21 grudnia 2016

[Recenzja] Svvamp - "Svvamp" (2016)



Niewiele by brakowało, a przegapiłbym jeden z najciekawszych debiutów tego roku. Svvamp to pochodzące ze Szwecji bluesrockowe power trio, które swoją twórczością oddaje hołd takim wykonawcom, jak Cream, The Jimi Hendrix Experience, Free czy Led Zeppelin. Co zresztą widać już po samych tytułach utworów, jak "Fresh Cream" czy "Free at Last" - brzmią znajomo, prawda? Trzeba jednak przyznać, że takie granie wychodzi im całkiem nieźle. Nie tylko brzmienie, stylizowane na przełom lat 60. i 70., jest tutaj klasycznie. Muzycy doskonale czują taką muzykę, co słychać w każdym granym przez nich dźwięku. Mnóstwo tutaj świetnych gitarowych riffów, zagrywek i solówek, a sekcja rytmiczna nie ogranicza się do banalnego akompaniamentu - każdy instrument zdaje się być tak samo ważny, wszystkie idealnie ze sobą współgrają. Całkiem nieźle wypadają też partie wokalne perkusisty Adama Johanssona, którego barwa głosu momentami przypomina Paula Rodgersa (szczególnie w "Serpent in the Sky"). W jedenastu krótkich utworach, trwających w sumie niewiele ponad pół godziny, muzycy zawarli niemal wszystkie istotne elementy stylu.

Czasem może ich inspiracje są aż nadto słyszalne, bo taki singlowy "Burning Down" brzmi jak pozbawiona improwizacji wersja zeppelinowego "How Many More Times" (który zresztą był plagiatem utworu Howlin' Wolfa). Ale cóż z tego, skoro takiej muzyki świetnie się słucha? A na albumie nie brakuje takich energetycznych, nieskomplikowanych, dość ciężkich brzmieniowo, ale zarazem przebojowych kawałków - vide "Serpent in the Sky", "Fresh Cream", "Golden Crown" czy "Blue in the Face". W "Oh Girl" muzycy trochę więcej kombinują z dynamiką - świetnie wypada środkowe zwolnienie o dość mrocznym, bluesowym klimacie. Szkoda, że nie rozwinęli nieco bardziej tego fragmentu. Longplay zawiera też sporo łagodniejszych momentów. Bardzo fajnym urozmaiceniem są folkowe (trochę w klimacie zeppelinowej "Trójki") "Set My Foot and Leave" i "Down by the River", w których oprócz gitary akustycznej pojawia się także mandolina. Przyjemnie wypada stonowany "Free at Last", który wbrew tytułowi nawiązuje raczej do ballad Hendrixa, niż Free. Ale już glamowaty (w stylu Davida Bowiego z okresu "Ziggy'ego Stardusta") "Time" wypada bardzo nużąco, podobnie jak mdła balladka "Big Rest". Te dwa utwory zniżają nieco poziom całości. Tyle dobrego, że umieszczono je na środku albumu - za późno, by zniechęcić do dalszego słuchania, a zarazem wystarczająco wcześnie, by kolejne kawałki zmazały złe wrażenie.

Debiutancki album Svvamp to bardzo fajny, bezpretensjonalny hołd dla bluesrockowych klasyków. Nie jest to album genialny, ani pod żadnym względem nowatorski, trafiło się tu nawet kilka wpadek, ale przecież nawet wspomniani w tekście klasycy nie zawsze wydawali dzieła wybitne. Ważne, że dobrze się tego słucha.

Ocena: 8/10



Svvamp - "Svvamp" (2016)

1. Serpent in the Sky; 2. Fresh Cream; 3. Burning Down; 4. Free at Last; 5. Time; 6. Big Rest; 7. Set My Foot and Leave; 8. Golden Crown; 9. Blue in the Face; 10. Oh Girl; 11. Down by the River

Skład: Adam Johansson - wokal i perkusja; Henrik Björklund - gitara; Erik Ståhlgren - bass
Producent: ?


2 komentarze:

  1. Dzięki za odkrycie dla Czytelników kolejnej perełki :) Właśnie przesłuchałem i jestem zachwycony.

    Poza tym, czemu obecnie częściej nie powstają tak dobrze brzmiące albumy (z wyraźnie uwypuklonym basem i bez nagrywania na maksymalną głośność - vide "loudness war")?

    A przy okazji - Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obecnie powstaje mnóstwo albumów z brzmieniem stylizowanym na lata 70., ale o zdecydowanej większości nie warto wspominać, takie to słabe kompozytorsko i wykonawczo. Ale np. Stonesi wydali w tym roku bardzo klasycznie brzmiący album, nagrywany starymi metodami, na tzw. "setkę". Tak sobie myślę od premiery tego longplaya, że jedyną szansą dla muzyki rockowej byłby taki powrót do korzeni - muzycy zamykają się na kilka dni w studiu, grają sobie bluesowe standardy, coś tam jamują, potem robią z tego własne kawałki, nagrywają na żywca, na koniec jakiś ekspert to ładnie miksuje, żeby wszystkie instrumenty było dobrze słychać i nie było żadnych nadprogramowych zniekształceń, po czym materiał idzie do tłoczni. Takie to proste.

      A za życzenia dziękuję i życzę tego samego ;) Pozostałym Czytelnikom również, jeśli czytają.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.