1 grudnia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Blue & Lonesome" (2016)



Premiera nowego albumu tak zasłużonej grupy, jak The Rolling Stones, to wielkie muzyczne wydarzenie. Zwłaszcza, że od opublikowania poprzedniego wydawnictwa z premierowym materiałem minęło jedenaście lat. Nie da się jednak ukryć, że muzycy poszli na maksymalną łatwiznę. Cała sesja nagraniowa trwała zaledwie trzy dni, a na repertuar złożyły się wyłącznie przeróbki starych kawałków bluesowych. Może w ten sposób zespół chciał zatoczyć pełen krąg i wrócić do swoich korzeni (choć przecież nawet na pierwszych albumach, oprócz licznych coverów, były też autorskie kompozycje). A może chodziło po prostu o trochę dobrej zabawy w gronie sprawdzonej ekipy. W nagraniach, oprócz oczywiście członków grupy, uczestniczyli bowiem także stali współpracownicy - basista Darryl Jones, oraz klawiszowcy Chuck Leavell i Matt Clifford - jak również zaprzyjaźnieni muzycy - Eric Clapton i Jim Keltner. Naprawdę słychać tutaj panującą podczas sesji swobodną atmosferę.

I być może dlatego słucha się tego materiału naprawdę przyjemnie. Kompozycje zachowały swój bluesowy charakter, ale nabrały większej energii. Mnóstwo tutaj świetnej harmonijki i do bólu klasycznych, ale pewnie dzięki temu tak udanych gitarowych zagrywek i solówek. A wprost powalający jest wokal Micka Jaggera, który mimo swoich 73 lat śpiewa z witalnością, jakiej pozazdrościć mogą niezliczeni młodsi wokaliści. Jeśli zaś chodzi o repertuar - muzycy sięgnęli po niego do dorobków takich klasyków bluesa, jak Willie Dixon, Howlin' Wolf, Little Walter, Memphis Slim, czy Eddie Taylor. Wybrali jednak mniej znane kompozycje, zamiast ogranych standardów. Wyjątek stanowi "I Can't Quit You Baby" Otisa Rusha i akurat ten utwór mogli sobie darować, bo nie wnieśli do niego niczego, co przebiłoby słynną wersję Led Zeppelin. Choć przyznaję, partie Claptona zachwycają. Podobnie jak w drugim utworze, w którym zagrał, "Everybody Knows About My Good Thing" Johnny'ego Taylora - tym większa szkoda, że na swoich solowych albumach nie chce grać w ten sposób. Z pozostałych utworów wyróżniłbym przede wszystkim wydane na singlach, bardzo przebojowe "Just Your Fool" Buddy'ego Johnsona i "Hate to See You Go" Waltera, które porwały mnie od pierwszego przesłuchania i znacznie zwiększyły moje oczekiwania wobec całości. Niestety, równie porywająco wypada jeszcze tylko "Commit a Crime" Wolfa, oraz udramatyzowana ballada "Blue and Lonesome" Slima. A reszta? Poprawny blues rock, dość sztampowy, ale nadspodziewanie dobrze zagrany.

"Blue & Lonesome", mimo swoich niezaprzeczalnych wad, jest najlepszą rzeczą, jaką Stonesi wypuścili od dekad. W końcu grają na pełnym luzie, z energią, jakiej nie było w ich nagraniach od dawna. A sięgnięcie po cudze kompozycje może i było szczytem lenistwa, ale kiedy ostatnio panowie Jagger i Richards sami napisali coś na poziomie np. "Just Your Fool"? Całkiem możliwe, że trzeba by się cofnąć aż do końca lat 70. i  wydanego wówczas albumu "Some Girls". Wydanie albumu z coverami było zatem najsłuszniejszym posunięciem. Słucha się tego o wiele lepiej i przyjemniej, niż wymęczonych wypocin Stonesów z ostatniego ćwierćwiecza albo i dłuższego okresu.

Ocena: 9/10



The Rolling Stones - "Blue & Lonesome" (2016)

1. Just Your Fool; 2. Commit a Crime; 3. Blue and Lonesome; 4. All of Your Love; 5. I Gotta Go; 6. Everybody Knows About My Good Thing; 7. Ride 'Em On Down; 8. Hate to See You Go; 9. Hoo Doo Blues; 10. Little Rain; 11. Just Like I Treat You; 12. I Can't Quit You Baby

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Darryl Jones - bass; Eric Clapton - gitara (6,12); Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Matt Clifford - instr. klawiszowe; Jim Keltner - instr. perkusyjne (9)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


6 komentarzy:

  1. Rzeczywiście to najlepsza ich płyta co najmniej od końca lat 70'. Fajnie, bo spodziewałem się totalnej maniany.

    A z tym podwójnym winylem sądzę, że chodzi o to - oprócz ciągnięcia z ludzki kasy oczywiście - , że w czasach bardzo dawnych płyty tyle trwały, więc to może być nawiązanie do klasycznego bluesa wydawanego na ep ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wtedy powinny to być płyty 10-calowe, tak jak w tamtych czasach. Szczerze mówiąc, nie widziałem jeszcze tego albumu, ale podejrzewam, że wydano go na 12-calowych płytach, zostawiając mnóstwo wolnego miejsca.

      Usuń
  2. Świetna płyta, nie trudno ich podziwiać, tyle lat na scenie i ciągle tworzą coś niesamowitego z pasją i zaangażowaniem, co na prawdę wpada w ucho ;) Bardzo fajna recenzja, pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, cóż to za wspaniały powrót. Cudowna, niewymuszona muzyka, zagrana prosto z serca. Mick w niesamowitej formie wokalnej, co było dla mnie zaskoczeniem, bo wydawało mi się, że jego głos najlepsze lata ma już dawno za sobą. Ode mnie również 8/10 i czekam na nowe utwory autorstwa Micka i Keitha :).

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy 8 to aby nie jest trochę za dużo jak na płytę z coverami?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest. Zwłaszcza w przypadku bluesa, którego wręcz obowiązkowym elementem jest granie standardów. I na pewno nie w przypadku, gdy te covery są tak dobre, że przebijają większość autorskich kompozycji coverującego.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.