20 grudnia 2016

[Recenzja] Santana - "Caravanserai" (1972)



"Caravanserai" to punkt zwrotny w karierze grupy Santana. Pierwszy album nagrany bez dwóch oryginalnych członków - basisty Davida Browna i perkusjonalisty Michaela Carabello - a zarazem ostatni przed odejściem Gregga Roliego i Neala Schona, którzy już tutaj nie wystąpili we wszystkich utworach. Ale przede wszystkim longplay przyniósł zwrot stylistyczny. Elementy latynoskie i rockowe zdecydowanie ustąpiły miejsca wpływom jazzowym. Dominują tutaj utwory instrumentalne, utrzymane w niespiesznym tempie, stonowane brzmieniowo, o raczej melancholijnym, relaksującym charakterze ("Eternal Caravan of Reincarnation", "Waves Within", "Song of the Wind", "Every Step of the Way", oraz wręcz ambientowy "Future Primitive"). Świetnie się tego słucha, choć potrzeba odpowiedniego nastroju.

Ale znalazły się tu także dwa bardziej energetyczne instrumentale - mocno funkowy "Look Up (to See What's Coming Down)", oraz przywołujący latynoski klimat poprzednich albumów "La Fuente del Ritmo". Album zawiera także trzy utwory z partiami wokalnymi. "Just in Time to See the Sun" i "Stone Flower", za sprawą charakterystycznego głosu i brzmienia organów Roliego, oraz nieco ostrzejszym partiom gitarowym, także wywołują skojarzenia z wcześniejszą twórczością grupy. Choć w tym drugim elementy te zostały zestawione z melancholijnym klimatem charakterystycznym dla tego albumu. "All the Love of the Universe" - zaśpiewany przez stałego współpracownika grupy, Rico Reyesa - całkiem przekonująco łączy wpływy jazzowe, rockowe, funkowe i latynoskie, a także fragmenty melancholijne z bardziej energetycznymi.

"Caravanserai" to przejściowy album, wciąż zawierający charakterystyczne cechy poprzednich dokonań zespołu, ale wyraźnie już skierowany w stronę bardziej jazzowego grania, które miało na kilka kolejnych lat w pełni pochłonąć Carlosa Santanę (nie tylko na albumach grupy, ale także solowych projektach z Johnem McLaughlinem i Alice Coltrane). Longplay sprzedawał się całkiem nieźle, mimo braku singli, ale zapewne było to efektem wcześniej wyrobionej marki - kolejne wydawnictwa zespołu osiągać miały już coraz mniejsze sukcesy. Tym samym, potwierdziły się obawy przedstawicieli wytwórni, że wydanie takiego albumu, jak "Caravanserai", będzie dla grupy "komercyjnym samobójstwem". Pod względem artystycznym jest to jednak niewątpliwy sukces.

Ocena: 8/10



Santana - "Caravanserai" (1972)

1. Eternal Caravan of Reincarnation; 2. Waves Within; 3. Look Up (to See What's Coming Down); 4. Just in Time to See the Sun; 5. Song of the Wind; 6. All the Love of the Universe; 7. Future Primitive; 8. Stone Flower; 9. La Fuente del Ritmo; 10. Every Step of the Way

Skład: Carlos Santana - gitara (2-6,8-10), wokal (6), instr. perkusyjne (1,8); Gregg Rolie - instr. klawiszowe, wokal (4,8); Neal Schon - gitara (1,3-6,8,10); Douglas Rauch - bass (2-6), gitara (2,3); Tom Rutley - bass (1,6,8-10); Michael Shrieve - perkusja i instr. perkusyjne; José Areas - instr. perkusyjne; James Mingo Lewis - instr. perkusyjne
Gościnnie: Wendy Haas - pianino (1,8); Hadley Caliman - saksofon (1), flet (10); Douglas Rodrigues - gitara (2); Rico Reyes - wokal (6); Lenny White - instr. perkusyjne; Armando Peraza - instr. perkusyjne (8,9); Tom Coster - pianino elektryczne (9)
Producent: Carlos Santana i Michael Shrieve


3 komentarze:

  1. Choć stylistycznie to płyta nieco inna od poprzedniej trójki to wciąż na doskonałym, wysokim poziomie kompozytorskim i wykonawczym. Niestety to zarazem zdecydowany kres band'u Santana. Już nigdy nawet nie otarli się o wielkość i choć niewiele późniejsze dokonanie jakim był LP "Welcome" uważane jest przez wielu za równie wspaniałe wydawnictwo, dla mnie to był już zupełnie inny - niestety komercyjny - wymiar, o czym niezbicie świadczą choćby "landrynkowe" wokale, o warstwie instrumentalnej nie wspominając. Kto słuchał - ten wie, o czym mowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W studiu się nie otarli, ale na żywo się otarli i to bardzo. Koncertowy "Lotus" to najlepsze co Carlos Santana zagrał i nagrał kiedykolwiek w życiu.

      Usuń
  2. Piękna płyta. Piękna i przełomowa, niestety również w tym sensie, że każdy kolejny album studyjny sygnowany nazwą "Santana" będzie już znacznie gorszy...

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.