29 grudnia 2017

[Recenzja] Miles Davis - "On the Corner" (1972)



Dzięki kilku poprzednim albumom, Miles zaczął cieszyć się popularnością wśród białej, rockowej publiczności. Trębacz pragnął jednak dotrzeć ze swoją twórczością także do czarnej młodzieży, która w tamtym czasie zasłuchiwała się przede wszystkim w muzyce funk i soul. Dlatego też postanowił się skierować w stronę bardziej tanecznej, rytmicznej muzyce, inspirowanej dokonaniami Jamesa Browna, czy Sly and the Family Stone. Lecz jednocześnie zafascynowały go koncepcje awangardowego twórcy Karlheinza Stockhausena. Z tego niezwykłego połączenia odległych inspiracji, powstał album "On the Corner" (zarejestrowany w ciągu trzech dni: 1 i 6 czerwca, oraz 7 lipca 1972 roku, tradycyjnie pod okiem producenta Teo Macero).

Muzyka zawarta na albumie skupia się wokół rytmu - to on jest tutaj podstawą, stanowi główną oś utworów, której podporządkowana jest cała reszta. Rytm z jednej strony ma w sobie coś z funkowej taneczności i afrykańskiej egzotyki, a z drugiej, podobnie jak w muzyce elektroakustycznej, jest bardzo jednolity, układający się w pętle. Potężne i wszechobecne brzmienie perkusjonaliów to zasługa aż trzech perkusistów - Jacka DeJohnette'a, Ala Fostera i Billy'ego Harta, oraz grającego na tabli Badala Roya. Warstwa rytmiczna odbudowana jest ścianą dźwięku tworzoną przez pozostałych instrumentalistów, których improwizacje są zupełnie nietypowe dla jazzu - zamiast rozwijania harmonii, skupiają się na samym dźwięku, przetwarzając go na różne sposoby. Czasem z tej całej masy ciężko wyodrębnić partie poszczególnych instrumentów, tak bardzo się ze sobą zlewają. Oprócz solówek Davisa na zelektryfikowanej trąbce, największą rolę zdają się odgrywać psychodeliczno-kosmiczne brzmienia elektrycznych i elektronicznych klawiszy Herbiego Hancocka, Chicka Corei i Harolda Williamsa, orientalne dźwięki elektrycznego sitaru w wykonaniu Collina Walcotta i Khalila Balakrishny, oraz pulsujące linie elektrycznego basu Michaela Hendersona. Sporadycznie dochodzą do tego partie saksofonów Dave'a Liebmana i Carlosa Garnetta, basowego klarnetu Benniego Maupina, oraz gitar Johna McLaughlina i Dave'a Cramera.

Opisywanie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, bowiem całość jest tak spójna i jednolita, że przy pierwszych przesłuchaniach ciężko w ogóle się zorientować, że mamy do czynienia z kilkoma różnymi kompozycjami, a nie jednym długim jamem, w trakcie którego następuje kilka mniejszych lub większych przetworzeń rytmu i brzmienia. Na pewno nie jest to muzyka łatwa w odbiorze. To bez wątpienia najtrudniejszy album w bogatej dyskografii Davisa. Z początku bardzo przytłaczający i zniechęcający, sprawiający wrażenie zbyt monotonnego. Trzeba wielu przesłuchań, by wczuć się w klimat tej muzyki. Najlepiej wcześniej sięgnąć po inne nagrania Milesa z tamtego okresu (zebrane w boksie "The Complete 'On the Corner' Sessions"), które choć podobne pod względem klimatu, tej transowej jednolitości, również mocno zorientowane na rytm, to jednocześnie są znacznie przystępniejsze, bardziej melodyjne, bliższe zwykłego funku, a czasem też rocka.

"On the Corner" to album trudny do zaklasyfikowania, przez co spotkał się z kompletnym niezrozumieniem ówczesnych krytyków. Dotarcie do właściwej publiczności uniemożliwił natomiast wydawca, Columbia Records, który nie mając pojęcia do jakiej szufladki wrzucić ten materiał, wysłał kopie promocyjne do rozgłośni grających konwencjonalny jazz. Jaka była reakcja ortodoksyjnych słuchaczy jazzu, łatwo się domyślić. "On the Corner" to przecież całkowite odejście od jazzowej stylistyki. To album prawdziwie awangardowy, wizjonerski, wyprzedający swój czas o co najmniej dekadę. Niezwykle inspirujący dla późniejszych twórców ambitnego jazzu i funku, ale też post-punku, hip hopu i muzyki elektronicznej, także techno (z którym "On the Corner" ma naprawdę wiele wspólnego, mimo że został w całości zarejestrowany na żywo, przy użyciu tradycyjnych instrumentów i metod). Longplay zdecydowanie wart polecenia, ale tylko osobom już dobrze osłuchanym z elektrycznymi dokonaniami Davisa.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "On the Corner" (1972)

1. On the Corner / New York Girl / Thinkin' One Thing and Doin' Another / Vote for Miles; 2. Black Satin; 3. One and One; 4. Helen Butte / Mr. Freedom X

Skład: Miles Davis - trąbka; Dave Liebman - saksofon (1); Carlos Garnett - saksofon (2,4); Bennie Maupin - klarnet basowy (2); John McLaughlin - gitara (1); Dave Creamer - gitara (2-4); Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Chick Corea - instr. klawiszowe; Harold Williams - instr. klawiszowe; Collin Walcott - sitar (1,3,4); Khalil Balakrishna - sitar (2); Michael Henderson - bass; Jack DeJohnette - perkusja; Al Foster - perkusja; Billy Hart - perkusja; Badal Roy - tabla
Producent: Teo Macero


28 grudnia 2017

[Recenzja] The Modern Lovers - "The Modern Lovers" (1976)



Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten album, byłem zdziwiony, że już w 1976 roku grano w taki sposób. Prawdziwym szokiem było natomiast odkrycie, że materiał ten został nagrany znacznie wcześniej, na przełomie lat 1971-72. Muzyka zawarta na debiutanckim albumie The Modern Lovers określana jest jako proto-punk, lecz zdecydowanie bliżej jej do takich stylów, jak post-punk, nowa fala, czy indie rock. Stylów, które na początku lat 70. teoretycznie jeszcze nie istniały. Nie istniał wtedy jeszcze nawet punk rock. Potwierdza to, jak nieistotna - z czysto muzycznego punktu widzenia - była ta cała "punkowa rewolucja" z 1977 roku. Nie wniosła do muzyki kompletnie nic nowego.

The Modern Lovers powstał w 1970 roku w stanie Massachusetts, z inicjatywy śpiewającego gitarzysty Jonathana Richmana, klawiszowca Jerry'ego Harrisona (później członka Talking Heads), perkusisty Davida Robinsona (później w The Cars), oraz basisty Erniego Brooksa. Materiał zawarty na debiutanckim albumie powstał podczas trzech różnych sesji, we wrześniu 1971 roku (tylko utwór "Hospital") i dwóch z marca 1972 roku. Producentem sześciu z dziewięciu utworów został John Cale, były członek The Velvet Underground - jednej z głównych inspiracji The Modern Lovers. Te nagrania to tak naprawdę demówki, choć brzmienie na to nie wskazuje. Wręcz przeciwnie - album sprawia bardzo profesjonalne wrażenie.

To zbiór prostych, melodyjnych, bezpretensjonalnych piosenek. Brzmienie elektrycznych organów wywołuje co prawda skojarzenie z rockiem psychodelicznym z poprzedniej dekady, ale cała reszta zdecydowanie wyprzedza swój czas. Mamy tu więc nieskomplikowaną grę sekcji rytmicznej, bardzo czysto brzmiącą gitarę (podobnie jak później u Television, Talking Heads, czy King Crimson z okresu "kolorowej trylogii"), a także nonszalanckie, bardziej mówione, niż śpiewane, partie wokalne, jakie podchwycili później punkrockowycy. Album nie jest szczególnie zróżnicowany, można powiedzieć, że wręcz monotonny, ale na tyle krótki i energetyczny, że nie sposób się nudzić. Mnóstwo tu świetnych melodii (np. "Astral Plane", "Someone I Care About", "Modern World"), bardzo luzackiego podejścia (niedościgniony pod tym względem "Pablo Picasso"), ale i odrobina zadumy (wyróżniający się bardzo klimatycznymi zwrotkami "Hospital").

"The Modern Lovers" to album nie tylko nowatorski, bardzo ważny i bardzo wpływowy, ale też po prostu świetna porcja naprawdę fajnej, przyjemnej muzyki. Nie jest to muzyka szczególnie ambitna czy wybitna, ale czasem warto dla równowago sięgnąć po coś prostszego, lecz niebanalnego.

Ocena: 8/10



The Modern Lovers - "The Modern Lovers" (1976)

1. Roadrunner; 2. Astral Plane; 3. Old World; 4. Pablo Picasso; 5. She Cracked; 6. Hospital; 7. Someone I Care About; 8. Girlfriend; 9. Modern World

Skład: Jonathan Richman - wokal i gitara; Jerry Harrison - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Ernie Brooks - bass, dodatkowy wokal; David Robinson - perkusja, dodatkowy wokal
Gościnnie: John Cale - instr. klawiszowe
Producent: John Cale (1-5,7); Allan Mason i Robert Appere (8,9)


27 grudnia 2017

[Recenzja] ZZ Top - "Fandango!" (1975)



Jak na tak słynny zespół, ZZ Top bardzo późno - bo dopiero w ciągu ostatniej dekady - dorobił się albumu koncertowego z prawdziwego zdarzenia. Do tamtej pory jedynym oficjalnie wydanym materiałem koncertowym była połowa albumu "Fandango!" - w sumie niewiele ponad kwadrans muzyki. Trzy nagrania, wypełniające stronę A winylowego wydania, zostały zarejestrowane 12 kwietnia 1974 roku w nowoorleańskim klubie The Warehouse.

Wybór utworów pozostawia sporo do życzenia - zamiast najlepszych kawałków z poprzednich albumów, zamieszczono tu "Backdoor Medley" (czyli "Backdoor Love Affair" wzbogacony cytatami z "Mellow Down Easy" Little Waltera i "Long Distance Boogie" Johna Lee Hookera), presleyowski "Jailhouse Rock", oraz "Thunderbird", podpisany jako autorska kompozycja, lecz w rzeczywistości pochodzący z repertuaru teksańskiej grupy The Nightcaps. Był to właściwie amatorski zespół, a jego członkowie nie byli na tyle przewidywalni, by zarejestrować prawa autorskie do swoich kompozycji, co wykorzystali muzycy ZZ Top, rejestrując utwór na własne nazwiska. Wykonanie całości jest dalekie od porywającego - sporo tu energii, ale muzykom zdecydowanie brakuje umiejętności improwizowania. Szczególnie doskwiera to w "Backdoor Medley", na siłę wydłużanym zabawami z publicznością - na żywo było to może fajne, ale słychane z płyty okropnie nudzi.

Stronę B longplaya wypełnia sześć premierowych nagrań studyjnych, zarejestrowanych specjalnie na to wydawnictwo. Początek jest całkiem obiecujący: najpierw rozbrzmiewa czadowy "Nasty Dogs and Funky Kings" z funkowo bujającą grą sekcji rytmicznej i ostrymi partiami gitary, a zaraz po nim zgrabna bluesowa ballada "Blue Jean Blues", ewidentnie inspirowana wczesnym Fleetwood Mac. To prawdziwy ewenement w dyskografii zespołu, którego ballady w zdecydowanej większości nie są, eufemistycznie mówiąc, zbyt dobre. Niestety, reszta albumu to już typowe dla tej grupy granie na pograniczu boogie, rocka i bluesa, dla mnie zupełnie nieinteresujące. Zbyt prosta to muzyka, ani porywająco wykonana, ani dobra melodycznie. Zaś singlowy "Tush" wręcz odpycha mnie swoją prostotą i bezbarwnością. Łatwy do zapamiętania (i zagrania) riff uczynił go jednak jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy.

Gdyby "Fandango!" ukazał się współcześnie, określono by go mianem "podwójnej EPki". I tak też najlepiej go potraktować - jako niezobowiązujący dodatek do podstawowej dyskografii. 

Ocena: 6/10



ZZ Top - "Fandango!" (1975)

1. Thunderbird (live); 2. Jailhouse Rock (live); 3. Backdoor Medley (live); 4. Nasty Dogs and Funky Kings; 5. Blue Jean Blues; 6. Balinese; 7. Mexican Blackbird; 8. Heard It on the X; 9. Tush

Skład: Billy Gibbons - wokal i gitara; Dusty Hill - bass, wokal, instr. klawiszowe; Frank Beard - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bill Ham


26 grudnia 2017

[Artykuł] 50 lat temu... Psychodeliczny rok 1967

Rok 1967 nie był co prawda aż tak przełomowy, jak poprzedzający go 1966, ale za to przyniósł o wiele więcej interesującej muzyki. Liczba ważnych, prekursorskich lub po prostu genialnych albumów może przyprawić o zawrót głowy. Zdecydowanie dominującym gatunkiem stał się rock, który rozwijał się w coraz ciekawsze i bardziej ambitne rejony, ale wciąż powstawało także mnóstwo świetnej muzyki jazzowej, bluesowej i folkowej. 



Rok 1967 to przede wszystkim ekspansja rocka psychodelicznego. Szczególnie w Stanach, gdzie był silnie związany z popularnymi ruchami hippisowskimi. Epicentrum tego zjawiska była Kalifornia. W Los Angeles zadebiutowała grupa The Doors ("The Doors", "Strange Days"), a San Francisco mogło się pochwalić tzw. wielką trójką rocka psychodelicznego: Grateful Dead ("Grateful Dead"), Jefferson Airplane ("Surrealistic Pillow", "After Bathing at Baxter's") i Quicksilver Messenger Service (który zadebiutował dopiero w następnym roku, lecz już wcześniej cieszył się popularnością na lokalnej scenie). Ponadto, w okolicy działały takie grupy, jak The Byrds ("Younger Than Yesterday"), Buffalo Springfield ("Buffalo Springfield Again"), Love ("Forever Changes"), Big Brother & The Holding Company z wokalistką Janis Joplin ("Big Brother & the Holding Company"), czy Country Joe & The Fish ("Electric Music for the Mind and Body", "I-Feel-Like-I'm-Fixin'-to-Die"). Nie można jednak zapomnieć o teksańskim 13th Floor Elevators ("Easter Everywhere"), chicagowskim H.P. Lovecraft ("H.P. Lovecraft"), czy nowojorskim Vanilla Fudge ("Vanilla Fudge"). W całych Stanach działały też dziesiątki pomniejszych grup.

The Doors.

W Wielkiej Brytanii głównymi popularyzatorami rocka psychodelicznego były grupy Pink Floyd ("The Piper at the Gates of Dawn"), Traffic ("Mr. Fantasy"), The Yardbirds ("Little Games", nagrany z Jimmym Page'em), oraz The Beatles, którzy w maju wydali przełomowy album "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", całkowicie zmieniając nim podejście do płyt długogrających, a pod koniec roku podwójną EPkę "Magical Mystery Tour". The Rolling Stones, którzy na początku roku wydali bardzo dla siebie typowy "Between the Buttons", nie pozostali obojętni na działania największego konkurenta i jeszcze przed końcem roku wydali przesiąknięty psychodelią "Their Satanic Majesties Request". Sporo psychodelii znajdziemy także na drugi albumie supertria Cream, "Disraeli Gears", lecz pamiętamy go głównie za sprawą hardrockowego riffu przeboju "Sunshine of Your Love". A skoro mowa o hard rocku, to warto też wspomnieć o trzecim albumie The Who, "The Who Sell Out", na którym znalazła się kompozycja "I Can See for Miles", uznana (niesłusznie) za najcięższy utwór, jaki do tamtej pory powstał. Prawdziwym fenomenem stała się natomiast amerykańsko-brytyjska grupa The Jimi Hendrix Experience, która wydała w tym roku dwa albumy: pełen porywających riffów i solówek "Are You Experienced", oraz bardziej psychodeliczny "Axis: Bold as Love".

The Jimi Hendrix Experience podczas słynnego podpalenia gitary na Monterey Festival.

Coraz większą popularnością cieszył się także blues rock. W Wielkiej Brytanii jego głównym krzewicielem był John Mayall, który w 1967 roku wydał aż trzy albumy: solowy, w bardzo ścisłym tego słowa znaczeniu, "The Blues Alone", oraz nagrane z grupą Bluesbreakers "A Hard Road" i "Crusade". W składzie zespołu nie było już Erica Claptona (który odszedł do Cream), jednak Mayall znalazł godnych następców: na pierwszym ze wspomnianych albumów grał Peter Green, późniejszy założyciel Fleetwood Mac, zaś na drugim nastoletni Mick Taylor, późniejszy członek The Rolling Stones. Zaczęły się pojawiać także nowe grupy, jak Ten Years After ("Ten Years After"), Savoy Brown ("Shake Down"), czy The Aynsley Dunbar Retaliation (która w tym roku wydała tylko singiel z utworami "Cobwebs" i zkowerowanym później przez Black Sabbath "Warning"). W Stanach zadebiutował natomiast Canned Heat ("Canned Heat"), a The Butterfield Blues Band wydał swój trzeci album ("The Resurrection of Pigboy Crabshaw"), niestety nagrany już bez udziału gitarzysty Mike'a Bloomfielda. Warto też wspomnieć o albumie "Born Under a Bad Sign", wydanym przez jednego z najsłynniejszych czarnych bluesmanów - Alberta Kinga.

John Mayall and The Bluesbreakers (obraz autorstwa Mayalla z okładki "A Hard Road").

Podczas gdy brytyjskie grupy Procol Harum ("Procol Harum") i The Moody Blues ("Days of Future Passed") nieświadomie kładły fundamenty pod rocka progresywnego, w Stanach mocno rozwinęła się scena eksperymentalnego / awangardowego rocka. Dowodzony przez Franka Zappę The Mothers of Invention wydał swój drugi album o wszystko mówiącym tytule "Absolutely Free", a Captain Beefheart and His Magic Band zadebiutował jeszcze dość zachowawczym albumem "Safe as Milk". Za jedno z najdziwniejszych wydawnictw tamtego roku należy uznać "The Parable of Arable Land" grupy The Red Crayola with The Familiar Ugly. Trzeba też wspomnieć o The Velvet Underground, którzy z pomocą niemieckiej wokalistki Nico nagrali album "The Velvet Underground & Nico", może mniej eksperymentalny pod względem muzycznym, za to w tekstach eksplorujących tematy, których wcześniej żaden rockowy wykonawca nie odważył się poruszać. 1967 rok to także pierwsze odważne eksperymenty z łączeniem rocka i brzmień elektronicznych, będące udziałem grupy Fifty Foot Hose ("Cauldron"), oraz Kanadyjczyka Morta Garsona ("The Zodiac: Cosmic Sounds").

Frank Zappa.

Popularnością wciąż cieszyły się takie gatunki, jak folk i jazz. Jeśli chodzi o ten pierwszy, to warto zwrócić uwagę na albumy Boba Dylna ("John Wesley Harding" - to z niego pochodzi utwór "All Along the Watchtower, w następnym roku fenomenalnie zkowerowany przez Hendrixa), Leonarda Cohena ("Songs of Leonard Cohen"), Roya Harpera ("Come Out Fighting Ghengis Smith") i Tima Buckleya ("Goodbye and Hello").

Choć w tamtym czasie rockowi muzycy powoli już zaczynali inspirować się jazzem (chociażby The Nice na "The Thoughts of Emerlist Davjack", zawierającym improwizację na bazie kompozycji "Blue Rondo a'la Turk" Dave'a Brubecka), jazzmani wciąż pozostawali całkowicie obojętni na rock. I trudno się temu dziwić, gdyż czysty jazz wciąż miał się świetnie. Miles Davis wydał dwa albumy nagrane ze swoim kwintetem ("Miles Smiles", "Sorcerer"), a członkowie jego zespołu byli aktywni także poza nim: Ron Carter udzielał się podczas licznych sesji różnych wykonawców, Wayne Shorter wydał solowy album "Adam's Apple", a Herbie Hancock stworzył ścieżkę dźwiękową do filmu "Powiększenie" (org. "Blow-Up") Michelangelo Antonioniego (na soundtracku wystąpiła też grupa Yardbirds w efemerycznym składzie z Jeffem Beckiem i Jimmym Page'em). 17 lipca niespodziewanie zmarł John Coltrane. Jeszcze przed śmiercią zdążył wydać album "Kulu Sé Mama" - jedno ze swoich największych arcydzieł - a wkrótce potem ukazał się "Expression". Ponadto, nowe albumy wydali m.in. Archie Shepp ("Mama Too Tight"), Albert Ayler ("Albert Ayler in Greenwich Village"), Bill Dixon ("Intents and Purposes"), Don Ellis ("Electric Bath"), Duke Ellington ("Far East Suite"), Freddie Hubbard ("Blue Spirits"), McCoy Tyner ("The Real McCoy"), Pharoah Sanders ("Tauhid"), Sam Rivers ("Contours") i Thelonious Monk ("Straight, No Chaser"). Bardzo interesującym przedsięwzięciem był wspólny projekt Irene Schweizer Trio, Manfreda Schoofa, Barneya Wilena i indyjskiego Dewan Motihar Trio, którzy wydali album "Jazz Meets India", będący pierwszym tak udanym połączeniem jazzu i muzyki hindustańskiej.

Miles Davis i Wayne Shorter.

W Polsce grano w tamtych czasach głównie jazz (np. "Seant" sekstetu Andrzeja Trzaskowskiego, "10 + 8" Andrzeja Kurylewicza), poezję śpiewaną (np. "Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego") i tzw. bigbit, z którego warto odnotować debiuty Czesława Niemena ("Dziwny jest ten świat"), oraz grupy Blackout ("Blackout"), która w następnym roku przerodziła się w Breakout.

*

5 najważniejszych / najbardziej wpływowych albumów 1967 roku:

5. Pink Floyd - "The Piper at the Gates of Dawn"
4. Cream - "Disraeli Gears"
3. The Jimi Hendrix Experience - "Are You Experienced"
2. The Velvet Underground - "The Velvet Underground & Nico"
1. The Beatles - "Sgt. Pepper's Lonely Heart Club Band"


5 moich ulubionych albumów rockowych 1967 roku:

5. Fifty Foot Hose - "Cauldron"
4. John Mayall and The Bluesbreakers - "A Hard Road"
3. The Doors - "The Doors"
2. Cream - "Disraeli Gears"
1. The Jimi Hendrix Experience - "Are You Experienced"


5 moich ulubionych albumów jazzowych 1967 roku:

5. Pharoah Sanders - "Tauhid"
4. Miles Davis Quintet - "Sorcerer"
3. Miles Davis Quintet - "Miles Smiles"
2. John Coltrane - "Kulu Sé Mama"
1. Dewan Motihar Trio / Irène Schweizer Trio / Manfred Schoof / Barney Wilen - "Jazz Meets India"




PS. Jeśli tekst ten będzie miał wiele wyświetleń i komentarzy, to kolejne części cyklu "50 lat temu..." mogą pojawiać się częściej, niż raz w roku (oczywiście już pod inną nazwą).

25 grudnia 2017

[Artykuł] Podsumowanie roku 2017



Mijający rok przyniósł kilka ważnych wydarzeń dla tej strony: w maju obchodziła pięciolecie istnienia, w lipcu przekroczona została liczba miliona odwiedzin, a w październiku dotychczasową nazwę Rock'n'Roll Will Never Die! zmieniłem na Pablo's Reviews. Na decyzję o zmianie nazwy wpłynęło kilka czynników, w tym jej niezgodność z adresem strony, statystyki wyszukiwanych słów kluczowych, ale też zmiana z tematyki rockowo-bluesowej (a wcześniej rockowo-metalowej) na rockowo-jazzowo-bluesową. Tradycyjnie, całkowita liczba wyświetleń w tym roku była wyższa niż w poprzednim. Największą popularnością cieszyły się teksty z cyklu "Looking Back" (dawniej "Podsumowanie miesiąca"), a także recenzje albumów grup Ramones i Breakout, oraz niektórych premierowych wydawnictw. 

Pod względem muzycznym nie był to specjalnie udany rok. O kondycji muzyki rockowej wielokrotnie już wspominałem w tegorocznych tekstach (choć prawdę mówiąc, w poprzednich kilkunastu latach nie było znacznie lepiej). Tym razem kompletnie zawiedli ci najbardziej popularni artyści. Nowe wydawnictwa Deep Purple ("Infinite"), Depeche Mode ("Spirit") i Rogera Watersa ("Is This the Life We Really Want?") to po prostu bezpieczne trzymanie się sprawdzonych patentów i już nadto wyeksploatowanej stylistyki. O ile jeszcze na dwóch ostatnich można znaleźć pojedyncze udane utwory, tak pierwszy jest z nich całkowicie wyjałowiony, a przy tym znacznie bardziej wymęczony. Podobnie ma się sprawa z nowym albumem Stevena Wilsona ("To the Bone"), który pomimo innych niż zwykle inspiracji, jest kolejnym rzemieślniczym produktem w typowo wilsonowskim stylu. Na brak weny najwyraźniej cierpi Mike Oldfield, który po raz kolejny nawiązał do własnego dzieła z przeszłości - choć tym razem wyjątkowo nie do zagranych już na milion sposobów "Dzwonów rurowych", a do "Ommadawn" ("Return to Ommadawn"). Niezrozumiałe są dla mnie poczynania Iana Andersona, który reaktywował Jethro Tull, by nagrać album z nowymi wersjami starych utworów grupy, zaaranżowanymi na kwartet smyczkowy ("The String Quartets"), a następnie wyruszył pod tym szyldem na trasę koncertową, w towarzystwie muzyków swojego solowego zespołu w miejsce dawnych członków Jethro Tull.

Z najsłynniejszych rockowych twórców Robert Plant ("Carry Fire") wciąż trzyma fason i odrzucając milionowe oferty za powrót Led Zeppelin, gra taką muzykę, jakiej tworzenie sprawia mu przyjemność. Szkoda, że nie każdego stać na nagrywanie czegoś innego, niż oczekują fani. Dobre albumy wydali także artyści, których sława minęła już dawno temu, ale pogodzili się z tym i zamiast próbować wrócić do głównego nurtu, po prostu robią to, co lubią i co wychodzi im najlepiej. Do tej kategorii zaliczają się John Mayall ("Talk About That") i Gregg Allman ("Southern Blood"), a poniekąd także Neil Young ("The Visitor"). Wielbicieli klasycznego rocka o bluesowym zabarwieniu z pewnością nie rozczarują - ale raczej też nie zachwycą - nowe wydawnictwa Gov't Mule ("Revolution Come... Revolution Go") i Savoy Brown ("Witchy Feelin'").

84-letni John Mayall wciąż w świetnej formie, co udowodnił na albumie "Talk About That".

Wśród młodych grup rockowych również panuje stagnacja. Moda na granie w stylu retro nie przemija, trudno znaleźć cokolwiek innowacyjnego. W ostatnim czasie głośno zrobiło się o amerykańskiej grupie Greta Van Fleet ("From the Fires"), która ponoć "odświeża oblicze rocka", a w rzeczywistości gra dokładnie to samo, co niemal pół wieku temu grał Led Zeppelin (tylko na niższym poziomie). Dla mnie największą nadzieją byli Australijczycy z King Gizzard and the Lizard Wizard, którzy na początku roku wydali swój dziewiąty album, "Flying Microtonal Banana" - pomimo ewidentnej inspiracji psychodelią z lat 60., brzmiący zaskakująco świeżo i intrygująco, głównie za sprawą zastosowania skal mikrotonowych. Niestety, zespół szybko rozwiał wszelkie nadzieje, wydając w krótkim czasie trzy kolejne albumy, z których żaden nie spełnił pokładanych oczekiwań. Bardzo przyjemny album wydali natomiast Norwedzy z Ulver ("The Assassination of Julius Caesar") - także utrzymany w klimacie retro, ale zupełnie innym, nawiązującym do synthpopu z lat 80. W podobnych klimatach próbował swoich sił Mariusz Duda pod szyldem Lunatic Soul ("Fractured"), jednak z dużo gorszym efektem. Cóż, scena retro-progresywna chyba nigdy nie zrozumie tego, o co chodziło w rocku progresywnym. Problem z tym mają także muzycy norweskiej grupy Wobbler ("From Silence to Somewhere"). Całkiem nieźle wypada natomiast połączenie klasycznego prog rocka z shoegazem w wykonaniu finlandzkiej grupy Kairon; IRSE! ("Ruination").

King Gizzard and the Lizard Wizzard - największa nadzieja i największe rozczarowanie 2017 roku.

Tegorocznego metalu praktycznie w ogóle nie śledziłem. Przesłuchałem tylko nowe albumy Danzig ("Black Laden Crown"), Elder ("Reflections of a Floating World"), Mastodon ("Emperor of Sand" + EPkę "Cold Dark Place"), Overkill ("The Grinding Wheel") i Stone Sour ("Hydrograd"), a także debiut nowej grupy Mike'a Pattona i Dave'a Lombardo, Dead Cross ("Dead Cross"). Do każdego z nich mam inne, mniej lub bardziej poważne zarzuty: amatorskie, demówkowe brzmienie Danziga, infantylna agresja oraz kompozytorska miernota Dead Cross i Stone Sour, a także kiepskie wokale u Elder i Mastodon. Najlepiej na tym tle wypada Overkill, jeśli przymknąć oko na rzemieślnictwo muzyków, bo od czasu świetnego "Ironbound" z 2010 roku, kolejne albumy zespołu zdają się być jego coraz bladszymi kopiami. Zupełnie niepotrzebne wydają się natomiast najnowsze koncertówki Black Sabbath ("The End: 4 February 2017, Birmingham") i Iron Maiden ("The Book of Souls: Live Chapter").

Całkiem dobrze ma się natomiast scena alternatywna, reprezentowana m.in. przez Brand New ("Science Fiction"), Chelsea Wolfe ("Hiss Spun") i LCD Soundsystem ("American Dream"), jak również scena elektroniczna, z takimi przedstawicielami, jak Carbon Based Lifeforms ("Derelicts"), Gas ("Narkopop"), Lotto ("VV"), czy Palmer Eldritch ("Natural Disaster"). Ukazało się też kilka interesujących albumów utrzymanych na pograniczu jazzu i elektroniki: "Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)" EABS, "Unfold" The Necks, a także dwa wydawnictwa klarnecisty Wacława Zimpela, nagrane z zespołem Saagara ("2") i w duecie z Jakubem Ziołkiem ("Zimpel / Ziołek"). Z polskich wydawnictw warto też wspomnieć o albumie "Plays Henry Purcell" Raphaela Rogińskiego. Natomiast z  przesłuchanych zagranicznych wydawnictw około-jazzowych, najlepsze wrażenie zrobił na mnie album "The Source" Tony'ego Allena (nigeryjskiego perkusisty, znanego ze współpracy z Felą Kutim), będący udaną mieszanką jazzu, funku i muzyki afrykańskiej. Rozczarował mnie natomiast "Blue Maqams" Anouara Brahema, nagrany z pomocą Dave'a Hollanda i Jacka DeJohnette'a (czyli jednej z najlepszych sekcji rytmicznych Milesa Davisa), który okazał się zwyczajnie nudny.

Wacław Zimpel.

W sumie przesłuchałem w tym roku ponad 50 albumów z premierowym materiałem studyjnym (pełna lista, wraz z ocenami, znajduje się tutaj), z których zdecydowaną większość wspomniałem powyżej. Poniżej przedstawiam natomiast listę subiektywnie wybranych tegorocznych albumów, które chciałbym dodatkowo wyróżnić i polecić. Wydawnictwa są uszeregowane alfabetycznie - w tym roku postanowiłem zrezygnować z układania albumów w kolejności od najgorszego do najlepszego, ze względu na większą rozpiętość gatunkową, utrudniającą porównanie poszczególnych pozycji. Część poniższych tytułów zawiera linki prowadzące do recenzji. Nie zdążyłem, niestety, zrecenzować wydawnictw EABS, Palmer Eldrith i Tony'ego Allena. Być może nadrobię to w przyszłości.




W tegorocznej ankiecie na ulubiony album roku wyraźną przewagę zdobył "Infinite" Deep Purple, choć dużą popularnością cieszyły się także "Carry Fire" Roberta Planta, "Flying Microtonal Banana" King Gizzard and the Lizard Wizard, "Is This the Life We Really Want?" Rogera Watersa, oraz "Talk About That" Johna Mayalla. Niestety, wyniki te nie mogą być traktowane poważnie, gdyż jedna lub kilka osób głosowało całymi seriami na swoje ulubione albumy lub, dla żartu, na te, które zostały przeze mnie negatywnie ocenione. Zabezpieczenia w ankietach Bloggera bardzo łatwo ominąć, dlatego jeśli w przyszłości będę robił takie ankiety, to będę musiał skorzystać z zewnętrznych formularzy, na które nie da się oddać więcej niż jeden głos.




W poprzednich podsumowaniach zamieszczałem listę albumów, które w danym roku zakupiłem na fizycznym nośniku. W tym roku nie ma to większego sensu, ponieważ o większości zakupów pisałem - lub napiszę - w cyklu "Looking Back" (dawnym "Podsumowaniu miesiąca"), poza tym pełna lista jest dostępna na moim profilu na Rate Your Music (link). Był to pierwszy rok od dawna, w trakcie którego nie kupiłem żadnego premierowego wydawnictwa. Najnowszy album został wydany w zeszłym roku, ale zawiera archiwalne nagrania z 1969 roku ("Machine Gun: The Fillmore East First Show 12/31/69" Jimiego Hendrixa). Najpóźniej zarejestrowanym jest natomiast "Brave New World" Iron Maiden z 2000 roku. Pozostałe albumy zostały oryginalnie wydane w latach 60. i 70., kilka w 80. (większość z nich to winylowe wydania z tamtych czasów, kilka to współczesne reedycje). Najwięcej kupiłem w tym roku albumów Gentle Giant (osiem tytułów - wszystkie, które chciałem mieć) i Milesa Davisa (siedem tytułów - do pełni szczęścia jeszcze wielu mi brakuje).



Na koniec warto jeszcze wspomnieć o tych, którzy w tym roku odeszli. W świecie muzycznym największym echem odbyły się zgony Chrisa Cornella i Chestera Benningtona, którzy sami odebrali sobie życie. Media rozpisywały się na ich temat przez całe miesiące, jednocześnie nie poświęcając wiele uwagi innym zmarłym muzykom, którzy bez wątpienia zasłużyli na nią o wiele bardziej, ze względu na swoje muzyczne osiągnięcia, takim jak: Jaki Liebezeit (Can), Butch Trucks (The Allman Brothers Band), Geoff Nicholls (Black Sabbath), John Wetton (King Crimson, Uriah Heep, Wishbone Ash i wiele innych), Larry Coryell, Chuck Berry, Allan Holdsworth (Soft Machine, Gong), Gregg Allman, Pierre Henry, John Abercrombie, Holger Czukay (Can), Tom Petty, a także bracia George i Malcolm Young.



A jaki dla Was był ten rok? Jak prezentują się Wasze listy najlepszych i najgorszych albumów?

22 grudnia 2017

[Recenzja] Camel - "Moonmadness" (1976)



Czwarty album Camel, "Moonmadness", to szczytowe osiągnięcie zespołu pod względem komercyjnym, a zarazem łabędzi śpiew oryginalnego składu grupy. Tym samym, longplay zamyka klasyczny okres działalności zespołu. I całkiem nieźle sprawdza się jako jego podsumowanie, choć przecież nie mógł to być celowy zabieg - basista Doug Ferguson podjął decyzję o odejściu dopiero tuż przed przystąpieniem zespołu do nagrywania kolejnego albumu. A jednak, "Moonmadness" zdaje się łączyć różne cechy poprzednich wydawnictw.

Na prostym, rockowym debiucie spokojnie mogłaby znaleźć się kompozycje "Another Night" i "Chord Changes". To jedne z najbardziej dynamicznych utworów grupy. Pierwszy z nich jest oparty na wręcz hardrockowym riffowaniu, uzupełnionym nieco funkową grą sekcji rytmicznej i organowo-syntezatorowymi ozdobnikami. Ostateczny efekt psuje niestety zbyt anemiczna partia wokalna. Drugi na szczęście jest instrumentalny - no prawie, bo w pewnym momencie pojawia się kiczowata wokaliza, budząca skojarzenia z poprzednim albumem, "The Snow Goose". Pierwszoplanową rolę odgrywają jednak ładne, melodyjne solówki gitarowe Andy'ego Latimera, z akompaniamentem wyrazistej gry sekcji rytmicznej i bardzo klasycznie brzmiących elektrycznych organów. Dwa dłuższe utwory, "Song Within a Song" (kolejny tracący przez słaby wokal) i instrumentalny "Lunar Sea", bliższe są natomiast stylistyki albumu "Mirage", czyli takiej prostszej, lecz przyjemnej odmiany rocka progresywnego, zorientowanej na dużą melodyjność i łagodny klimat. W obu utworach Peter Bardens wykorzystuje brzmienia syntezatorów, ale robi to ze smakiem, bez popadania w kicz. Niestety, są tu też takie kawałki, jak "Aristillus", "Spirit of the Water" i (mimo zgrabnych partii fletu) "Air Born", porównywalne pod względem naiwności i banału z co gorszymi momentami "The Snow Goose".

"Moonmadness" to typowy album Camel, mający te same wady, co wszystkie inne wydawnictwa grupy. Jak na rock progresywny jest to muzyka zdecydowanie zbyt zachowawcza, odtwórcza, prosta, łagodna i zupełnie pozbawiona eksperymentu. W kategorii bardziej wyrafinowanego pop rocka broni się natomiast doskonale. W porównaniu z poprzednim albumem (i wszystkimi kolejnymi) mniejsze jest stężenie naiwności i kiczu, dzięki czemu słucham go z o wiele większą przyjemnością. Choć z poczuciem, że mogłoby być znacznie lepiej, gdyby zaangażowano wokalistę z prawdziwego zdarzenia.

Ocena: 7/10



Camel - "Moonmadness" (1976)

1. Aristillus; 2. Song Within a Song; 3. Chord Change; 4. Spirit of the Water; 5. Another Night; 6. Air Born; 7. Lunar Sea

Skład: Andrew Latimer - gitara, flet, wokal (5,6); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (4); Doug Ferguson - bass, wokal (2); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne, głos (1)
Producent: Rhett Davies, Camel



Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.


21 grudnia 2017

[Recenzja] Black Country Communion - "BCCIV" (2017)



Czwarty album supergrupy Black Country Communion, wydany po niemal pięcioletniej przerwie w działalności, nie przynosi żadnych zaskoczeń. Muzycy wciąż grają klasycznego hard rocka, a producent Kevin Shirley dba o nowoczesne, męczące brzmienie. Dziesięć premierowych kompozycji można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się czadowe kompozycje w rodzaju "Collide", "Over My Head", czy najlepszego na albumie "The Crow", wyróżniającego się za sprawą uwypuklonej linii basu, oraz bardzo fajnej części instrumentalnej, podczas której kolejno rozbrzmiewają solówki na basie, organach i gitarze. Druga grupa to utwory, w których zespół niebezpiecznie skręca w bardziej popowym kierunku - vide banalne refreny "Wanderlust" i "Love Remains", wzbogacony smyczkami "The Last Song for My Resting Place", albo miałka ballada "When the Morning Comes". Kompozycje i aranżacje zdecydowanie nie są mocną stroną tego zespołu.

Szkoda, bo wykonanie stoi na całkiem dobrym poziomie. Glenn Hughes jest w doskonałej formie wokalnej, chyba najlepszej ze wszystkich hardrockowych wokalistów z jego pokolenia. Z basem też wciąż sobie świetnie radzi (co jednak nie zawsze słychać, z powodu kiepskiego masteringu). Joe Bonamassa może i nie błyszczy riffami, ale solówki gra niezłe. Podobnie jak Derek Sherinian, choć jemu zwykle przypada rola tworzenia tła lub dodawania ozdobników. Wystarczające umiejętności do grania takiej muzyki ma również Jason Bonham. Cóż jednak z tego, skoro utwory są kompletnie niezapamiętywalne i nie zachęcają do kolejnych przesłuchań. Gdy przyjdzie mi ochota na słuchanie Hughesa, sięgnę po purpurowe "Come Taste the Band", "Made in Europe" lub solowy "Play Me Out". Choć znam je wszystkie na pamięć, słuchanie ich przyniesie mi znacznie więcej radości.

Ocena: 5/10



Black Country Communion - "BCCIV" (2017)

1. Collide; 2. Over My Head; 3. The Last Song for My Resting Place; 4. Sway; 5. The Cove; 6. The Crow; 7. Wanderlust; 8. Love Remains; 9. Awake; 10. When the Morning Comes

Skład: Glenn Hughes - wokal i bass; Joe Bonamassa - gitara, wokal (3); Jason Bonham - perkusja i instr. perkusyjne; Derek Sherinian - instr. klawiszowe
Gościnnie: Gerry O'Connor - skrzypce (3); Kevin Shirley - instr. perkusyjne
Producent: Kevin Shirley


19 grudnia 2017

[Recenzja] Wacław Zimpel & Kuba Ziołek - "Zimpel / Ziołek" (2017)



Wacław Zimpel wydaje kolejne płyty z zadziwiającą w dzisiejszych czasach częstotliwością. Co prawda, daleko mu pod tym względem do grupy King Gizzard and the Lizard Wizard, która w tym roku wydała cztery premierowe albumy, jednak dwa longplaye rocznie to też niezły wynik. Na początku roku ukazał się drugi album zespołu Saagara, a przed dwoma miesiącami płytowego debiutu doczekał się jego najnowszy projekt, współtworzony z gitarzystą Jakubem Ziołkiem, znanym chociażby z takich zespołów, jak Stara Rzeka czy Alameda.

Na longplay składa się pięć utworów (ostatni jest dostępny wyłącznie na limitowanych wydaniach fizycznych - kompaktowym i winylowym). To bardzo klimatyczna muzyka, składająca się z orientalizująco-folkowych pasaży gitary akustycznej, jazzowych solówek na klarnecie, melodyjnych i delikatnych partii wokalnych Ziołka, oraz zapętlonych, repetycyjnych brzmień elektronicznych. Te ostatnie stały się obowiązkowym elementem twórczości Zimpela, od pewnego czasu zafascynowanego minimalizmem. Z płyty na płytę jego eksperymenty z elektroniką stają się coraz ciekawsze, lecz z drugiej strony - czy stosowanie ich w każdym z projektów, w które się angażuje (wcześniej na solowym "Lines", oraz z zespołami LAM i Saagara), nie doprowadzi do tego, że zaczną się one zlewać słuchaczom w jeden? Różnice między tymi projektami w sumie sprowadzają się do tego, że w jednym jest używana tylko elektronika i klarnet, w drugim towarzyszy im jazzowe pianino i perkusja, w trzecim indyjskie instrumenty, a w czwartym gitara akustyczna. Choć można też na to spojrzeć z innej strony - posiadanie własnego, rozpoznawalnego brzmienia to ewidentna zaleta, bardzo rzadko spotykana w dzisiejszych czasach.

"Zimpel / Ziołek" to bez wątpienia jeden z najładniejszych tegorocznych albumów, jakie dane mi było usłyszeć. Połączenie zimpelowego minimalizmu z ciepłymi partiami instrumentalnymi i wokalnymi Ziołka, dało naprawdę dobry efekt.

Ocena: 8/10



Wacław Zimpel & Kuba Ziołek  - "Zimpel / Ziołek" (2017)

1. Memory Dome; 2. Wrens I; 3. Elytra; 4. Fourth Molar; 5. Wrens II

Skład: Wacław Zimpel - klarnet, instr. klawiszowe, programowanie; Kuba Ziołek - wokal, gitara, instr. klawiszowe, programowanie
Producent: -


18 grudnia 2017

[Recenzja] The Rolling Stones - "On Air" (2017)



Nieco ponad rok temu historia The Rolling Stones zatoczyła koło. Wydany wówczas album "Blue and Lonesome" był powrotem do muzycznych korzeni grupy. Kolejne wydawnictwo grupy to jeszcze większa gratka dla wszystkich wielbicieli najwcześniejszego etapu kariery Stonesów. Album zatytułowany "On Air" to zbiór radiowych sesji zespołu, zarejestrowanych w studiach BBC w latach 1963-65. Mamy tu zatem do czynienia z najbardziej surowym, nieokrzesanym obliczem grupy, która nie wykraczała jeszcze poza rhythm'n'bluesowe schematy i instrumentarium. Podstawowe wydanie zawiera 18 utworów, a wersja deluxe przynosi 14 dodatkowych. Repertuar składa się w większości z przeróbek bluesowych i rock'n'rollowych standardów, z których tylko część powtarza się na regularnych albumach grupy. Możemy się przekonać, jak wielkim uwielbieniem muzycy darzyli wówczas Chucka Berry'ego - aż sześć utworów pochodzi z jego repertuaru ("Come On", "Roll Over Beethoven", "Memphis, Tennessee", "Around and Around", "Carol", "Beautiful Delilah"). Ponadto, znalazły się tu także pierwsze autorskie przeboje zespołu, "(I Can't Get No) Satisfaction" i "The Last Time", jak również kilka mniej oczywistych własnych kawałków ("The Spider and the Fly", "Little by Little" i "2120 South Michigan Avenue"). Wszystkie wykonania są bardzo zachowawcze, nie odbiegające od oryginalnych wersji - to jeszcze nie czasy rockowych improwizacji. Jakość brzmienia jest, niestety, różna w zależności od sesji - raz całkiem przyzwoita, kiedy indziej po prostu kiepska.

"On Air" to wydawnictwo skierowane wyłącznie dla wielbicieli The Rolling Stones z początku kariery. Dla nich będzie to doskonałe uzupełnienie wydanych wówczas albumów. Natomiast osób nie przepadających za wczesnymi Stonesami to wydawnictwo na pewno do nich nie przekona.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "On Air" (2017)

1. Come On; 2. (I Can't Get No) Satisfaction; 3. Roll Over Beethoven; 4. The Spider and the Fly; 5. Cops and Robbers; 6. It's All Over Now; 7. Route 66; 8. Memphis, Tennessee; 9. Down the Road a Piece; 10. The Last Time; 11. Cry to Me; 12. Mercy, Mercy; 13. Oh! Baby (We Got a Good Thing Goin'); 14. Around and Around; 15. Hi-Heel Sneakers; 16. Fannie Mae; 17. You Better Move On; 18. Mona

Deluxe Edition bonus CD: 1. I Wanna Be Your Man; 2. Carol; 3. I'm Moving On; 4. If You Need Me; 5. Walking the Dog; 6. Confessin' the Blues; 7. Everybody Needs Somebody to Love; 8. Little by Little; 9. Ain't That Lovin' You, Baby; 10. Beautiful Delilah; 11. Crackin' Up" Bo Diddley; 12. I Can't Be Satisfied; 13. I Just Want to Make Love to You; 14. 2120 South Michigan Avenue

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka; Bill Wyman - bass, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (CD1: 9, CD2: 7)
Producent: -


14 grudnia 2017

[Recenzja] Lotto - "VV" (2017)



W tym roku nie można narzekać na brak ciekawych polskich wydawnictw. Oczywiście należy ich szukać nie w mainstreamie, a w ofercie niezależnych wytwórni. Jednym z takich albumów jest "VV" - trzecie wydawnictwo warszawskiego tria Lotto, tworzonego przez gitarzystę Łukasza Rychlickiego, basistę Mike'a Majkowskiego i perkusistę Paweł Szpura. Choć skład wygląda na bardzo tradycyjny, sama muzyka zdecydowanie taka nie jest. Twórczość grupy określana jest mianem post-rocka; dla mnie brzmi raczej jak jakaś odmiana elektroniki, mieszcząca się gdzieś między noisem, industrialem, post-minimalizmem i ambientem. Materiał w znacznej części składa się z różnych szumów, pisków, pogłosów, a całość ma bardzo mechaniczny, repetycyjny charakter. Na tle całości na pewno wyróżnia się "Paperchase", za sprawą czystego brzmienia gitary, która występuje tu w głównej roli. Uwagę zwraca także najbardziej dynamiczny "Heel" - nie jest to jednak rockowa dynamika, bliżej jej do dynamiki muzyki... techno. Mnie ten utwór kojarzy się trochę z "On the Run" Pink Floyd, aczkolwiek więcej tu awangardowych dźwięków. Co ciekawe, motoryczny początek "Soil" również wywołuje floydowe skojarzenia i to jeszcze silniejsze - tym razem z "Welcome to the Machine". Największe wrażenie robi na mnie jednak finałowy "Ote", z pierwszoplanową partią kontrabasu, która rewelacyjnie buduje napięcie i wprowadza w trans.

Na pewno nie jest to album łatwy w odbiorze, przystępny dla każdego słuchacza, ale za to naprawdę intrygujący i wciągający. To bez wątpienia jedno z najciekawszych tegorocznych wydawnictw, które miałem okazję przesłuchać.

Ocena: 7/10



Lotto - "VV" (2017)

1. Soil; 2. Hazze; 3. Paperchase; 4. Heel; 5. Ote

Skład: Łukasz Rychlicki - gitara; Mike Majkowski - bass, kontrabas; Paweł Szpura - perkusja
Producent: -


12 grudnia 2017

[Recenzja] Greta Van Fleet - "From the Fires" (2017)



Kiepsko jest z kondycją rockowej sceny, jeśli jej objawieniem i nadzieją zostaje ogłoszony bodajże najbardziej wtórny i pozbawiony własnej tożsamości zespół, jaki dane było mi słyszeć. Muzycy amerykańskiej grupy Greta Van Fleet (naprawdę nie da się już wymyślić lepszej nazwy?) postanowili zostać jak najwierniejszym sobowtórem Led Zeppelin. I muszę przyznać, że to imitowanie wychodzi im naprawdę doskonale. Parę miesięcy temu przypadkiem słuchałem radia (celowo nie robię tego od lat) i akurat był odtwarzany jeden z ich utworów, a ja zastanawiałem się, czy nie przegapiłem informacji o opublikowaniu jakiegoś niewydanego wcześniej utworu Led Zeppelin. Stylizowane na lata 70. brzmienie to norma u retro-rockowych grup, ale ten zespół prócz tego posiada wokalistę, który potrafi śpiewać dokładnie tak, jak młody Robert Plant i bynajmniej nie ustępuje mu możliwościami.

Szkoda tylko, że swoje umiejętności i naturalne warunki głosowe wykorzystuje w najgorszy możliwy sposób. Maksymalnie odtwórczy, całkowicie pozbawiając się własnego charakteru. Ten sam problem dotyczy instrumentalistów, choć im akurat brak umiejętności, jakie mieli Jimmy Page, John Paul Jones i John Bonham. Riffy i solówki nie są nawet w połowie tak świetne, jak na albumach Led Zeppelin, a sekcja rytmiczna, cóż, po prostu gra prosty rytm, praktycznie nie zwracając na siebie uwagi. Otrzymujemy więc zespół, który brzmi dokładnie tak, jak inny zespół, ale pozostający za nim daleko w tyle, zarówno pod względem kompozytorskim, jak i wykonawczym (nie licząc wokalu). No więc po jaką cholerę tego słuchać? Spotkałem się z opinią, że to zespół dla ludzi, którzy bardzo lubią Led Zeppelin, ale już się osłuchali z jego nagraniami i chcieliby posłuchać nowych. Z doświadczenia wiem jednak, że przyjemność ze słuchania retro-rocka kończy się po najwyżej kilku przesłuchaniach. Potem, gdy przyjdzie ochota na słuchanie takiej muzyki, i tak wybierze się osłuchany oryginał, gdyż jest po prostu znacznie lepszy.

Czas przyjrzeć się bliżej wydawnictwu, które jest pretekstem do tej recenzji. "From the Fires" to druga pozycja w dyskografii zespołu, po wydanej wcześniej w tym roku EPce "Black Smoke Rising". Nowe wydawnictwo również kwalifikowane jest jako EPka, choć to w sumie pół godziny muzyki i aż osiem utworów. W czasach, gdy działał Led Zeppelin, nikt nie wahałby się z kwalifikowaniem tego materiału jako regularnego albumu. Repertuar składa się z całego materiału z poprzedniej EPki ("Safari Song", "Flower Power", "Highway Tune" i "Black Smoke Rising"), dwóch nowych kompozycji zespołu ("Edge of Darkness" i "Talk on the Street"), oraz dwóch przeróbek ("A Change Is Gonna Come" Sama Cooke'a i "Meet on the Ledge" Fairport Convention).

Wiele z tych kawałków w bezwstydny sposób nawiązuje do konkretnych kompozycji Led Zeppelin. Podobieństwa nigdy jednak nie przekraczają magicznej liczby czterech taktów, dzięki czemu muzycy unikną procesu o plagiat (Jimmy Page nie był tak sprytny). Przykłady? "Highway Tune" sporo czerpie z "The Rover", akustyczny "Flower Power" melodycznie i aranżacyjnie przypomina "Hey Hey What Can I Do", a w "Safari Song" słychać echa "In My Time of Dying". Zwróćcie uwagę, że nie są to jedne z najpopularniejszych utworów Led Zeppelin, a więc mniej obeznanym słuchaczom mogą wydawać się świeższe, niż są w rzeczywistości. W "Black Smoke Rising" i dwóch nowych autorskich kawałkach nie ma może aż tak oczywistych nawiązań do konkretnych utworów, ale to wciąż do bólu klasyczny hard rock, nieodbiegający daleko od stylistyki wiadomej grupy. Pozytywnym zaskoczeniem są natomiast oba covery, które pomimo uhardrockowienia, nie brzmią aż tak zeppelinowo, jak pozostałe, a wokalista zrezygnował z podrabiania Planta. W "A Change Is Gonna Come" pozostało nawet trochę soulowego klimatu oryginału, zaś "Meet on the Ledge" zdecydowanie zyskuje dzięki większej dawce energii i przebojowości.

Te dwie przeróbki pokazują, że zespół stać na odrobinę więcej, niż ślepe naśladowanie Led Zeppelin. To oczywiście wciąż za mało, by uznać go za objawienie czy choćby sensację na rockowej scenie. Przede wszystkim, muzycy musieliby nauczyć się pisać lepsze utwory i odnaleźć własną tożsamość. Mimo wszystko, "From the Fires" słucha się zaskakująco przyjemnie. Pod względem muzycznym jest to naprawdę solidne rzemiosło, a wokalu mogłaby pozazdrościć zdecydowana większość retro-rockowych grup. Wiem jednak, że już nigdy nie wrócę do tego wydawnictwa. Gdy najdzie mnie ochota na granie w stylu Led Zeppelin, sięgnę po pierwowzór.

Ocena: 6/10



Greta Van Fleet - "From the Fires" (2017)

1. Safari Song; 2. Edge of Darkness; 3. Flower Power; 4. A Change Is Gonna Come; 5. Highway Tune; 6. Meet on the Ledge; 7.Talk on the Street; 8. Black Smoke Rising

Skład: Joshua Michael Kiszka - wokal; Jacob Thomas Kiszka - gitara; Samuel Francis Kiszka - bass; Daniel Robert Wagner - perkusja
Producent: Al Sutton i Marlon Young


11 grudnia 2017

[Recenzja] Ulver - "The Assassination of Julius Caesar" (2017)



Norweski Ulver zaczynał od grania black metalu, by z czasem zwrócić się w stronę ambientowej elektroniki i post-rocka (w międzyczasie flirtując też z innymi stylistykami). W ostatnim czasie muzycy najwyraźniej doszli do wniosku, że dotychczasowa formuła się wyczerpała (lub po prostu takie granie przestało być opłacalne) i czas na kolejną zmianę stylu. Efektem jest tegoroczny album "The Assassination of Julius Caesar". To wciąż muzyka przepełniona brzmieniami elektronicznymi, lecz odświeżonymi żywszą rytmiką i wyrazistymi melodiami. Ten longplay to po prostu hołd dla elektronicznego popu lat 80., ale z zachowaniem dobrego smaku, bez popadania w przesadny kicz lub banał.

Skojarzenia idą przede wszystkim w stronę Depeche Mode. To ten sam rodzaj przebojowej, a zarazem dość mrocznej elektroniki. I zdecydowanie bliżej tutaj do późniejszych albumów brytyjskiej grupy, na których dźwięki generowane z syntezatorów są dopełniane brzmieniem tradycyjnych instrumentów. Utwory na "The Assassination of Julius Caesar" opierają się na rytmie prawdziwej perkusji, nierzadko pojawiają się też ostre partie gitary i saksofonu, świetnie wtapiające się w elektronikę. Porównując jednak ten album z ostatnimi dokonaniami Depeche Mode, dzieło Ulver okazuje się zdecydowanie ciekawsze. Już samo brzmienie jest lepsze, nie tak przytłumione i minimalistyczne. Niezwykle ważne w takiej muzyce są też nośne melodie. Na tegorocznym "Spirit" Depeszy ewidentnie ich brakuje. Byłby to znacznie lepszy album, gdyby znalazły się na nim takie kawałki, jak "Nemoralia" (trafnie wybrany na singiel), "Southern Gothic", czy "Transverberation". Całkiem nieźle wyszły tu też utwory o bardziej balladowym charakterze - "So Falls the World" i "Angelus Novus". Jedynie "1969" zespół zapędza się zbyt daleko w popowe rejony. Z drugiej strony, są tu też momenty, które wskazują na to, że Ulver jest zespołem z nie tylko komercyjnymi ambicjami. Najdłuższy na płycie "Rolling Stone" zaczyna się co prawda jak popowa piosenka, ale potem zmierza w nieco mniej przystępne rejony, ocierając się o atonalność. Z kolei finałowy "Coming Home" to dość intrygujące połączenie industrialu i ambientu, niemal całkiem pozbawione przebojowości reszty albumu.

"The Assassination of Julius Caesar" powinien spodobać się przede wszystkim wielbicielom Depeche Mode, szczególnie tym rozczarowanym ostatnimi dokonaniami tego zespołu i szukającymi substytutu. Ulver znakomicie odnalazł się w tej stylistyce.

Ocena: 7/10



Ulver - "The Assassination of Julius Caesar" (2017)

1. Nemoralia; 2. Rolling Stone; 3. So Falls the World; 4. Southern Gothic; 5. Angelus Novus; 6. Transverberation; 7. 1969; 8. Coming Home

Skład: Kristoffer Rygg - wokal, programowanie; Tore Ylvisaker - instr. klawiszowe, programowanie; Ole Alexander Halstensgård - instr. klawiszowe; Jørn H. Sværen - "różności"
Gościnnie: Ivar Thormodsæter - perkusja; Anders Møller - instr. perkusyjne; Stian Westerhus - gitara (1,2); Nik Turner - saksofon (2); Sisi Sumbundu - dodatkowy wokal (2,7); Rikke Normann - dodatkowy wokal (2); Daniel O'Sullivan - gitara (4,6); Håvard Jørgensen - gitara (7); Dag Stiberg - saksofon (8)
Producent: Ulver


8 grudnia 2017

[Recenzja] Saagara - "2" (2017)



Jednym z najciekawszych albumów mijającego roku okazuje się dzieło polskiego klarnecisty Wacława Zimpela i indyjskich instrumentalistów, współpracujących pod szyldem Saagara. Projekt ten narodził się w 2013 roku, a dwa lata później ukazał się debiutancki album, zatytułowany po prostu "Saagara". Zawarta na nim muzyka to połączenie klasycznej muzyki karnatackiej (czyli południowoindyjskiej) i jazzu, w podobny sposób, w jaki robiła to grupa Shakti Johna McLaughlina (tylko z klarnetem zamiast gitary). Wydany na początku bieżącego roku "2" przynosi nieco inną muzykę. Do powyższych inspiracji doszły wpływy minimalistycznej elektroniki. Podobne brzmienia pojawiły się już na dwóch zeszłorocznych albumach Zimpela (solowym "Lines" i "LAM" tak samo nazwanego tria), nagranych z istotną pomocą producenta Maurycego "Mooryca" Zimmermanna, który powraca w tej roli na "Dwójce" Saagary.

Co ciekawe, elektronika nie jest tu tylko dodatkiem, a szkieletem, wokół którego zbudowane są kompozycje. Tym samym, dominujące na debiucie partie indyjskich muzyków, tutaj są tylko jednym z elementów urozmaicających brzmienie. Zmieniła się też forma utworów, która stała się bliższa muzyce zachodniej. Zimpel w zapowiedzi albumu tłumaczył to w następujący sposób: Chciałem stworzyć materiał, w którym brzmienie hinduskie podporządkowane jest logice zachodnich form. Chciałem trochę odwrócić sytuację. Pierwszy album Saagary wymagał ode mnie bardzo dużego kroku w stronę tradycji karnatyckiej, która bez reszty mnie fascynuje. Ale pogodziłem się w końcu z tym, że nie zostanę hinduskim muzykiem klasycznym i postanowiłem pociągnąć muzyków z Saagary w zachodnią stronę. Zależało mi na odnalezieniu naszego oryginalnego brzmienia.

Faktycznie, zespół stworzył tutaj całkiem unikalne połączenie brzmień elektronicznych, jazzowych i orientalnych. Choć szkoda, że tych ostatnich jest znacznie mniej, niż na debiucie. Bogate brzmienia egzotycznych perkusjonaliów, determinujące brzmienie poprzedniego albumu, tutaj zwykle stanowią dodatek do elektronicznych bitów, lub ewentualnie się z nimi uzupełniają (np. w "Hoofbeat", "Ebb and Flow"). Jedyny wyjątek od tej reguły to najbardziej organiczny "Uprise". Mniejszą rolę odgrywają także skrzypce, które wyraźnie zaznaczają swoją obecność tylko w "Spring Fever", "Hot Blooded" i wspomnianym już "Uprise". Na przeciwnym biegunie leży natomiast "Morphidia", w którym w ogóle nie słychać indyjskich instrumentów.

Mimo wszystko, ostateczny efekt wydaje mi się dużo ciekawszy od dość monotonnego i niezbyt oryginalnego debiutu. Utwory są bardziej różnorodne, nie tylko ze względu na poszerzenie instrumentarium, ale także większego zróżnicowania klimatu (oprócz utworów o typowym dla muzyki indyjskiej, kontemplacyjnym charakterze, pojawiają się też trochę żywsze momenty, jak "Lanes" i "Morphida"). Jednak największą zaletą tego albumu są przepiękne, ciepłe partie klarnetu. Solówki na tym instrumencie w takich utworach, jak "Daydream", "Ebb and Flow" i "Lanes", to prawdopodobnie najładniejsze dźwięki, jakie słyszałem na tegorocznych albumach.

Ocena: 8/10



Saagara - "2" (2017)

1. Daydream; 2. Spring Fever; 3. Hoofbeat; 4. Uprise; 5. Hot Blooded; 6. Ebb and Flow; 7. Lanes; 8. Morphidia

Skład: Wacław Zimpel - klarnet, khaen; Mysore N. Karthik - skrzypce; Giridhar Udupa - ghatam; Bharghava Halambi - kanjira;  K Raja - thavil; Pramath Kiran - tabla, drumla
Gościnnie: Maurycy "Mooryc" Zimmermann - instr. klawiszowe
Producent: Maurycy "Mooryc" Zimmermann


6 grudnia 2017

[Recenzja] John Coltrane Quartet - "The John Coltrane Quartet Plays" (1965)



"The John Coltrane Quartet Plays", wydany pół roku po słynnym "A Love Supreme", nie był tak wielkim sukcesem komercyjnym, jak jego poprzednik. Dlatego i dziś nie wymienia się go jednym tchem z innymi ważnymi dziełami saksofonisty. Niewątpliwie jest to jednak ważny album w jego karierze, stanowiący swego rodzaju pomost pomiędzy wcześniejszymi, melodyjnymi dokonaniami Trane'a, a jego późniejszymi eksperymentami na gruncie free jazzu. Gra Johna stała się tutaj bardziej agresywna i atonalna, momentami lekko drażniąca. Na pewno nie jest to tak przystępna muzyka, jak ta zaproponowana na "A Love Supreme". Nie zostało tu też nic z uduchowionego charakteru poprzedniego albumu - zastąpił go pewien niepokój, mroczniejszy nastrój. McCoy Tyner i Jimmy Garrison dbają jednak o utrzymanie melodii, niejako poskramiając freejazzowe zapędy lidera.

Materiał zawarty na albumie nie jest w pełni premierowy. Kompozycja "Brazilia" była wykonywano na żywo już na początku lat 60. (chociażby na pamiętnych występach w klubie Village Vanguard), natomiast "Song of Praise" po raz pierwszy został zarejestrowany rok wcześniej, w trakcie sesji nagraniowej "Crescent" (oba utwory to kompozycje Coltrane'a). Repertuaru dopełniają przeróbki: "Chim Chim Cheree" z musicalu "Mary Poppins", oraz "Nature Boy" nagranego po raz pierwszy przez Nata Kinga Cole'a.

Oba cudzesy zmieniły się nie do poznania, z prostych, w sumie banalnych piosenek stając się fantastycznymi przykładami awangardowego jazzu. Skomplikowano warstwę rytmiczną, dodano długie solówki. "Chim Chim Cheree" opiera się na typowym dla wcześniejszych dokonań Coltrane'a schemacie (solo na saksofonie - solo na pianinie - solo na saksofonie), ale jego gra jest znacznie bardziej agresywna; chyba nigdy wcześniej jego saksofon sopranowy nie brzmiał aż tak ostro i przeszywająco. Ale ten utwór to jeszcze nic przy naprawdę niesamowitym "Nature Boy". Zaczyna się balladowo, ze świetnym klimatem i piękną melodią, by stopniowo nabierać coraz bardziej atonalnego charakteru. Gościnnie w utworze wystąpił drugi kontrabasista - częsty współpracownik Trane'a, Art Davis - którego partie, grane smyczkiem, doskonale wpasowują się w awangardowy charakter kompozycji.

Nie gorzej wypada autorski materiał. Początek "Brazilia", z samym saksofonem i perkusją, to wyraźna zapowiedź późniejszych eksperymnetów Johna (przede wszystkim wydanego pośmiertnie "Interstellar Space", na którym słychać tylko te dwa instrumenty), lecz dalsza część osadzona jest jeszcze w bopowej stylistyce. To jednak nie przeszkadza, bo gra i współpraca kwartetu jest wyśmienita. Ten utwór to przede wszystkim popis Elvina Jonesa, którego mocne bębnienie zdecydowanie wybija się na pierwszy plan. Z kolei "Song of Praise" zaczyna się od świetnej, ponad dwuminutowej solówki Garrisona (od czasu dołączenia Jimmy'ego do kwartetu Coltrane'a, solówki na kontrabasie stały się regularnym elementem jego twórczości). Zasadnicza część utworu to ballada, ale nie żadne tam archaiczne smęcenie, tylko piękny utwór z niebanalną grą instrumentalistów, momentami zahaczający o bardziej awangardowe rejony.

"The John Coltrane Quartet Plays" to kolejne wielkie dzieło Johna Coltrane'a, a zarazem chyba jego najbardziej niedoceniany album - pomijany we wszelakich zestawieniach i traktowany po macoszemu w biograficznych materiałach na temat saksofonisty. Moim zdaniem dzieje się tak wyłącznie dlatego, że longplay ukazał się pomiędzy dwoma nieporównywalnie bardziej niezwykłymi i inspirującymi dziełami - "A Love Supreme" i "Ascension".

Ocena: 9/10



John Coltrane Quartet - "The John Coltrane Quartet Plays" (1965)

1. Chim Chim Cheree; 2. Brazilia; 3. Nature Boy; 4. Song of Praise

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Gościnnie: Art Davis - kontrabas (3)
Producent: Bob Thiele


4 grudnia 2017

[Recenzja] Television - "Marquee Moon" (1977)



Punkrockowa rewolucja niewątpliwie miała wiele negatywnych następstw. Takich jak całkowita zmiana oblicza przemysłu fonograficznego i muzycznego mainstreamu, które odcięły się od bardziej ambitnych rodzajów muzyki. Lecz z drugiej strony, równolegle z punk rockiem pojawiły się takie nurty, jak post-punk czy new wave, ściśle z nim powiązane, ale pod wieloma względami będące jego przeciwieństwem. Przede wszystkim była to muzyka znacznie bardziej wartościowa artystycznie, nie tak prostacka i prymitywna. W tzw. podziemiu działało wiele grup, które eksperymentowały i poszukiwały nowych rozwiązań, niejako przejmując rolę pełnioną dotychczas przez progrockowych gigantów, którzy w tamtym czasie woleli się skupiać na pisaniu popowych przebojów, aby tylko utrzymać się w mainstreamie.

Co ciekawe, więcej ambitnego punku (choć brzmi to jak oksymoron, wcale nim nie jest) powstawało w Stanach, niż w Wielkiej Brytanii. Wiele interesujących rzeczy działo się na scenie nowojorskiej, której jednym z najważniejszych i najlepszych przedstawicieli jest grupa Television. Zespół rozpoczął karierę w 1973 roku, a cztery lata później opublikował swój debiutancki album "Marquee Moon", uważany za jedno z najbardziej wpływowych dzieł muzyki rockowej. Od razu warto zaznaczyć, że zawarta na nim muzyka niewiele ma wspólnego z prymitywną twórczością Ramones czy Sex Pistols. Punkowa jest tu tylko warstwa wokalna. Śpiew Toma Varlaine'a nie jest może tak bełkotliwy, jak u Joeya Ramone'a czy Johnny'ego Rottena, ale i tak jego maniera bywa irytująca. Warstwa instrumentalna jest natomiast nieporównywalnie bardziej wyrafinowana, niż u wspomnianych wykonawców. Muzycy na pewno potrafią grać. Sekcja rytmiczna stara się urozmaicać swoją grę, a partie dwóch uzupełniających się gitar są wręcz porywające. Przoduje pod tym względem zwłaszcza dziesięciominutowy utwór tytułowy, w którym blisko połowę zajmują świetne gitarowe popisy. Choć do Television przylgnęła etykietka grupy post-punkowej, wyraźnie słychać tu inspiracje klasycznym rockiem (aczkolwiek nie brakuje również nowocześniejszych rozwiązań, charakterystycznych dla późnych lat 70. i kolejnej dekady). Wiele solówek, a także melodii, przypomina mi wczesną twórczość Quicksilver Messenger Service (szczególnie "Venus", ale też np. instrumentalna część tytułowego), kiedy indziej słyszę podobieństwa do Stonesów (zwłaszcza w balladzie "Guiding Light"). A skoro już mowa o melodiach, to te są często kapitalne, żeby wymienić tylko "See No Evil", "Prove It", czy najbardziej chwytliwy "Venus". Wspomnieć należy także o niesamowitym, podniosłym, lecz nie popadającym w pretensjonalność, finale albumu - "Torn Curtain".

"Marquee Moon" nie jest może szczególnie nowatorskim albumem - mamy tu raczej do czynienia z uwspółcześnieniem klasycznego rocka, a nie czymś zupełnie nowym - ale za to bardzo wpływowym. Do dziś czerpie z niego cała rockowa alternatywna (zarówna ta prawdziwa, jak i ta alternatywna tylko z nazwy). A że niewielu naśladowców - o ile jakikolwiek - tworzyło tak interesującą muzykę, to już nie wina Television.

Ocena: 9/10



Television - "Marquee Moon" (1977)

1. See No Evil; 2. Venus; 3. Friction; 4. Marquee Moon; 5. Elevation; 6. Guiding Light; 7. Prove It; 8. Torn Curtain

Skład: Tom Verlaine - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Richard Lloyd - gitara, dodatkowy wokal; Fred Smith - bass, dodatkowy wokal; Billy Ficca - perkusja
Producent: Andy Johns i Tom Verlaine


1 grudnia 2017

[Recenzja] Miles Davis - "Live-Evil" (1971)



"Live-Evil" to dość specyficzny album koncertowy. Koncertowy materiał przeplata się tutaj z nagraniami studyjnymi, zaś same nagrania z występów zostały poddane drastycznej obróbce studyjnej, za którą tradycyjnie odpowiada Teo Macero. Większość materiału została zarejestrowana w waszyngtońskim klubie The Cellar Door. Miles występował tam przez cztery wieczory z rzędu, pomiędzy 16-19 grudnia 1970 roku. Towarzyszyli mu wówczas Keith Jarrett, Michael Henderson, Jack DeJohnette, Airto Moreira, oraz nowy saksofonista Gary Bartz. Ponadto, ostatniego dnia dołączył do nich John McLaughlin. I właśnie nagrania z 19 grudnia (ściślej mówiąc: z drugiego i trzeciego setu) zostały wykorzystane na "Live-Evil".

Choć tytuły poszczególnych ścieżek mogą sugerować zupełnie premierowy materiał, często kryją się pod nimi znane motywy: "Sivad" to fragmenty wykonań "Directions" i "Honky Tonk" z drugiego setu (Macero wykorzystał tu także urywek studyjnej wersji "Honky Tonk"), natomiast "Funky Tonk" i "Inamorata" to skrót trzeciego setu - na ten pierwszy utwór złożyły się fragmenty "Directions" i improwizacji "Funky Tonk", a na drugi dalsza część "Funky Tonk" oraz skrócone "Sanctuary" i "It's About That Time", jak również zarejestrowana w studiu recytacja Conrada Robertsa oraz fragmenty wykonań "Sanctuary" i "It's About That Time" z innych występów (data i miejsce ich nagrania są nieznane). Jedynie improwizacja "What I Say" z drugiego setu została zamieszczona tutaj w całości (oprócz ostatnich kilkunastu sekund). Wszystkie te utwory to niesamowicie intensywne, mocno improwizowanie granie, o brudnym, ciężkim brzmieniu, czasem ocierające się wręcz o kakofonię. Sekcja rytmiczna gra w mocny, rockowy sposób, często dodając funkowy puls. Ostre solówki Davisa i Bartza brzmią przeszywająco, zaś klawisze Jarretta czasem dodają nieco subtelności i wyrazistych melodii, by kiedy indziej atakować przesterowanym brzmieniem. Nie można zapomnieć o gitarze McLaughlina, która zwykle brzmi tu tak samo agresywnie, jak na nagranym jakiś czas później debiucie Mahavishnu Orchestra, a w "Honky Tonk" podkreśla bluesowy charakter.

Cztery utwory studyjne stanowią, pod względem czasowym, niewielki procent całości - to w sumie ledwie kwadrans ze 100-minutowego wydawnictwa. Najstarszy utwór, "Medley: Gemini / Double Image", zarejestrowany został w lutym 1970 roku, w nieco innym składzie, niż nagrania koncertowe - z Waynem Shorterem zamiast Bartza, Chickiem Coreą i Joem Zawinulem zamiast Jarretta, Davem Hollandem w miejsce Hendersona, oraz Billym Cobhamem jako drugim perkusistą. Jest to dość nietypowe nagranie w dorobku Davisa, zdominowane przez bardzo ostrą, przesterowaną partię gitary. Gra pozostałych muzyków jest dla odmiany bardzo stonowana, co tworzy ciekawy kontrapunkt. Pozostałe utwory, "Little Church", "Nem Um Talvez" i "Selim", zostały natomiast nagrane w czerwcu, znów w nieco innym składzie, obejmującym Davisa, McLaughlina, DeJohnette'a, Moreirę, oraz Steve'a Grossmana na saksofonie, Rona Cartera lub Dave'a Hollanda na basie, trzech klawiszowców - Jarretta, Coreę i Herbiego Hancocka, oraz śpiewającego perkusistę Hermeto Pascoala. Pomimo różnych tytułów, wszystkie trzy utwory to różne podejścia do tego samego, balladowego tematu, skomponowanego przez Pascoala (na okładce albumu ich autorstwo zostało przypisane jednak Davisowi, co wkurzyło rzeczywistego twórcę i zakończyło jego współpracę z trębaczem). Fajnie, że pojawiło się takie urozmaicenie, choć byłoby chyba lepiej, gdyby zamieszczono tylko jedną wersję, a zamiast zamiast dwóch pozostałych wybrano coś innego (podczas sesji do "Jacka Johnsona" powstało mnóstwo znacznie ciekawszego materiału, który wydano dopiero po latach).

W 2005 roku ukazał się obszerny, 6-płytowy boks "The Cellar Door Sessions 1970", zawierający zapis znacznej części grudniowych występów zespołu Davisa w The Cellar Door. Na każdej płycie znalazła się pełna rejestracja jednego setu: po jednym z pierwszego i drugiego dnia, oraz po dwa z trzeciego i czwartego. Dwie ostatnie płyty są zatem rozszerzoną wersją tego, co znalazło się na "Live-Evil" (nie licząc nagrań studyjnych, które wydano w innych boksach: "Medley" w "The Complete Bitches Brew Sessions", a pozostałe w "The Complete Jack Johnson Session"). Repertuar podczas każdego setu był bardzo zbliżony (choć podczas najwcześniejszego zagrano "Yesternow" zamiast "Honky Tonk"), jednak wykonania znacznie się różnią - warto je wszystkie przesłuchać, porównać, wyłapać różnice. Jeśli ktoś jednak woli poznać samą esencję - "Live-Evil" daje bardzo dobry pogląd na to, jak wyglądały ówczesne występy Milesa Davisa.

Ocena: 9/10
dot. oryginalnego albumu



Miles Davis - "Live-Evil" (1971)

LP1: 1. Sivad (live); 2. Little Church; 3. Medley: Gemini / Double Image; 4. What I Say (live); 5. Nem Um Talvez
LP2: 1. Selim; 2. Funky Tonk (live); 3. Inamorata (live)

Skład: Miles Davis - trąbka; Gary Bartz - saksofon i flet (LP1: 1,4, LP2: 2,3); Steve Grossman - saksofon (LP1: 2,5, LP2: 1); Wayne Shorter - saksofon (LP1: 3); John McLaughlin - gitara (LP1: 1-4, LP2: 2,3); Keith Jarrett - instr. klawiszowe (oprócz LP1: 3); Herbie Hancock - instr. klawiszowe (LP1: 2,5, LP2: 1); Chick Corea - instr. klawiszowe (LP1: 2,3,5, LP2: 1); Joe Zawinul - instr. klawiszowe (LP1: 3); Michael Henderson - bass (LP1: 1,4, LP2: 2,3); Dave Holland - bass i kontrabas (LP1: 2,3); Ron Carter - kontrabas (LP1: 5, LP2: 1); Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne; Hermeto Pascoal - wokal i perkusja (LP1: 2,5, LP2: 1), elektryczne pianino (LP1: 2); Billy Cobham - perkusja (LP1: 3); Khalil Balakrishna - sitar (LP1: 3)
Gościnnie: Conrad Roberts - narracja (LP2: 3)
Producent: Teo Macero


Miles Davis - "The Cellar Door Sessions 1970" (2005)

CD1: December 16 (first set): 1. Directions; 2. Yesternow; 3. What I Say; 4. Improvisation #1; 5. Inamorata
CD2: December 17 (second set): 1. What I Say; 2. Honky Tonk; 3. It's About That Time; 4. Improvisation #2; 5. Inamorata; 6. Sanctuary
CD3: December 18 (second set): 1. Directions; 2. Honky Tonk; 3. What I Say
CD4: December 18 (third set): 1. Directions; 2. Honky Tonk; 3. What I Say; 4. Sanctuary; 5. Improvisation #3; 5. Inamorata
CD5: December 19 (second set): 1. Directions; 2. Honky Tonk; 3. What I Say
CD6: December 19 (third set): 1. Directions; 2. Improvisation #4; 3. Inamorata; 4. Sanctuary; 5. It's About That Time

Skład: Miles Davis - trąbka; Gary Bartz - saksofon i flet; Keith Jarrett - instr. klawiszowe; Michael Henderson - bass; Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne (oprócz CD1); John McLaughlin - gitara (CD5,6)
Producent: Teo Macero

Uwaga: Tytuł "Inamorata" na "Live-Evil" dotyczy miksu ostatnich kilkunastu minut "Funky Tonk", fragmentów "Sanctuary" i "It's About That Time", oraz narracji Conrada Robertsa. Na "The Cellar Door Sessions 1970" tytuł ten nie powinien się zatem w ogóle pojawić, jednak użyto go błędnie zamiast tytułu "Funky Tonk".


30 listopada 2017

[Recenzja] Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)



Zwykle pierwszą recenzję danego wykonawcy zaczynam od krótkiej notki biograficznej. Tym razem jest to zupełnie zbyteczne. Herbie Hancock to jeden z tych muzyków, których nie trzeba przedstawiać. Jeden z najpopularniejszych twórców współczesnego jazzu, mający na koncie zarówno wybitne albumy, doceniane przez znawców i koneserów, jak i spore sukcesy w mainstreamie (nie tylko jazzowym). Sądzę, że większość Czytelników miała kontakt z jego twórczością. Jeśli nie poprzez jego liczne solowe albumy lub nie mniej liczne albumy innych wykonawców, na których się udzielał, to dzięki filmom, do których nagrywał muzykę.

Najważniejszy, pod względem artystycznym, okres solowej twórczości Herbiego przypadł na początek lat 70. Dokonania z poprzedniej dekady - a w każdym razie te dla wytwórni Blue Note, utrzymane w stylistyce hard bopu i jazzu modalnego - to naprawdę przyjemna muzyka, perfekcyjnie wykonana, ale też dość bezpieczna i zachowawcza, bez eksperymentów, jakie cechowały ówczesną twórczość Johna Coltrane'a, Milesa Davisa, czy Ornette'a Colemana. Nie ma co ukrywać, że takie granie dziś trafia do dość wąskiego grona odbiorców. Raczej nie ma szans zainteresować np. słuchaczy rocka (w przeciwieństwie do późniejszych dokonań Hancocka). Dlatego omówię tu tylko najważniejsze albumy z tego okresu, zaczynając od czwartego w dyskografii "Empyrean Isles". A jeśli komuś się spodobają - zachęcam do sięgnięcia także po pozostałe, bo prezentują one zbliżony poziom.

"Empyrean Isles" został zarejestrowany 17 czerwca 1964 roku w słynnym Van Gelder Studio. Herbiemu w nagraniach towarzyszyli basista Ron Carter, perkusista Tony Williams, oraz grający na kornecie Freddie Hubbard. Hancock, Carter i Williams od blisko roku występowali razem w kwintecie Milesa Davisa. Pianista współpracował już wcześniej także z Hubbardem, więc muzycy dobrze się rozumieją. Longplay składa się z czterech, dość rozbudowanych kompozycji. O ile utwory z pierwszej strony winylowego wydania - "One Finger Snap" i oparty na fajnym basowym temacie "Oliloqui Valley" - to po prostu świetnie zagrany, rozimprowizowany hard bop, tak strona B ociera się już o prawdziwy geniusz. "Cantaloupe Island" został zbudowany na rewelacyjnym bluesowym motywie, będącym doskonałym punktem wyjścia do improwizacji. To jeden z najsłynniejszych i najbardziej chwytliwych tematów jazzowych. Z kolei finałowy, niemal 15-minutowy "The Egg", to najambitniejszy utwór w wczesnym dorobku Hancocka, nawiązujący do współczesnej muzyki klasycznej. Ciekawie wypadają partie Cartera, używającego smyczka do gry na kontrabasie.

"Empyrean Isles" to zdecydowanie mój ulubiony z akustycznych albumów Herbiego Hancocka. a nawet jedno z ulubionych jazzowych wydawnictw dekady lat 60. Gorąco polecam.

Ocena: 8/10



Herbie Hancock - "Empyrean Isles" (1964)

1. One Finger Snap; 2. Oliloqui Valley; 3. Cantaloupe Island; 4. The Egg

Skład: Herbie Hancock - pianino; Freddie Hubbard - kornet; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion