyczne partie organów Hugha Bantona. Majestatyczne i pogodne są też pozostałe, zdecydowanie spokojniejsze utwory. "Pilgrims" i tytułowy "Still Life" zachwycają pięknymi melodiami i dostojnym nastrojem, budowanym przez partie organów. Hammill śpiewa w bardziej stonowany, choć wciąż niezwykle emocjonalny sposób, a gra Jacksona nabrała większej melodyjności. Dopełniająca całości ballada "My Room (Waiting for Wonderland)" początkowo wydaje się nieco przesłodzona, ale naprawdę świetnie wypada instrumentalna końcówka utworu - bardzo klimatyczna, z przepięknymi partiami gitary basowej, saksofonu i pianina.

"Still Life" to album różniący się od wcześniejszych dokonań Van der Graaf Generator, wciąż jednak bardzo udany i interesujący. Jest też chyba najbardziej przystępnym albumem zespołu z tych najważniejszych/najlepszych, więc jeśli ktoś jeszcze nie zabrał się za poznawanie Generatora, warto zacząć właśnie od tego longplaya.

Ocena: 8/10



Van der Graaf Generator - "Still Life" (1976)

1. Pilgrims; 2. Still Life; 3. La Rossa; 4. My Room (Waiting for Wonderland); 5. Childlike Faith in Childhood's End

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - instr. klawiszowe, bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


14 września 2017

[Recenzja] Motörhead - "Under Cöver" (2017)



Grupa Motörhead w ciągu swojej długoletniej kariery nagrała wiele coverów. Tylko część z nich znalazła się na właśnie wydanej kompilacji "Under Cöver". W większości są to utwory zarejestrowane w latach dwutysięcznych, z wyjątkiem dwóch kawałków z wydanego w 1992 roku albumu "March ör Die". Większość pozostałych utworów również była już wcześniej wydana - czy to na regularnych longplayach grupy, czy też na składankach będących hołdem dla różnych wykonawców.

Jedyną premierą jest przeróbka przeboju Davida Bowiego, "Heroes", zarejestrowana w 2015 roku, podczas sesji nagraniowej ostatniego albumu zespołu, "Bad Magic". Zagrana została z typowo motörheadowym brzmieniem, a chrypiący głos Lemmy'ego drastycznie różni się od partii Bowiego, lecz poza tym utwór pozostaje wierny oryginałowi. Podobnie jest z innymi kompozycjami. Przeróbki Stonesów ("Jumpin' Jack Flash" i "Sympathy for the Devil") brzmią znacznie ciężej, ale już covery utworów metalowych (np. "Breaking the Law" Judas Priest, "Whiplash" Metalliki) i punkowych ("God Save the Queen" Sex Pistols, "Rockaway Beach" Ramones) różnią się głównie warstwą wokalną. A skoro o niej już mowa, na tle całości najbardziej wyróżnia się "Starstuck" z repertuaru Rainbow, w którym gościnnie zaśpiewał Biff Byford z Saxon. Co jest zupełnie zrozumiałe - to nie jest utwór na wokalne możliwości Lemmy'ego.

Wokal Lemmy'ego i brzmienie zespołu są na tyle charakterystyczne, że nawet bez zmian w utworach, brzmią one zupełnie jak autorskie kompozycje Motörhead. Szkoda jednak, że zespół w żadnym z tych utworów nie postanowił czymś zaskoczyć. "Under Cöver" nie ma tym samym szans zainteresować nowych słuchaczy (a obecni już mają większość tych utworów na płytach). Samej kompilacji można natomiast zarzucić też to, że nie wyczerpuje tematu. Czyżby pozostałe nagrania zostawiono na kolejną część? Cóż, zysk ze sprzedaży dwóch jednopłytowych składanek będzie większy, niż z jednej dwupłytowej. Choć może to być po prostu kwestia praw posiadanych przez różne wytwórnie.

Ocena: 6/10



Motörhead - "Under Cöver" (2017)

1. Breaking the Law; 2. God Save the Queen; 3. Heroes; 4. Starstruck; 5. Cat Scratch Fever; 6. Jumpin' Jack Flash; 7. Sympathy for the Devil; 8. Hellraiser; 9. Rockaway Beach; 10. Shoot 'Em Down; 11. Whiplash

Skład: Lemmy Kilmister - wokal i bass; Phil Campbell - gitara i dodatkowy wokal; Mikkey Dee - perkusja (1-4,6-11); Michael "Würzel" Burston - gitara (5,8)
Gościnnie: Biff Byford - wokal (4); Tommy Aldridge - perkusja (5)
Producent: Cameron Webb (1,3,4,7,9); Bob Kulick i Bruce Bouillet (2,6,10,11); Peter Solley (5); Billy Sherwood (8)


12 września 2017

[Recenzja] The John Coltrane Quartet - "Africa/Brass" (1961)



"Africa/Brass" to wyjątkowy album w dyskografii Johna Coltrane'a. Pierwszy, który został w bigbandowym składzie, z rozbudowaną sekcją dętą, w której pojawiły się takie nietypowe dla jazzu instrumenty, jak waltornia czy eufonium (znany też jako sakshorn barytonowy). W sumie w nagraniach wzięło udział dwudziestu jeden muzyków*. Początkowo Coltrane chciał, aby za orkiestrację kompozycji odpowiadał Gil Evans. Kiedy nic z tej współpracy nie wyszło, orkiestracją zajęli się Eric Dolphy (który w tamtym okresie często wspierał zespół Johna na koncertach) i McCoy Tyner.

Materiał został zarejestrowany podczas dwóch sesji, które odbyły się 23 maja (dwa dni przed nagraniem albumu "Olé Coltrane") i 7 czerwca 1961 roku. Na oryginalnym wydaniu albumu znalazł się tylko jeden utwór z pierwszej sesji ("Greenslaves") i dwa z drugiej (kompozycje Coltrane'a "Africa" i "Blues Minor"). Pozostałe nagrania zostały wydane na albumie "The Africa/Brass Sessions, Volume 2" (1974) i na składance "Trane's Modes" (1979). W 1995 roku ukazała się natomiast kompilacja "The Complete Africa/Brass Sessions", zawierająca cały materiał z obu sesji.

Rozpoczynający album, 16-minutowy utwór "Africa" jest efektem fascynacji Coltrane'a afrykańskimi rytmami. Dały one znacznie większe pole do popisu, niż typowe dla dotychczasowego jazzu metrum 4/4. Melodia w tym utworze została zepchnięta na dalszy plan, uwypuklono natomiast warstwę rytmiczną. Pierwszoplanowa rola przypada tu Elvinowi Jonesowi, który napędza utwór bardzo intuicyjnym rytmem; dostaje też czas na zagranie długiej solówki. Ponadto w utworze wykorzystano dwa kontrabasy - jeden grający ciągiem i drugi, którego rolą są różne patenty rytmiczne wokół głównej linii basu. Dęciaki trzymają się raczej w tle, poza momentami, kiedy Coltrane i Dolphy czarują swoimi solówkami.

"Greenslaves" to interpretacja popularnej angielskiej pieśni z XVI wieku, którą Coltrane uważał za jedną z najpiękniejszych melodii ludowych. Trudno się nie zgodzić z jego opinią. Muzycy grają utwór w oryginalnym metrum 6/8, niewiele zmieniając też w samej melodii. Całość opiera się na stałym, przykuwającym uwagę rytmie, wokół którego Coltrane, Dolphy i Tyner grają wspaniałe, przepiękne solówki. Finałowy "Blues Minor" utrzymany jest w zdecydowanie szybszym tempie, niż reszta albumu, a rozbudowana sekcja dęta w końcu zdecydowanie i wyraźnie zaznacza swoją obecność. Uwagę przyciągają jedna przede wszystkim agresywne solówki Coltrane'a.

"Africa/Brass" to kolejny bardzo udany eksperyment Johna Coltrane'a. Warto dodać, że oprócz rozbudowanego składu i inspiracji afrykańskimi rytmami, album wyróżnia się też tym, że w całości utrzymany jest w jednej tonacji. Dzięki ogromniej wyobraźni muzyków nie można jednak narzekać na nudę. 

Ocena: 8/10



The John Coltrane Quartet - "Africa/Brass" (1961)

1. Africa; 2. Greensleeves; 3. Blues Minor

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Reggie Workman - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Gościnnie: Eric Dolphy - saksofon, klarnet basowy i flet (1,3); Pat Patrick - saksofon; Booker Little - trąbka; Freddie Hubbard - trąbka (2); Britt Woodman - puzon (1,3); Julius Watkins - waltornia; Bob Northern - waltornia; Donald Corrado - waltornia; Robert Swisshelm - waltornia; Jim Buffington - waltornia (2); Bill Barber - tuba; Carl Bowman - eufonium (1,3); Julian Priester - eufonium (2); Charles Greenlee - eufonium (2); Garvin Bushell - flet (2); Art Davis - kontrabas (1)
Producent: Creed Taylor

* Oprócz wymienionych wyżej muzyków, w majowej sesji wziął udział także Paul Chambers - zagrał w pierwszej wersji utworu "Africa", która nie trafiła na album.


11 września 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Live/Dead" (1969)



"Live/Dead" to pierwsze z dosłownie setek koncertowych wydawnictw Grateful Dead. I zarazem najbardziej znane. Dwupłytowy album zawiera materiał zarejestrowany w pierwszym kwartale 1969 roku, w dwóch słynnych salach koncertowych w San Francisco - Fillmore West i Avalon Ballroom. Repertuar w niewielkim stopniu powtarza się ze studyjnymi albumami grupy. A nawet gdy zespół sięga po utwory, które zarejestrował wcześniej w studiu, służą one za punkt wyjścia do długich improwizacji. W takim graniu muzycy sprawdzali się najlepiej. Co udowadnia już rozpoczynający całość "Dark Star", który z niespełna trzyminutowej piosenki (wydanej na niealbumowym singlu) przeobraził się w 23-minutowy jam, pełen fantastycznych popisów solowych, tworzących kwaśny, psychodeliczny klimat. Bardziej zachowawcze jest tutejsze wykonanie "St. Stephen", nieznacznie dłuższe od studyjnej wersji z "Aoxomoxoa", choć i tutaj muzycy nieco pokombinowali w instrumentalnych fragmentach.

"The Eleven" to już w pełni premierowe nagranie, zatytułowane tak ze względu na użycie w nim nietypowego metrum 11/8. To porywająca improwizacja, zdominowana przez rewelacyjne gitarowe popisy - wcale nie ustępujące tym z "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service, a nawet "Fillmore East" The Allman Brothers Band. Podobne skojarzenia budzi "Turn On Your Love Light" - piętnastominutowa przeróbka rhythm'n'bluesowego utworu Bobby'ego Blanda. Niestety, część tego wykonania to nieprzekonujące mnie popisy perkusistów. Z nawiązką wynagradza mi to kolejna przeróbka - "Death Don't Have No Mercy" z repertuaru Reverend Gary'ego Davisa. To przepiękny wolny blues, z wspaniałymi gitarowymi solówkami. Takie utwory zawsze robią na mnie wrażenie - zwłaszcza jeśli wykonane są tak porywająco, jak ten. Kolejna improwizacja, "Feedback", to po prostu, jak zresztą wskazuje tytuł, osiem minut gitarowych sprzężeń. Brzmi to jednak niesamowicie klimatycznie i intrygująco, wręcz awangardowo. Całość kończy odśpiewany przez muzyków a capella fragment tradycyjnej pieśni "And We Bid You Goodnight".

"Live/Dead" to bez wątpienia jedna z najwspanialszych rockowych koncertówek. Niewiele zespołów dawało równie porywające koncerty, co Grateful Dead. Niektórzy wręcz twierdzą, że był to najlepszy koncertowy zespół. Cóż, ja mam innych faworytów, ale znalazłbym dla Grateful Dead miejsce w pierwszej dziesiątce, a może nawet piątce, właśnie za ten album. "Live/Dead" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli koncertowych improwizacji.

Ocena: 9/10



Grateful Dead - "Live/Dead" (1969)

LP1: 1. Dark Star; 2. St. Stephen; 3. The Eleven
LP2: 1. Turn On Your Love Light; 2. Death Don't Have No Mercy; 3. Feedback; 4. And We Bid You Goodnight

Skład: Jerry Garcia - wokal i gitara; Bob Weir - gitara i wokal; Ron McKernan - wokal, organy, kongi; Tom Constanten - organy; Phil Lesh - bass i wokal; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Grateful Dead, Bob Matthews i Betty Cantor


8 września 2017

[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Godbluff" (1975)



W połowie lat 70. czas rocka progresywnego powoli przemijał. Nurt ten wciąż cieszył się uznaniem, lecz formuła takiego grania wyraźnie zaczęła się wyczerpywać. Konsekwencją tego było m.in. rozwiązanie King Crimson, czy odejście Petera Gabriela z Genesis. W 1975 roku ukazały się jedne z ostatnich (jeśli nie ostatnie) wybitnych albumów progresywnych: "Wish You Were Here" Pink Floyd, "Free Hand" Gentle Giant, oraz bohater dzisiejszej recenzji. "Godbluff" to tryumfalny powrót Van der Graaf Generator po czteroletniej przerwie wydawniczej (wypełnionej solowymi albumami Petera Hammilla, w których nagrywaniu pomagali pozostali członkowie grupy). Podobnie jak wcześniejsze wydawnictwa zespołu, "Godbluff" nie odniósł sukcesu komercyjnego. Bez wątpienia jest to jednak jedno z największych dzieł nie tylko samego Generatora, lecz całego progresywnego nurtu.

Zawarta tutaj muzyka różni się nieco od wcześniejszych albumów zespołu. Wydaje się bardziej mroczna i cięższa, a zarazem bardziej wyrazista pod względem melodycznym. Na całość składają się tylko cztery, za to rozbudowane utwory. Najkrótszy utwór, otwierający album "The Undercover Man", trwa siedem i pół minuty. Kompozycja rozpoczyna się bardzo klimatycznie i melodyjnie - stonowanej, jak na Hammilla, partii wokalnej towarzyszą tylko organy, flet i perkusja. Utwór powoli, płynnie się rozwija, w drugiej połowie robi się odrobinę ostrzej, za sprawą saksofonowej solówki Davida Jacksona. W "Scorched Earth" robi się już bardziej agresywnie i posępnie - Hammill śpiewa bardziej ekspresyjnie, a towarzyszą mu przenikliwe partie saksofonu i intensywna gra Guya Evansa na perkusji. Całość łagodzą nieco organy Hugha Bantona, nie brakuje tu też wyrazistej melodii. Ostre brzmienie, mroczny klimat i wyraziste melodie jeszcze ciekawiej połączono w "Arrow". Partia wokalna to istne szaleństwo, bardzo intensywnie - i zarazem przepięknie - wypadają także solówki na saksofonie. Warto odnotować też sam wstęp utworu - zespół nigdy wcześniej nie był tak blisko jazz fusion. Najdłuższy utwór, finałowy "The Sleepwalkers", zawiera kilka ewidentnie żartobliwych motywów, ale muzycy tutaj nie odpuszczają, proponując też wiele interesujących rozwiązań harmonicznych i rytmicznych. Tym razem błyszczy przede wszystkim Banton, którego klawiszowe popisy przez większość utworu wysunięte są na pierwszy plan, lecz partie pozostałych muzyków również zachwycają.

Rewelacyjny album. Bardzo spójny i dopracowany, wszystko idealnie tutaj ze sobą współgra. Perfekcyjne wykonanie nie jest zaskoczeniem, gdyż do tego muzycy zdążyli już przyzwyczaić swoimi poprzednimi wydawnictwami. Słychać za to znaczny rozwój w kwestii kompozytorskiej - utwory (autorem wszystkich jest Hammill) stały się bardziej wyraziste melodycznie, przy zachowaniu niekonwencjonalnych struktur i innych cech progresywnego rocka. Co prawda, album podzielił słuchaczy i krytyków (wśród zarzutów często pojawia się ten o zmianę stylu, choć nie jest ona drastyczna), dla mnie jednak "Godbluff" jest najwspanialszym dziełem Van der Graaf Generator.

Ocena: 9/10



Van der Graaf Generator - "Godbluff" (1975)

1. The Undercover Man; 2. Scorched Earth; 3. Arrow; 4. The Sleepwalkers

Skład: Peter Hammill - wokal, instr. klawiszowe, gitara; David Jackson - saksofon, flet; Hugh Banton - organy, bass; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Van der Graaf Generator


7 września 2017

[Recenzja] Gregg Allman - "Southern Blood" (2017)



Gregg Allman w ostatnich latach życia planował nagranie albumu, który składałby się wyłącznie z premierowych kompozycji jego autorstwa. Wydawnictwo miało nosić tytuł "All Compositions By Gregg Allman" i byłoby jego pierwszym longplayem bez cudzych utworów. Niestety, pogarszający się stan zdrowia (od 2012 roku zmagał się z rakiem wątroby, którą przeszczepiono mu dwa lata wcześniej) znacznie utrudniał mu tworzenie i rejestrację materiału. W marcu 2016 roku dał radę wziąć udział w kilkudniowej sesji nagraniowej, podczas której zarejestrował partie wokalne do dziesięciu utworów. Wbrew wcześniejszym zamierzeniom, większość z nich to covery - Gregg wybrał utwory, które najlepiej oddawały jego ówczesny stan i samopoczucie, sięgając m.in. do repertuaru Tima Buckleya, Boba Dylana, Grateful Dead i Muddy'ego Watersa. Allman nie wrócił już nigdy do studia, by dokończyć pracę nad tym materiałem. To, co udało się wtedy zarejestrować, zostało dokończone już bez jego udziału (dodano m.in. harmonie wokalne) i właśnie wydano na albumie "Southern Blood".

Całość rozpoczyna jedna z dwóch premierowych kompozycji, "My Only True Friend", napisana przez Gregga wspólnie z gitarzystą Scottem Sharrardem. Utwór idealnie wprowadza w klimat albumu, który można określić takimi słowami, jak spokojny, łagodny, ciepły. Uwagę zwracają piękne partie gitary, solówka na trąbce, oraz zaskakująco udana partia wokalna Gregga, który brzmi tutaj dużo młodziej, niż na albumach The Allman Brothers Band z lat 90. Podobny nastrój przynosi większość pozostałych utworów. Przepięknie wypadają tutejsze wersje "Black Muddy River" Grateful Dead i "Once I Was" Buckleya, jak również "Song for Adam" z repertuaru Jacksona Browne'a, który zresztą wystąpił gościnnie w tym nagraniu. Dla urozmaicenia, pojawia się tutaj także kilka bardziej dynamicznych utworów bluesowych: napisany przez Williego Dixona dla Muddy'ego Watersa "I Love the Life I Live", "Blind Bats and Swamp Rats" z repertuaru Johnny'ego Jenkinsa, a także "Love Like Kerosene" - druga w pełni premierowa kompozycja, tym razem autorstwa samego Sharrarda.

"Southern Blood" to piękne pożegnanie Gregga Allmana z fanami. Przez cały album towarzyszy poczucie, że to już koniec. Trudno sobie wyobrazić lepszy materiał na zakończenie kariery i - zrządzeniem losu - na pierwszy album pośmiertny.

Ocena: 7/10



Gregg Allman - "Southern Blood" (2017)

1. My Only True Friend; 2. Once I Was; 3. Going Going Gone; 4. Black Muddy River; 5. I Love the Life I Live; 6. Willin'; 7. Blind Bats and Swamp Rats; 8. Out of Left Field; 9. Love Like Kerosene; 10. Song for Adam

Skład: Gregg Allman - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Scott Sharrard - gitara; Ron Johnson - bass; Steve Potts - perkusja; Marc Quinones - instr. perkusyjne; Peter Levin - instr. klawiszowe
Gościnnie: Jay Collins - saksofon; Art Edmaiston - saksofon; Marc Franklin - trąbka; Spooner Oldham - instr. klawiszowe; David Hood - bass; Buddy Miller - dodatkowy wokal; Jackson Browne - dodatkowy wokal (10)
Producent: Don Was


6 września 2017

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Where It All Begins" (1994)



The Allman Brothers Band w pierwszej połowie lat 90. wydawał nowe albumy z zadziwiającą, jak na zespół z takim stażem, częstotliwością. Kończący ten okres "Where It All Begins" - trzeci longplay z kolei i, jak się okazało, ostatni na prawie dekadę - zdradza, niestety, pewne ślady zmęczenia. Pomysł na ten materiał jest identyczny, jak w przypadku dwóch poprzednich wydawnictw. Już sam tytuł informuje, że to kolejny album nawiązujący do korzeni grupy. Pod względem kompozytorskim nie jest tak dobrze, jak na poprzednim "Shades of Two Worlds", ale nieco ciekawiej, niż na wcześniejszym "Seven Turns".

Na pewno cieszy większa aktywność kompozytorska Gregga Allmana, który tym razem jest współautorem czterech z dziesięciu utworów. Bez wątpienia czterech najlepszych fragmentów tego longplaya. Wrażenie robią przede wszystkim dwa z nich: zadziorny i chwytliwy zarazem "Sailin' 'Cross the Devil's Sea", oraz "Temptation Is a Gun", bardzo ładna ballada o lekko soulowym odcieniu, ciekawie wzbogacona perkusjonaliami (pierwszy z nich stworzył wspólnie z Warrenem Hayensem, Allenem Woodym i Jackiem Pearsonem, w napisaniu drugiego pomogli mu natomiast Jonathan Cain i Neal Schon z grupy Journey). Ale naprawdę nieźle wypadają też dwa energetyczne kawałki bluesrockowe: "All Night Train" i "What's Done Is Done" (pierwszy napisany z Hayensem i dawnym klawiszowcem grupy, Chuckiem Leavellem, drugi z Woodym). Pozostaje tylko żałować, że Gregg nie zaangażował się jeszcze mocniej w tworzenie materiału.

Dickey Betts tym razem samodzielnie napisał cztery utwory, a jeden wspólnie z Johnem Prestią. Ten ostatni to singlowy "No One to Run With", bezczelnie oparty na rytmie "Revival" - kompozycji Bettsa z albumu "Idlewild South". Kawałek jest równie banalny, co jego pierwowzór. Nie lepsze wrażenie robią inne utwory o southernrockowym zabarwieniu: "Everybody's Got a Mountain to Climb", oraz "Back Where It All Begins", który pomimo nieco jamowej struktury i bardzo długich gitarowych solówek, nie porywa, a wręcz nuży. "Change My Way of Living", blues w średnim tempie, to typowy zapychacz. Broni się jedynie żwawy "Mean Woman Blues". Trudno zrozumieć skąd ten nagły spadek kompozytorskiej formy Bettsa, który zaledwie dwa lata wcześniej napisał, na album "Shades of Two Worlds", jedne ze swoich najlepszych utworów. Może to kwestia zbyt częstego nagrywania nowych albumów.

Całości dopełnia samodzielna kompozycja Haynesa, "Soulshine" (napisana dla Larry'ego McCraya, który rok wcześniej wydał ją na swoim albumie "Delta Hurricane"). Ten uwielbiany przez fanów utwór to po prostu standardowa southernrockowa ballada, z ładnymi solówkami, ale ogólnie nieco nużąca i lukrowata. Kompletnie nie rozumiem zachwytów nad tym utworem.

Historia zatoczyła koło. Tak jak w latach 70., tak i dwie dekady później, wyraźny stał się podział wewnątrz zespołu na frakcje bluesrockową i southernrockową. Nie wpłynęło to korzystanie ani na spójność, ani na jakość tego albumu. A brak zgodności wśród muzyków doprowadził wkrótce do odejścia z grupy Dickeya Bettsa. "Where It All Begins" to  ostatni album The Allman Brothers Band nagrany z jego udziałem.

Ocena: 7/10



The Allman Brothers Band - "Where It All Begins" (1994)

1. All Night Train; 2. Sailin' 'Cross the Devil's Sea; 3. Back Where It All Begins; 4. Soulshine; 5. No One to Run With; 6. Change My Way of Living; 7. Mean Woman Blues; 8. Everybody's Got a Mountain to Climb; 9. What's Done Is Done; 10. Temptation Is a Gun

Skład:  Gregg Allman - wokal i organy; Dickey Betts - gitara i wokal; Warren Haynes - gitara i wokal; Allen Woody - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Marc Quiñones - instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd


5 września 2017

[Recenzja] Miles Davis - "E.S.P." (1965)



Pierwsza połowa lat 60. była dla kwintetu/sekstetu Milesa Davisa okresem nieustannych zmian personalnych. Po odejściu Cannonballa Adderleya i Johna Coltrane'a, przez skład przewinęło się co najmniej pięciu saksofonistów. Pod koniec 1962 roku odeszli natomiast jednocześnie Wynton Kelly, Paul Chambers i Jimmy Cobb. W tym burzliwym okresie zostały zarejestrowane dwa albumy, "Someday My Prince Will Come" i "Seven Steps to Heaven" - oba mało istotne w dyskografii Milesa, w znacznej części składające z przeróbek standardów. Dopiero pod koniec 1964 roku ukształtował się skład, który pozostał stabilny aż do początku 1969 roku, nagrywając w międzyczasie kilka interesujących albumów. Skład ten często bywa nazywany Drugim Wielkim Kwintetem Milesa Davisa (drugim ze względu na chronologię, nie jakość), a poza liderem tworzyli go:

  • Wayne Shorter - uznawany za drugiego najlepszego saksofonistę jazzowego, zaraz po Johnie Coltranie. Aktywny od 1959 roku, gdy zaczął nagrywać zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i z zespołem Arta Blakeya. Po odejściu z grupy Davisa, wspólnie z Joe'em Zawinulem stworzył grupę Weather Report. Ponadto występował m.in. na płytach Freddiego Hubbarda, Herbiego Hancocka i Joni Mitchell, zagrał także gościnnie na albumie "Bridges to Babylon" The Rolling Stones.
  • Herbie Hancock - prawdopodobnie najsłynniejszy jazzowy klawiszowiec, jeden z prekursorów używania w tym gatunku syntezatorów i funkowych rytmów. Zadebiutował na początku lat 60. w grupie Donalda Byrda. Niemal od początku kariery nagrywał też pod własnym nazwiskiem. Uznanie przyniosły mu już wydane w tamtym okresie albumy "Empyrean Isles" (1964) i "Maiden Voyage" (1965), jednak największą sławę zdobył dzięki jazz-funkowej twórczości z lat 70. Nie sposób wymienić wszystkich muzyków, na których płytach występował.
  • Ron Carter - kontrabasista znany przede wszystkim jako sesyjny muzyk, który współpracował niemal z każdym liczącym się jazzmanem. Aktywny co najmniej od 1960 roku. Jego grę można usłyszeć na ponad dwóch tysiącach (!) albumów (m.in. na dwóch wspomnianych wyżej longplayach Hancocka, na których grał też Tony Williams). Wydał także kilkadziesiąt albumów pod własnym nazwiskiem, jednak żaden nie okazał się komercyjnym sukcesem. 
  • Tony Williams - perkusista, który profesjonalną karierę zaczął w 1963 roku, mając zaledwie 17 lat. Występował m.in. z Chetem Bakerem, Erikiem Dolphym, Gilem Evansem, Joe'em Hendersonem i McCoyem Tynerem, a także z rockowymi wykonawcami, jak Ray Manzarek (z The Doors) czy Public Image Limited. Grał także na solowych albumach Shortera, Hankcocka i Cartera. Był liderem supergrupy Tony Williams' Lifetime, w której występowali także John McLaughlin, Larry Young i Jack Bruce.

Najwcześniej z tej czwórki dołączył Carter, który już w kwietniu 1963 roku wziął udział w pierwszej sesji nagraniowej na album "Seven Steps to Heaven". Podczas kolejnej sesji, w maju, w zespole byli już także Hancock i Williams. Półtora roku później dołączył Shorter, a w dniach 20-22 stycznia 1965 roku odbyła się pierwsza sesja nagraniowa tego składu. Jej rezultatem jest album "E.S.P.". Na jego repertuar składają się wyłącznie premierowe kompozycje: dwie autorstwa Shortera ("E.S.P.", "Iris"), dwie podpisane nazwiskami Davisa i Cartera ("Eighty-One", "Mood"), oraz po jednej Davisa ("Agitation"), Cartera ("R.J.") i Hancocka ("Little One"). Choć od dołączenia Shortera minęło niewiele czasu, zespół jest tutaj niesamowicie zgrany, co owocuje wieloma świetnymi improwizacjami - szczególnie w tych bardziej energetycznych utworach, jak "E.S.P." czy "Eighty-One". Nie brakuje tu też wolniejszych tematów - bardzo klimatyczne "Little One" i "Mood" są jakby rozwinięciem pomysłów z "Ascenseur pour l'échafaud", bardzo zresztą udanym, natomiast melodyjny "Iris" to nieco sentymentalna ballada w stylu Coltrane'a.

Już na debiutanckim albumie Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa udowadnia swoją wielkość. "E.S.P." rozpoczął bardzo ciekawy etap w twórczości Davisa, w którym muzyk powoli zaczął oddalać się od bebopu i zmierzać w bardziej nowoczesnym, nieco awangardowym kierunku. Na koniec warto dodać, że trwający 48 minut "E.S.P." w chwili wydania był najdłuższym jazzowym albumem. Mimo tego, ani przez chwilę nie nudzi. To jazz wysokiej próby.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "E.S.P." (1965)

1. E.S.P.; 2. Eighty-One; 3. Little One; 4. R.J.; 5. Agitation; 6. Iris; 7. Mood

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Irving Townsend


4 września 2017

[Recenzja] Grateful Dead - "Aoxomoxoa" (1969)



Trzeci album Grateful Dead oryginalnie miał nosić tytuł "Earthquake Country" (nawiązujący do San Francisco Bay Area, gdzie często występują trzęsienia ziemi), lecz zmieniono go po sugestii grafika Ricka Griffina. Autor okładki, zafascynowany - co widać na powyższej grafice - palindromami, zasugerował tytuł, który będzie brzmiał tak samo czytany od prawej i lewej strony. Wspólnie z Robertem Hunterem - nowym współpracownikiem zespołu, od tamtej pory autorem większości tekstów - wymyślił nic nie znaczące słowo "Aoxomoxoa". A skoro mowa o okładce, warto dodać, że niektórzy twierdzą, że w umieszczonym na niej logo zespołu można dopatrzyć się zdania "We Ate the Acid". Cóż, liczba liter się zgadza, niektórych nie trzeba nawet zmieniać, ale żeby faktycznie coś takiego dostrzec, samemu chyba trzeba zażyć kwas.

Choć w przeciwieństwie do swojego poprzednika, "Anthem of the Sun", longplay składa się głównie z konwencjonalnych utworów, w całości zarejestrowanych w studiu, nagrania znów ciągnęły się przez wiele miesięcy. Zespół nagrał w tym czasie album dwukrotnie - pierwsza wersja została odrzucona, gdy muzycy dowiedzieli się o powstaniu 16-ścieżkowego rejestratora dźwięku (dotąd korzystali z 8-ścieżkowego). Po zakupie nowego sprzętu, zaczęli nagrania od nowa. Nowe możliwości wykorzystali przede wszystkim w najbardziej eksperymentalnym fragmencie, ośmiominutowym "What's Become of the Baby", w którym w ogóle nie pojawiają się instrumenty, a jedynie przetworzone, zwielokrotnione partie wokalne. Efekt jest bardzo intrygujący i klimatyczny. Reszta albumu, jak już wspominałem, to już tradycyjne piosenki. Przeważnie łączące chwytliwe melodie z zadziornym, rockowym brzmieniem (np. "St. Stephen", "Doin' That Rag", "China Cat Sunflower" i "Cosmic Charlie"). Nowością w repertuarze grupy jest natomiast granie akustyczne ("Dupree's Diamond Blues", "Rosemary", "Mountains of the Moon"), które na kolejnych studyjnych albumach będzie odgrywać bardziej  prominentną rolę.

"Aoxomoxoa" to bardzo przyjemny album, ale nie ukrywam, że brakuje mi tutaj jamowego grania, z jakiego słynęły koncerty Grateful Dead. Dopiero na kompaktowych reedycjach z XXI wieku dołączono trzy kilkunastominutowe jamy, zarejestrowane przez zespół w studiu na samym początku sesji. Szczególnie porywająco wypada "Clementine Jam", ale "Nobody's Spoonful Jam" i "The Eleven Jam" nie zostają daleko w tyle - szkoda, że przynajmniej jeden z nich nie trafił na oryginalny album. Wspomniane reedycje zawierają także lepszą, koncertową wersję "Cosmic Charlie".

Ocena: 7/10



Grateful Dead - "Aoxomoxoa" (1969)

1. St. Stephen; 2. Dupree's Diamond Blues; 3. Rosemary; 4. Doin' That Rag; 5. Mountains of the Moon; 6. China Cat Sunflower; 7. What's Become of the Baby; 8. Cosmic Charlie

Skład: Jerry Garcia - wokal i gitara; Bob Weir - gitara, wokal (1), dodatkowy wokal; Ron McKernan - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Phil Lesh - bass, dodatkowy wokal; Bill Kreutzmann - perkusja i instr. perkusyjne; Mickey Hart - perkusja i instr. perkusyjne; Tom Constanten - instr. klawiszowe
Producent: Grateful Dead


1 września 2017

[Recenzja] Czesław Niemen - "Niemen" (1971)



Czerwony album Niemena, znany także jako "Niemen", "Niemen Enigmatic" lub "Człowiek jam niewdzięczny", to prawdopodobnie pierwszy dwupłytowy album w historii polskiej fonografii (obie płyty były sprzedawane także oddzielnie). Jak jednak wiadomo, większość dwupłytowych wydawnictw z premierowym studyjnym materiałem tylko by zyskała, gdyby skrócić je do jednej płyty. Czerwony Niemen bynajmniej nie jest tu wyjątkiem. Choć prawdę mówiąc, w tym wypadku nawet skrócenie o połowę niewiele by pomogło...

Pod względem stylistycznym jest to kontynuacja rockowego kierunku obranego przez Niemena na poprzednim albumie, "Enigmatic". Jednak tym razem bez progresywnych naleciałości, za to z wyraźną inspiracją hard rockiem. Elektryczne organy i ostre partie gitary, podparte mocną grą sekcji rytmicznej, nie raz przywołują skojarzenia z Deep Purple. Pod względem instrumentalnym właściwie nie ma do czego się przyczepić, z wyjątkiem brzmienia, typowego dla ówczesnych polskich nagrań (aczkolwiek plus za wyrazisty bas). Warstwa wokalna jest natomiast tragiczna. Emfatyczny, nierockowy śpiew Niemena jeszcze można by przeboleć, ale niemal nieustannie mu towarzyszące festyniarskie chórki żeńskie są tak żenujące i kiczowate, że niepojęte jest dla mnie, że ktoś może chcieć tego słuchać. Jedyne dające się słuchać utwory to: w całości instrumentalny "Enigmatyczne impresje", oraz dwudziestominutowy, w większości instrumentalny "Człowiek jam niewdzięczny". Zwłaszcza w tym drugim nie brakuje świetnych partii instrumentalnych - środkowa część przypomina koncertowe improwizacje, popularne w tamtych czasach wśród zachodnich grup rockowych, w trakcie których każdy muzyk mógł zaprezentować swoje umiejętności. Są tu solówki na organach, basie, gitarze i perkusji. Szczególnie porywająco wypada popis gitarzysty Tomasza Jaśkiewicza, brzmiący niemal jak u Quicksilver Messenger Service.

Współczesny słuchacz nie znajdzie tu wiele dla siebie (oprócz dwóch wspomnianych wyżej utworów, pod warunkiem, że bardzo lubi muzykę z tamtych czasów). Album mógł robić wrażenie w chwili wydania, gdy festyniarskie chórki były normą w polskiej muzyce, a dostęp do zachodnich wydawnictw był bardzo ograniczony. Wówczas mógł wydawać się czymś nowatorskim. Dziś już jednak wiadomo, że ta muzyka, pod względem instrumentalnym, jest wtórna wobec ówczesnego zachodniego rocka, a także, że przez brzmienie i warstwę wokalną, zestarzała się od niego o wiele mocniej. Jeśli ktoś chciałby zaznajomić się z twórczością Czesława Niemena, lepiej żeby nie zaczynał od tego albumu.

Ocena: 5/10



Czesław Niemen - "Niemen" (1971)

LP1: 1. Człowiek jam niewdzięczny; 2. Aerumnarum Plenus; 3. Italiam, Italiam; 4. Enigmatyczne impresje
LP2: 1. Nie jesteś moja; 2. Wróć jeszcze dziś; 3. Mój pejzaż; 4. Sprzedaj mnie wiatrowi; 5. Zechcesz mnie, zechcesz; 6. Chwila ciszy; 7. Muzyko moja

Skład: Czesław Niemen - wokal, flet; Tomasz Jaśkiewicz - gitara; Jacek Mikuła - instr. klawiszowe; Janusz Zieliński - bass; Czesław Bartkowski - perkusja (LP1); Janusz Stefański - perkusja (LP2); Zbigniew Namysłowski - flet (LP2); Elżbieta Linkowska, Krystyna Prońko, Zofia Borca - dodatkowy wokal (LP1); Partita - dodatkowy wokal (LP2)
Producent: Zofia Gajewska


31 sierpnia 2017

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard with Mild High Club - "Sketches of Brunswick East" (2017)



King Gizzard & the Lizard Wizard w błyskawicznym tempie z mojej największej nadziei 2017 roku staje się największym rozczarowaniem. Grupa zaczęła ten rok bardzo dobrze, bo album "Flying Microtonal Banana" to prawdziwe objawienie na rockowej scenie. Australijczycy udowodnili nim, że granie w stylistyce retro nie musi ograniczać się do kopiowania innych artystów, lecz jest w nim możliwe zaproponowanie czegoś oryginalnego i ambitnego. Po jego wydaniu, muzycy powinni zająć się promocją, a następnie udać na zasłużony odpoczynek i po jakimś roku zacząć, na luzie, zbierać pomysły na kolejne dzieło. Być może w takich warunkach stworzyliby coś jeszcze lepszego. Niestety, szanse na to kompletnie zaprzepaścili debilnym pomysłem, by w ciągu tego roku nagrać i wydać trzy lub cztery kolejne albumy. W takim tempie nie nagrywały nawet zespoły rockowe w latach 60. - normą były dwa albumy rocznie. I nawet taka częstotliwość nie sprzyjała nagrywaniu równych płyt.

"Sketches of Brunswick East" to trzeci tegoroczny album King Gizzard. I pierwszy nagrany z pomocą innego wykonawcy - multiinstrumentalisty Alexa Brettina, na co dzień działającego pod szyldem Mild High Club. Muzycy postanowili tym razem nagrać album inspirowany... jazzem. Chociaż tytuł (nawiązujący do "Sketches of Spain" Milesa Davisa) wskazuje na ambitne wzorce, sama muzyka zdradza raczej wpływ jazzu najgorszego sortu - smooth, późnego ECM-u i innych smętów. I w sumie dobrze, że muzycy nie porwali się na coś bardziej ambitnego, wszak nie są instrumentalistami tej klasy, co członkowie King Crimson czy Soft Machine. Cóż jednak z tego, skoro obrana przez nich stylistyka jest zwyczajnie nudna i bynajmniej nie pomaga tu udziwnianie jej irytującymi partiami wokalnymi, ani zastosowaniem skali mikrotonalnej.

Co do tego ostatniego elementu, to mam wrażenie, że został tu wykorzystany jedynie po to, by "Sketches of Brunswick East" mógłby być traktowany jako kolejna odsłona cyklu "Explorations Into Microtonal Tuning". Zresztą skala ta pojawia się głównie we fragmentach, w których zespół cytuje motywy z dwóch poprzednich albumów ("D-Day", "The Book"). Potwierdza to moje spostrzeżenie, że muzycy za bardzo skupiają się na realizowaniu pewnych koncepcji, kosztem jakości swojej muzyki. Ewidentnym przykładem jest album "Quarters!" z 2015 roku, który składa się z czterech utworów, z których każdy trwa dokładnie dziesięć minut i dziesięć sekund. Pomysły na poszczególne kawałki nie uzasadniają jednak takiej długości - treści w nich mało, są niepotrzebnie i nieciekawie rozciągnięte. Tak samo w przypadku "Sketches of Brunswick East", pojawił się nie najgorszy koncept (polegający na połączeniu stylistyki dwóch poprzednich longplayów z elementami smooth/ECM jazzu), a zabrakło dobrych pomysłów na jego realizację.

"Sketches of Brunswick East" nie jest kompletnie nieudanym albumem, można na nim znaleźć kilka niezłych momentów (jak trzy części tytułowego instrumentala), ale całościowo ani to ciekawe, ani potrzebne wydawnictwo. Muzycy King Gizzard & the Lizard Wizard zdecydowanie przeceniają swoje umiejętności i możliwości. Jeśli dalej będą przekładać ilość nad jakością i co kilka miesięcy wydawać kolejne nagrywane w pośpiechu albumy, to szybko zniechęcą do siebie większość słuchaczy.

Ocena: 4/10



King Gizzard & the Lizard Wizard with Mild High Club - "Sketches of Brunswick East" (2017)

1. Sketches of Brunswick East I; 2. Countdown; 3. D-Day; 4. Tezeta; 5. Cranes, Planes, Migraines; 6. The Spider and Me; 7. Sketches of Brunswick East II; 8. Dusk to Dawn on Lygon Street; 9. The Book; 10. A Journey to (S)hell; 11. Rolling Stoned; 12. You Can Be Your Silhouette; 13. Sketches of Brunswick East III

Skład: Stu Mackenzie - wokal (2,3,9,12), gitara, bass, instr. klawiszowe, flet; Alex Brettin - instr. klawiszowe, gitara, bass, perkusja; Cook Craig - gitara, bass, wokal (8); Joey Walker - gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal (4); Lucas Skinner - instr. klawiszowe; Michael Cavanagh - perkusja i instr. perkusyjne; Ambrose Kenny-Smith - wokal (6), harmonijka (10-12); Eric Moore - perkusja (4)
Producent: Stu Mackenzie


30 sierpnia 2017

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Shades of Two Worlds" (1991)



Dokładnie rok po premierze "Seven Turns", reaktywowany The Allman Brothers Band opublikował kolejny album, zatytułowany "Shades of Two Worlds". W międzyczasie zdążył się nieco zmienić skład (odszedł klawiszowiec Johnny Neel, zaś dołączył grający na perkusjonaliach Marc Quiñones). Nie zmieniła się natomiast koncepcja - podobnie jak na poprzednim wydawnictwie, zespół stawia tutaj na energetyczne bluesrockowe granie. Tym razem ze znacznie ciekawszym skutkiem. "Shades of Two Worlds" to nie tylko świetne brzmienie i wykonanie, lecz także znacznie ciekawsze kompozycje.

Znalazły się tutaj dwie prawdziwe perły: dziesięciominutowy "Nobody Knows", łączący chwytliwe zwrotki z długimi improwizacjami (jego przewodni motyw brzmi jak wariacja na temat "Whipping Post"), oraz ośmiominutowy jazzujący instrumental "Kind of Bird" (czyżby nawiązanie do "Kind of Blue"?), przywodzący na myśl skojarzenia z "In Memory of Elizabeth Reed". Zespół gra w obu tych utworach naprawdę porywająco, niemalże zbliżając się do poziomu "At Fillmore East". Do najciekawszych momentów albumu należy także bluesowa ballada "Get On with Your Life", jak również wykonanie "Come On in My Kitchen" z repertuaru Roberta Johnsona, zachowujące akustyczne brzmienie i klimat bluesa Delty. Nie zabrakło też dynamicznych, chwytliwych kawałków, z których najlepsze wrażenie robią "End of the Line" i "Midnight Man".

Choć trudno w to uwierzyć, The Allman Brothers Band po dwudziestu latach kariery, w której więcej chyba było upadków, niż sukcesów, nagrał jeden ze swoich najlepszych studyjnych albumów. "Shades of Two Worlds" ustępuje wyłącznie debiutanckiemu "The Allman Brothers Band" i "Eat a Peach".

Ocena: 8/10



The Allman Brothers Band - "Shades of Two Worlds" (1991)

1. End of the Line; 2. Bad Rain; 3. Nobody Knows; 4. Desert Blues; 5. Get On with Your Life; 6. Midnight Man; 7. Kind of Bird; 8. Come On in My Kitchen

Skład: Gregg Allman - wokal i organy; Dickey Betts - gitara i wokal; Warren Haynes - gitara, dodatkowy wokal; Allen Woody - bass; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Marc Quiñones - instr. perkusyjne
Producent: Tom Dowd


29 sierpnia 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Olé Coltrane" (1961)



"Olé Coltrane" to efekt sesji nagraniowej z 25 maja 1961 roku. Johnowi towarzyszył wówczas rozbudowany skład, obejmujący - poza McCoyem Tynerem i Elvinem Jonesem - trębacza Freddiego Hubbarda, saksofonistę/flecistę Erica Dolphy'ego, oraz dwóch kontrabasistów - Reggiego Workmana i Arta Davisa. Muzycy zarejestrowali wówczas cztery utwory, z których trzy trafiły na płytę (czwarty, zatytułowany "To Her Ladyship", został dołączony dopiero na reedycji z okazji 50-lecia tego wydawnictwa).

Całą pierwszą stronę wydania winylowego wypełnia tytułowa kompozycja "Olé", której melodia opiera się na hiszpańskiej pieśni folkowej "El Vito" (znanej też pod tytułami "El Quinto Regimiento" i "Venga Jaleo"). Być może Coltrane zainspirował się wydanym rok wcześniej albumem Milesa Davisa, "Sketches of Spain" (na którym zresztą grał Jones), jednak efekt moim zdaniem jest dużo ciekawszy. Przede wszystkim zupełnie inny był zamysł. Wspomniana melodia posłużyła jedynie za punkt wyjścia do porywającej jazzowej improwizacji, której struktura zdradza raczej inspirację indyjskimi ragami, niż muzyką z Półwyspu Iberyjskiego. Jedynie krótka partia trąbki dodaje nieco hiszpańskiego klimatu. Świetnym pomysłem było zaangażowanie dwóch basistów - jeden z nich zapewnia, wraz z Jonesem i Tynerem, fantastyczny podkład rytmiczny, zaś drugi dodaje różne ciekawe ozdobniki (w trakcie utworu zamieniają się rolami). Każdy muzyk dostaje czas na zaprezentowanie swoich umiejętności i wykorzystuje je najlepiej, jak potrafi. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście popis Coltrane'a. Jego orientalnie brzmiąca solówka na saksofonie sopranowym jest jedną z jego najlepszych, przynajmniej tych zarejestrowanych w studiu. Na wyróżnienie zasługuje również solówka Dolphy'ego na flecie, ciekawie urozmaicająca utwór. Całość ma naprawdę niesamowity klimat. Bez wątpienia jest to jedno z największych arcydzieł Coltrane'a.

Pozostałe dwa utwory nie robią już takiego wrażenia. Szczególnie po czymś tak wspaniałym, jak "Olé". Absolutnie nic nie można im zarzucić, ale też nie bardzo jest się czym zachwycić. "Dahomey Dance" to po prostu solidnie zagrany jazz, z długimi solówkami pokazującymi niewątpliwy kunszt instrumentalistów. Natomiast "Aisha" to całkiem ładna, klimatyczna ballada, momentami brzmiąca niestety dość archaicznie. Jeszcze bardziej staroświecko brzmi bonusowy "To Her Ladyship", co tłumaczyłoby, dlaczego zabrakło go w oryginalnym wydaniu. Zdecydowanie warto jednak poznać ten album - dla samej kompozycji tytułowej, choć pozostałe nagrania nie zaniżają znacząco poziomu.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Olé Coltrane" (1961)

1. Olé; 2. Dahomey Dance; 3. Aisha

Skład: John Coltrane - saksofon; Eric Dolphy - flet (1), saksofon (2,3); Freddie Hubbard - trąbka; McCoy Tyner - pianino; Reggie Workman - kontrabas; Art Davis - kontrabas (1,2); Elvin Jones - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegun


[Recenzja] Miles Davis - "Sketches of Spain" (1960)



"Sketches of Spain" to efekt fascynacji Davisa muzyką hiszpańską. Trębacz zainteresował się nią na początku 1959 roku, po usłyszeniu "Concierto de Aranjuez" - koncertu na gitarę i orkiestrę, skomponowanego w 1939 roku przez Joaquína Rodrigo - którego, jak wspominał, słuchał na okrągło przez dwa tygodnie. Już w kwietniu Miles nagrał ze swoim kwintetem własną kompozycję nawiązującą do muzyki hiszpańskiej, "Flamenco Sketches", która została wydana na albumie "Kind of Blue". Mniej więcej w tym samym okresie, wraz z Gilem Evansem - kompozytorem i aranżerem, z którym niejednokrotnie już wcześniej współpracował (przede wszystkim na "orkiestrowych" albumach "Miles Ahead" i "Porgy and Bess", nagranych odpowiednio w 1957 i 1958 roku) - zaczął opracowywać własną aranżację "Concierto de Aranjuez", a konkretnie jego środkowej części.

Muzycy początkowo nie planowali nagrywać niczego więcej w tym stylu, ale wkrótce zdecydowali się opracować dwa kolejne utwory: "Will o' the Wisp" to fragment baletu "El amor brujo" Manuela de Falli z 1915 roku, zaś "The Pan Piper" to interpretacja tradycyjnego utworu hiszpańskiego "Alborada de Vigo". Gdy Evans skomponował dwa utwory w stylu flamenco, materiał na cały album był już gotowy... "Sketches of Spain" zarejestrowany został podczas dwóch sesji: 20 listopada 1959 roku, oraz 10 marca następnego roku. Oprócz Davisa i Evansa (w roli dyrygenta), w nagraniach wzięła udział ówczesna sekcja rytmiczna Miles Davis Quintet, Paul Chambers i Jimmy Cobb, a także grający na perkusjonaliach Elvin Jones (późniejszy członek kwartetu Johna Coltrane'a), oraz kilkunastoosobowa orkiestra (jej skład nieznacznie się różnił podczas obu sesji). Co ciekawe, w sesji nie uczestniczył żaden pianista.

"Sketches of Spain" wpisuje się w nurt nazywany third stream, będący syntezą jazzu i europejskiej muzyki klasycznej. Longplay początkowo zbierał dużo negatywnych recenzji. Krytycy zarzucali mu przede wszystkim, że nie jest to album jazzowy, bo nie zawiera charakterystycznych dla tego gatunku elementów, jak np. synkopowane rytmy. Sporo w tym prawdy, "Sketches of Spain" brzmi raczej jak występ orkiestry. W dodatku z jednym tylko solistą, gdyż reszta orkiestry jest tylko tłem dla Davisa. W "Concierto de Aranjuez" jego trąbka przejmuje rolę, jaką w oryginalnej aranżacji pełni gitara klasyczna, co sprawia, że utwór traci nieco swojej "hiszpańskości" (choć same w sobie, partie Davisa brzmią wspaniale). Pozostałe kompozycje są zaaranżowane i zagrane bardzo podobnie, przez co wydają się przedłużeniem tej najważniejszej. Przy mniej uważnym przesłuchaniu, można odnieść wrażenie, że słucha się jednego długiego utworu.

Przyznaję, że nie przepadam ani za muzyką hiszpańską, ani za third streamem, więc "Sketches of Spain" jest jednym z najmniej lubianych przeze mnie albumów Milesa Davisa. Doceniam go za oryginalność i profesjonalizm, ale praktycznie do niego nie wracam. Jest to jednak na tyle ważny i ceniony longplay, że nie mogłem o nim nie wspomnieć. 

Ocena: 7/10



Miles Davis - "Sketches of Spain" (1960)

1. Concierto de Aranjuez (Adagio); 2. Will o' the Wisp; 3. The Pan Piper (Alborada de Vigo); 4. Saeta; 5. Solea

Skład: Miles Davis - trąbka; Paul Chambers - kontrabas; Jimmy Cobb - perkusja; Gil Evans - dyrygent; Danny Bank - klarnet basowy; Bill Barber- tuba; John Barrows - waltornia; Albert Block - flet; James Buffington - waltornia; Eddie Caine - flet; Earl Chapin - waltornia; Johnny Coles - trąbka; Harold Feldman - klarnet, flet, obój; Bernie Glow - trąbka; Dick Hixon - puzon; Elvin Jones - instr. perkusyjne; Taft Jordan - trąbka; Jack Knitzer - fagot; Jose Mangual - instr. perkusyjne; Jimmy McAllister - tuba; Tony Miranda - waltornia; Louis Mucci - trąbka; Romeo Penque - obój; Janet Putnam - harfa; Frank Rehak - puzon; Ernie Royal - trąbka; Joe Singer - waltornia
Producent: Teo Macero i Irving Townsend


28 sierpnia 2017

[Recenzja] Jefferson Airplane - "After Bathing at Baxter's" (1967)



"Surrealistic Pillow" przy tym albumie to grzeczny pop. O ile tam dominowały miłe piosenki folkrockowe  o lekko psychodelicznym nastroju, tak "After Bathing at Baxter's" przynosi muzykę ostrzejszą, bardziej eksperymentalną i mocniej zanurzoną w narkotykowym klimacie. Ta muzyka ewidentnie powstawała pod wpływem środków psychoaktywnych. Muzycy informują o tym już w samym tytule - słowo "baxter" było ich kodem na LSD. Cały tytuł, w wolnym tłumaczeniu, oznacza zatem "Po kąpieli w kwasie".

Największy odlot zespół serwuje w dwóch kawałkach: "A Small Package of Value Will Come to You, Shortly" i "Spare Chaynge". Pierwszy z nich to po prostu chaotyczny kolaż dźwiękowy. Drugi to natomiast dziewięciominutowy instrumentalny jam, przypominający koncertowe improwizacje Grateful Dead i Quicksilver Messenger Service (nie tak porywający, oczywiście, lecz robiący naprawdę dobre wrażenie). Pozostałe nagrania mieszczą się już w bardziej konwencjonalnych, piosenkowych strukturach. Lecz i w nich słychać ten charakterystyczny, narkotykowy klimat, dzięki "kwaśnym" partiom gitar i nieco odrealnionym partiom wokalnym. Dotyczy to zarówno tych bardziej czadowych kawałków (np. "The Ballad of You & Me & Pooneil", "Young Girl Sunday Blues", "The Last Wall of the Castle"), jak i bardziej klimatycznych momentów ("Martha"). Podobnie, jak na poprzednim albumie, nie brakuje tu jednak zgrabnych melodii, zaś o kompozytorskim rozwoju muzyków świadczy przede wszystkim "Rejoyce" - niesamowita ballada z ciekawym akompaniamentem pianina, klekoczącym basem, brzmiącą orientalnie solówką na organach, oraz nienachalnymi dęciakami.

Album nie tak prekursorki i kultowy, jak "Surrealistic Pillow", za to jeszcze lepiej oddający istotę hipisowskiego rocka i całej jego pozamuzycznej otoczki.

Ocena: 8/10



Jefferson Airplane - "After Bathing at Baxter's" (1967)

1. The Ballad of You & Me & Pooneil; 2. A Small Package of Value Will Come to You, Shortly; 3. Young Girl Sunday Blues; 4. Martha; 5. Wild Tyme (H); 6. The Last Wall of the Castle; 7. Rejoyce; 8. Watch Her Ride; 9. Spare Chaynge; 10. Two Heads; 11. Won't You Try / Saturday Afternoon

Skład: Grace Slick - wokal, instr. klawiszowe, flet; Paul Kantner - gitara, wokal; Jorma Kaukonen - gitara, sitar, wokal; Marty Balin - gitara, wokal; Jack Casady - bass; Spencer Dryden - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Gary Blackman, Bill Thompson - dodatkowy wokal
Producent: Al Schmitt


25 sierpnia 2017

[Recenzja] Jakszyk, Fripp and Collins (A King Crimson ProjeKct) - "A Scarcity of Miracles" (2011)



Choć album "A Scarcity of Miracles" nie został wydany pod szyldem King Crimson, wiele osób traktuje go jako album zespołu. Jest w tym sporo racji, bowiem w jego nagraniu wzięli udział muzycy, z których większość grała wcześniej w tym zespole (zaś wszyscy są członkami obecnego, istniejącego od 2013 roku wcielenia King Crimson). Już sama obecność Roberta Frippa, jedynego niezmiennego członka zespołu, jest wystarczającym powodem, by zaliczyć ten album do dyskografii King Crimson. A poza nim grają tu przecież także inni muzycy, którzy przewinęli się przez skład grupy: saksofonista Mel Collins występował w niej w latach 70., basista Tony Levin - od lat 80., z przerwą na przełomie wieków, a perkusista Gavin Harrison dołączył w 2007 roku. Jedyną nową twarzą jest śpiewający gitarzysta Jakko Jakszyk, znany z występów w 21st Century Schizoid Band (czyli cover bandzie King Crimson, w którym oprócz niego występował Collins i inni byli członkowie zespołu), zaś prywatnie zięć Michaela Gilesa, oryginalnego perkusisty King Crimson.

Z drugiej strony, ten album po prostu nie mógł być wydany pod szyldem King Crimson. Od razu słychać, że to nie Fripp jest motorem napędowym tego projektu, a Jakszyk. Fripp zawsze parł do przodu, nie pozostając obojętnym na aktualnie panujące trendy w ambitniejszych rejonach muzyki rockowej. Tymczasem "A Scarcity of Miracles" to najzwyklejszy retro-prog. Taki album mogłaby nagrać jakaś młoda grupa, inspirująca się King Crimson i innymi wielkimi przedstawicielami rocka progresywnego. Trzeba jednak oddać królowi, co królewskie i przyznać, że na tle wszystkich retro-, neo- i innych pseudo-progów, "A Scarcity of Miracles" prezentuje naprawdę wysoki poziom (w końcu grają tu tacy zdolni i doświadczeni muzycy, jak Fripp czy Levin). Choć na albumie dominują spokojniejsze utwory (wyjątkiem bardziej dynamiczny "The Other Man"), ani przez chwilę nie wieje tu nudą! W stosunkowo długich, średnio siedmiominutowych utworach, cały czas coś się dzieje, nie brakuje ciekawych partii instrumentalnych, ani dobrych, wyrazistych melodii. Warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób budowane są kompozycje - ta muzyka ma płynność, rozwija się w bardzo logiczny sposób. To nie są zlepki przypadkowych motywów, których mnogość ma sprawiać iluzję bycia ambitnym i progresywnym.

"A Scarcity of Miracles" w żadnym razie nie jest albumem innowacyjnym ani progresywnym w dosłownym rozumieniu tego słowa. To po prostu bardzo dobrze zrobiony retro-prog. Znacznie ciekawszy od tego, co proponują wszelkiej maści naśladowcy, pozbawieni wyobraźni i talentu. "A Scarcity of Miracles" przypomina, że można nagrać album, który jest przyjemny i łatwo przyswajalny, ale pozbawiony smęcenia i nadmiernego patosu.

Ocena: 7/10



Jakszyk, Fripp and Collins (A King Crimson ProjeKct) - "A Scarcity of Miracles" (2011)

1. A Scarcity of Miracles; 2. The Price We Pay; 3. Secrets; 4. This House; 5. The Other Man; 6. The Light of Day

Skład: Jakko Jakszyk - wokal, gitara, instr. klawiszowe, guzheng; Robert Fripp - gitara, efekty; Mel Collins - saksofon, flet; Tony Levin - bass, Chapman stick; Gavin Harrison - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Robert Fripp i Jakko Jakszyk


24 sierpnia 2017

[Recenzja] Steven Wilson - "To the Bone" (2017)



Nowy album Stevena Wilsona to jedna z bardziej kontrowersyjnych premier tego roku. Muzyk, uważany w pewnych kręgach za zbawiciela progresywnego rocka, postanowił bowiem nagrać album popowy. Czy też, jak sam twierdzi, inspirowany ambitnym popem z lat 80., a szczególnie takimi wykonawcami, jak Peter Gabriel, Kate Bush, Talk Talk, czy Tears for Tears. Łatwo wyobrazić sobie, jakie oburzenie wywołała ta informacja we wspomnianych kręgach. Najzabawniejsze w tym jest to, że przecież Wilson nigdy nie stronił od radiowego grania, z czym często w ogóle się nie krył (np. album "Stupid Dream" Porcupine Tree, albo cała dyskografia Blackfield), choć częściej mieszał je z innymi inspiracjami, przez co przeciętnym słuchaczom jego twórczość wydaje się bardziej ambitna, niż jest w rzeczywistości. "To the Bone" nie jest zatem żadnym przełomem w twórczości tego muzyka. To typowo wilsonowski album, z tą różnicą, że inspirowany muzyką innej dekady. Będący w dodatku logiczną kontynuacją jego poprzedniego solowego longplaya, "Hand. Cannot. Erase.", na którym wyraźnie zauważalny jest zwrot w stronę bardziej piosenkowego grania.

Longplay, w iście popowym stylu, został poprzedzony pięcioma singlami (to prawie połowa całego albumu). Znalazły się wśród nich dwa prawdziwe koszmarki: oparty na dyskotekowym rytmie i śpiewany okropnym falsetem "Permanating", oraz smętny i przesłodzony "Pariah". W tym drugim bardzo wyraźnie został zarysowany problem, który w mniejszym lub większym stopniu dotyczy właściwie całej twórczości Wilsona. Inspiracje ma bardzo zacne, pomysły czasem naprawdę świetne (w tym utworze są to ciekawe partie klawiszy), ale ostateczny efekt zwykle wypada mdło i nudno - szczególnie po porównaniu z tym, na czym muzyk się wzorował. I tak też jest w "Pariah", który w warstwie wokalnej nawiązuje do duetów Gabriela i Bush, lecz zamiast dwóch charyzmatycznych głosów, mamy tutaj anemiczny śpiew Stevena i irytujący, emfatyczny wokal Ninet Tayeb (izraelskiej wokalistki, znanej już z dwóch poprzednich wydawnictw Wilsona). Bardziej pozytywne wrażenie zrobił na mnie inny singiel, "Song of I". W warstwie instrumentalnej bardzo elektroniczny (kojarzyć może się z Depeche Mode z początku lat 90., albo z trip hopem), intrygujący klimatem, który niestety rozmywa się nieco w drugiej połowie. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby utwór był instrumentalny, lub zaśpiewała go sama Sophie Hunger, która udziela się tutaj w chórkach.

Te trzy utwory rzeczywiście mogły budzić niepokój wielbicieli dotychczasowej twórczości Stevena Wilsona. Reszta albumu nie przynosi jednak większych zaskoczeń. Dużo tu zatem smęcenia - "Nowhere Now", "Blank Tapes" i "Song of Unborn" charakteryzują się łagodnymi aranżacjami, rozwodnionymi melodiami i ogólną miałkością. Nieco żywszego, przynajmniej pozornie, grania pojawia się w "The Same Asylum as Before" (kolejny singiel, znów z irytującym falsetem Wilsona) i "People Who Eat Darkness". Oba brzmią jak odrzuty, w pełnym tego słowa znaczeniu, z czasów Porcupine Tree - pierwszy z okresu "Stupid Dream", drugiemu bliżej do "Deadwing". "Detonation" to z kolei typowy przepis na rock "progresywny" według Wilsona - byle było długo (w tym przypadku dziewięć minut, dwadzieścia sekund) i przeplatało się dużo motywów, a całość koniecznie musi być zagrana jak najbardziej anemicznie. A mogłoby się wydawać, że ktoś, kto w wolnych chwilach od własnej działalności, zajmuje się remasterowaniem klasycznych albumów progrockowych gigantów (m.in. King Crimson, Gentle Giant, Yes i Jethro Tull), powinien wiedzieć, na czym polegało granie rocka progresywnego. Że chodziło w tym przede wszystkim o zaproponowanie czegoś innowacyjnego, niebanalnego i na pewno nie nużącego.

"To the Bone" ma jednak także bardziej udane momenty. Poza wspomnianym "Song of I", są to utwór tytułowy i ostatni z pięciu singli, "Refuge". Pierwszy z nich wyróżnia się świetną grą sekcji rytmicznej i pozostałych instrumentalistów, a także autentycznie przebojowym, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, refrenem. Gdyby nie anemiczne zwrotki i smętna końcówka, byłby to naprawdę dobry utwór. Drugi jest natomiast kolejnym spokojniejszym kawałkiem, w którym nie udało się uniknąć przynudzania, za to naprawdę ładnie się rozwija i nie brakuje w nim ciekawych partii instrumentalnych. W obu nagraniach gościnnie wystąpił grający na harmonijce Mark Feltham, znany m.in. ze współpracy z Talk Talk (co jest prawdopodobną przyczyną, dla której został zaproszony), ale także z Rorym Gallagherem i Royem Harperem. Jego partie to zdecydowanie najlepsze, co można usłyszeć na tym albumie.

Problem z najnowszym albumem Stevena Wilsona nie polega wcale na tym, że muzyk sięgnął na nim po nowe inspiracje. Problem w tym, że Wilson staje się coraz większym nudziarzem i choćby nie wiadomo czym się inspirował, efekt jest dużo słabszy i znacznie nudniejszy od pierwowzoru. W przeszłości potrafił przecież tworzyć naprawdę zgrabne utwory pop (jak "Trains", "Lazarus" - oba z repertuaru Porcupine Tree). Na "To the Bone" nie ma ani jednego utworu, który choćby w jakiejś części nie był zanadto rozwleczony, rozwodniony, a przede wszystkim brakuje wyrazistych melodii, co w takiej muzyce jest niedopuszczalne.

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "To the Bone" (2017)

1. To the Bone; 2. Nowhere Now; 3. Pariah; 4. The Same Asylum as Before; 5. Refuge; 6. Permanating; 7. Blank Tapes; 8. People Who Eat Darkness; 9. Song of I; 10. Detonation; 11. Song of Unborn

Skład: Steven Wilson - wokal i gitara; David Kollar - gitara; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Nick Beggs - bass, Chapman stick; Jeremy Stacey - perkusja; Craig Blundell - perkusja
Gościnnie: Mark Feltham - harmonijka (1,5); Ninet Tayeb - wokal (3,7), dodatkowy wokal; Sophie Hunger - wokal (9); Jasmine Walkes - recytacja (1)
Producent: Steven Wilson i Paul Stacey


23 sierpnia 2017

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Seven Turns" (1990)



Dwudziestolecie powstania The Allman Brothers Band, wypadające w 1989 roku, okazało się dobrym pretekstem do reaktywacji zespołu. Grupa zawiesiła działalność siedem lat wcześniej, z powodu konfliktu z ówczesnym wydawcą, wymuszającym na muzykach bardziej komercyjne brzmienie (czego efektem były najgorsze w dyskografii albumy "Reach for the Sky" i "Brothers of the Road" z początku lat 80.). W składzie reaktywowanego zespołu, oprócz czterech muzyków oryginalnego składu - Gregga Allmana, Dickeya Bettsa, Jaia Johansona i Butcha Trucksa - znalazło się także trzech nowych członków: gitarzysta Warren Haynes, klawiszowiec Johnny Neel (obaj występowali wcześniej w Dickey Betts Band), oraz basista Allen Woody. Sukces jubileuszowej trasy zachęcił grupę do zarejestrowania nowego materiału. Krótka sesja nagraniowa, pod okiem sprawdzonego producenta Toma Dowda, zaowocowała albumem "Seven Turns".

Dzięki świeżej krwi, zespół odzyskał dawną energię i wrócił na właściwe muzyczne tory. To najbardziej bluesrockowy album grupy od czasu eponimicznego debiutu, niemal bez charakterystycznego dla późniejszych studyjnych wydawnictw southernowo-country'owego nudzenia (z wyjątkiem utworu tytułowego). Mnóstwo tutaj świetnych gitarowych popisów Bettsa i Hayensa. Temu drugiemu niemal udaje się zapełnić lukę, jaka powstała po śmierci Duane'a Allmana. W instrumentalnym "True Gravity" dołącza do nich trzeci gitarzysta - syn Dickeya, Duane Betts. Na uwagę zasługuje także udział Neela, który ozdabia utwory nie tylko klawiszami, ale również harmonijką. Dowd zadbał natomiast o bardzo klasyczne, naturalne brzmienie. Dobre wykonanie i brzmienie jednak nie wystarczy, gdy brakuje dobrych kompozycji. A, niestety, większość utworów zamieszczonych na "Seven Turns" jest dość miałka pod względem kompozytorskim. Na plus wyróżniają się tylko dwa utwory: bardzo energetyczny i chwytliwy "Good Clean Fun", najbliższy stylu debiutanckiego albumu, oraz zgrabna bluesowa ballada "Gambler's Roll", z naprawdę fantastycznym gitarowym popisem. Reszty słucha się nawet przyjemnie (choć mnie odrzuca przesłodzony i banalny utwór tytułowy), ale nie są to kompozycje, o których będzie się pamiętać po zakończeniu albumu.

Recenzując albumy wydane po latach przerwy, nie sposób uniknąć pytania o to, czy dany powrót rzeczywiście był potrzebny. W przypadku "Seven Turns" odpowiedź nie jest oczywista. Z jednej strony, cieszy fakt, że zespół powrócił do swoich korzeni, a w utworach słychać autentyczną radość ze wspólnego grania, czego brakowało na kilku poprzednich albumach. Z drugiej strony, rozczarowują same kompozycje, w większości pozbawione dobrych melodii.

Ocena: 6/10



The Allman Brothers Band - "Seven Turns" (1990)

1. Good Clean Fun; 2. Let Me Ride; 3. Low Down Dirty Mean; 4. Shine It On; 5. Loaded Dice; 6. Seven Turns; 7. Gambler's Roll; 8. True Gravity; 9. It Ain't Over Yet

Skład: Gregg Allman - wokal i organy; Dickey Betts - gitara, wokal (2,6); Warren Haynes - gitara, wokal (5), dodatkowy wokal; Allen Woody - bass, dodatkowy wokal; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne; Johnny Neel - instr. klawiszowe, harmonijka, dodatkowy wokal
Gościnnie: Duane Betts - gitara (8)
Producent: Tom Dowd


22 sierpnia 2017

[Recenzja] Art Ensemble of Chicago - "Les Stances a Sophie" (1970)



Jednym z najciekawszych zespołów, jakie kiedykolwiek pojawiły się na scenie jazzowej, jest Art Ensemble of Chicago. To zespół w pełnym znaczeniu tego słowa, co sugeruje już nietypowa dla jazzbandu nazwa, w której nie ma nazwiska lidera. Był to celowy zabieg, mający dać jasno do zrozumienia, że w grupie nie ma lidera, a wszyscy muzycy pełnią tak samo istotną rolę (trzeba jednak dodać, że przed 1969 rokiem zespół występował pod szyldem Roscoe Mitchell Art Ensemble, a wcześniej Roscoe Mitchell Sextet). Art Ensemble of Chicago zwracał na siebie uwagę nie tylko nazwą, ale także niekonwencjonalnymi koncertami, podczas których muzycy często występowali w kostiumach i makijażu, a do gry używali nawet kilkudziesięciu instrumentów, w tym przeróżnych perkusjonaliów i przedmiotów w rodzaju dzwonków rowerowych.

W 1967 roku zespół wyjechał na trzy lata do Francji, gdzie intensywnie koncertował, a także zarejestrował materiał na kilkanaście albumów (z których część wydano dopiero po latach). Co ciekawe, przez większość tego czasu działał bez perkusisty, gdyż oryginalny bębniarz Phillip Wilson został w Stanach, gdzie dołączył do Butterfield Blues Band. Dopiero w 1970 roku, na kilka miesięcy przed wygaśnięciem wiz, muzycy dokooptowali do składu Dona Moye'a - amerykańskiego perkusistę, który w tamtym czasie również przebywał we Francji. Zaledwie dwa tygodnie przed powrotem do Stanów, zespół dostał propozycję nagrania muzyki do nowego filmu Moshé'a Mizrahiego, "Les Stances à Sophie". Muzycy, którzy nawet nie widzieli filmu, poświęcili na nagrania tylko jeden dzień - sesja odbyła się 22 lipca 1970 roku - lecz zarejestrowany wówczas materiał jest prawdopodobnie największym osiągnięciem zespołu.

Choć nie brakuje tutaj awangardowo-freejazzowych naleciałości, "Les Stances a Sophie" jest albumem całkiem przystępnym, także dla osób nieosłuchanych z jazzem. Całość rozpoczyna się od przebojowego (!) utworu "Theme de Yoyo", zbudowanego na rewelacyjnym basowym motywie, któremu towarzyszą chwytliwe partie dęciaków i partia wokalna Fontelli Bass (ówczesnej żony trębacza Lestera Bowiego). W żadnym wypadku nie jest to jednak banalna piosenka, ze względu na freejazzowe wstawki i dziewięciominutowy czas trwania. Ten utwór to prawdziwe arcydzieło, które może podobać się zarówno słuchaczom funku, jazzu, jak i rocka. Reszta albumu pozostaje w cieniu tej kompozycji, lecz słucha się jej całkiem przyjemnie. Przeważają utwory bardzo klimatyczne, nawiązujące do muzyki afrykańskiej i bliskowschodniej (np. "Proverbes No. 1", "Theme Amour Universal"), jest spora dawka zwariowanego free (prawie dziewięciominutowy "Theme Libre"), ale znalazła się tu także odrobina bardziej konwencjonalnego jazzu ("Variations Sur un Theme de Monteverdi II", fragmenty "Theme de Celine").

"Les Stances a Sophie" to jeden z najlepszych jazzowych albumów, jakie słyszałem. Zawarta na nim muzyka może zachwycić zarówno kompletnych laików, jak i osoby dobrze osłuchane z jazzem (choć tym ostatnim z pewnością nie muszę go polecać).

Ocena: 9/10



Art Ensemble of Chicago - "Les Stances a Sophie" (1970)

1. Theme de Yoyo; 2. Theme de Celine; 3. Variations Sur un Theme de Monteverdi I; 4. Variations Sur un Theme de Monteverdi II; 5. Proverbes No. 1; 6. Theme Amour Universal; 7. Theme Libre; 8. Proverbes No. 2

Skład: Lester Bowie - trąbka, instr. perkusyjne; Roscoe Mitchell - saksofon, klarnet, flet, instr. perkusyjne; Joseph Jarman - saksofon, klarnet, instr. perkusyjne; Malachi Favors Maghostut - kontrabas, instr. perkusyjne, wokal; Don Moye - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Fontella Bass - wokal (1,8), pianino
Producent: Pathé Marconi


21 sierpnia 2017

[Recenzja] Townes Van Zandt - "Delta Momma Blues" (1971)



Czwarty album Townesa Van Zandta nie przynosi stylistycznej rewolucji. Na tle jego poprzednich wydawnictw jest jednak odrobinę bardziej różnorodny. Muzyk postanowił poszerzyć swój repertuar o elementy bluesowe, czego efektem są utwory "Brand New Companion" i "Where I Lead Me". Pierwszy z nich to podręcznikowy przykład akustycznego bluesa, ozdobiony nieodzowną partią harmonijki. Drugi, choć także akustyczny (aczkolwiek nieznacznie wzbogacony partiami gitary elektrycznej), ma rockową dynamikę i zadziorność. Oba wyszły naprawdę świetnie. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby znalazło się tutaj więcej tego typu utworów. Ale i bez tego, album ma do zaoferowania więcej dobrego. Jak zwykle, nie zabrakło kilku przepięknych folkowych ballad, poruszających melancholijnymi partiami wokalnymi Van Zandta. Największe wrażenie robią najbardziej ascetyczne, wzbogacone jedynie akompaniamentem gitar "Tower Song", "Nothin'" i "Only Him or Me". "Rake" byłby równie wspaniały, gdyby nie zepsuto go orkiestracją. Całości dopełnia nieco bardziej pogodny "FFV", oraz kilka mniej ciekawych kawałków w stylu country ("Delta Momma Blues", "Turnstyled, Junkpiled", "Come Tomorrow").

"Delta Momma Blues" z pewnością nie rozczaruje nikogo, komu podobały się poprzednie albumy Townesa Van Zandta. Nie wszystkie utwory są równie udane, ale kilka z nich to prawdziwe perły.

Ocena: 8/10



Townes Van Zandt - "Delta Momma Blues" (1971)

1. FFV; 2. Delta Momma Blues; 3. Only Him or Me; 4. Turnstyled, Junkpiled; 5. Tower Song; 6. Come Tomorrow; 7. Brand New Companion; 8. Where I Lead Me; 9. Rake; 10. Nothin'

Skład: Townes Van Zandt - wokal i gitara
Producent: Kevin Eggers i Ronald Frangipane


18 sierpnia 2017

[Recenzja] King Crimson - "The Power to Believe" (2003)



Charakterystyczną cechą King Crimson zawsze był nieustanny rozwój. Robert Fripp wytrwale realizował swój cel, stąd tak często wymieniał resztę składu, dobierając sobie muzyków, którzy akurat w danej chwili najlepiej pasowali do stale ewoluującego stylu grupy. Tymczasem album "The Power to Believe" - jak dotąd ostatnie studyjne wydawnictwo sygnowane nazwą zespołu - nie tylko został nagrany w tym samym składzie, co poprzedni "The construKction of light", ale także jest jego bezpośrednią kontynuacją. Na szczęście, Fripp i spółka wyciągnęli wnioski z artystycznej porażki tamtego wydawnictwa i nie powtórzyli popełnionych na nim błędów. "The Power to Believe" nie jest tak przytłaczającym albumem, zarówno dzięki bardziej naturalnemu brzmieniu, jak i bardziej różnorodnym kompozycjom.

Podobnie jak na poprzednim albumie, także tutaj zespół chętnie nawiązuje do własnej przeszłości. Tym razem ze znacznie ciekawszym efektem. A sięga do niej zdecydowanie głębiej, bo aż do drugiego w dyskografii "In the Wake of Poseidon". Całość zaczyna się w ten sam sposób - od przewodniego tematu albumu, śpiewanego a capella przetworzonym głosem (tutaj oczywiście w bardziej współczesny, elektroniczny sposób), który nagle ustępuje miejsca ciężkiemu riffowaniu. "Level Five" nie jest jednak tutejszym odpowiednikiem "Pictures of a City", lecz - jak można domyślić się po tytule - piątą odsłoną "Larks' Tongues in Aspic". Zdecydowanie lepszą od dwóch poprzednich, zbyt przekombinowanych części. Piąta część bliższa jest dwóm pierwszym, a więc mamy do czynienia z graniem mocno pokręconym, lecz przemyślanym. Kontrolowany chaos, jak to mawiał sam Fripp. Do odległej przeszłości nawiązuje także inny instrumental, "Elektrik", będący jakby kolejną odsłoną "Fracture", lecz z przestrzennym brzmieniem dwóch przeplatających się gitar, jak za czasów "Kolorowej trylogii".

Z drugiej strony, zespół kontynuuje tutaj elektroniczne eksperymenty ProjeKctów. Znalazła się tu nawet studyjna wersja "Deception of the Thrush" (pod tytułem "The Power to Believe III: Deception of the Thrush"). "Facts of Life (Intro)" i "The Power to Believe IV: Coda" to ambientowe miniaturki, natomiast stopniowo nabierający dynamiki "Dangerous Curves" ma bardzo industrialny charakter. Największe wrażenie robi jednak "The Power to Believe II: Power Circle". W bardzo klimatyczne elektroniczne tło wtopiono świetne partie basu i gitary, a także perkusjonalia brzmiące jak "żywcem" wyjęte ze wstępu pierwszej części "Larks' Tongues in Aspic" - to najpiękniejszy moment całego albumu. Fantastycznie wyszło także połączenie elektroniki z ciężkim, wręcz metalowym graniem w utworach "Facts of Life" i "Happy with What You Have to Be Happy With". Oba utwory brzmią bardzo nowocześnie, słuchać w nich wpływy industrialnego rocka, a także metalu z lat 90., a jednocześnie wciąż czuć w tym crimsonowego ducha. Do tego oba kawałki mają naprawdę dobre melodie. Świetnym dopełnieniem całości jest natomiast delikatna, bardzo ładna ballada "Eyes Wide Open", będąca godnym następcą takich utworów, jak "Walking on Air" czy "Matte Kudasi".

"The Power to Believe" pokazuje, że w XXI wieku wciąż można nagrać naprawdę dobry i prawdziwie progresywny album. Zespół dopracował pomysły ze swoich dwóch poprzednich wydawnictw, dodał trochę smaczków w postaci nawiązań do własnej przeszłości (unikając jednak zbyt dosłownego kopiowania), ale nie pozostał ślepy na to, co wówczas działo się w muzyce. Dzięki temu powstało naprawdę interesujące i unikalne, a także niezwykle świeże połączenie rocka progresywnego, metalu, oraz elektroniki. Same kompozycje też są znacznie lepsze, niż na kilku wcześniejszych albumach. Podsumowując, "The Power to Believe" to największe osiągnięcie King Crimson od czasu "Discipline", a także jeden z najbardziej intrygujących albumów wydanych w obecnym stuleciu. 

Ocena: 8/10



King Crimson - "The Power to Believe" (2003)

1. The Power to Believe I: A Cappella; 2. Level Five; 3. Eyes Wide Open; 4. Elektrik; 5. Facts of Life (Intro); 6. Facts of Life; 7. The Power to Believe II: Power Circle; 8. Dangerous Curves; 9. Happy with What You Have to Be Happy With; 10. The Power to Believe III: Deception of the Thrush; 11. The Power to Believe IV: Coda

Skład: Robert Fripp - gitara i instr. klawiszowe; Adrian Belew - gitara i wokal; Trey Gunn - bass, Warr guitar; Pat Mastelotto - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Robert Fripp, Gene "Machine" Freeman i David Singleton